Gdybym zaczął tę notkę stwierdzeniem, iż święta, święta i tak dalej, mielibyście święte prawo wdeptać mnie w chodnik przy pierwszej lepszej okazji. Zacząłem inaczej, więc póki co możecie zrobić to bezprawnie. Tak, jak już większość z nas odkrywczo zauważyła, święta dobiegły końca, a ja z tej okazji mam do sprzedania Batllefielda 3, którego nikt nie kupi i zostanie mi grzebanie się w Allegro. A ja nie mam na to czasu! Jestem zajęty.
Są różne sposoby spędzania przerwy świątecznej. Ja wstaję w okolicach 10, kiedy dom jest już pusty, puściutki (nie licząc mojego upośledzonego kota), drapię się po głowie, gapię w monitor do tej 16-17, wychodzę kiedy jest już ciemno i zazwyczaj nie mijając nikogo (bo wszyscy lecą o tej porze w przeciwną stronę) docieram do nadzwyczaj bliskiej memu sercu ulicy Czeciego Maja. A czas w roku jest taki, że naprawdę nie mam ochoty zastanawiać się nad istotą wszechświata, wszelkimi zawiłościami egzystencji i tym niepodobne. Do pełni szczęścia wystarczy mi Pyza. Polędwiczki (nawet wczorajsze!) też znacząco poprawiają mi humor. Chyba powinienem wziąć na nie przepis. A propo Pauliny - wyszło, że moja najlepsza połówka lubi GTA! Gdzieś Ty była przez całe moje dotychzeszłoroczne życie?
A kiedy wracam, w okolicach 21, znów nie spotykam nikogo, bo wszyscy siedzą w domach i dojadają. Poza tym, aura nie sprzyja spacerowaniu, w tym roku zima dostała w ryj od jesieni. Wróciwszy do domu, zastaję domowników śpiących, bo jutro praca i w ten sposób trwam sobie z ciastem (trzeciej świeżości) i internetem do okolic pierwszej w nocy. Przez taki tryb trwania, wszystko dookoła staje się dosyć nierealne. Ale, za półtorej godziny przyjdzie chinek, odtworzę do kogoś gębę i zostanę uratowany od obłędu. Miejmy nadzieję.
Oprócz tego typu dziwnych wniosków, skonstantowałem, iż niepotrzebnie zakładałem fejsbuka. Dlaczego? Otóż, gdybym go nie założył, nie przeczytałbym pewnego posta Moniki "RÓBCIE TEGO &^!@#$%& KRZYŻAKA" Fluks, nie obejrzałbym Sweeney'ego (tak powinienem był to napisać?) Todda i nie patrzyłbym tak podejrzliwie na krokiety, po tym jak w jednym coś mi chrupnęło. Argh.
Oprócz tego ucieszyłem się, że Skyrim nie cierpi na syndrom drugiego Wiedźmina i nie kończy się w połowie. A skoro tak nie jest, to coś mnie wzywa. FUS RO DAH! (czyż to nie epickie? NORDOWIE JEDZĄ NA STOJĄCO!)
Tak więc, czas nadszedł, zrywam się od laptopa, odpalam komputer, wiem, że czasu jest mało, Artur mnie goni, biegnę wśród niskich traw, a ten bydlak zatacza koła tuż nade mną. JOOR ZAH FRUL, spada, podnoszę swój ebonitowy nadzwyczajny wielki miecz i...
wróć. Masz dziewczynę, nie musisz tak żyć. Przecieram zmęczone oczy, padam na łóżko, nawet nie wiem, która jest godzina, chociaż chętnie bym sprawdził, bo mam nowy, fajny telefon, który się tak fajnie odblokowuje, że zużywam na to połowę baterii. No i kończę tę dziwną notkę, ze świadomością, że kończy się ostatni taki rok. Odtąd już nic nie będzie takie samo, dlatego nie spieszy mi się do imienin Sylwestra i na 2012 patrzę raczej z niechęcią. "I tak grudzień za grudniem. Zgniłem."
środa, 28 grudnia 2011
sobota, 17 grudnia 2011
Lamplight
Idą święta. Taki dziwny czas, kiedy większość ludzi niezależnie od głoszonych poglądów i stopnia zezwierzęcenia rzuca się w trans wydawania czegoś, czego nigdy nie ma, by potem poczuć coś określanego mianem "magii świąt". Czymże jest ta magia? W tym roku laptopem z fifą. Nie masz laptopa, nie czujesz magii, proste. Jeśli jednak spojrzymy na ten okres nie pod kątem konsumpcji, a uczuć wyższych, to wychodzi, że ta wyjątkowa atmosfera jest wypadkową zimowej aury, nastawienia otoczenia, tradycji i nierzadko ciągle jeszcze przekonań religijnych. Jeśli z kolei odwrócimy wzrok od tego, co ogół określa jako swoje skojarzenia ze świętami i spojrzymy przez okno, to zobaczymy... no właśnie, co? Ludzi radośnie uśmiechających się do siebie w zatłoczonych autobusach ("rusz dupsko szczylu, wysiadam", "won stąd kanary, niech cię spotkam na mieście"), zakochane pary ("czego stoisz jak debil, zielone jest, chodź") spacerujące powoli wśród białego puchu (kap, kap, kap, człap, człap, człap). No i choinki tonące w błocie, płaczące bachory, wrzeszczące matki i wrzeszczące nagłówki w gazetach. Dobry prezent na tegoroczne święta - słuchawki, żeby Wasi bliscy mogli się od izolować od otoczenia i nie popaść w depresję.
Przepraszam na moment...
BUSHU, CZY MÓGŁBYŚ NIE DŁUBAĆ W NOSIE NA MOIM BLOGU?
Już.
A co z przygotowaniami do świąt? Jak żyć, panie prezydencie?
Myślę, że każdy powinien przygotować sobie swój własny poradnik.
1. Polonez i studniówka są ważniejsze niż jakieś tam święta, pamiętaj.
2. Układ jest dobry, bo układał go Słuszny Układ, to wy nie ogarniacie.
3. Co z tego, że idziesz na studniówkę z kimś z Krakowa? (albo jeszcze dalej, z jakichś tam Łosic) Ma tu być na dwie godziny w środę i półtorej w piątek.
4. Jeśli chcesz, żeby dziewczyna poszła z tobą na studniówkę, to intensywnie powiadamiaj ją o tym za pomocą telepatii, na pewno poczuje co trzeba.
5. Żeby poczuć Magię Świąt, zażycz sobie w ramach prezentu hajsy. Dzięki temu będziesz mógł oddać długi, które pozaciągałeś, żeby mieć na prezenty.
Można by tak jeszcze długo, ale... MONIKA ODDAJ MI TEN TELEFON, TERAZ CZYTAMY BLOGA.
ale ten grudzień jest już i tak wystarczająco dziwny bez tej notki.
Chciałem jedynie nadmienić, że strasznie się stresuję jak jajecznica, którą jedzą rodzice Pauliny jest niedobra, a to ja ją robiłem.
A oprócz tego zaznaczam, że lubię kremówki, zwłaszcza, jak nie muszę za nie płacić, bo to prezent <3
Ważne, żebyście wiedzieli, że Lumen to mój kolega i ja go lubię. Jak będzie wam proponował bycie kolegami, to chcijcie, bo dobry z niego kolega i da się lubić, tylko czasem wymaga, żeby o nim pisać na blogu.
Wesoł... a nie, to za tydzień. Wesołego SKYRIMA! FUS-RO-DAH!
Przepraszam na moment...
BUSHU, CZY MÓGŁBYŚ NIE DŁUBAĆ W NOSIE NA MOIM BLOGU?
Już.
A co z przygotowaniami do świąt? Jak żyć, panie prezydencie?
Myślę, że każdy powinien przygotować sobie swój własny poradnik.
1. Polonez i studniówka są ważniejsze niż jakieś tam święta, pamiętaj.
2. Układ jest dobry, bo układał go Słuszny Układ, to wy nie ogarniacie.
3. Co z tego, że idziesz na studniówkę z kimś z Krakowa? (albo jeszcze dalej, z jakichś tam Łosic) Ma tu być na dwie godziny w środę i półtorej w piątek.
4. Jeśli chcesz, żeby dziewczyna poszła z tobą na studniówkę, to intensywnie powiadamiaj ją o tym za pomocą telepatii, na pewno poczuje co trzeba.
5. Żeby poczuć Magię Świąt, zażycz sobie w ramach prezentu hajsy. Dzięki temu będziesz mógł oddać długi, które pozaciągałeś, żeby mieć na prezenty.
Można by tak jeszcze długo, ale... MONIKA ODDAJ MI TEN TELEFON, TERAZ CZYTAMY BLOGA.
ale ten grudzień jest już i tak wystarczająco dziwny bez tej notki.
Chciałem jedynie nadmienić, że strasznie się stresuję jak jajecznica, którą jedzą rodzice Pauliny jest niedobra, a to ja ją robiłem.
A oprócz tego zaznaczam, że lubię kremówki, zwłaszcza, jak nie muszę za nie płacić, bo to prezent <3
Ważne, żebyście wiedzieli, że Lumen to mój kolega i ja go lubię. Jak będzie wam proponował bycie kolegami, to chcijcie, bo dobry z niego kolega i da się lubić, tylko czasem wymaga, żeby o nim pisać na blogu.
Wesoł... a nie, to za tydzień. Wesołego SKYRIMA! FUS-RO-DAH!
czwartek, 8 grudnia 2011
Who will save the sane?
Cumback! (czy to w wolnym tłumaczeniu nie będzie wytrysk wsteczny?)
Wlazłem, zmusiłem się i piszę, nie wiedząc czy będę w stanie dokończyć. Czemu przez miesiąc była cisza? Żebym ja to wiedział... Przyjmijmy, że chciałem sprawdzić wierność swoich fanów, zobaczyć, kto będzie się upominał i motywował, a kto przejdzie nad tą ciszą do porządku dziennego.
Co nowego? Hm. Niby dużo, a w sumie nic. Były jakieś matury, trudne, czy tam próbne, nie wiem. Wszyscy dostawali orgazmu i machali dowodami, bo przecież to ważne. Ale mieliście to u siebie. A jak jeszcze nie mieliście, to po co mielibyście o tym czytać? Pach, temat odpada. Sześćdziesiąt gigabajtów muzyki od Bartka. Za dużo, żeby przesłuchać dokładnie w miesiąc, a co dopiero opowiedzieć w jednej notce? Pach, następny. Ale, ale...
czy zdarzyło się komuś pozować? Bo mi trzy dni temu i owszem. Robiłem już w życiu dziwne rzeczy, jeździłem w bagażniku do sklepu, tabaczyłem na łódce pod molo, kąpałem się na waleta z niemieckimi turystami, ale te poniedziałkowe zajęcia z rysunku załapuję się na pierwszą dziesiątkę dziwności. Zimno, drętwiejące paluchy, stół wrzynający się w tyłek i skupiony wzrok czterech dziewczyn. Przez trzy godziny. A pół godziny po wszystkim wydawało mi się to tak nierealne i odległe, jakby we śnie. Tak to jest jak się w klasie maturalnej ma za dużo czasu.
Klasa maturalna... coś mi się kojarzy. Jakaś impreza..? A tak. Ta, jak jej tam... Studniówka! (w wolnej interpretacji - impreza w studni). Polonez, czołówka, jakieś żarcie, sukienki i cała reszta tego śmiecia przyprawiającego o histerię 26/29 klasy. Gdyby nie Paulina, niejakie przywiązanie do symboli i zapłacone piniondze, to bym tam z przyjemnością nie poszedł. Ale cóż... Póki co trzeba zacisnąć zęby i słuchać tego całego pierdzielenia. Jakby nie było ważniejszych rzeczy. A może to już tak parszywe czasy, że nic ważniejszego nie ma? Studniówkowa histeria, maturalna histeria, rekrutacyjna histeria, studencka histeria, a wszystko w pogoni za pieniondzami. To ja postoję, a wy szykujcie się, jak najlepiej wypaść przy Kolejnej Ważnej Okazji. Tylko żeby jęzor za bardzo nie zwisał.
Dalej nietypowo, bo elektronicznie-rozrywkowo. Tak się fajnie złożyło, że gram w STALKERA. I jestem przytłoczony stworzonym tam obrazem. Na tyle pozytywnie przytłoczony, że wróciła mi chętka na przejażdżkę do Prypeci. Ktoś jeszcze ma ochotę pobiegać z licznikiem Geigera, odkażać się wódką "Kozak" i uznać, że zepsuta ludzkość powinna być kontrolowana? Nie? Trudno, to pojedziemy we dwóch.
Jak do tego wszystkiego dojdzie Skyrim (anagram od Radomyski), MW3, albo Batllefield 3, to matura może iść się schować. Razem ze
sławetnym kluczem. Też go nie lubicie? Bo ja wybitnie. Nie widzę powodu, dla którego wnioski randomowego urzędasa z CKE miałyby być bardziej trafne niż moje i w dodatku jedyne słuszne. Zwłaszcza, że TAK, CZYTAM LEKTURY I NIE SRAM PRZY TYM Z BÓLU.
Ech, coś strasznie sfrustrowana notka, nieprawdaż? Prawdaż. Gdzieś trzeba wylewać żółć.
No to miłego dnia, oby nikomu nie odpadła głowa.
Wlazłem, zmusiłem się i piszę, nie wiedząc czy będę w stanie dokończyć. Czemu przez miesiąc była cisza? Żebym ja to wiedział... Przyjmijmy, że chciałem sprawdzić wierność swoich fanów, zobaczyć, kto będzie się upominał i motywował, a kto przejdzie nad tą ciszą do porządku dziennego.
Co nowego? Hm. Niby dużo, a w sumie nic. Były jakieś matury, trudne, czy tam próbne, nie wiem. Wszyscy dostawali orgazmu i machali dowodami, bo przecież to ważne. Ale mieliście to u siebie. A jak jeszcze nie mieliście, to po co mielibyście o tym czytać? Pach, temat odpada. Sześćdziesiąt gigabajtów muzyki od Bartka. Za dużo, żeby przesłuchać dokładnie w miesiąc, a co dopiero opowiedzieć w jednej notce? Pach, następny. Ale, ale...
czy zdarzyło się komuś pozować? Bo mi trzy dni temu i owszem. Robiłem już w życiu dziwne rzeczy, jeździłem w bagażniku do sklepu, tabaczyłem na łódce pod molo, kąpałem się na waleta z niemieckimi turystami, ale te poniedziałkowe zajęcia z rysunku załapuję się na pierwszą dziesiątkę dziwności. Zimno, drętwiejące paluchy, stół wrzynający się w tyłek i skupiony wzrok czterech dziewczyn. Przez trzy godziny. A pół godziny po wszystkim wydawało mi się to tak nierealne i odległe, jakby we śnie. Tak to jest jak się w klasie maturalnej ma za dużo czasu.
Klasa maturalna... coś mi się kojarzy. Jakaś impreza..? A tak. Ta, jak jej tam... Studniówka! (w wolnej interpretacji - impreza w studni). Polonez, czołówka, jakieś żarcie, sukienki i cała reszta tego śmiecia przyprawiającego o histerię 26/29 klasy. Gdyby nie Paulina, niejakie przywiązanie do symboli i zapłacone piniondze, to bym tam z przyjemnością nie poszedł. Ale cóż... Póki co trzeba zacisnąć zęby i słuchać tego całego pierdzielenia. Jakby nie było ważniejszych rzeczy. A może to już tak parszywe czasy, że nic ważniejszego nie ma? Studniówkowa histeria, maturalna histeria, rekrutacyjna histeria, studencka histeria, a wszystko w pogoni za pieniondzami. To ja postoję, a wy szykujcie się, jak najlepiej wypaść przy Kolejnej Ważnej Okazji. Tylko żeby jęzor za bardzo nie zwisał.
Dalej nietypowo, bo elektronicznie-rozrywkowo. Tak się fajnie złożyło, że gram w STALKERA. I jestem przytłoczony stworzonym tam obrazem. Na tyle pozytywnie przytłoczony, że wróciła mi chętka na przejażdżkę do Prypeci. Ktoś jeszcze ma ochotę pobiegać z licznikiem Geigera, odkażać się wódką "Kozak" i uznać, że zepsuta ludzkość powinna być kontrolowana? Nie? Trudno, to pojedziemy we dwóch.
Jak do tego wszystkiego dojdzie Skyrim (anagram od Radomyski), MW3, albo Batllefield 3, to matura może iść się schować. Razem ze
sławetnym kluczem. Też go nie lubicie? Bo ja wybitnie. Nie widzę powodu, dla którego wnioski randomowego urzędasa z CKE miałyby być bardziej trafne niż moje i w dodatku jedyne słuszne. Zwłaszcza, że TAK, CZYTAM LEKTURY I NIE SRAM PRZY TYM Z BÓLU.
Ech, coś strasznie sfrustrowana notka, nieprawdaż? Prawdaż. Gdzieś trzeba wylewać żółć.
No to miłego dnia, oby nikomu nie odpadła głowa.
wtorek, 8 listopada 2011
A Forest
Najdłuższa przerwa w pisaniu jak dotąd. Niedobsze, niedobsze. Jeszcze trochu i rzucę bloga na rzecz... No właśnie, czego?
Co wydarzyło się od ostatniej notki? (kiedy to w ogóle było?). Sporo i niewiele. Z rzeczy pierwszych -
minął rok. Długi rok. Piękny rok. Jakoś tak wyjszło, że 27 października roku pańskiego 2010, w popołudnie zalane ponurym jesiennym słońcem, nie wiedząc, czy słusznie robię, ruszyłem linią numer 3 z Unitów Podlaskich, wysiadłem przy Akademii Podlaskiej (bo wiecie wnuczki, kiedyś, to było AP, a nie jakiś elitarny Juniwersytet) i niespiesznie wlokąc się ulicą 3go maja znalazłem ulicę, znalazłem dom, znalazłem dziewcz... nie, wróć. Pozwoliłem, żeby dogonił mnie zmrok, westchnąłem głęboko (trema) i zacząłem czekać. Aż się doczekałem. I zostałem opętany, szaleję niezmiennie tak samo od tej pamiętnej środy. ci z Was, którzy to mają, wiedzą, o czym mówie, ci, którzy jeszcze tego nie złapali, wiedzą, czego im brakuje. Jak to jest być z kimś tak blisko, że ta osoba przesłania wszystko inne? Jak to jest spędzić z kimś tyle czasu, śmiejąc się, płacząc, spacerując, słuchając muzyki, gotując, ucząc się, robiąc wszystko to, co można robić razem i więcej? Świetnie. Świetnie jest kogoś kochać i być kochanym. Ale wy to wiecie. A ja dobrze tego nie opiszę. I nie będę tu dziękował, ani wyrażał obaw, czy nadziei, bo to kiepskie miejsce. I tak strasznie osobiście to napisałem, wyjątek potwierdzający regułę :)
Z rzeczy drugich - koncert. 0,5 zagrało. Nie wiem, jak ogólne wrażenia publiczności (choć najpewniej w większości pozytywne). Na mnie wrażenie zostało zrobione. Większe niż na próbie. Po standardowych zakupach, szlajaniu się tu i tam ("o, cześć Julka") i megaepickim wejściu ("dobry wieczór, ja powinienem być na liście gości, nieprawdaż?"), zaczęło się masowe witanie, piwo, wrzaski, gimnazjaliści w koncertowej gorączce, zapowiedź i wejście. Baaaardzo przyjemnie mi się słuchało, skakało, darło, tańcowało, popijało, gadało z mamą, rzucało koszulką, paliło, odprowadzało, dawało autografy (sic!), pakowało sprzęt, jeździło z nim po całych nocnych Siedlcach, rozpalało ognisko, siedziało przy nim do drugiej w nocy i wracało ciemnym, ciemnym lasem. Ale po tym wszystkim najprzyjemniej mi się jednak spało. Dzięęęęękuuuuuujeeemy Bartusiowi & Spółce (tylko dlaczego Mirek tak mało biegał po scenie?)
Nie wiem dlaczego tak się zawsze dzieje, ale coraz częściej imprezy następują bezpośrednio po sobie, co jest może i fajne, ale nadzwyczaj męczące. Dlatego też w sobotę wieczorem lazłem na pkp co najmniej nie w nastroju. Tym bardziej, że okazało się, iż impreza zaczyna się o 20. A była 18:15, dzięki Sołtysowi. Dwie godziny łażenia na zimnie. A później żarcie i picie w cieple, tańce wywijańce i... w sumie tyle. Ale było warto. Pierwsza taka impreza w klasie. Że zacytuję Katarzynę M. - "co my przez te dwa lata robiliśmy?" Drugie "dziękujemy" w zeszłotygodniowym plebiscycie wędruje do Natalki, za jej osiemnastkę.
Z kolei i w niedzielę i w poniedziałek, przyjemnie było przejść się na radziecki cmentarz. Nie dlatego, że jest radziecki (odłóż nóż Bushu), ale dlatego, że jest jesień, niedługo pełnia, jest muzyka (czy ja słucham The Cure? nie, niemożliwe. A nie. Możliwe. Mam Join the Dots), a ja mam ostatnio nader często dosyć Was (bez obrazy, nic osobistego) i Ich. Droga nieznana mi koleżanko z autobusu, rozumiem, że mam dziurawe buty i długie włosy, ale skoro już raz to zauważyłaś, to czy mogłabyś odwrócić wytapetowaną buzię i popatrzeć na coś ładniejszego? Na przykład na pomazane siedzenie przed Tobą. Szanowna Pani Urzędniczko - rozumiem, że nie powinienem jeździć tą samą linią co Pani, ale proszę mi wybaczyć, kupiłem miesięczny, to jeżdżę. I nie, nie rusza mnie Pani wzrok. Ruszają mnie Pani łokcie. I tak dalej i tym podobne. Wszyscy wszystko wiedzą. Wiedzą na pewno. Przecież nie są głupi. Każdy może być i jest głupi, kiedy cuś mu nie wyjdzie, ale nie Ja. Męczące są te czasy, kiedy słucha się drugiej osoby tylko po to, żeby wyczuć moment, w którym można przedstawić jej swoją Prawdę. A ja naprawdę nie kcę. Ja bym chciał sobie poleżeć z Pauliną. Tydzień, dwa. I wstawać tylko na zakupy w Stokrotce. Jak w lipcu. Ale nie. Mamy listopad. Huura.
A w sobotę osiemnastka Talara. Y LIEK VIOLENTZ. Cała notka pisana przy jednej, tytułowej piosence. Miłej jesieni.
Co wydarzyło się od ostatniej notki? (kiedy to w ogóle było?). Sporo i niewiele. Z rzeczy pierwszych -
minął rok. Długi rok. Piękny rok. Jakoś tak wyjszło, że 27 października roku pańskiego 2010, w popołudnie zalane ponurym jesiennym słońcem, nie wiedząc, czy słusznie robię, ruszyłem linią numer 3 z Unitów Podlaskich, wysiadłem przy Akademii Podlaskiej (bo wiecie wnuczki, kiedyś, to było AP, a nie jakiś elitarny Juniwersytet) i niespiesznie wlokąc się ulicą 3go maja znalazłem ulicę, znalazłem dom, znalazłem dziewcz... nie, wróć. Pozwoliłem, żeby dogonił mnie zmrok, westchnąłem głęboko (trema) i zacząłem czekać. Aż się doczekałem. I zostałem opętany, szaleję niezmiennie tak samo od tej pamiętnej środy. ci z Was, którzy to mają, wiedzą, o czym mówie, ci, którzy jeszcze tego nie złapali, wiedzą, czego im brakuje. Jak to jest być z kimś tak blisko, że ta osoba przesłania wszystko inne? Jak to jest spędzić z kimś tyle czasu, śmiejąc się, płacząc, spacerując, słuchając muzyki, gotując, ucząc się, robiąc wszystko to, co można robić razem i więcej? Świetnie. Świetnie jest kogoś kochać i być kochanym. Ale wy to wiecie. A ja dobrze tego nie opiszę. I nie będę tu dziękował, ani wyrażał obaw, czy nadziei, bo to kiepskie miejsce. I tak strasznie osobiście to napisałem, wyjątek potwierdzający regułę :)
Z rzeczy drugich - koncert. 0,5 zagrało. Nie wiem, jak ogólne wrażenia publiczności (choć najpewniej w większości pozytywne). Na mnie wrażenie zostało zrobione. Większe niż na próbie. Po standardowych zakupach, szlajaniu się tu i tam ("o, cześć Julka") i megaepickim wejściu ("dobry wieczór, ja powinienem być na liście gości, nieprawdaż?"), zaczęło się masowe witanie, piwo, wrzaski, gimnazjaliści w koncertowej gorączce, zapowiedź i wejście. Baaaardzo przyjemnie mi się słuchało, skakało, darło, tańcowało, popijało, gadało z mamą, rzucało koszulką, paliło, odprowadzało, dawało autografy (sic!), pakowało sprzęt, jeździło z nim po całych nocnych Siedlcach, rozpalało ognisko, siedziało przy nim do drugiej w nocy i wracało ciemnym, ciemnym lasem. Ale po tym wszystkim najprzyjemniej mi się jednak spało. Dzięęęęękuuuuuujeeemy Bartusiowi & Spółce (tylko dlaczego Mirek tak mało biegał po scenie?)
Nie wiem dlaczego tak się zawsze dzieje, ale coraz częściej imprezy następują bezpośrednio po sobie, co jest może i fajne, ale nadzwyczaj męczące. Dlatego też w sobotę wieczorem lazłem na pkp co najmniej nie w nastroju. Tym bardziej, że okazało się, iż impreza zaczyna się o 20. A była 18:15, dzięki Sołtysowi. Dwie godziny łażenia na zimnie. A później żarcie i picie w cieple, tańce wywijańce i... w sumie tyle. Ale było warto. Pierwsza taka impreza w klasie. Że zacytuję Katarzynę M. - "co my przez te dwa lata robiliśmy?" Drugie "dziękujemy" w zeszłotygodniowym plebiscycie wędruje do Natalki, za jej osiemnastkę.
Z kolei i w niedzielę i w poniedziałek, przyjemnie było przejść się na radziecki cmentarz. Nie dlatego, że jest radziecki (odłóż nóż Bushu), ale dlatego, że jest jesień, niedługo pełnia, jest muzyka (czy ja słucham The Cure? nie, niemożliwe. A nie. Możliwe. Mam Join the Dots), a ja mam ostatnio nader często dosyć Was (bez obrazy, nic osobistego) i Ich. Droga nieznana mi koleżanko z autobusu, rozumiem, że mam dziurawe buty i długie włosy, ale skoro już raz to zauważyłaś, to czy mogłabyś odwrócić wytapetowaną buzię i popatrzeć na coś ładniejszego? Na przykład na pomazane siedzenie przed Tobą. Szanowna Pani Urzędniczko - rozumiem, że nie powinienem jeździć tą samą linią co Pani, ale proszę mi wybaczyć, kupiłem miesięczny, to jeżdżę. I nie, nie rusza mnie Pani wzrok. Ruszają mnie Pani łokcie. I tak dalej i tym podobne. Wszyscy wszystko wiedzą. Wiedzą na pewno. Przecież nie są głupi. Każdy może być i jest głupi, kiedy cuś mu nie wyjdzie, ale nie Ja. Męczące są te czasy, kiedy słucha się drugiej osoby tylko po to, żeby wyczuć moment, w którym można przedstawić jej swoją Prawdę. A ja naprawdę nie kcę. Ja bym chciał sobie poleżeć z Pauliną. Tydzień, dwa. I wstawać tylko na zakupy w Stokrotce. Jak w lipcu. Ale nie. Mamy listopad. Huura.
A w sobotę osiemnastka Talara. Y LIEK VIOLENTZ. Cała notka pisana przy jednej, tytułowej piosence. Miłej jesieni.
wtorek, 25 października 2011
Injecting chaos into my veins
Bez wstępów i ogródek. Piątek, bo o nim warto napisać. Ot, z pozoru zwykły dzień, szkoła, autobus do domu i tak dalej i tym podobne... Otóż nie. Poczynając od samego powrotu, który odbywał się z Arturem. Chyba pierwszy raz stanowiliśmy ogólne centrum zainteresowania, mimo pałętających się wszędzie sześcio-siedmioletnich krasnali. Wszyscy zachwyceni, jakie to słodkie, a Artur, jak to Artur - "patrz jak się śmiesznie przewracają", plus śmiech psychopaty. Efekt murowany. W sensie, że ich zamurowało. W domu czasu starczyło mi akurat na dwa, trzy łyki wody i trzeba było gnać dalej. Do
Grabianowa. Każdy, kto udawał się do tej urokliwej miejscowości na piechotę, wie, że trzeba przejść się kawałek Sekułą. Tak się złożyło, że jesienne słońce dopisało i zrobiło się baaardzo leniwie i urokliwie. A tak nie powinno być. Nie tuż przed koncertem. Westchnąwszy nad swoim ciężkim losem (mandat od mpk spoczywa nadal w kieszeni) stanąłem przed bramą niejakiego pana Dyla, gdzie czekał już wyposażony jak na piknik Chinek. I chwilę ("kuźwa, godzinę wkładam te soczewki, już do was jadę") później, nasza czwórka uzupełniona Bartoszem, ruszyła w stronę stolycy. Krótki przystanek w najpopularniejszej restauracji wśród afroamerykanów ("DOBRY, SO JAKIEŚ MIENSA? PO ILE TO?"), urokliwe komentarze panie Kierowniczki ("weź się za tą fizykę cymbale, bo będziesz miał próby... ale rumuńskiego baletu" i sałndtrak godny celu naszej wyprawy.
Po półtorej godziny dotarliśmy przed Stodołę, wleźliśmy, przekonaliśmy ochroniarza, że brak dowodu to naprawdę żaden problem w dostaniu się do palarni (gdzie te czasy, kiedy cała stodoła była palarnią?), ukradliśmy po plakacie, wypiliśmy po rozwodnionym piwie za jedyne 9 złotych i dowiedzieliśmy się, że Morowe nie zagra. Bywa. Czas upływał powoli na szwendaniu się tu i tam, kiedy nagle usłyszałem coś znajomego. Bardzo znajomego. Blindead. W dwóch mgnieniach kaprawego oka znaleźliśmy się pod sceną i tam już zostaliśmy. Brawa dla akustyków. Jakość prawie studyjna. Do tego hipnotyzujące wizualizacje i naturalny urok kompozycji grupy z Gdyni. Zgodnie z Bartkiem stwierdziliśmy, że to jest to, a nasze karki nie śmiały oponować.
Odpuściliśmy sobie sympatyczny Djerv z którego najbardziej zapadała w pamięć charyzmatyczna wokalistka z przyjemną barwą głosu, która machała tyłkiem tuż przed oczami publiczności, a tej nic a nic to nie przeszkadzało. Występ zwieńczył brawurowy skok wyżej wspomnianej w tłum słuchaczy. Klap, klap, klap, dawajcie
atrakcję wieczoru. Wbrew naszym oczekiwaniom nikt spod sceny nawet się nie ruszył w przerwie technicznej, ale i tak wylądowaliśmy w trzecim, czwartym rzędzie. Strojenie nie dłuższe niż trzeba, rozstawianie dekoracji i reszty ustrojstwa, promo teledysku do Lucyfera (nadal uważam, że wszystkie ich teledyski są podobne i przegadane), skandowanie, śpiew kolęd, "gdzie jest krzyż?", sto lat i ruszają.
Całość widowiska, wszystko razem urywało głowę. Setlista porządna, konferansjerka między kawałkami nie aż tak przesadzona, efekty na wysokim poziomie, tak samo ochrona (biedaczki stały tuż przy fajerwerkach i było im chyba gorąco... w dodatku te studwudziesto kilogramowe kafary, które co i rusz znajdowały się w ich opiekuńczych ramionach). Razem z Bartkiem doczekaliśmy się 23 w bisach, później już tylko Lucyfer po raz drugi i można było wracać do domu. A raczej można by było, gdyby nie chinek, który wsiąknął gdzieś w tłumie i znalazł się po dwudziestu minutach, dzierżąc dwa zagubione plakaty, trzy kasety jeszcze blackowego Behemotha z 92' i... brokuły. Ja czasem nie rozumiem. Ale nie pytam. Bo tak w sumie, to dlaczego nie zjeść by brokuł (brokułów?) po koncercie? Wszakże to "celebracja wolności".
Wszystko oceniam na... plus. Bo sklala jest zerojedynkowa. Trochę gorzej było ze spaniem.
Metaliczny posmak krwi w ustach (bo język przygryziony), kark jawiący się jako najbardziej unerwione miejsce w ciele i Stefan... Cholerny kot, który musi, koniecznie, bezwzględnie musi wskakiwać mi na twarz przy takich okazjach. Używam całego swojego sprytu, doświadczeń z jedenastu lat mieszkania z Tygrysem, jestem zdeterminowany, ale cóż to znaczy przy kociej perfidii i siły młodości? Wszystkie starcia kończą się ostatecznym argumentem ZaKarkIWonDoŁazienki.
-dlaczego zawsze do łazienki? Co wspólnego ma łazienka z pokutą?
-nie rozmawiam z tobą. Jesteś kotem, już raz się publicznie ośmieszyłem, cytując nasz dyskurs.
-ale kto ci kazał? zwyczajnie brak ci pomysłów na prowadzenie tego twojego... bloga.
-nieprawda! wcale, że nie! won do łazienki! w łazience nie masz jak rozrabiać.
Uśmiech tego kociegosyna w tym momencie był całkiem przerażający... Nie trzeba było pić piwa..?
Zazwyczaj po takich wojażach człowiek chce się przespać w domu, odpocząć, uspokoić nerwy. I ja też chciałem. Naprawdę chciałem. Ale traf też chciał. Chciał, że mam pato... odbiegającą od normy rodzinę. Z tego to powodu zostałem w sobotę wieczorem wygoniony na osiemnastkę Dreya (ale mamo, mi się nie chce!). Wyszło w końcu, że było warto. Bo i towarzystwo zebrało się całkiem doborowe. Szymony (czyli sam Szymon, Sensej, Strzelba), muzykalna piątka z trzema zapowiedzianymi koncertami (naprawdę muszę Was znów wymieniać?), papież we własnej osobie wraz z osobami towarzyszącymi, solenizant z siostrą i koleżankami, Aleks i chyba tyle. Tony fajek w prezencie, kubek pełen wódki, którego nikt nie był w stanie zmęczyć ("talar, odpuść, wątrobę stracisz"), suchary, odprowadzanie Bartka, dłuuuuuuugi spacer z Szymonem, refleksje, sklep nocny, schody archiwum, śmichy chichy i tak dalej. Przyjemnie, ale niedzielę przespałem.
Po weekendzie tak przepełnionym wrażeniami, tym trudniej wrócić do prusa i całego tego bagna. Ale widocznie trzeba. Ech... W tym tygodniu nie lubię MPK, lubię za to oczekiwane odświeżenie plejlisty ("Julka, gdzie pendrak?").
Tymczasem bywajcie, krzewiciele codzienności. Riff na dziś.
Grabianowa. Każdy, kto udawał się do tej urokliwej miejscowości na piechotę, wie, że trzeba przejść się kawałek Sekułą. Tak się złożyło, że jesienne słońce dopisało i zrobiło się baaardzo leniwie i urokliwie. A tak nie powinno być. Nie tuż przed koncertem. Westchnąwszy nad swoim ciężkim losem (mandat od mpk spoczywa nadal w kieszeni) stanąłem przed bramą niejakiego pana Dyla, gdzie czekał już wyposażony jak na piknik Chinek. I chwilę ("kuźwa, godzinę wkładam te soczewki, już do was jadę") później, nasza czwórka uzupełniona Bartoszem, ruszyła w stronę stolycy. Krótki przystanek w najpopularniejszej restauracji wśród afroamerykanów ("DOBRY, SO JAKIEŚ MIENSA? PO ILE TO?"), urokliwe komentarze panie Kierowniczki ("weź się za tą fizykę cymbale, bo będziesz miał próby... ale rumuńskiego baletu" i sałndtrak godny celu naszej wyprawy.
Po półtorej godziny dotarliśmy przed Stodołę, wleźliśmy, przekonaliśmy ochroniarza, że brak dowodu to naprawdę żaden problem w dostaniu się do palarni (gdzie te czasy, kiedy cała stodoła była palarnią?), ukradliśmy po plakacie, wypiliśmy po rozwodnionym piwie za jedyne 9 złotych i dowiedzieliśmy się, że Morowe nie zagra. Bywa. Czas upływał powoli na szwendaniu się tu i tam, kiedy nagle usłyszałem coś znajomego. Bardzo znajomego. Blindead. W dwóch mgnieniach kaprawego oka znaleźliśmy się pod sceną i tam już zostaliśmy. Brawa dla akustyków. Jakość prawie studyjna. Do tego hipnotyzujące wizualizacje i naturalny urok kompozycji grupy z Gdyni. Zgodnie z Bartkiem stwierdziliśmy, że to jest to, a nasze karki nie śmiały oponować.
Odpuściliśmy sobie sympatyczny Djerv z którego najbardziej zapadała w pamięć charyzmatyczna wokalistka z przyjemną barwą głosu, która machała tyłkiem tuż przed oczami publiczności, a tej nic a nic to nie przeszkadzało. Występ zwieńczył brawurowy skok wyżej wspomnianej w tłum słuchaczy. Klap, klap, klap, dawajcie
atrakcję wieczoru. Wbrew naszym oczekiwaniom nikt spod sceny nawet się nie ruszył w przerwie technicznej, ale i tak wylądowaliśmy w trzecim, czwartym rzędzie. Strojenie nie dłuższe niż trzeba, rozstawianie dekoracji i reszty ustrojstwa, promo teledysku do Lucyfera (nadal uważam, że wszystkie ich teledyski są podobne i przegadane), skandowanie, śpiew kolęd, "gdzie jest krzyż?", sto lat i ruszają.
Całość widowiska, wszystko razem urywało głowę. Setlista porządna, konferansjerka między kawałkami nie aż tak przesadzona, efekty na wysokim poziomie, tak samo ochrona (biedaczki stały tuż przy fajerwerkach i było im chyba gorąco... w dodatku te studwudziesto kilogramowe kafary, które co i rusz znajdowały się w ich opiekuńczych ramionach). Razem z Bartkiem doczekaliśmy się 23 w bisach, później już tylko Lucyfer po raz drugi i można było wracać do domu. A raczej można by było, gdyby nie chinek, który wsiąknął gdzieś w tłumie i znalazł się po dwudziestu minutach, dzierżąc dwa zagubione plakaty, trzy kasety jeszcze blackowego Behemotha z 92' i... brokuły. Ja czasem nie rozumiem. Ale nie pytam. Bo tak w sumie, to dlaczego nie zjeść by brokuł (brokułów?) po koncercie? Wszakże to "celebracja wolności".
Wszystko oceniam na... plus. Bo sklala jest zerojedynkowa. Trochę gorzej było ze spaniem.
Metaliczny posmak krwi w ustach (bo język przygryziony), kark jawiący się jako najbardziej unerwione miejsce w ciele i Stefan... Cholerny kot, który musi, koniecznie, bezwzględnie musi wskakiwać mi na twarz przy takich okazjach. Używam całego swojego sprytu, doświadczeń z jedenastu lat mieszkania z Tygrysem, jestem zdeterminowany, ale cóż to znaczy przy kociej perfidii i siły młodości? Wszystkie starcia kończą się ostatecznym argumentem ZaKarkIWonDoŁazienki.
-dlaczego zawsze do łazienki? Co wspólnego ma łazienka z pokutą?
-nie rozmawiam z tobą. Jesteś kotem, już raz się publicznie ośmieszyłem, cytując nasz dyskurs.
-ale kto ci kazał? zwyczajnie brak ci pomysłów na prowadzenie tego twojego... bloga.
-nieprawda! wcale, że nie! won do łazienki! w łazience nie masz jak rozrabiać.
Uśmiech tego kociegosyna w tym momencie był całkiem przerażający... Nie trzeba było pić piwa..?
Zazwyczaj po takich wojażach człowiek chce się przespać w domu, odpocząć, uspokoić nerwy. I ja też chciałem. Naprawdę chciałem. Ale traf też chciał. Chciał, że mam pato... odbiegającą od normy rodzinę. Z tego to powodu zostałem w sobotę wieczorem wygoniony na osiemnastkę Dreya (ale mamo, mi się nie chce!). Wyszło w końcu, że było warto. Bo i towarzystwo zebrało się całkiem doborowe. Szymony (czyli sam Szymon, Sensej, Strzelba), muzykalna piątka z trzema zapowiedzianymi koncertami (naprawdę muszę Was znów wymieniać?), papież we własnej osobie wraz z osobami towarzyszącymi, solenizant z siostrą i koleżankami, Aleks i chyba tyle. Tony fajek w prezencie, kubek pełen wódki, którego nikt nie był w stanie zmęczyć ("talar, odpuść, wątrobę stracisz"), suchary, odprowadzanie Bartka, dłuuuuuuugi spacer z Szymonem, refleksje, sklep nocny, schody archiwum, śmichy chichy i tak dalej. Przyjemnie, ale niedzielę przespałem.
Po weekendzie tak przepełnionym wrażeniami, tym trudniej wrócić do prusa i całego tego bagna. Ale widocznie trzeba. Ech... W tym tygodniu nie lubię MPK, lubię za to oczekiwane odświeżenie plejlisty ("Julka, gdzie pendrak?").
Tymczasem bywajcie, krzewiciele codzienności. Riff na dziś.
środa, 19 października 2011
Left foot trapped in a sensual seduction
Tydzień minął od ostatnich wypocin. Niby dużo do opisania, a czasu mało. Więc nie zdziwicie się, jak znów notka rozlezie się na dwa dni... Jestem mistrzem systematyczności.
Co da się zrobić przez tydzień? Mnóstwo. Ale po co, kiedy można dzień w dzień widywać się z Pauliną? Łatwo to zbagatelizować, kiedy jest obok, ale ten uśmiech, kiedy dźwięk dzwonka ledwo zdąży przebrzmieć... Do dziś nie wiem, co ten uśmiech znaczy. Wiem, że go uwielbiam. I jestem całkiem zadowolony z faktu iż od Jej powrotu, miałem okazję widzieć go w piątek, sobotę, niedzielę, poniedziałek i wtorek. A dziś jest środa. Nie dziękujcie, już niedługo dzięki mojemu blogowi kalendarze pójdą w odstawkę.
Zabawna rzecz - szkoła. W ciągu dwóch lat nie naumiałem się francuskiego ani trochę. I Talar też nie. Mogę to stwierdzić z całą odpowiedzialnością. A z trzech dowolnych tematów wyrwaliśmy po tej trójce. O tym, jak pisałem klasówkę z historii nie powiem, bo zainteresowane osoby mogłyby mieć kłopotki. Ale chciałbym gorąco podziękować Paulinie i Julce... co? Wygadałem się?
Takie osiągi w szkole są tym dziwniejsze, że ostatnio kiepsko sypiam. To znaczy sypiam całkiem nieźle, ale często coś mi przeszkadza. Zazwyczaj wygląda to tak-
leżę wygodnie i zajmuję 120 % łóżka. Włosy zajmują jeszcze jakieś 10. Jest całkiem przyjemnie i już, już mam pogrążać się w słodkich odmętach snu, kiedy nad uchem brzęczy mi uprzejme chrząkanie. Tak chrząka ksiądz, który właśnie dostał od ciebie po twarzy balonem (pozdrawiam x. Sidoruka). Ale tym razem to nie on. To coś gorszego.
-Stefek? Co jest? O co znowu chodzi?
-Witaj, abnegacie. Widzisz, tak się zastanawiałem... i dochodzę do ciekawego wniosku, iż mam ochotę na spacer!
Tak, tak. Muszę po nocy dyskutować z własnym kotem. Nie wiem co jest gorsze. Absurdalność tej sytuacji, czy fakt iż daję się w coś takiego wciągnąć.
-Spacer? Jest za późno. Nikt z Tobą nie wyjdzie.
-Dlaczego miałoby mnie to obchodzić?
-Widzisz, mój nader głupi kocie. Życie jest pełne zależności. Ode mnie zależy, czy nie wylecisz za moment przez okno, od mojej rodzicielki, czy będziesz miał co jeść, od ojca, czy piekarnik jest na Ciebie za mały, czy w sam raz. Jeśli nie bierzesz tego wszystkiego pod uwagę, nie możesz żyć we współczesnym społeczeństwie. Więc wybieraj. Albo samotność, albo niewygoda wynikająca z niemożności pofolgowania egoistycznym chęciom.
Po chwili takich wywodów budzę się i mam już spory problem z zaśnięciem. Bo przecież muszę to zapamiętać i wykorzystać w kolejnej notce, nieprawdaż?
Ale jest sposób na senność. Pływanie. Znów basen. Znów mogę poczuć się dobrze, kiedy krew dudni w uszach, słychać tylko nieokreślony szum, a przed oczami przesuwają się kafelki, którymi wyłożone jest dno. I tak do przesady, aż zacznie robić się ciemno. Jeśli jest ciemno, to trzeba się wynurzyć. W tym roku mam zamiar dobić do dwóch pełnych długości. Albo zachłysnę się po drodze i będzie wieeeelki, wesoły pogrzeb. Co wy na to, maturalna regato?
Hm. Tłuszcza wymaga czegoś poruszającego. No to temat miesiąca! Przytyłem! Z wakacyjnych 79 kilogramów (chudzinko, dla ciebie nie matura, a badMINGton), do pysznych 87. Które po dwóch dniach spadły do 84. Nie bardzo rozumiem, ale chyba mnóstwo zależy od obiadów autorstwa Mamy Pauliny. Mniamuśnych obiadów, należy dodać. Dużych. No i dojadam po Pyzie. Tak, to wszystko tłumaczy.
Co dalej? Naumiałem się tańczyć walca. Całkiem przyjemnie i podobno nieźle mi szło! So fcukin' proud! Walec ma być na studniówce (skojarzenie ze studnią jest u mnie nieuniknione...). Ale nie wiem czy ktokolwiek dożyje do studniówki. Frustracja wynikająca z powtarzania klasy sięgnęła u Artura zenitu i postanowił wszystkich zabić. Dlatego nie planujcie za bardzo swojej przyszłości. Zresztą nawet jeśli nie wyjdzie (bo Artur na przykład zaśpi), to się nie cieszcie zbyt wcześnie. Jak kobiałki z mojej klasy dojdą do władzy, to wszystkich wykastrują albo pozabijają, bo są katoliczkami z silnie rozwiniętym zmysłem moralnym.
Ale nic to. Jeszcze tylko czwartek i jedziemy.
Notka o niczym. Więc może jakiś wyjątkowo emocjonalny kawałek na koniec..? Dobrze. To naprawdę nie jest łatwe. Ofiaruję wam cząstkę siebie. Doceńcie. Nie oceniajcie. Nie próbujcie zrozumieć. No nie gadajcie! Uwierzyliście? Ale, ale. Nie można pozostawiać niedosytu. Może coś z odległej przeszłości? Piosenka niejakiego chinka, znanego w prograch jako dcm (chyba). Gdyby was to interesowało, to już wiecie czemu.
See You, Space Cowboy! (zawsze chciałem to napisać)
Co da się zrobić przez tydzień? Mnóstwo. Ale po co, kiedy można dzień w dzień widywać się z Pauliną? Łatwo to zbagatelizować, kiedy jest obok, ale ten uśmiech, kiedy dźwięk dzwonka ledwo zdąży przebrzmieć... Do dziś nie wiem, co ten uśmiech znaczy. Wiem, że go uwielbiam. I jestem całkiem zadowolony z faktu iż od Jej powrotu, miałem okazję widzieć go w piątek, sobotę, niedzielę, poniedziałek i wtorek. A dziś jest środa. Nie dziękujcie, już niedługo dzięki mojemu blogowi kalendarze pójdą w odstawkę.
Zabawna rzecz - szkoła. W ciągu dwóch lat nie naumiałem się francuskiego ani trochę. I Talar też nie. Mogę to stwierdzić z całą odpowiedzialnością. A z trzech dowolnych tematów wyrwaliśmy po tej trójce. O tym, jak pisałem klasówkę z historii nie powiem, bo zainteresowane osoby mogłyby mieć kłopotki. Ale chciałbym gorąco podziękować Paulinie i Julce... co? Wygadałem się?
Takie osiągi w szkole są tym dziwniejsze, że ostatnio kiepsko sypiam. To znaczy sypiam całkiem nieźle, ale często coś mi przeszkadza. Zazwyczaj wygląda to tak-
leżę wygodnie i zajmuję 120 % łóżka. Włosy zajmują jeszcze jakieś 10. Jest całkiem przyjemnie i już, już mam pogrążać się w słodkich odmętach snu, kiedy nad uchem brzęczy mi uprzejme chrząkanie. Tak chrząka ksiądz, który właśnie dostał od ciebie po twarzy balonem (pozdrawiam x. Sidoruka). Ale tym razem to nie on. To coś gorszego.
-Stefek? Co jest? O co znowu chodzi?
-Witaj, abnegacie. Widzisz, tak się zastanawiałem... i dochodzę do ciekawego wniosku, iż mam ochotę na spacer!
Tak, tak. Muszę po nocy dyskutować z własnym kotem. Nie wiem co jest gorsze. Absurdalność tej sytuacji, czy fakt iż daję się w coś takiego wciągnąć.
-Spacer? Jest za późno. Nikt z Tobą nie wyjdzie.
-Dlaczego miałoby mnie to obchodzić?
-Widzisz, mój nader głupi kocie. Życie jest pełne zależności. Ode mnie zależy, czy nie wylecisz za moment przez okno, od mojej rodzicielki, czy będziesz miał co jeść, od ojca, czy piekarnik jest na Ciebie za mały, czy w sam raz. Jeśli nie bierzesz tego wszystkiego pod uwagę, nie możesz żyć we współczesnym społeczeństwie. Więc wybieraj. Albo samotność, albo niewygoda wynikająca z niemożności pofolgowania egoistycznym chęciom.
Po chwili takich wywodów budzę się i mam już spory problem z zaśnięciem. Bo przecież muszę to zapamiętać i wykorzystać w kolejnej notce, nieprawdaż?
Ale jest sposób na senność. Pływanie. Znów basen. Znów mogę poczuć się dobrze, kiedy krew dudni w uszach, słychać tylko nieokreślony szum, a przed oczami przesuwają się kafelki, którymi wyłożone jest dno. I tak do przesady, aż zacznie robić się ciemno. Jeśli jest ciemno, to trzeba się wynurzyć. W tym roku mam zamiar dobić do dwóch pełnych długości. Albo zachłysnę się po drodze i będzie wieeeelki, wesoły pogrzeb. Co wy na to, maturalna regato?
Hm. Tłuszcza wymaga czegoś poruszającego. No to temat miesiąca! Przytyłem! Z wakacyjnych 79 kilogramów (chudzinko, dla ciebie nie matura, a badMINGton), do pysznych 87. Które po dwóch dniach spadły do 84. Nie bardzo rozumiem, ale chyba mnóstwo zależy od obiadów autorstwa Mamy Pauliny. Mniamuśnych obiadów, należy dodać. Dużych. No i dojadam po Pyzie. Tak, to wszystko tłumaczy.
Co dalej? Naumiałem się tańczyć walca. Całkiem przyjemnie i podobno nieźle mi szło! So fcukin' proud! Walec ma być na studniówce (skojarzenie ze studnią jest u mnie nieuniknione...). Ale nie wiem czy ktokolwiek dożyje do studniówki. Frustracja wynikająca z powtarzania klasy sięgnęła u Artura zenitu i postanowił wszystkich zabić. Dlatego nie planujcie za bardzo swojej przyszłości. Zresztą nawet jeśli nie wyjdzie (bo Artur na przykład zaśpi), to się nie cieszcie zbyt wcześnie. Jak kobiałki z mojej klasy dojdą do władzy, to wszystkich wykastrują albo pozabijają, bo są katoliczkami z silnie rozwiniętym zmysłem moralnym.
Ale nic to. Jeszcze tylko czwartek i jedziemy.
Notka o niczym. Więc może jakiś wyjątkowo emocjonalny kawałek na koniec..? Dobrze. To naprawdę nie jest łatwe. Ofiaruję wam cząstkę siebie. Doceńcie. Nie oceniajcie. Nie próbujcie zrozumieć. No nie gadajcie! Uwierzyliście? Ale, ale. Nie można pozostawiać niedosytu. Może coś z odległej przeszłości? Piosenka niejakiego chinka, znanego w prograch jako dcm (chyba). Gdyby was to interesowało, to już wiecie czemu.
See You, Space Cowboy! (zawsze chciałem to napisać)
środa, 12 października 2011
Dlaczego pukasz do okien?
Czwarta nad ranem. Nie ma rzewnego "może sen przyjdzie". Jest paroksyzm bólu. Organizm zastanawia się, co jest do cholery, a świadomość wchodząc do akcji odpowiada. I wtedy zaczyna boleć znowu, ale inaczej. Tępo i długotrwale. Nie przestanie jeszcze jakiś czas.
Szybko, zastanawiająco szybko jestem gotowy i ruszam. Tak mamo, mam autobus, nie mamo, nie zmoknę. Jest jeszcze noc. Wilgotno, wieje, ale temperatura znośna. Za ciepło, żeby otrzeźwieć, za zimno, żeby odpłynąć. Idę w tych cholernie ciężkich butach i znów czuję jesień. Jakoś tak oryginalnie. Jako ciężar w stopach. Wszystko gra, staram się nie myśleć o tym, dokąd i po co idę. Leci trzecia piosenka z kolei. Pamiętam tylko początek pierwszej. Gwiżdżę i nie słyszę swojego gwizdania, które tonie w szumie samochodów.
5:40 jestem na miejscu. Jest mi nieswojo. Nie wiem, co zrobić z rękami, więc giną w przepastnych kieszeniach zbyt wcześnie wyciągniętej zimowej kurtki.
Mrugam, i nagle jestem już przed kinem. Jesteśmy. Oboje. I są jeszcze jacyś ludzie. Mrugam drugi raz i wzrok chaotycznie zaczyna szukać za szybą autokaru tej sylwetki, o którą od zawsze mi chodzi.
Zaczyna świtać. Mży. Stoję pod latarnią, jeszcze pół mrugnięcia i na całym dużym, za dużym parkingu jestem sam. Zaczyna boleć bardziej. Brakuje mi papierosa.
Odbijam się od słupa, zataczam i człapię ulicami miasta. Coraz jaśniej. Gdzieś po drodze jest sms od Moniki.Nie mam gdzie iść, więc gwiżdżę. Ląduję u babci.
Kawy? Nie, dziękuję. Herbaty? Kanapki, czekolady, czekokolwiek? Nie. Ty małpiszonie, zawsze jesteś na nie. Robi się absurdalnie. To poproszę kawy. Kawę. Nie pomaga. Słodko w ustach.
Jestem w szkole i jest jak zwykle. Żadnych zmian, wyróżników. Może tylko bardziej dziko strzelam oczami, bo do mrugania czuję odrazę. Szukam jakiejś ulgi w kieszeni, bo znów mi nieswojo, chociaż nie piłem. Trafiam na jedną, samotną gumę do żucia. Będzie Ci raźniej, jak ją znajdziesz. Kiedy wkładam ją do ust, jestem już w paru kawałkach. Papierek pieczołowici złożony, jak sutanna po wszystkim. I tak go zgubię.
Jest jeszcze sporo mrugnięć przed cudzym monitorem (gapię się w niego, bo jestem osaczony), angielski i cichy cmentarz. Tam jest najspokojniej. Nie muszę mrugać, mogę bez obaw zamknąć oczy.
A później boli jeszcze trochę i jeszcze. Trawy niemiłosiernie pylą tej jesieni.
Docieram do domu, łeb, żołądek i tęsknota dalej są najistotniejszymi elementami mojego jestestwa. Chce mi się śmiać przed lustrem. Podobno gorączka. Kładę się. Boli. Wstaję. Nie mam najmniejszego pojęcia, jak to jest być na morfinie, ale w tej chwili rozumiem wszystkich morfinistów świata na czele z córką smutnego szatana, Przybyszewską. Piszę dziwną notkę, ale wrodzony rozsądek każe poczekać z jej publikacją. Dzień rozmywa się w pamięci, osiemnasta godzina na nogach. Po ostatnim, nieskładnym smsie brak kontaktu. Te przeklęte parę pikseli nie chce się pojawić. A jak już się pojawia, jest tylko gorzej. Teraz położę się i natychmiast usnę. Jutro gorączka minie i wszystko się uspokoi. Tak wymyśliłem, tak napisałem i tak być musi.
Amen.
Morał z tego prosty. Nie pisać w gorączce. Chociaż czas teraźniejszy dodaje uroku. Może trochę przesadziłem, a może nie. W każdym razie, takie ekscesy będę raczej ograniczał.
Szybko, zastanawiająco szybko jestem gotowy i ruszam. Tak mamo, mam autobus, nie mamo, nie zmoknę. Jest jeszcze noc. Wilgotno, wieje, ale temperatura znośna. Za ciepło, żeby otrzeźwieć, za zimno, żeby odpłynąć. Idę w tych cholernie ciężkich butach i znów czuję jesień. Jakoś tak oryginalnie. Jako ciężar w stopach. Wszystko gra, staram się nie myśleć o tym, dokąd i po co idę. Leci trzecia piosenka z kolei. Pamiętam tylko początek pierwszej. Gwiżdżę i nie słyszę swojego gwizdania, które tonie w szumie samochodów.
5:40 jestem na miejscu. Jest mi nieswojo. Nie wiem, co zrobić z rękami, więc giną w przepastnych kieszeniach zbyt wcześnie wyciągniętej zimowej kurtki.
Mrugam, i nagle jestem już przed kinem. Jesteśmy. Oboje. I są jeszcze jacyś ludzie. Mrugam drugi raz i wzrok chaotycznie zaczyna szukać za szybą autokaru tej sylwetki, o którą od zawsze mi chodzi.
Zaczyna świtać. Mży. Stoję pod latarnią, jeszcze pół mrugnięcia i na całym dużym, za dużym parkingu jestem sam. Zaczyna boleć bardziej. Brakuje mi papierosa.
Odbijam się od słupa, zataczam i człapię ulicami miasta. Coraz jaśniej. Gdzieś po drodze jest sms od Moniki.Nie mam gdzie iść, więc gwiżdżę. Ląduję u babci.
Kawy? Nie, dziękuję. Herbaty? Kanapki, czekolady, czekokolwiek? Nie. Ty małpiszonie, zawsze jesteś na nie. Robi się absurdalnie. To poproszę kawy. Kawę. Nie pomaga. Słodko w ustach.
Jestem w szkole i jest jak zwykle. Żadnych zmian, wyróżników. Może tylko bardziej dziko strzelam oczami, bo do mrugania czuję odrazę. Szukam jakiejś ulgi w kieszeni, bo znów mi nieswojo, chociaż nie piłem. Trafiam na jedną, samotną gumę do żucia. Będzie Ci raźniej, jak ją znajdziesz. Kiedy wkładam ją do ust, jestem już w paru kawałkach. Papierek pieczołowici złożony, jak sutanna po wszystkim. I tak go zgubię.
Jest jeszcze sporo mrugnięć przed cudzym monitorem (gapię się w niego, bo jestem osaczony), angielski i cichy cmentarz. Tam jest najspokojniej. Nie muszę mrugać, mogę bez obaw zamknąć oczy.
A później boli jeszcze trochę i jeszcze. Trawy niemiłosiernie pylą tej jesieni.
Docieram do domu, łeb, żołądek i tęsknota dalej są najistotniejszymi elementami mojego jestestwa. Chce mi się śmiać przed lustrem. Podobno gorączka. Kładę się. Boli. Wstaję. Nie mam najmniejszego pojęcia, jak to jest być na morfinie, ale w tej chwili rozumiem wszystkich morfinistów świata na czele z córką smutnego szatana, Przybyszewską. Piszę dziwną notkę, ale wrodzony rozsądek każe poczekać z jej publikacją. Dzień rozmywa się w pamięci, osiemnasta godzina na nogach. Po ostatnim, nieskładnym smsie brak kontaktu. Te przeklęte parę pikseli nie chce się pojawić. A jak już się pojawia, jest tylko gorzej. Teraz położę się i natychmiast usnę. Jutro gorączka minie i wszystko się uspokoi. Tak wymyśliłem, tak napisałem i tak być musi.
Amen.
Morał z tego prosty. Nie pisać w gorączce. Chociaż czas teraźniejszy dodaje uroku. Może trochę przesadziłem, a może nie. W każdym razie, takie ekscesy będę raczej ograniczał.
niedziela, 9 października 2011
Certain Victory Lotus Sutra
Niedziela. To zastanawiające, jak na początku większości notek informuję was uprzejmie jaki dziś dzień tygodnia. Skoro już to ustaliliśmy, wypadałoby się zastanowić, jaka jest niedziela? Ta niedziela i większość niedziel. Taki leniwy, wolny dzień boży powinien mieć cuś do siebie. Cuś charakterystycznego.
I ma. Jako, że Paulina w rozjazdach, snuję się z kąta w kąt. A kąty do dyspozycji mam niestety tylko cztery, więc łatwo o monotonię. Przed tą ostatnią zaś należy zwiewać, gdzie pieprz rośnie, albo nad zalew, bo jak dopadnie, to nie ma pomiłuj. Zeżre w całości. No i zwiałem. Z tej ucieczki zaś wynikły
niedzielne refleksje. W zasadzie, w kwasie i w sumie lubię ten dzień. Bardziej niż rozlazłą sobotę. Lubię iść i słuchać tych wszystkich kościelnych obcasów na chodniku. Patrzeć na poważne panie w spódnicach i marynarkach pachnące na parę metrów perfumami odpowiednimi do wieku. I na poważnych panów w garniturach, z wąsami pożółkłymi od papierosów, które palą na parkingu w oczekiwaniu na koniec ogłoszeń parafialnych. Lubię zapachy wszystkich polskich i mniej polskich obiadów, które mieszają się między szarymi, niskimi blokami. Bawią mnie "najmłodsi w rodzinie" w różnym wieku, którzy lecą do sklepu po śmietanę, bo zabrakło. A najbardziej lubię patrzeć na wujków odludków, którzy przy pierwszej lepszej okazji spieprzają z rodzinnego obiadu nad zalew "z psem" i łażą tam godzinami gapiąc się w pochmurne niebo.
Po tym wszystkim lubię wrócić do pustego mieszkania i pogadać chwilę z kotem. Nie lubię za to tłumu. Trzy osoby na tych iluśtam marnych metrach kwadratowych to za dużo.
Nie lubię też wspominać czasów, kiedy i ja jeździłem na rodzinne obiady. A obiady, cholera, lubiłem.
W czwartek będzie rok.
I ma. Jako, że Paulina w rozjazdach, snuję się z kąta w kąt. A kąty do dyspozycji mam niestety tylko cztery, więc łatwo o monotonię. Przed tą ostatnią zaś należy zwiewać, gdzie pieprz rośnie, albo nad zalew, bo jak dopadnie, to nie ma pomiłuj. Zeżre w całości. No i zwiałem. Z tej ucieczki zaś wynikły
niedzielne refleksje. W zasadzie, w kwasie i w sumie lubię ten dzień. Bardziej niż rozlazłą sobotę. Lubię iść i słuchać tych wszystkich kościelnych obcasów na chodniku. Patrzeć na poważne panie w spódnicach i marynarkach pachnące na parę metrów perfumami odpowiednimi do wieku. I na poważnych panów w garniturach, z wąsami pożółkłymi od papierosów, które palą na parkingu w oczekiwaniu na koniec ogłoszeń parafialnych. Lubię zapachy wszystkich polskich i mniej polskich obiadów, które mieszają się między szarymi, niskimi blokami. Bawią mnie "najmłodsi w rodzinie" w różnym wieku, którzy lecą do sklepu po śmietanę, bo zabrakło. A najbardziej lubię patrzeć na wujków odludków, którzy przy pierwszej lepszej okazji spieprzają z rodzinnego obiadu nad zalew "z psem" i łażą tam godzinami gapiąc się w pochmurne niebo.
Po tym wszystkim lubię wrócić do pustego mieszkania i pogadać chwilę z kotem. Nie lubię za to tłumu. Trzy osoby na tych iluśtam marnych metrach kwadratowych to za dużo.
Nie lubię też wspominać czasów, kiedy i ja jeździłem na rodzinne obiady. A obiady, cholera, lubiłem.
W czwartek będzie rok.
sobota, 8 października 2011
Solitude Ways
Wróciłem. Trochę mi to zajęło, ale wróciłem. Skąd? Ano z takiego Osobistego Miejsca. Z Bieszczad. Tradycji musiało stać się zadość i pojechałem, cholera wie który raz w życiu. Razem z Talarem, Sołtysem i jakimiśtamtypaminiewiemjakieklasyjadą.
W poniedziałek z samego rana pognaliśmy niedoścignionym autokarem zatrzymując się tylko ileśtam niezbędnych razy na szluga i na żarcie w maku. Przy okazji dokonałem niezbędnego rekonesansu i już wiedziałem cotozatakietamtypy z nami jadą. Sama podróż jakoś specjalnie nie jest warta uwagi, chociaż w Sandomierzu wszyscy podjarali się nagrywanym w pobliżu rynku Ojcem Łukaszem, czy jakoś tak, a ja korzystając z okazji skoczyłem do sklepu. Po artykuły spożywcze. Wicie. Rozumicie. W czasie drogi większość autokaru miała okazję poczuć na własnej skórze, czym jest Talar i jak na mnie działa. Wicie... "posuń się, bo ci urwę łeb i wyrzucę przez okno. I jak będziesz jechał?", "poszło zerosiedem, butelka leci na parkiet!". Dojechaliśmy, zjedliśmy, zakwaterowaliśmy się (plecaki pod ścianę, kosmetyczka w kąt, głośniki na parapet, gotowe) i zaczęliśmy poznawać współlokatorów, niejakiego Huberta i Michała. Jeszcze ich za dobrze nie poznaliśmy, a tu zmorzył nas koło pierwszej sen. A warto było się wyspać, bowiem we...
...wtorek ruszyliśmy ostro w góry. Wyzwanie życia. Połonina Wetlińska. Spodziewałem się tego, co rok temu, czyli tempa dostosowanego do najwolniejszych. I się na szczęście przeliczyłem. Skakaliśmy z punktu w punkt jak trzeba, przewodnik był w porządku, mówił rzeczy znane, ale z sensem, zbiegał tak, jak zawsze chciałem zbiegać hamowany przez resztę. Ogon w najtrudniejszych odcinkach dociągał do nas po półgodzinnym opóźnieniu. Kadra chyba miała nadzieję, że zmęczenie weźmie górę i nikt nie będzie miał siły... eee... jeść czipsów wieczorem. No i też się przeliczyli, biedni nauczyciele. "Lewis, dawaj, ja jeszcze znalazłem *gul,gul,gul*... TO JEST WODA!", "- wezwę policję! -JOTPE!", "-piłeś! -nieprawda! - piłeś! - no dobra, jestem pijany"
Środa pod znakiem Drwala. Jestem Drwalem. Zawsze chciałem być Drwalem. Doczekałem się. Wykarczowaliśmy hektary lasu, rozpaliliśmy ognisko, niezdatni do bycia Drwalami obrali cebulę, wstawiliśmy zupę, poszliśmy się postrzelać w lesie ("i tak mnie nie trafisz, bo stoję pod górę!"), pojedynek na dziesięć kroków zaowocował postrzałem w brzuch, zjedliśmy, przekąpaliśmy się w rzece i dawaaj na kolację. Bilard, pingpong ("mogłaś powiedzieć, że umiesz grać!"), worek treningowy, ćwiczenie parteru i klepanie się po żebrach. Oraz nielegalna wyprawa do sklepu. Innymi słowy - całe życie na przypale!
Czwartek na cegielni, kuchnia, paintball ("-pierwsza strzeliłam! -co z tego? i tak nie żyjesz!"), nielegalna wyprawa na cepeen, obijanie się, wertepy ("ale ogar z tego kierowcy... po co dwie skrzynie biegów?") i takie tam różne. Znów przegrałem w pingponga, znów wygrałem w bilarda (stół fizyka ściągał wszystko na lewo), dałem w żebra, dostałem po żebrach, pograłem w karty, spędziłem ze trzy godziny na opowiadaniu i słuchaniu kawałów, padłem i wstałem w
piątek. Szybki pakunek, łazienka, śniadanie, pach i jedziemy. Huta szkład w Krośnie (ta familijna atmosfera i choreografia jak w musicalu, a nie w zakładzie, mnie rozwaliła), jakiś film o ruskich szpiegach głośno przez nas komentowany, makdonald, powrót, ot i cały wyjazd.
Czerwiec 2010 był lepszy, ale nie narzekam. Czy warto było pojechać, okaże się za czas jakiś, bo teraz jest raczej kiepsko. Dlatego też będę kończył notkę czysto pamiętnikarską. Ktoś chce czegoś posłuchać?
Dziś coś pozytywnego, na miarę mojego nastroju. Gnijcie.
W poniedziałek z samego rana pognaliśmy niedoścignionym autokarem zatrzymując się tylko ileśtam niezbędnych razy na szluga i na żarcie w maku. Przy okazji dokonałem niezbędnego rekonesansu i już wiedziałem cotozatakietamtypy z nami jadą. Sama podróż jakoś specjalnie nie jest warta uwagi, chociaż w Sandomierzu wszyscy podjarali się nagrywanym w pobliżu rynku Ojcem Łukaszem, czy jakoś tak, a ja korzystając z okazji skoczyłem do sklepu. Po artykuły spożywcze. Wicie. Rozumicie. W czasie drogi większość autokaru miała okazję poczuć na własnej skórze, czym jest Talar i jak na mnie działa. Wicie... "posuń się, bo ci urwę łeb i wyrzucę przez okno. I jak będziesz jechał?", "poszło zerosiedem, butelka leci na parkiet!". Dojechaliśmy, zjedliśmy, zakwaterowaliśmy się (plecaki pod ścianę, kosmetyczka w kąt, głośniki na parapet, gotowe) i zaczęliśmy poznawać współlokatorów, niejakiego Huberta i Michała. Jeszcze ich za dobrze nie poznaliśmy, a tu zmorzył nas koło pierwszej sen. A warto było się wyspać, bowiem we...
...wtorek ruszyliśmy ostro w góry. Wyzwanie życia. Połonina Wetlińska. Spodziewałem się tego, co rok temu, czyli tempa dostosowanego do najwolniejszych. I się na szczęście przeliczyłem. Skakaliśmy z punktu w punkt jak trzeba, przewodnik był w porządku, mówił rzeczy znane, ale z sensem, zbiegał tak, jak zawsze chciałem zbiegać hamowany przez resztę. Ogon w najtrudniejszych odcinkach dociągał do nas po półgodzinnym opóźnieniu. Kadra chyba miała nadzieję, że zmęczenie weźmie górę i nikt nie będzie miał siły... eee... jeść czipsów wieczorem. No i też się przeliczyli, biedni nauczyciele. "Lewis, dawaj, ja jeszcze znalazłem *gul,gul,gul*... TO JEST WODA!", "- wezwę policję! -JOTPE!", "-piłeś! -nieprawda! - piłeś! - no dobra, jestem pijany"
Środa pod znakiem Drwala. Jestem Drwalem. Zawsze chciałem być Drwalem. Doczekałem się. Wykarczowaliśmy hektary lasu, rozpaliliśmy ognisko, niezdatni do bycia Drwalami obrali cebulę, wstawiliśmy zupę, poszliśmy się postrzelać w lesie ("i tak mnie nie trafisz, bo stoję pod górę!"), pojedynek na dziesięć kroków zaowocował postrzałem w brzuch, zjedliśmy, przekąpaliśmy się w rzece i dawaaj na kolację. Bilard, pingpong ("mogłaś powiedzieć, że umiesz grać!"), worek treningowy, ćwiczenie parteru i klepanie się po żebrach. Oraz nielegalna wyprawa do sklepu. Innymi słowy - całe życie na przypale!
Czwartek na cegielni, kuchnia, paintball ("-pierwsza strzeliłam! -co z tego? i tak nie żyjesz!"), nielegalna wyprawa na cepeen, obijanie się, wertepy ("ale ogar z tego kierowcy... po co dwie skrzynie biegów?") i takie tam różne. Znów przegrałem w pingponga, znów wygrałem w bilarda (stół fizyka ściągał wszystko na lewo), dałem w żebra, dostałem po żebrach, pograłem w karty, spędziłem ze trzy godziny na opowiadaniu i słuchaniu kawałów, padłem i wstałem w
piątek. Szybki pakunek, łazienka, śniadanie, pach i jedziemy. Huta szkład w Krośnie (ta familijna atmosfera i choreografia jak w musicalu, a nie w zakładzie, mnie rozwaliła), jakiś film o ruskich szpiegach głośno przez nas komentowany, makdonald, powrót, ot i cały wyjazd.
Czerwiec 2010 był lepszy, ale nie narzekam. Czy warto było pojechać, okaże się za czas jakiś, bo teraz jest raczej kiepsko. Dlatego też będę kończył notkę czysto pamiętnikarską. Ktoś chce czegoś posłuchać?
Dziś coś pozytywnego, na miarę mojego nastroju. Gnijcie.
niedziela, 2 października 2011
Wyjątków część dalsza, druga i ostatnia
Byłem przerażony i piłem więcej niż zwykle. Pracowałem nad swoją pierwszą powieścią. Siedząc nad maszyną do pisania, wypijałem co wieczór pół litra whisky i dwanaście piw. Do bladego świtu paliłem tanie cygara, waliłem w maszynę, piłem i słuchałem muzyki klasycznej z radia. Postawiłem sobie za cel dziesięć stron dziennie, ale dopiero następnego dnia mogłem sprawdzić, ile napisałem. Wstawałem rano, wymiotowałem i kierowałem się do frontowego pokoju, by zobaczyć, ile kartek leży na kanapie. Zawsze przekraczałem swój limit.
Charles Bukowski
I usłyszałem głos z nieba mówiący do mnie: Napisz.
Apokalipsa
Ten dygot trzyma mnie w ryzach.
Theodore Roethke
I widziałem innego, mocnego anioła, zstępującego z nieba, odzianego w obłok.
Apokalipsa
Pijaństwo bramą każdej nieprawości. Zwady, urągań, kradzieży, sprośności. i innych wielu: grzech bowiem pijaństwa, to duch szataństwa.
Pieśń przeciw pijaństwu (w kancjonale Heczki, nr 443)
Czemuż nie zaśpiewasz nam tej pijanej aryjki?
(w słowniku Samuela B. Lindego)
Jako biolog, jako myśliciel społeczny zajmujący się władzą i przebudową świata, kształtowaniem porządku uniwersalnego – we wszystkich tych wcieleniach zdawał się mieć wielką potrzebę kopulacji.
Saul Bellow
Dziwna sprawa z tą wódką, jest to piekielnie ostry napitek, tajemniczy wywar z ziółek, który ma jakiś osobliwy związek z gwiazdami.
Herman Broch
Ramię w ramię szliśmy bulwarem SaintGermaine, a przed witryną ligi antyalkoholowej, wystawiającej, jak zwykle, zeschłe mózgi, rzekłem:
– Tu, oczywiście, najlepiej przejść na drugą stronę.
Philhppe Soupault
Prawdziwym mężczyzną jest ten, kto pragnie powtórzenia.
S0ren Kierkegaard
Jako szesnastolatek i wciąż jeszcze uczeń zacząłem bardziej regularnie odwiedzać przyjemnie nieformalny dom uciech, wypróbowawszy wszystkie siedem dziewcząt, skoncentrowałem uczucia na pulchniutkiej Polymni, z którą wypijałem zawsze mnóstwo pienistego piwa, siedząc przy mokrym stoliku w sadzie – wręcz uwielbiam sady.
Vladimir Nabokov
Moja dusza jest wśród lwów.
Psalm 57
Rury i kadzie porteru cudowne. Ale szczury wpadają do nich. Wzdymają się z opicia do wielkości owczarków i pływają. Spite porterem i piją, dopóki się nie wyrzygają jak chrześcijanie.
James Joyce
Kiedy siedziałem w helikopterze przelatując nad Manhattanem, oglądając Nowy Jork, jak gdybym płynął w łodzi o szklanym dnie nad tropikalną rafą, Humboldt prawdopodobnie gmerał pośród swoich butelek, szukając odrobiny soku, żeby go zmieszać z porannym dżinem.
Saul Bellow
Życie jest możliwe tylko wskutek nieciągłości.
Emil Michel Cioran
Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy i ciemną słodycz kobiecego ciała. Jak też wódkę mrożoną.
Czesław Miłosz
Gdyby nie myśl o samobójstwie, dawno bym się zabił.
Emil Michel Cioran
Mówili o mnie ci, którzy siedzieli w bramie, a byłem piosnką u tych, którzy pili mocny napój.
Psalm 69
Przez morze była droga Twoja, a ścieżki Twoje przez wody wielkie, wszakże śladów Twoich nie było.
Psalm 77
A teraz zastanówcie się razem ze mną: co mam wypić?
Wieniedikt Jerofiejew
World Coming Down
Dziś niedziela, prawda? Dobry dzień na notkę. Jak każdy inny w sumie. Na początek, żeby mieć już to z głowy (sałatkę też zawsze zjadam na początku. Z tego samego powodu), spróbuję przypomnieć sobie, co działo się od środy. Spróbowałem i jak zwykle niewiele. To chyba niedobsze?
Miał być wyjazd do Warszawy, ale nie wyszedł. Obiłem sobie za to pięść (logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy). I wraz z Bartusiem udałem się do Talara. Było jak zwykle przyjemnie. Posiedzielimy, pośmiali się, pogadali, posłuchałem Albinobeach'a, papuga Talara machała łbem w rytm beatboxu i poszła połowa truskawkowej nalewki. Sok w sumie. W domu było jednak dosyć duszno i dlatego od czasu do czasu wychodziliśmy się przetwierzyć. A raz nawet śmignęliśmy skuterem do TOPAZU ("ja to bym zjadł batona..."). To był piątek, right?
Sobota, imieniny kota. Z samego rana wos ("czy Varg Vikernes, wokalista Burzuma, jest zresocjalizowany?"), sprzątanie, zalew z Bodziuchem i do Pauliny. 21:30 powrót do domu. Godzina łażenia z kąta w kąt, zgon, sen. Czy o takim dniu warto w ogóle wspominać?
Warto, jeśli dostaje się w trakcie teledysk na dzień chłopaka. Teledysk jest mój i oglądanie go było najprzyjemniejszą częścią dnia. Nic wam o nim nie powiem, bo jest mój i o!
W trakcie tych paru dni zdążyłem jeszcze stracić słuchawki ("Stefek, co ty tam gryziesz..? STEFAAAAAAAN! UKRĘCĘ CI ŁEB!"), kupić nowe ("brakuje mi piątaka, jak myślisz sprzedam za tyle podręcznik od biologii?") i takie tam różne.
Chyba nie powinienem zabierać się za pisanie w takim nastroju. Dla osłody i rozładowania napięcia, Pewne Dzieło (to naprawdę nie jest łatwe) -
A, Ireno! Sama? A po co tu ta kołdra? Gładko na szaro nas zrobi loża:
Żoliborz, San oraz Sanok dał gardło katu! To co? Pa? A, masoneria!...
Proszę sobie wykoncypować o co tu chodzi i odpowiedzi zachować dla siebie. Wytłuszczona litera jest osią zdania.
Literatura już była, to tera trochu muzyki, co by się człek kurturarnie poczuł, nie? Ostatnio w uszach sam miszmasz, zero logiki, ale może to przez niespójny humor. Albo jego brak. W każdym razie dziś podrzucę waaaaam... (losowe odtwarzanie) coś złego. Minęły dwa lata odkąd pierwszy raz to usłyszałem. Całe "Murder Ballads" nadal potrafi mnie na jakiś czas rozłożyć. Zastanawiające są dwie rzeczy. Jakiś czas temu Pyza wspomniała Cave'a, a tu (jak mawia Talar) fik! i jest. A po drugie... dlaczego miarą muzyki jest dla mnie to, jak bardzo destrukcyjnie na mnie działa? Nigdy nie czuję, że to, czego słucham "daje mi pozytywną energię, ładuje akumulatory" albo coś w tym tonie. Nie. Mnie muzyka gnębi, rozwala, miażdży, torturuje. A ja, masochista to lubię. Ech, ta dzisiejsza młodzież.
No co? Ja nigdy nie mówiłem, że będę fajnie i spójnie pisał. Jestem jak Werter (hej, Monika! :) a jutro wyjeżdżam (głowna liczba wycieczki - 2,7. Zgadujcie) i sam nie wiem, czy chcę wracać. Może zeżrą mnie niedźwiedzie, albo skręcę kark i będziecie mieli spokój z tym blogiem.
Trzymajcie kciuki!
Miał być wyjazd do Warszawy, ale nie wyszedł. Obiłem sobie za to pięść (logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy). I wraz z Bartusiem udałem się do Talara. Było jak zwykle przyjemnie. Posiedzielimy, pośmiali się, pogadali, posłuchałem Albinobeach'a, papuga Talara machała łbem w rytm beatboxu i poszła połowa truskawkowej nalewki. Sok w sumie. W domu było jednak dosyć duszno i dlatego od czasu do czasu wychodziliśmy się przetwierzyć. A raz nawet śmignęliśmy skuterem do TOPAZU ("ja to bym zjadł batona..."). To był piątek, right?
Sobota, imieniny kota. Z samego rana wos ("czy Varg Vikernes, wokalista Burzuma, jest zresocjalizowany?"), sprzątanie, zalew z Bodziuchem i do Pauliny. 21:30 powrót do domu. Godzina łażenia z kąta w kąt, zgon, sen. Czy o takim dniu warto w ogóle wspominać?
Warto, jeśli dostaje się w trakcie teledysk na dzień chłopaka. Teledysk jest mój i oglądanie go było najprzyjemniejszą częścią dnia. Nic wam o nim nie powiem, bo jest mój i o!
W trakcie tych paru dni zdążyłem jeszcze stracić słuchawki ("Stefek, co ty tam gryziesz..? STEFAAAAAAAN! UKRĘCĘ CI ŁEB!"), kupić nowe ("brakuje mi piątaka, jak myślisz sprzedam za tyle podręcznik od biologii?") i takie tam różne.
Chyba nie powinienem zabierać się za pisanie w takim nastroju. Dla osłody i rozładowania napięcia, Pewne Dzieło (to naprawdę nie jest łatwe) -
A, Ireno! Sama? A po co tu ta kołdra? Gładko na szaro nas zrobi loża:
Żoliborz, San oraz Sanok dał gardło katu! To co? Pa? A, masoneria!...
Proszę sobie wykoncypować o co tu chodzi i odpowiedzi zachować dla siebie. Wytłuszczona litera jest osią zdania.
Literatura już była, to tera trochu muzyki, co by się człek kurturarnie poczuł, nie? Ostatnio w uszach sam miszmasz, zero logiki, ale może to przez niespójny humor. Albo jego brak. W każdym razie dziś podrzucę waaaaam... (losowe odtwarzanie) coś złego. Minęły dwa lata odkąd pierwszy raz to usłyszałem. Całe "Murder Ballads" nadal potrafi mnie na jakiś czas rozłożyć. Zastanawiające są dwie rzeczy. Jakiś czas temu Pyza wspomniała Cave'a, a tu (jak mawia Talar) fik! i jest. A po drugie... dlaczego miarą muzyki jest dla mnie to, jak bardzo destrukcyjnie na mnie działa? Nigdy nie czuję, że to, czego słucham "daje mi pozytywną energię, ładuje akumulatory" albo coś w tym tonie. Nie. Mnie muzyka gnębi, rozwala, miażdży, torturuje. A ja, masochista to lubię. Ech, ta dzisiejsza młodzież.
No co? Ja nigdy nie mówiłem, że będę fajnie i spójnie pisał. Jestem jak Werter (hej, Monika! :) a jutro wyjeżdżam (głowna liczba wycieczki - 2,7. Zgadujcie) i sam nie wiem, czy chcę wracać. Może zeżrą mnie niedźwiedzie, albo skręcę kark i będziecie mieli spokój z tym blogiem.
Trzymajcie kciuki!
środa, 28 września 2011
So familiar, so devastating
Jak to mawiamy z Talarem - Jan... Sebastian... Bach! Kolejny dzień, kolejna notka. Może kolejne parę dni, jeśli nie uda mi się skończyć dziś. Cóż to za dzień..? A tak, środa. Nie chcielibyście wiedzieć, jak zaczyna się środa? Tak samo jak wiele innych dni.
Pierwsza rzecz, jaka łączy mnie ze światem żywych po torturze śniadania, jest sms do Pauliny. Tak jest. Nie śniadanie z rodzicielką, tylko właśnie z mozołem wystukany, pierwszy spośród wielu w ciągu dnia, sms. Kiedy jest odpowiedź, wiem, że wstałem naprawdę, że żyję i że mogę rozpoczynać dzień. Takie zboczenie komunikacyjne. Później, standardowo.
Dzisiejsza środa była akurat urozmaicona i chwała za to! Na dwóchwuefach (wymówcie to szybko) tradycyjnie broniłem i puszczałem w zależności od okoliczności (joł!). A po dwóchwuefach (trudniej jest powiedzieć szybko "dwóchwuefów") Sołtys odkrył w kiblu (co za miejsce dla nieskrępowanego ducha młodości!) Obrazoburczy Buntowniczy List odkrywający "prawdę" o Prusie. Chciałbym być fajny i w tym momencie powiedzieć "czcza demagogia", ale jestem zbyt tępy. Ktoś był baaardzo sfrustrowany i (chyba) zakompleksiony i stworzył opis kilku (nie wszystkich) nauczycieli. Stworzywszy wydrukował i zostawił w rzeczonym kiblu. Konspiracja! Podziemie! Tablica ogłoszeń jest zbyt mainstreamowa. Wypisywał tam różne głupotki, większość "opinii" jest nie do przytoczenia. Stereotypy, plotki, fakty z życia osobistego, oskarżenia wyssane z palca, pewien pan jest złym nauczycielem, bo brzydko pachnie (sic!). Miałem już długopis w ręku, już szykowałem się do wysmażenia ognistej diatryby, ale nagle pomyślałem z przerażeniem "co Ty robisz? po co?". I utopiłem akt oskarżenia wymierzony w Prusa w kiblu. Nie dlatego, że jestem fanatycznym wyznawcą broniącym szkoły. Dlatego, że zarzuty można było o kant dupy potłuc. I tyle.
Dalej, dwie godziny pięknego języka ojczystego. Komu chciałoby się omawiać "Glorię Victis" i inne pierdoły? Lepiej stwierdzić, że się wszystko umie i poświęcić ten czas na sprawdzanie dyktand klasy Ig (jak głąby). Mój osobisty mistrz zaliczył 22 błędy ortograficzne i 4 interpunkcyjne. Drugie miejsce zajął koleś z manią stawiania przecinków. 8 błędów interpunkcyjnych w 4 linijkach. Dwie osoby w klasie umiały poprawnie napisać "znaleźć". Niestety tylko jedna "wprawdzie". Najlepsza osoba sieknęła dwa błędy interpunkcyjne. Byłoby zero, ale Talar się przyczepił. I po cóż tak im wypominam? Bo to jest pierwsza klasa elitarnego PRU44A. I może nawet wszyscy mają dysortografię, albo inne dysmózgowie, ale założę się, że NIE JESTEM CHUMANEM, WIĘC POLSKI TO DÓPA. Powodzenia na Politechnice, tyle dobrego, że niezastąpiony Microsoft Word poprawi "upszejmie proszę".
Ale, ale. Czy ja gadam o szkole? Czy i mi udziela się histeryczna atmosfera matury? Nieee, to nie adam. Ogólnie nastroje w klasie są chyba coraz mniej przychylne względem naszej niezastąpionej dwójki. I niepomiernie nas to raduje. Ja naprawdę nie jestem tak strasznie antyludziowy, ale ludzie, litości. "Bitwa Warszawska, to świetny film, widziałam zapowiedź, naprawdę warto iść." Borys Szyc, Natasza Urbańska, zapowiedź najpewniej minuta trzydzieści, wojna, miłość i human roniący łzy. Ze szczęścia, bo nie ma lekcji. Ale nie ma tak łatwo. Kiedy okazało się, że na wyjście trzeba będzie zaczekać godzinę PO LEKCJACH, liczba chętnych dziwnie zmalała. "Świetny film".
Skoro już zahaczylimy o Talara, to grzechem byłoby nie wspomnieć o jego mrożącej krew w żyłach wypowiedzi. Miejsce akcji - historia. Występuje nasza trójka. Twierdzę, że chcę zostać kosmicznym detektywem. Sołtys się śmieje. Talar, ciągle śmiertelnie poważny, patrząc na Bartusia wzrokiem ciężkim jak życie biochemów, pyta, ale jak pyta! "A Ty czego się śmiejesz? Wiesz co tam było? (nie wiem gdzie, ale mniejsza). Wiesz..?!". Sołtys zmieszany, na to Talar ponuro i tryumfująco "TAM BYŁ NÓŻ".
Reszta dnia rozjechana i niespójna. Jakiśtam angielski, krótki spacer, obiad i tym podobne, przyziemne duperele. Geniusze nie piszą o przyziemnych duperelach. Więc pewnie ja powinienem.
Z rzeczy krótkich - nie mam długich palców; być może dobrym pomysłem byłoby zablokowanie bloga tak, żeby ktuś nie tracił informatyki?
A teraz pora na Kącik Muzyczny! /tamtaramtamtam/. I o tym, co mnie ostatnio rozkłada na łopatki.
Krótko - Blindead. Jak zwykle warto sprawdzić co będzie grało. Dziwiłem się Bartkowi, ale (o dziwo) mam tak samo. Czyli ww. Blindead walczy u mnie o atencję z główną atrakcją piątku 21 października. Nie ma to jak klarownie przedstawić sprawę.
Dlaczego? Klimat zespołu, ciężki, naprawdę ciężki i naprawdę sensowny post/doom/sludge, momentami przypomina mi Cult of Luna. Zjawiskowy (jakich ja przymiotników używam? wstyd!) wokal, konsekwencja w graniu połączona z ewolucją. Autoscopia, czyli Morderstwo w Etapach i wgniatające Enlightement, Devouring Weakness i tytułowy, obłędny kawałek, Affliction XXIX II MXMV, którego dopiero smakuję, a który wydaje się być najbardziej złożonym (bo najnowszym?) jak do tej pory albumem (i był już tu wspomniany). Nie będę się rozwodził nad technikaliami, na których się nie znam. Przytłaczające riffy, zmiany tempa i klimatu, dwojaki wokal, solidna, acz nieorgazmowa perkusja. Ale wystarczy, żeby ta jesień stała się dużo, dużo smutniejsza. Więc do zobaczenia w październiku!
Plany. Plany always changes. Ale póki co są całkiem skrystalizowane, ba, są nawet obiecująco przyjemne! Jeśli dobrze pójdzie, to sobotnia noc zejdzie na parapetówie w warszafce. Wątroba ma pewne wątpliwości, ale kto by jej słuchał? Tą dobrą nowinę przyniósł dziś pod samego prusa niejaki Sensej. Mówił, że miał się z kimś spotkać, ale wszyscy odkryliśmy jego niecny zamiar skorzystania za darmo ze szkolnego kibla, który już mu nie przysługiwał.
Z kolei od poniedziałku do piątku czeka was posucha, moi Drodzy Czytelnicy. Wyjeżdżam i nie będę pisał. Ale proszę, nalegam, wstrzymajcie się z rozpaczą i falą samobójstw. Wrócę i zamierzam zorganizować jakieś spotkanie z fanami, autografy, te sprawy. Wyjeżdżam zaś w Bieszczady. I będzie tam w miarę dobrze. To pewnik.
Kończąc rozważania - uważajcie na siebie i na innych, róbcie kupę co rano, uczcie się, pracujcie i czytajcie bloga, a nagroda was nie minie.
Miłego wieczoru!
Pierwsza rzecz, jaka łączy mnie ze światem żywych po torturze śniadania, jest sms do Pauliny. Tak jest. Nie śniadanie z rodzicielką, tylko właśnie z mozołem wystukany, pierwszy spośród wielu w ciągu dnia, sms. Kiedy jest odpowiedź, wiem, że wstałem naprawdę, że żyję i że mogę rozpoczynać dzień. Takie zboczenie komunikacyjne. Później, standardowo.
Dzisiejsza środa była akurat urozmaicona i chwała za to! Na dwóchwuefach (wymówcie to szybko) tradycyjnie broniłem i puszczałem w zależności od okoliczności (joł!). A po dwóchwuefach (trudniej jest powiedzieć szybko "dwóchwuefów") Sołtys odkrył w kiblu (co za miejsce dla nieskrępowanego ducha młodości!) Obrazoburczy Buntowniczy List odkrywający "prawdę" o Prusie. Chciałbym być fajny i w tym momencie powiedzieć "czcza demagogia", ale jestem zbyt tępy. Ktoś był baaardzo sfrustrowany i (chyba) zakompleksiony i stworzył opis kilku (nie wszystkich) nauczycieli. Stworzywszy wydrukował i zostawił w rzeczonym kiblu. Konspiracja! Podziemie! Tablica ogłoszeń jest zbyt mainstreamowa. Wypisywał tam różne głupotki, większość "opinii" jest nie do przytoczenia. Stereotypy, plotki, fakty z życia osobistego, oskarżenia wyssane z palca, pewien pan jest złym nauczycielem, bo brzydko pachnie (sic!). Miałem już długopis w ręku, już szykowałem się do wysmażenia ognistej diatryby, ale nagle pomyślałem z przerażeniem "co Ty robisz? po co?". I utopiłem akt oskarżenia wymierzony w Prusa w kiblu. Nie dlatego, że jestem fanatycznym wyznawcą broniącym szkoły. Dlatego, że zarzuty można było o kant dupy potłuc. I tyle.
Dalej, dwie godziny pięknego języka ojczystego. Komu chciałoby się omawiać "Glorię Victis" i inne pierdoły? Lepiej stwierdzić, że się wszystko umie i poświęcić ten czas na sprawdzanie dyktand klasy Ig (jak głąby). Mój osobisty mistrz zaliczył 22 błędy ortograficzne i 4 interpunkcyjne. Drugie miejsce zajął koleś z manią stawiania przecinków. 8 błędów interpunkcyjnych w 4 linijkach. Dwie osoby w klasie umiały poprawnie napisać "znaleźć". Niestety tylko jedna "wprawdzie". Najlepsza osoba sieknęła dwa błędy interpunkcyjne. Byłoby zero, ale Talar się przyczepił. I po cóż tak im wypominam? Bo to jest pierwsza klasa elitarnego PRU44A. I może nawet wszyscy mają dysortografię, albo inne dysmózgowie, ale założę się, że NIE JESTEM CHUMANEM, WIĘC POLSKI TO DÓPA. Powodzenia na Politechnice, tyle dobrego, że niezastąpiony Microsoft Word poprawi "upszejmie proszę".
Ale, ale. Czy ja gadam o szkole? Czy i mi udziela się histeryczna atmosfera matury? Nieee, to nie adam. Ogólnie nastroje w klasie są chyba coraz mniej przychylne względem naszej niezastąpionej dwójki. I niepomiernie nas to raduje. Ja naprawdę nie jestem tak strasznie antyludziowy, ale ludzie, litości. "Bitwa Warszawska, to świetny film, widziałam zapowiedź, naprawdę warto iść." Borys Szyc, Natasza Urbańska, zapowiedź najpewniej minuta trzydzieści, wojna, miłość i human roniący łzy. Ze szczęścia, bo nie ma lekcji. Ale nie ma tak łatwo. Kiedy okazało się, że na wyjście trzeba będzie zaczekać godzinę PO LEKCJACH, liczba chętnych dziwnie zmalała. "Świetny film".
Skoro już zahaczylimy o Talara, to grzechem byłoby nie wspomnieć o jego mrożącej krew w żyłach wypowiedzi. Miejsce akcji - historia. Występuje nasza trójka. Twierdzę, że chcę zostać kosmicznym detektywem. Sołtys się śmieje. Talar, ciągle śmiertelnie poważny, patrząc na Bartusia wzrokiem ciężkim jak życie biochemów, pyta, ale jak pyta! "A Ty czego się śmiejesz? Wiesz co tam było? (nie wiem gdzie, ale mniejsza). Wiesz..?!". Sołtys zmieszany, na to Talar ponuro i tryumfująco "TAM BYŁ NÓŻ".
Reszta dnia rozjechana i niespójna. Jakiśtam angielski, krótki spacer, obiad i tym podobne, przyziemne duperele. Geniusze nie piszą o przyziemnych duperelach. Więc pewnie ja powinienem.
Z rzeczy krótkich - nie mam długich palców; być może dobrym pomysłem byłoby zablokowanie bloga tak, żeby ktuś nie tracił informatyki?
A teraz pora na Kącik Muzyczny! /tamtaramtamtam/. I o tym, co mnie ostatnio rozkłada na łopatki.
Krótko - Blindead. Jak zwykle warto sprawdzić co będzie grało. Dziwiłem się Bartkowi, ale (o dziwo) mam tak samo. Czyli ww. Blindead walczy u mnie o atencję z główną atrakcją piątku 21 października. Nie ma to jak klarownie przedstawić sprawę.
Dlaczego? Klimat zespołu, ciężki, naprawdę ciężki i naprawdę sensowny post/doom/sludge, momentami przypomina mi Cult of Luna. Zjawiskowy (jakich ja przymiotników używam? wstyd!) wokal, konsekwencja w graniu połączona z ewolucją. Autoscopia, czyli Morderstwo w Etapach i wgniatające Enlightement, Devouring Weakness i tytułowy, obłędny kawałek, Affliction XXIX II MXMV, którego dopiero smakuję, a który wydaje się być najbardziej złożonym (bo najnowszym?) jak do tej pory albumem (i był już tu wspomniany). Nie będę się rozwodził nad technikaliami, na których się nie znam. Przytłaczające riffy, zmiany tempa i klimatu, dwojaki wokal, solidna, acz nieorgazmowa perkusja. Ale wystarczy, żeby ta jesień stała się dużo, dużo smutniejsza. Więc do zobaczenia w październiku!
Plany. Plany always changes. Ale póki co są całkiem skrystalizowane, ba, są nawet obiecująco przyjemne! Jeśli dobrze pójdzie, to sobotnia noc zejdzie na parapetówie w warszafce. Wątroba ma pewne wątpliwości, ale kto by jej słuchał? Tą dobrą nowinę przyniósł dziś pod samego prusa niejaki Sensej. Mówił, że miał się z kimś spotkać, ale wszyscy odkryliśmy jego niecny zamiar skorzystania za darmo ze szkolnego kibla, który już mu nie przysługiwał.
Z kolei od poniedziałku do piątku czeka was posucha, moi Drodzy Czytelnicy. Wyjeżdżam i nie będę pisał. Ale proszę, nalegam, wstrzymajcie się z rozpaczą i falą samobójstw. Wrócę i zamierzam zorganizować jakieś spotkanie z fanami, autografy, te sprawy. Wyjeżdżam zaś w Bieszczady. I będzie tam w miarę dobrze. To pewnik.
Kończąc rozważania - uważajcie na siebie i na innych, róbcie kupę co rano, uczcie się, pracujcie i czytajcie bloga, a nagroda was nie minie.
Miłego wieczoru!
poniedziałek, 26 września 2011
Rozdział 13. Wyjątki
Jeszcze w czwartek się piło. I to jak się piło! A teraz krzyczał w dzień i w nocy, i ochrypł, teraz dogorywał.
Jurij Tynianow.
Pokrzepiwszy się tęgo, bardzo tęgo, począłem składać wszystkie swoje manatki na dachu szopy, do którego mogłem sięgnąć ręką, najpierw teczkę, później jedną butelkę po drugiej: saską żytniówkę, potem cztery nie napoczęte i jedną napoczętą butelkę śliwowicy szwarcwaldzkiej, wszystko starannie jedno obok drugiego na krawędzi dachu.
Hans Fallada.
Zabija czas, nic innego mu nie pozostało. Nie pomoże mu teraz ta ćwiartka bourbona, którą cisnął na oślep do rzeki.
Robert Lowell.
Ty masz koniak? Może niesiesz go dla chorej, starej kobiety? Może chowasz go na ponowne przyjście naszego Pana Jezusa? Skąd zresztą mogę, drogi przyjacielu, odgadnąć przeznaczenie twojego koniaku?
John Steinbeck.
Czy ci wiadomo, czy ci wiadomo, szanowny panie, żem przepił nawet jej pończochy?
Fiodor Dostojewski.
Czyż nie odczuwam? Owszem. Im więcej piję, tym więcej odczuwam. Właśnie dlatego piję, że w trunku tym szukam współczucia i serca. Nie wesela szukam, lecz jedynie boleści... Piję, albowiem pragnę dotkliwiej cierpieć!
Fiodor Dostojewski.
Grzechów, które rzeczywiście się zdarzają, Bóg ani chce, ani nie chce, lecz tylko je dopuszcza.
Gottfried Wilhelm Leibniz.
Tak więc spędziłem całą noc pijąc i wymiotując na przemian.
Hans Fallada.
Wchodzi do kościoła, usta mu się ruszają w czymś modlitwopodobnym. w środku jest chłodno; na ścianach obrazy drogi krzyżowej. Zdaje się, ze nikt nie patrzy. Szczególnie w kościele lubi sobie popić.
Malcolm Lowry.
Lecz bywali tacy opoje, którzy – czując w sobie zbytek trunku, a nie chcąc go odstąpić, kiedy po skończonym stole trwała jeszcze dobra ochota – wychodzili za dom i tam sprawiwszy sobie dobrowolnie wymiot, powracali do kompanii i znowu na nowo pili.
Jędrzej Kitowicz.
Nie wydaje ci się, że trochę cię znudzi mieszkanie z pijakiem? Nie widziałaś jeszcze najgorszego. Wszystko przewracam. Cały czas rzygam. To cud, ze przez te ostatnie kilka dni czułem się tak dobrze. Jesteś jak antidotum, co miesza się z alkoholem i utrzymuje mnie w równowadze, ale to nie będzie trwało wiecznie.
John O'Brien.
I osądzi wszystkich sprawiedliwie i przebaczy dobrym i złym, wyniosłym i pokornym... a gdy już skończy ze wszystkimi, naonczas przemówi i do nas: “Chodźcie i wy – powie – Chodźcie pijaniuteńcy! Chodźcie słabiutcy! Chodźcie zasromani!” i my wszyscy przyjdziemy nie wstydząc się i staniemy przed Nim. A On powie. “Świnie jesteście! Na obraz i podobieństwo bestii; ale chodźcie i wy też!”
Fiodor Dostojewski.
Tylko drugorzędny umysł nie umie wybrać pomiędzy literaturą a prawdziwą nocą duszy.
Emil Michel Cioran.
Nie mogę wszelako pojąć, w jaki sposób zdołał ktoś rozciągnąć przyjemność picia poza pragnienie i urobić sobie w imaginacji jakoby apetyt sztuczny i przeciw naturze.
Michel de Montaigne.
Daj, Panie, nam wszystkim, nam pijakom, tak lekką i tak piękną śmierć.
Józef Roth.
– Chyba mam ochotę się napić.
– Prawie wszyscy mają taką ochotę, tylko o tym nie wiedzą.
Charles Bukowski
dobór cytatów - a znajdźcie sobie i się dowiedzcie. Ponoć to modny pisarz. Mam ochotę wymiotować, jak czytam taki przymiotnik przy jego nazwisku.
Ciekawostki i biochemowe imprezy
Znów cholerna przerwa, znów muszę lecieć myślę wstecz, żeby mniej więcej przypomnieć sobie co też ciekawego działo się w moim otoczeniu. I wiecie co? Nic się nie działo. Więc nie będzie pamiętnikarskich relacji. z wyjątkiem dnia wczorajszego. Skoro jeszcze go czuję w trzewiach, to widocznie jest wart uwagi.
Jakoś tak się składa, że ostatnio jeśli jest impreza na horyzoncie, to impreza głównie biochemowa. Pominę specyfikę tej klasy, bo jeszcze przyjdzie obskoczyć wpierdziel pod szkołą... Grunt, że bawić się potrafiom! (z góry przepraszam za jakość notki, ale wczoraj zabiłem całkiem sporo szarych komórek i myśli jakoś dziwnie fruwają). Tym razem miałem niekłamaną przyjemność gościć na osiemnastce niejakiej Aleksandry Wielogórskiej. Po latach przygotowań i szykowań ("Paulina, poczekaj, muszę jeszcze siku!"), gładko odnaleźliśmy największy, najbardziej żółty i jedyny dom z numerem 39. Raźno wkroczyliśmy w paszczę lwa, a tam, jak to zwykle bywa, kupa gości.
W tym momencie, nie bez perwersyjnej satysfakcji płynącej z wycieczek osobistych, pozwolę sobie rzeczonych gości przedstawić. Jeśli kogoś pominę, to dlatego, że nie zamieniłem z nim ani słowa i nie zapadł mi specjalnie w pamięć. Bez urazy, a jeśli już, to pojedynki przyjmuję we wtorki od 15:30 do 16:00.
Gościli (w kolejności chaotycznej):
Artur - "mogę coś powiedzieć?", "nie jest źle, kojarzę cały tekst", "nie, to Chuck Testa". przyniósł ogórki kiszone. Wyrazy szacunku.
Duszczyk - "zawsze pokrzywdzony jest ten, kto pije ze wszystkimi po kolei, tak jest w życiu, to jest niedobre" śliczne rumieńce, ludowe hołubce i piosenki. Chyba dobrze się bawił?
skoro Duszczyk, to i
Asia - "patrz ile płyt... o, smerfne hity!"
a skoro tak dwójka, to i
Nieścieruk - "myślałem, że jestem w towarzystwie, w którym nie trzeba chować papierosów". Nie chciał iść na rękę :(
Bush - "zesrała się dupa i płacze", "jestem teraz w idealnym stanie". Ognista dyskusja na wszystkie tematy trwająca dosyć długo, rozwalił się na łóżku i miejsca nie było.
Monika - "nie śmieszne", "teraz jesteś profesjonalnym fotografem", "było już pasowanie?". Robiła zdjęcia i miała atak kompletnego zaniku mięśni. Lubi mojego bloga, więc nie będę się śmiał.
Karolina - "umiem bekać na zawołanie", "żadnych zdjęć z papierosem". Nie bardzo wiem, co mógłbym jeszcze napisać, ale wiem, że gdybym nie napisał nic, to by się obraziła, więc piszę.
Kinga - "NIE JESTEM AGRESYWNA, JA SIĘ TYLKO DRĘ *&%$@!", "ALE NARZUTA, JA CIĘ", "ALE KOŁDERKA JA CIĘ", "CO ROBICIE ŚPICIE". Kulturalnie włamałem się do toalety, a tam Kinga duma nad egzystencją. Ale dobrze Jej szło, więc się nie wtrancałem.
Aleksandra W. (żeby było wiadomo która) ".........". Wreszcie się dowiedziałem, kim jest dziewczyna, która z niewiadomych przyczyn na zdjęciach udaje, że nie ma twarzy. Przyjemna w obyciu persona z tego, com zdążył zaobserwować.
Aleksandra W. - "chcesz takiego fajnego drinka?", "no nie, na łóżku moich rodziców?", "będziecie tak patrzyli jak to robię?". Gospodarka imprezy. Zaopatrzenie na odpowiednio wysokim poziomie, kopnął mnie w dodatku z Jej rąk zaszczyt dzierżenia Ukrytej Flaszki.
Klaudia - "ej nie, adam, ja cię jednak lubię", "jak ja wrócę do domu?", "sprowadzisz mnie po schodach?". Tak rozpierana przez energię, że Dominik ucierpiał, podobnie jak zapasy alkoholu. "Tak wyszło".
Aleksandra K. - "przychodzę w pokojowych zamiarach", "Klaudia, obiecałaś!". I o.
Maksymilian - "o matko, znowu..?"
BACH! I znów niezależnie od swej gorącej woli, musiałem przerwać. Na jakieś 24 godziny. To chyba przebija siedem godzin Moniki? Na tym chyba skończę wymienianie gości. Reszta może się obrazić. Ogólnie rzecz biorą, impreza z tych przyjemnych. Bez przesady, bez parcia na cokolwiek, bez większych ekscesów. Miło było popatrzeć na wielkie, okrągłe oczy Kingi, która przysłuchiwała się historycznej batalii stulecia, pograć w karty (kto ostatni wywali wszystko bez ładu i składu na stół, ten przegrywa), pogadać, pośmiać się, poudawać taniec i w ogóle. Dzięęęę-kuuuu-jeeee-my!
Teraz, dla zachowania równowagi w naturze, osobiste wycieczki względem mojej skromnej osoby. Ciekawostki o adamie! Naga prawda na wierzchu! Życie na sprzedaż, komercja! Chodźta i bierzta!
Piszę, pisałem wiersze. Twory wierszopodobne. Jakby to talar ujął "operuję słowem". Bez krygacji, krępacji i fałszywej skromności - z nader marnym skutkiem. Piszę i palę te wszystkie kartki. To takie oczyszczające wymiotowanie myślami. ("łeeeee, to miała być ciekawostka? nic nowego nie napisałeś! więcej! igrzysk!")
Dobra, postaram się. Posiadam ulubione przejście dla pieszych. Koło Podlasia, przez Wojska Polskiego. Nigdy tam nie czekam i fajnie się tamtędy z rozpędu zjeżdża na rowerze wprost pod koła samochodów. Głupki muszą hamować, a ja pędzę dalej.
Słabe? Więcej? Ech, wymagający z Was czytelnicy. Marzy mi się własna książka. Tak jest, ogrrrromne, monumentalne dzieło traktujące o... i tu jest problem. Są szkice, początki, wątki i różne takie, ale jest też lenistwo. I tak się kończy moja przygoda literacka.
Tendencyjne marzenie, powiadacie? No nic, lecim dalej, bo czas i inne okoliczności gonią. Nie umiem normalnie funkcjonować bez muzyki. Trzy, cztery dni bez słuchawek i adam robi się zły. Poirytowany. Krótka jazda autobusem go przerasta. Wstyd.
Lubię zakupy w supermarketach. Taaaaki asortyment, a ja nie umiem wybrać i spaceruję, dookoła jest tylu brzydkich ludzi, butelki przyjemnie ciążą i brzęczą, a w kolejce można podyskutować.
Boję się nosić noża. I kusi mnie to. Bo chciałbym poczuć czyjś strach, kiedy to ja miałem go czuć. Ale zatrudnienie rodziców sprawia, że jestem zbyt świadom faktu, iż centymetr w lewo, albo dwa centymetry za głęboko spieprzą mi życie od góry do dołu.
W czasie kąpieli zanurzam się pod wodę, słucham szumu i myślę o takim idiotycznym sposobie na samobójstwo. Nie chwaląc się płuca mam, więc dumanie trwa chwilkę, przyprawiając rodzicieli o palpitacje serca.
Moja pamięć jakaśtam nie istnieje. Wychodząc słyszę "sprawdź skrzynkę". Schodzę po schodach jakieś 40 sekund i nie pamiętam o skrzynce. Gorzej, jeśli rzecz tyczy się spraw większej wagi.
Pieniądze się mnie nie trzymają, a jeśli mam pisać szczerze, to nie umiem oszczędzać. Jeśli dysponuję stówą, to po tygodniu jej nie będzie. Bo jak mawia ojciec "pieniądze są po to, żeby je wydawać".
Dłuuugo, długo mówiłem "zbić z pantałyku" i "rozchłestany". Mówiłem i myślałem, ponieważ
Myślę całymi zdaniami. Książkowo. A idąc wymyślam narrację tego co widzę. Gdybym to wszystko zapisywał, ze cztery Noble by wpadły NIE CHWALĄC SIĘ, RZECZ JASNA.
Spotkawszy przykładowego znajomego z gimnazjum, nie wiem o czym mam niby z nim rozmawiać.Więc wspólna jazda autobusem musi być i jest męcząca.
"-Co tam u ciebie?
- Powoli, nie narzekam.
- To spoko, u mnie też.
-No..."
Nie cierpię rozmawiać o szkole. Z nikim. Nie wiem, kiedy są klasówki, nie znam plotek o nauczycielach, w dupie mam oceny innych i poprawy.
Część dalsza tej dupnej notki nastąpi, jak ją wymyślę i będę miał czas. Trzymajcie się poręczy, o ile jest realna.
Pojedziemy tam. The truth is not out there,
Jakoś tak się składa, że ostatnio jeśli jest impreza na horyzoncie, to impreza głównie biochemowa. Pominę specyfikę tej klasy, bo jeszcze przyjdzie obskoczyć wpierdziel pod szkołą... Grunt, że bawić się potrafiom! (z góry przepraszam za jakość notki, ale wczoraj zabiłem całkiem sporo szarych komórek i myśli jakoś dziwnie fruwają). Tym razem miałem niekłamaną przyjemność gościć na osiemnastce niejakiej Aleksandry Wielogórskiej. Po latach przygotowań i szykowań ("Paulina, poczekaj, muszę jeszcze siku!"), gładko odnaleźliśmy największy, najbardziej żółty i jedyny dom z numerem 39. Raźno wkroczyliśmy w paszczę lwa, a tam, jak to zwykle bywa, kupa gości.
W tym momencie, nie bez perwersyjnej satysfakcji płynącej z wycieczek osobistych, pozwolę sobie rzeczonych gości przedstawić. Jeśli kogoś pominę, to dlatego, że nie zamieniłem z nim ani słowa i nie zapadł mi specjalnie w pamięć. Bez urazy, a jeśli już, to pojedynki przyjmuję we wtorki od 15:30 do 16:00.
Gościli (w kolejności chaotycznej):
Artur - "mogę coś powiedzieć?", "nie jest źle, kojarzę cały tekst", "nie, to Chuck Testa". przyniósł ogórki kiszone. Wyrazy szacunku.
Duszczyk - "zawsze pokrzywdzony jest ten, kto pije ze wszystkimi po kolei, tak jest w życiu, to jest niedobre" śliczne rumieńce, ludowe hołubce i piosenki. Chyba dobrze się bawił?
skoro Duszczyk, to i
Asia - "patrz ile płyt... o, smerfne hity!"
a skoro tak dwójka, to i
Nieścieruk - "myślałem, że jestem w towarzystwie, w którym nie trzeba chować papierosów". Nie chciał iść na rękę :(
Bush - "zesrała się dupa i płacze", "jestem teraz w idealnym stanie". Ognista dyskusja na wszystkie tematy trwająca dosyć długo, rozwalił się na łóżku i miejsca nie było.
Monika - "nie śmieszne", "teraz jesteś profesjonalnym fotografem", "było już pasowanie?". Robiła zdjęcia i miała atak kompletnego zaniku mięśni. Lubi mojego bloga, więc nie będę się śmiał.
Karolina - "umiem bekać na zawołanie", "żadnych zdjęć z papierosem". Nie bardzo wiem, co mógłbym jeszcze napisać, ale wiem, że gdybym nie napisał nic, to by się obraziła, więc piszę.
Kinga - "NIE JESTEM AGRESYWNA, JA SIĘ TYLKO DRĘ *&%$@!", "ALE NARZUTA, JA CIĘ", "ALE KOŁDERKA JA CIĘ", "CO ROBICIE ŚPICIE". Kulturalnie włamałem się do toalety, a tam Kinga duma nad egzystencją. Ale dobrze Jej szło, więc się nie wtrancałem.
Aleksandra W. (żeby było wiadomo która) ".........". Wreszcie się dowiedziałem, kim jest dziewczyna, która z niewiadomych przyczyn na zdjęciach udaje, że nie ma twarzy. Przyjemna w obyciu persona z tego, com zdążył zaobserwować.
Aleksandra W. - "chcesz takiego fajnego drinka?", "no nie, na łóżku moich rodziców?", "będziecie tak patrzyli jak to robię?". Gospodarka imprezy. Zaopatrzenie na odpowiednio wysokim poziomie, kopnął mnie w dodatku z Jej rąk zaszczyt dzierżenia Ukrytej Flaszki.
Klaudia - "ej nie, adam, ja cię jednak lubię", "jak ja wrócę do domu?", "sprowadzisz mnie po schodach?". Tak rozpierana przez energię, że Dominik ucierpiał, podobnie jak zapasy alkoholu. "Tak wyszło".
Aleksandra K. - "przychodzę w pokojowych zamiarach", "Klaudia, obiecałaś!". I o.
Maksymilian - "o matko, znowu..?"
BACH! I znów niezależnie od swej gorącej woli, musiałem przerwać. Na jakieś 24 godziny. To chyba przebija siedem godzin Moniki? Na tym chyba skończę wymienianie gości. Reszta może się obrazić. Ogólnie rzecz biorą, impreza z tych przyjemnych. Bez przesady, bez parcia na cokolwiek, bez większych ekscesów. Miło było popatrzeć na wielkie, okrągłe oczy Kingi, która przysłuchiwała się historycznej batalii stulecia, pograć w karty (kto ostatni wywali wszystko bez ładu i składu na stół, ten przegrywa), pogadać, pośmiać się, poudawać taniec i w ogóle. Dzięęęę-kuuuu-jeeee-my!
Teraz, dla zachowania równowagi w naturze, osobiste wycieczki względem mojej skromnej osoby. Ciekawostki o adamie! Naga prawda na wierzchu! Życie na sprzedaż, komercja! Chodźta i bierzta!
Piszę, pisałem wiersze. Twory wierszopodobne. Jakby to talar ujął "operuję słowem". Bez krygacji, krępacji i fałszywej skromności - z nader marnym skutkiem. Piszę i palę te wszystkie kartki. To takie oczyszczające wymiotowanie myślami. ("łeeeee, to miała być ciekawostka? nic nowego nie napisałeś! więcej! igrzysk!")
Dobra, postaram się. Posiadam ulubione przejście dla pieszych. Koło Podlasia, przez Wojska Polskiego. Nigdy tam nie czekam i fajnie się tamtędy z rozpędu zjeżdża na rowerze wprost pod koła samochodów. Głupki muszą hamować, a ja pędzę dalej.
Słabe? Więcej? Ech, wymagający z Was czytelnicy. Marzy mi się własna książka. Tak jest, ogrrrromne, monumentalne dzieło traktujące o... i tu jest problem. Są szkice, początki, wątki i różne takie, ale jest też lenistwo. I tak się kończy moja przygoda literacka.
Tendencyjne marzenie, powiadacie? No nic, lecim dalej, bo czas i inne okoliczności gonią. Nie umiem normalnie funkcjonować bez muzyki. Trzy, cztery dni bez słuchawek i adam robi się zły. Poirytowany. Krótka jazda autobusem go przerasta. Wstyd.
Lubię zakupy w supermarketach. Taaaaki asortyment, a ja nie umiem wybrać i spaceruję, dookoła jest tylu brzydkich ludzi, butelki przyjemnie ciążą i brzęczą, a w kolejce można podyskutować.
Boję się nosić noża. I kusi mnie to. Bo chciałbym poczuć czyjś strach, kiedy to ja miałem go czuć. Ale zatrudnienie rodziców sprawia, że jestem zbyt świadom faktu, iż centymetr w lewo, albo dwa centymetry za głęboko spieprzą mi życie od góry do dołu.
W czasie kąpieli zanurzam się pod wodę, słucham szumu i myślę o takim idiotycznym sposobie na samobójstwo. Nie chwaląc się płuca mam, więc dumanie trwa chwilkę, przyprawiając rodzicieli o palpitacje serca.
Moja pamięć jakaśtam nie istnieje. Wychodząc słyszę "sprawdź skrzynkę". Schodzę po schodach jakieś 40 sekund i nie pamiętam o skrzynce. Gorzej, jeśli rzecz tyczy się spraw większej wagi.
Pieniądze się mnie nie trzymają, a jeśli mam pisać szczerze, to nie umiem oszczędzać. Jeśli dysponuję stówą, to po tygodniu jej nie będzie. Bo jak mawia ojciec "pieniądze są po to, żeby je wydawać".
Dłuuugo, długo mówiłem "zbić z pantałyku" i "rozchłestany". Mówiłem i myślałem, ponieważ
Myślę całymi zdaniami. Książkowo. A idąc wymyślam narrację tego co widzę. Gdybym to wszystko zapisywał, ze cztery Noble by wpadły NIE CHWALĄC SIĘ, RZECZ JASNA.
Spotkawszy przykładowego znajomego z gimnazjum, nie wiem o czym mam niby z nim rozmawiać.Więc wspólna jazda autobusem musi być i jest męcząca.
"-Co tam u ciebie?
- Powoli, nie narzekam.
- To spoko, u mnie też.
-No..."
Nie cierpię rozmawiać o szkole. Z nikim. Nie wiem, kiedy są klasówki, nie znam plotek o nauczycielach, w dupie mam oceny innych i poprawy.
Część dalsza tej dupnej notki nastąpi, jak ją wymyślę i będę miał czas. Trzymajcie się poręczy, o ile jest realna.
Pojedziemy tam. The truth is not out there,
środa, 21 września 2011
Krew pachnie w tej sali
Co za potwornie nielitościwy dla twórczości okres. Musiałem wleźć na własnego bloga, żeby sprawdzić, kiedy ostatnio coś pisałem. Sobota. Ok. Da się nadrobić.
Jak zwykle do pisania zmotywował mnie doping Wiernych Czytelników ("notkę byś dodał, a nie się obijasz").
Człowiek idzie sobie spokojnie, wokół jesienna aura, błoga melancholia, aż tu nagle sykokrzyk "DZIE NOTKA?". Żadnego "cześć, co tam, hipopotam", tylko od razu przejście do sedna sprawy. Moje słabe serce pozdrawia Kingę :)
Zauważyliście jak ładnie rozbijam tekst? To ze względu na Artura. Podobno dzięki takowemu zabiegowi łatwiej się czyta i dlatego też blog Busha jest lepszy (grrr, wrrr).
A teraz po staremu twarda ściana literek. Tak właśnie będzie, pocałujta mnie w nos. Co się działo przez trzy dni od soboty? Nic. Siedzenie w domu, niby choroba. Przez pokój przewinęło się paru ludzi, przez głowę milion myśli, przez głośniki parę setek piosenek (last.fm leży i kwiczy). I nic konstruktywnego przez ten czas nie uczyniłem. Niby w ramach kuracji wlałem we się trochu piwa i tyle. Nie, nie pomogło. Może dlatego, że piwo było zimne, ale nie jestem pewien, jak uważata? Oprócz tego tysiąc żyliardów ton ciężaru. W sensie, że ciężko mi było. Ciężko nawet stwierdzić dlaczego. Chroniczny brak piniondzów (ale to nic nowego :), niedobór i nadmiar czasu na zmianę i o.
Dziś postanowiłem wziąć się w garść, zostawiłem Szymona samego z jego ochotą (interpretujcie jak kcecie) i pognałem... no dobra, poczłapałem do szkoły. A w szkole wesoło. Gdzie wsiąkło 112 (wg. innej wersji 116) złotych na prezent dla Sołtysa? Podobno imć Talar wziął! Dawajże huzia na józia, czy też na Michała. Talarek oddawaj nasze sto milionów! Tak jakoś dziwne wyszło, że prezentu nie ma i nie ma tyż hajsów. Niby gniew sierpniowego solenizanta jest słuszny, boży i w ogóle, ale ja z czystej przekory nie zamierzam dołączyć się do ostracyzmu klasowego. Wsiąkły, to i się znajdą, prędzej albo później. A jak jest z tym problem, to trzeba walić jak w dym bezpośrednio do podejrzanego (podejrzanych, bo i ja byłem przesłuchiwany), a nie skarżyć się dziewczynom. To tak na przyszłość :) W całej sytuacji najbardziej rozwaliła mnie chwilowa histeria i zarzut "PRZEPILIŚCIE?!". Takież to mniemanie ma o nas stadko humanistycznych niebożąt.
O obchodach dwudziestolecia odzyskania niepodległości przez Czeczenię powiem tyle, że nawet warto było pójść. A to dużo w mych plugawych ustach.
Głód mnie ciśnie, więc teraz szybko, chaotycznie i bez sensu. Bush. Znowu Bush. Tak to jest podchodzić do dyskusji z nudów, nonszalancko i bez przekonania, ot tak dla samej dyskusji. No cóż, mam nadzieję na rewanż. Może przy sekundancji (nie ma takiego słowa i co z tego?) Talara. Przekonać mnie nie przekonałeś, ale merytorycznie czuję się zmiażdżony, broniłem się jak mogłem.
Mgła. Wczorajsza mgła. I jak to wszystko nad ranem wygląda (tak, obłożnie chorzy mogą spacerować, cicho tam). Po pierwsze jest cicho. To dobrze. Nie zniósłbym ludzkich głosów, tych wszystkich bezcelowych hałasów w takiej scenerii. Bo drugie jest zimno i to też dobrze, bo dzięki temu jest pusto. Można iść takim krokiem jak na spacerze z kimś, nawet środkiem ulicy. Po trzecie mimo wszechogarniającej szarości jest jasno. Smolista noc ma swój chory urok, za to we mgle widać, ale nie do końca. Pole do popisu dla wyobraźni. Momentami aż za duże pole. I człowiek (czyli ja, niedomyślni czytelnicy) mijając dwóch filozofów (niektórzy mówią też "meneli") w lesie dochodzi do głupich wniosków. Mgła, nie mgła, zimno, ciepło, oni i tak przychodzą usiąść na tym drzewie, wypić co mają do wypicia i powiedzieć to samo co wczoraj i przedwczoraj. Przychodzą i mają gdzieś wszystko co poza ich polem widzenia. Patrzę na siebie, na całe liceum, później na nich i dochodzę do jeszcze głupszych wniosków...
Alkohol? Nieee. Narkotyki? Nieeee. To może banalne spacery? Taak! Chodzę, kiedy tylko mam czas. Czyli rzadko.
Naprawdę jestem głodny, więc jeszcze tylko losowo wybrana przez Winampa piosenka i do następnego razu, moi mali przyjaciele! Padło na to. Tysiącletnia piosenka, ostatnio słyszana chyba u Julki. Miłego dnia, nie wpadnijcie przypadkiem pod jakiś samochód.
Jak zwykle do pisania zmotywował mnie doping Wiernych Czytelników ("notkę byś dodał, a nie się obijasz").
Człowiek idzie sobie spokojnie, wokół jesienna aura, błoga melancholia, aż tu nagle sykokrzyk "DZIE NOTKA?". Żadnego "cześć, co tam, hipopotam", tylko od razu przejście do sedna sprawy. Moje słabe serce pozdrawia Kingę :)
Zauważyliście jak ładnie rozbijam tekst? To ze względu na Artura. Podobno dzięki takowemu zabiegowi łatwiej się czyta i dlatego też blog Busha jest lepszy (grrr, wrrr).
A teraz po staremu twarda ściana literek. Tak właśnie będzie, pocałujta mnie w nos. Co się działo przez trzy dni od soboty? Nic. Siedzenie w domu, niby choroba. Przez pokój przewinęło się paru ludzi, przez głowę milion myśli, przez głośniki parę setek piosenek (last.fm leży i kwiczy). I nic konstruktywnego przez ten czas nie uczyniłem. Niby w ramach kuracji wlałem we się trochu piwa i tyle. Nie, nie pomogło. Może dlatego, że piwo było zimne, ale nie jestem pewien, jak uważata? Oprócz tego tysiąc żyliardów ton ciężaru. W sensie, że ciężko mi było. Ciężko nawet stwierdzić dlaczego. Chroniczny brak piniondzów (ale to nic nowego :), niedobór i nadmiar czasu na zmianę i o.
Dziś postanowiłem wziąć się w garść, zostawiłem Szymona samego z jego ochotą (interpretujcie jak kcecie) i pognałem... no dobra, poczłapałem do szkoły. A w szkole wesoło. Gdzie wsiąkło 112 (wg. innej wersji 116) złotych na prezent dla Sołtysa? Podobno imć Talar wziął! Dawajże huzia na józia, czy też na Michała. Talarek oddawaj nasze sto milionów! Tak jakoś dziwne wyszło, że prezentu nie ma i nie ma tyż hajsów. Niby gniew sierpniowego solenizanta jest słuszny, boży i w ogóle, ale ja z czystej przekory nie zamierzam dołączyć się do ostracyzmu klasowego. Wsiąkły, to i się znajdą, prędzej albo później. A jak jest z tym problem, to trzeba walić jak w dym bezpośrednio do podejrzanego (podejrzanych, bo i ja byłem przesłuchiwany), a nie skarżyć się dziewczynom. To tak na przyszłość :) W całej sytuacji najbardziej rozwaliła mnie chwilowa histeria i zarzut "PRZEPILIŚCIE?!". Takież to mniemanie ma o nas stadko humanistycznych niebożąt.
O obchodach dwudziestolecia odzyskania niepodległości przez Czeczenię powiem tyle, że nawet warto było pójść. A to dużo w mych plugawych ustach.
Głód mnie ciśnie, więc teraz szybko, chaotycznie i bez sensu. Bush. Znowu Bush. Tak to jest podchodzić do dyskusji z nudów, nonszalancko i bez przekonania, ot tak dla samej dyskusji. No cóż, mam nadzieję na rewanż. Może przy sekundancji (nie ma takiego słowa i co z tego?) Talara. Przekonać mnie nie przekonałeś, ale merytorycznie czuję się zmiażdżony, broniłem się jak mogłem.
Mgła. Wczorajsza mgła. I jak to wszystko nad ranem wygląda (tak, obłożnie chorzy mogą spacerować, cicho tam). Po pierwsze jest cicho. To dobrze. Nie zniósłbym ludzkich głosów, tych wszystkich bezcelowych hałasów w takiej scenerii. Bo drugie jest zimno i to też dobrze, bo dzięki temu jest pusto. Można iść takim krokiem jak na spacerze z kimś, nawet środkiem ulicy. Po trzecie mimo wszechogarniającej szarości jest jasno. Smolista noc ma swój chory urok, za to we mgle widać, ale nie do końca. Pole do popisu dla wyobraźni. Momentami aż za duże pole. I człowiek (czyli ja, niedomyślni czytelnicy) mijając dwóch filozofów (niektórzy mówią też "meneli") w lesie dochodzi do głupich wniosków. Mgła, nie mgła, zimno, ciepło, oni i tak przychodzą usiąść na tym drzewie, wypić co mają do wypicia i powiedzieć to samo co wczoraj i przedwczoraj. Przychodzą i mają gdzieś wszystko co poza ich polem widzenia. Patrzę na siebie, na całe liceum, później na nich i dochodzę do jeszcze głupszych wniosków...
Alkohol? Nieee. Narkotyki? Nieeee. To może banalne spacery? Taak! Chodzę, kiedy tylko mam czas. Czyli rzadko.
Naprawdę jestem głodny, więc jeszcze tylko losowo wybrana przez Winampa piosenka i do następnego razu, moi mali przyjaciele! Padło na to. Tysiącletnia piosenka, ostatnio słyszana chyba u Julki. Miłego dnia, nie wpadnijcie przypadkiem pod jakiś samochód.
sobota, 17 września 2011
Sorrow is Her name
Kolejny dzień w ciągu. Jakimże ciągu? Alkoholowym? Diety? Nie-e. Bez dłuższych spotkań z Pauliną. Niedobór Jej uśmiechu wpływa wyjątkowo źle na moją kondycję psychiczną. W efekcie jestem w domu, ale jakby mnie nie było. Zresztą, mniejsza z tym.
Sobota. Wracamy do porannego wstawania w sobotę. O 7:00 byłem na swoich długich, koślawych nogach i niewiele później leciałem na nich na kurs z WoSu. O samym kursie za moment, najpierw to, co spotkało mię po drodze. Jesień. Właśnie tak, chłodny, rześki poranek, a ja wlazłem prosto w jesień. Strasznie długo się przed tym broniłem, ale to jednak chyba moja... (nie, tylko nie "ulubiona") najbliższa pora roku. Jesienią widać najwięcej. Czuć najwięcej. Wiosną ślepa euforia potrafi zasłonić dużo i na długo, latem rozgrzane powietrze faluje i zniekształca obraz, a tłumy ludzi, które wylęgły żerować na słońcu, zagłuszają ciszę. We Zime bywa tak, że trzeba kurczowo trzymać się świadomości upływu czasu, żeby nie zostać w tumanie śniegu, wilgoci i Licealnej Nocy Polarnej na zawsze. Dziś, kiedy lazłem, żeby wydać wbrew sobie pieniądze, tak wiele myśli i uczuć huczało we łbie, że momentami czułem się inteligentny. A może to tylko muzyka..?
A na kursie... zaskakująco miło i nudno. Najpewniej w ostatecznym rozrachunku się opłaci (obrzydliwy zwrot). Więcej nie powiem, bo mam dość tego całego pierdzielenia o maturach, punktach, repetytoriach, wademekach i madafakach. Rzygać się chce. Będzie co będzie, a jak cholera obleję, to pójdę do łopaty i też zdarzy mi się być szczęśliwym. Tyle histerii i pieniędzy tylko po to, żeby... zarabiać pieniądze. Znam lepsze formy spędzania czasu. Pozdrawiam Talara, palenie hajsu jest ok!
Tym samym dochodzimy do pewnego wielce zabawnego tematu i pewnego mniej zabawnego, acz pokrewnego. Jest nas 29 osób, albo coś koło tego. Wy lekceważycie nas (nie, nie to NAS), a my Was, szanowne koleżanki. Jak to się dzieje? My w waszych oczach jesteśmy parą niedojrzałych, wulgarnych i nadpobudliwych nieudaczników. A Wy dla nas, w znacznej większości jesteście zahukanymi przez liceum, nastawionymi na łatwiznę i monotematycznymi przyszłymi karierowiczkami. Skąd takie niedobre emocje? Nie wiem, doprawdy nie wiem. "Jestem tylko grajkiem, a nie papieżem" <- czyj cytat?
I jak to jest w biochemie, z którym jestem tak, czy owak skoligacony? Ile można ciągnąć taki Temat? Nie będę oceniał, bom nieobiektywny jak sądy w PRL'u, ale tak całkiem z boku patrząc - coś się zmieniło. Szybkie pytanie, czy to mi się podoba? Jeśli nie, to czy mogę to odkręcić? Jeśli nie, to czy nie powinienem przypadkiem zamilknąć i milczeć jak... jak... nie wiem, kuźwa, jak świnia. Tak, od dziś świnie milczą. A przynajmniej powinny milczeć, czego im, sobie i Szanownym Państwu życzę. Ryjki (nawet te zgoła ładne), do korytek, bo przeca o to chodzi, nie? Żeby mieć co i za co żryć, ot, tajemnica istnienia edukacji.
POSŁUCHAJ, TO DO BUSHA (postronni mogą sobie odpuścić, chociaż wcale nie muszą)
Leningrad, Stalingrad, Wrocław, Berlin, Prusy Wschodnie, Ukraina. Czas wojny, największej jak dotąd. Czy naprawdę jest za czym tęsknić? Czy okres, kiedy bohaterstwo ginęło, bo było bohaterskie, a sukinsyństwo wypływało, bo było cwane, naprawdę można nazwać "okresem wypalania plew"? Jest za czym tęsknić? Ja nie odpowiem, bo nie jestem w stanie sobie Tego wyobrazić, tak jak żadne z nas. "Było, nie wróci". Że tak banalnie powiem - i bardzo kur.czę dobrze. Nie myśl, że nie rozumiem, co chciałeś napisać. Znam Ten dreszcz i nie muszę tłumaczyć chyba jaki. Ale zapytaj Żyda, który akurat miał to szczęście, że przeżył, czy nie jest mu źle, z faktem, że teraz może tylko dawać sobą kierować. Bo kiedyś, w starych dobrych czasach wszyscy mogli sami stanowić o sobie. Umrzeć dziś, albo jutro. Od ognia, albo od głodu. Tyle dobrego, że nie z Metalliką w uszach.
Uf. Nie wiem, czy napisałem to z sensem. Reszta dnia w skrócie - byłem w domu, byłem u Chinka (ach, kolejny czytelnik, I spray cum everywhere), postanowiłem odkurzyć znajomość, gdzieś pójść, coś zrobić, znaleźć morpega (NIE, LOL NIE WCHODZI W GRĘ). Słowem, jestem ambitny adam! Na tyle ambitny, że pewien przerażający w swej naiwności zamiar, powrócił i rozkwita. Jezus maryja, zwariowałem, więcej nie powiem, bo zapeszę.
Każdy mężczyzna powinien zbudować dom i zasadzić drzewo, nie? To won do minecrafta!
I am so tired, please just take me away,
Just let me lay down here for a while,
Again open my eyes to the bright morning sun hoplessly stare,
She is with me again, why does she come and why does she care so much for me?
She reaches out to me, she whispers so sweetly "come to me, be with me, sink with me, die with me"
Sorrow is her name and she's mine.
Na sam koniec chciałem nagadać Monice, że ma takie długie notki, po których wstydzę się za swoje i podziękować Jej, bo tak.
Porzućcie wszelką nadzieję, Wy, którzy się budzicie.
Sobota. Wracamy do porannego wstawania w sobotę. O 7:00 byłem na swoich długich, koślawych nogach i niewiele później leciałem na nich na kurs z WoSu. O samym kursie za moment, najpierw to, co spotkało mię po drodze. Jesień. Właśnie tak, chłodny, rześki poranek, a ja wlazłem prosto w jesień. Strasznie długo się przed tym broniłem, ale to jednak chyba moja... (nie, tylko nie "ulubiona") najbliższa pora roku. Jesienią widać najwięcej. Czuć najwięcej. Wiosną ślepa euforia potrafi zasłonić dużo i na długo, latem rozgrzane powietrze faluje i zniekształca obraz, a tłumy ludzi, które wylęgły żerować na słońcu, zagłuszają ciszę. We Zime bywa tak, że trzeba kurczowo trzymać się świadomości upływu czasu, żeby nie zostać w tumanie śniegu, wilgoci i Licealnej Nocy Polarnej na zawsze. Dziś, kiedy lazłem, żeby wydać wbrew sobie pieniądze, tak wiele myśli i uczuć huczało we łbie, że momentami czułem się inteligentny. A może to tylko muzyka..?
A na kursie... zaskakująco miło i nudno. Najpewniej w ostatecznym rozrachunku się opłaci (obrzydliwy zwrot). Więcej nie powiem, bo mam dość tego całego pierdzielenia o maturach, punktach, repetytoriach, wademekach i madafakach. Rzygać się chce. Będzie co będzie, a jak cholera obleję, to pójdę do łopaty i też zdarzy mi się być szczęśliwym. Tyle histerii i pieniędzy tylko po to, żeby... zarabiać pieniądze. Znam lepsze formy spędzania czasu. Pozdrawiam Talara, palenie hajsu jest ok!
Tym samym dochodzimy do pewnego wielce zabawnego tematu i pewnego mniej zabawnego, acz pokrewnego. Jest nas 29 osób, albo coś koło tego. Wy lekceważycie nas (nie, nie to NAS), a my Was, szanowne koleżanki. Jak to się dzieje? My w waszych oczach jesteśmy parą niedojrzałych, wulgarnych i nadpobudliwych nieudaczników. A Wy dla nas, w znacznej większości jesteście zahukanymi przez liceum, nastawionymi na łatwiznę i monotematycznymi przyszłymi karierowiczkami. Skąd takie niedobre emocje? Nie wiem, doprawdy nie wiem. "Jestem tylko grajkiem, a nie papieżem" <- czyj cytat?
I jak to jest w biochemie, z którym jestem tak, czy owak skoligacony? Ile można ciągnąć taki Temat? Nie będę oceniał, bom nieobiektywny jak sądy w PRL'u, ale tak całkiem z boku patrząc - coś się zmieniło. Szybkie pytanie, czy to mi się podoba? Jeśli nie, to czy mogę to odkręcić? Jeśli nie, to czy nie powinienem przypadkiem zamilknąć i milczeć jak... jak... nie wiem, kuźwa, jak świnia. Tak, od dziś świnie milczą. A przynajmniej powinny milczeć, czego im, sobie i Szanownym Państwu życzę. Ryjki (nawet te zgoła ładne), do korytek, bo przeca o to chodzi, nie? Żeby mieć co i za co żryć, ot, tajemnica istnienia edukacji.
POSŁUCHAJ, TO DO BUSHA (postronni mogą sobie odpuścić, chociaż wcale nie muszą)
Leningrad, Stalingrad, Wrocław, Berlin, Prusy Wschodnie, Ukraina. Czas wojny, największej jak dotąd. Czy naprawdę jest za czym tęsknić? Czy okres, kiedy bohaterstwo ginęło, bo było bohaterskie, a sukinsyństwo wypływało, bo było cwane, naprawdę można nazwać "okresem wypalania plew"? Jest za czym tęsknić? Ja nie odpowiem, bo nie jestem w stanie sobie Tego wyobrazić, tak jak żadne z nas. "Było, nie wróci". Że tak banalnie powiem - i bardzo kur.czę dobrze. Nie myśl, że nie rozumiem, co chciałeś napisać. Znam Ten dreszcz i nie muszę tłumaczyć chyba jaki. Ale zapytaj Żyda, który akurat miał to szczęście, że przeżył, czy nie jest mu źle, z faktem, że teraz może tylko dawać sobą kierować. Bo kiedyś, w starych dobrych czasach wszyscy mogli sami stanowić o sobie. Umrzeć dziś, albo jutro. Od ognia, albo od głodu. Tyle dobrego, że nie z Metalliką w uszach.
Uf. Nie wiem, czy napisałem to z sensem. Reszta dnia w skrócie - byłem w domu, byłem u Chinka (ach, kolejny czytelnik, I spray cum everywhere), postanowiłem odkurzyć znajomość, gdzieś pójść, coś zrobić, znaleźć morpega (NIE, LOL NIE WCHODZI W GRĘ). Słowem, jestem ambitny adam! Na tyle ambitny, że pewien przerażający w swej naiwności zamiar, powrócił i rozkwita. Jezus maryja, zwariowałem, więcej nie powiem, bo zapeszę.
Każdy mężczyzna powinien zbudować dom i zasadzić drzewo, nie? To won do minecrafta!
I am so tired, please just take me away,
Just let me lay down here for a while,
Again open my eyes to the bright morning sun hoplessly stare,
She is with me again, why does she come and why does she care so much for me?
She reaches out to me, she whispers so sweetly "come to me, be with me, sink with me, die with me"
Sorrow is her name and she's mine.
Na sam koniec chciałem nagadać Monice, że ma takie długie notki, po których wstydzę się za swoje i podziękować Jej, bo tak.
Porzućcie wszelką nadzieję, Wy, którzy się budzicie.
piątek, 16 września 2011
Miało wam się dostać, ale...
Znów... znów zaczynam pisać nie wiedząc do końca jak, czym miałbym zapełnić to miejsce. To chyba bardzo, bardzo niedobra oznaka. Zacznijmy od choróbska. Tak, dorwało mnie, punktualnie jak zwykle. Nie mam pojęcia jak to się dzieje, ale choruję co drugi rok. Czwarta klasa - choroba, piąta - brak, szósta - choroba, pierwsza gimnazjum - brak. I tak aż po dziś dzień. Najpewniej zadziałał cały dzień tylko w koszulce, plus wieczorna jazda skuterem, również w rzeczonej koszulce. Co to może kogo obchodzić? Nie mam pojęcia, piszę chyba tylko w formie przestrogi. Dziś od rana ledwo mogę mówić, nie bardzo pamiętam co się działo w szkole, ale nie narzekam. Od drugiej siedzę w domu, obżeram się i kaszlę. I myślę, jak ratować podupadającą już formę piszeniową? (nie mówcie, że nie wiecie o co chodzi) Zresztą nie tylko piszeniową. Lecę na łeb, na szyję pod każdym względem. Chcę jeść i spać. Nic więcej. No, może jeszcze parę rozdziałów "Potopu" ujdzie w tłoku. Klasa maturalna, nawet na moim profilu, potrafi dobić. I przydeptać. I napluć. Tak więc leżę sobie i nawet kwiknąć nie mogę, z powodu rozharatanego gardła. Ale nie smućcie się! Uśmiechy na buziach poproszę!
Od kilku dni nosiłem się z tym podłym zamiarem i chyba właśnie przyszedł czas. Pora na najbardziej ograny i najniesmaczniejszy chwyt. Dziś usłyszałem, że Talar napisał bonusowe wypracowanie lepiej niż ja, więc idę na całość.
Portrety. (Nie)stosowne uwagi o dowolnie wybranych, stosownych ludziach. Pan Termometr pokazuje 37,7, więc wszystkie wąty i pretensje proszę zgłaszać do chorego adama. Zdrowy nie ponosi odpowiedzialności.
Kolejność i skład losowy.
Bush - trochę hejter, trochę dyskutant, militaria, hejwi metul, LoL, Monika, Sindbad(ass), szlugi, jedno piwo na godzinę, suchary i nigga, nigger, the niggest humor. Nawet nie pamiętam jak, kiedy i po co się poznaliśmy. Ale w sumie warto było.
skoro Bush, no to i Monika (perwie/Pervie, czy też autor alikwy, nie wiem jak jeszcze). Uberszczery i uberobszerny blog, biologiczny fetysz, znana indywidualność, krzywe zdjencia pół na pół z udanymi, włosy, glany, nigdy nie przeklina, czyta mojego bloga, więc nie będę pisał za dużo, bo się trochu boję jak tak nieruchomo patrzy.
Sawcio - śpiewanie, skutery, gimnazjalistki, ogniska i inne biby, NALEŚNIKI?!, przyjacielskość, nigdy nie palił, last.fm i duże ilości muzyk naraz. Lubię tego trollucha, więc też nie będę się wyzłośliwiał.
Artur - zupełna sprzeczność między tym, jakie sprawia wrażenie, a co ma we łbie, spóźnienia, BEZ POPITY, Cthulhu, nigdy nie miał problemów z matmą, czyta, będzie rozlewał browary, a że chcę się załapać, to tyż nie będę podpadał
Talar - beka. I Julka. I tyle. Wiem, że chciałby przeczytać więcej, więc więcej nie będzie.
Julka - smutna jakaś. Muffiny i inne wypieki, domek hobbitów, dom, który Jej ukradnę jak nie będzie patrzyła. Szaleje za Talarem. Ma większe wargi niż ja, co ratuje mnie przed jakimiś gejowskimi kompleksami, toteż znów za dużo nie napiszę.
Sołtys - solidny człowiek, choć momentami konformista, ma ciężko z Talarem i ze mną, nie wiadomo jak i skąd został mianowany Sołtysem Księżopola, a osoby publiczne nie powinny być zbyt obciążane w internecie, toteż wiecie...
Klaudia - wyraźnie mnie nie lubi. Wilkokłak i loki. Strasznie niebieskie oczy, nigdy nie bywa agresywna. Zadurzona na zabój w Sołtysie, ale nie chce się przyznać.
Kiedyś napiszę dramat o takiej zgrai. Ale póki co, świadom czyhających niebezpieczeństw, nie opiszę mnóstwa osób. Może następnym razem, przy wyższej gorączce. A na razie "śpijcie, póki sen wasz niezakłóconym zostaje". Dziś pierwsza wywiadówka, okazja do zdarcia pewnej ilości kasy na różne cele, więc biorę się za sprzątanie (kto rozumie skomplikowany ciąg przyczynowo-skutkowy, ten koks).
At first I was like this. But then fever came, and I ended like this. Team Fortress 2 nadal rządzi. I po wyborach też będzie rządził.
Od kilku dni nosiłem się z tym podłym zamiarem i chyba właśnie przyszedł czas. Pora na najbardziej ograny i najniesmaczniejszy chwyt. Dziś usłyszałem, że Talar napisał bonusowe wypracowanie lepiej niż ja, więc idę na całość.
Portrety. (Nie)stosowne uwagi o dowolnie wybranych, stosownych ludziach. Pan Termometr pokazuje 37,7, więc wszystkie wąty i pretensje proszę zgłaszać do chorego adama. Zdrowy nie ponosi odpowiedzialności.
Kolejność i skład losowy.
Bush - trochę hejter, trochę dyskutant, militaria, hejwi metul, LoL, Monika, Sindbad(ass), szlugi, jedno piwo na godzinę, suchary i nigga, nigger, the niggest humor. Nawet nie pamiętam jak, kiedy i po co się poznaliśmy. Ale w sumie warto było.
skoro Bush, no to i Monika (perwie/Pervie, czy też autor alikwy, nie wiem jak jeszcze). Uberszczery i uberobszerny blog, biologiczny fetysz, znana indywidualność, krzywe zdjencia pół na pół z udanymi, włosy, glany, nigdy nie przeklina, czyta mojego bloga, więc nie będę pisał za dużo, bo się trochu boję jak tak nieruchomo patrzy.
Sawcio - śpiewanie, skutery, gimnazjalistki, ogniska i inne biby, NALEŚNIKI?!, przyjacielskość, nigdy nie palił, last.fm i duże ilości muzyk naraz. Lubię tego trollucha, więc też nie będę się wyzłośliwiał.
Artur - zupełna sprzeczność między tym, jakie sprawia wrażenie, a co ma we łbie, spóźnienia, BEZ POPITY, Cthulhu, nigdy nie miał problemów z matmą, czyta, będzie rozlewał browary, a że chcę się załapać, to tyż nie będę podpadał
Talar - beka. I Julka. I tyle. Wiem, że chciałby przeczytać więcej, więc więcej nie będzie.
Julka - smutna jakaś. Muffiny i inne wypieki, domek hobbitów, dom, który Jej ukradnę jak nie będzie patrzyła. Szaleje za Talarem. Ma większe wargi niż ja, co ratuje mnie przed jakimiś gejowskimi kompleksami, toteż znów za dużo nie napiszę.
Sołtys - solidny człowiek, choć momentami konformista, ma ciężko z Talarem i ze mną, nie wiadomo jak i skąd został mianowany Sołtysem Księżopola, a osoby publiczne nie powinny być zbyt obciążane w internecie, toteż wiecie...
Klaudia - wyraźnie mnie nie lubi. Wilkokłak i loki. Strasznie niebieskie oczy, nigdy nie bywa agresywna. Zadurzona na zabój w Sołtysie, ale nie chce się przyznać.
Kiedyś napiszę dramat o takiej zgrai. Ale póki co, świadom czyhających niebezpieczeństw, nie opiszę mnóstwa osób. Może następnym razem, przy wyższej gorączce. A na razie "śpijcie, póki sen wasz niezakłóconym zostaje". Dziś pierwsza wywiadówka, okazja do zdarcia pewnej ilości kasy na różne cele, więc biorę się za sprzątanie (kto rozumie skomplikowany ciąg przyczynowo-skutkowy, ten koks).
At first I was like this. But then fever came, and I ended like this. Team Fortress 2 nadal rządzi. I po wyborach też będzie rządził.
czwartek, 15 września 2011
Salony i Slalomy
Ach. Jak te obowiązki ciążą. WoS leży w ciemnym, zapomnianym przez adama i ludzi kącie, a sam zainteresowany adam siedzi i klepie kolejną notkę o niczem. Nietzschem? Nie, o nim nie będzie, w tej chwili naprawdę jest mi obojętne, czy bogowie/b/Bóg/ umarł, czy też żyje i ma się dobrze. I Was też powinno to mało obchodzić! Przeca miliard razy ważniejsze jest to, co autor z 777 wyświetleniami bloga chce wam przekazać (dużo powiedziane).
Dzisiejszy dzień pod znakiem warszafskiego salonu maturzystów, or sumtin like that. Pojechalimy, pośmiali się w drodze i połazili po politechnice, gdzie dziewczęta zdradzają swych partnerów (kwejk). Ludu dużo, sporo osób przyjechało z braku laku (vide Talar i ja), wszędzie nachalne, błagające ulotki i zarządzanie. Czego tam się uczy..? Humanistycznych ofert niewiele. Nic nowego i nic dziwnego. Po dojściu do podobnych wniosków, niezrównana trójka uzupełniona o Sołtysa, ruszyła na podbój warszawki. Przywołaliśmy Dreya, pośmialiśmy się sporo i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ubożsi o parę dych, za to (stosunkowo) najedzeni. A w autokarze, jak to w autokarze. Tył drze mordy "-PiS! -nie, PO! - nie będę płacił &%##~!!@&*^ dwóch dych za autostradę!" na dobrą sprawę nie wiedząc, o czym mówi, a przód prowadzi sympatyczne, przyjacielskie... dyskusje. O Bogu i bogu. Przekonaniach i racjach. Grzechach i moralności. Trzy wnioski.
-Jeśli nie wiem o czym mówię, siedzę kuźwa cicho.
-Prawo wyborcze nie powinno przysługiwać wszystkim.
-Jeśli dyskutuję, to staram się bez banałów, bo jakkolwiek moje ego jest mile połechtane (hmm...), z boku naprawdę brzmi to okrutnie źle.
Teraz krótko - powróciwszy przeszedłem się nad zalewem, zjadłem, posiedziałem, pojechałem z Bartusiem do Mirosława i oto jestem. Nudy, weny niet, także wróćcie z nadzieją następnym razem.
I jeszcze łapcie
Dzisiejszy dzień pod znakiem warszafskiego salonu maturzystów, or sumtin like that. Pojechalimy, pośmiali się w drodze i połazili po politechnice, gdzie dziewczęta zdradzają swych partnerów (kwejk). Ludu dużo, sporo osób przyjechało z braku laku (vide Talar i ja), wszędzie nachalne, błagające ulotki i zarządzanie. Czego tam się uczy..? Humanistycznych ofert niewiele. Nic nowego i nic dziwnego. Po dojściu do podobnych wniosków, niezrównana trójka uzupełniona o Sołtysa, ruszyła na podbój warszawki. Przywołaliśmy Dreya, pośmialiśmy się sporo i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ubożsi o parę dych, za to (stosunkowo) najedzeni. A w autokarze, jak to w autokarze. Tył drze mordy "-PiS! -nie, PO! - nie będę płacił &%##~!!@&*^ dwóch dych za autostradę!" na dobrą sprawę nie wiedząc, o czym mówi, a przód prowadzi sympatyczne, przyjacielskie... dyskusje. O Bogu i bogu. Przekonaniach i racjach. Grzechach i moralności. Trzy wnioski.
-Jeśli nie wiem o czym mówię, siedzę kuźwa cicho.
-Prawo wyborcze nie powinno przysługiwać wszystkim.
-Jeśli dyskutuję, to staram się bez banałów, bo jakkolwiek moje ego jest mile połechtane (hmm...), z boku naprawdę brzmi to okrutnie źle.
Teraz krótko - powróciwszy przeszedłem się nad zalewem, zjadłem, posiedziałem, pojechałem z Bartusiem do Mirosława i oto jestem. Nudy, weny niet, także wróćcie z nadzieją następnym razem.
I jeszcze łapcie
środa, 14 września 2011
Do like I told ya, stay away from me.
Pisane tak trochu na siłę. Z nadmiaru czasu. Jak śmiem mieć nadmiar czasu w klasie maturalnej? (Czy ja mam problem z pytaniami do publiki?). Otóż zdecydowałem się wziąć dziś ze sobą strój na wuef. Tak, właśnie w ten sposób można sobie załatwić trochę wolnego. Po kolei. Tradycyjne rozpychanie się łokciami przy koszu musiało się zemścić. Ta mrożąca krew w żyłach chwila nastała godzinę później. adam uberbramkarz stał twardo i nie uginał się pod najmocniejszymi strzałami uziego, nindży i Damiana. Niestety... wobec potęgi Sołtysa musiałem ulec... Jakiś czas temu powstał "komiks" przedstawiający "Sołtysa Roztropnego na Bramkę Zakusy". Wyglądało to mniej więcej tak, że Bartłomiej, pomyślawszy "jak pierdolnę, to zabiję", strzela, nie trafia, przebija sufit i wysyła piłkę gdzieś hen na orbitę, po to, by Czteroręki Astronom mógł ją uznać za nowy księżyc. Nie pytajcie. Dziś Władca Księżopola trafił. W mój i tak niezbyt urodziwy ryj. Rozharatałem wargę zębami, padłem na glebę, poleżałem, wstałem i tak dostałem już do końca. Ale zaraz panika, bo na pewno masz wstrząs mózgu, won padalcze do pielęgniarki. Poleżałem, ciśnienie za wysokie, nic to, spadnie. Po godzinie wreszcie spotkałem Chmurkę. I powtórka z rozrywki. Won padalcze do domu, bo wzrok masz kaprawy, a na licu ekspresja nietęga. Toteż wróciłem. I siedzę. I kichać mi się chce, a opuchlizna z wargi a'la Adamek już zeszła. Wiecie już, jak to się stało, że mam czas pisać. Więc pewnie chcielibyście się też dowiedzieć, co będę pisał, skoro pofatygowaliście się aż na TĘ stronę (hej, Monika!).
Tego sam jeszcze nie wiem, chociaż minęło parę ładnych godzin opieprzania się. Aż mi niejaka Karolina wypomniała nieróbstwo. Wątków jest kilka, nie wiem, których dotknę, które ominę, a które, hmmm... spenetruję.
Pierwsze primo (błagam, nie mówcie, że tak napisać nie można). Muzyka. Moja muzyka. Nie wiem, czy kogokolwiek to obchodzi, ale co mnie to obchodzi? :) Co można usłyszeć w tych wielkich, pożyczonych słuchawkach? Wszystko. Podstawówka - zestaw standardowy. Eminemy, rapy z wiwy (emtiwi jeszcze nie miałem!), jakieś gitarowe rzeczy, Apocalyptica w ilościach masowych, mroki niepamięci. A później poszło z górki. Wstydliwy okres, Linkin Park, jakieś free days gays, or sumthin, offspringi, Sum 41, Rammstein, In Flames, Behemoth, orgazmowy rok wyłącznie z black metalem, na wskroś gówniarskie "punkowe" rzyganie przy Sedesie (to zespół!), Brudnych Dzieciach, KSU i takiego wała, jak Polska cała. Uczyłem się za dużo i za szybko. Mnóstwo z tego przepadło i dobrze. Zabawne wspomnienia z koncertowych początków (PRL 2008!). Tak, to gimnazjum. Które skończyło się na doomie, SDBMie i różnych gotyckich dziwadłach. A od roku 2009, Type O Negative, regularnie i z zapałem. O liceum Wam nie opowiem, bom go jeszcze nie ukończył (tfu, tfu!). Z rzeczy najważniejszych - ciągle TON, Silencer, Burzum, Nile, Black River, Beltaine, Korpiklaani, MasseMorde i różne takie. Ktoś zechce, to zapyta. O. Właśnie piszę pod cenzurą. Bartek. I matka.
Drugie primo, pozornie pod publikę. Związek. Nasz Związek. Taaakie ważne i popularne słowo. Jak to u nas jest. Bo słyszałem, że to taaaakie ciekawe. Jak czuje się adam, nosząc z ważną miną torbę za Pyzą? Jak jest u nich z seksem..? Jak Ona z nim wyczymuje? Za wiele się Szanowni Państwo nie dowiedzą. Cóż, mam dosyć wąskie granice prywatności. Powiem tyle - idealnie być nie może, ale może być całkiem kororowo. I jest, za długo wymieniać by dlaczego. Jesteśmy na tyle blisko, że wiele rzeczy nie musi nas obchodzić, a wiele dopiero zaczyna chodzić nam po głowie. Tak, noszę tĘ torbę. Bo mogę. I chcę. A jeśli tak to jest odbierane, to cóż, ojabiednynieszczęśliwy, siedzę pod pantoflem. Naprawdę równo wali mnie to, jak to wygląda z boku. Z perspektywy moich kaprawych oczu, jest najlepiej. Uwaga, naiwne oświadczenie. Jestem w stanie pogonić za Nią byle gdzie, na byle jaki kierunek. ADAM DOPUSZCZA DO SIEBIE MYŚL O POLONISTYCE. Ale siara.
I o. Fajnie, prawda? Męczyłem te wypociny tyle czasu, że już nie mam siły. Czytajta, albo nie. Brrrrrrranoc!
Tego sam jeszcze nie wiem, chociaż minęło parę ładnych godzin opieprzania się. Aż mi niejaka Karolina wypomniała nieróbstwo. Wątków jest kilka, nie wiem, których dotknę, które ominę, a które, hmmm... spenetruję.
Pierwsze primo (błagam, nie mówcie, że tak napisać nie można). Muzyka. Moja muzyka. Nie wiem, czy kogokolwiek to obchodzi, ale co mnie to obchodzi? :) Co można usłyszeć w tych wielkich, pożyczonych słuchawkach? Wszystko. Podstawówka - zestaw standardowy. Eminemy, rapy z wiwy (emtiwi jeszcze nie miałem!), jakieś gitarowe rzeczy, Apocalyptica w ilościach masowych, mroki niepamięci. A później poszło z górki. Wstydliwy okres, Linkin Park, jakieś free days gays, or sumthin, offspringi, Sum 41, Rammstein, In Flames, Behemoth, orgazmowy rok wyłącznie z black metalem, na wskroś gówniarskie "punkowe" rzyganie przy Sedesie (to zespół!), Brudnych Dzieciach, KSU i takiego wała, jak Polska cała. Uczyłem się za dużo i za szybko. Mnóstwo z tego przepadło i dobrze. Zabawne wspomnienia z koncertowych początków (PRL 2008!). Tak, to gimnazjum. Które skończyło się na doomie, SDBMie i różnych gotyckich dziwadłach. A od roku 2009, Type O Negative, regularnie i z zapałem. O liceum Wam nie opowiem, bom go jeszcze nie ukończył (tfu, tfu!). Z rzeczy najważniejszych - ciągle TON, Silencer, Burzum, Nile, Black River, Beltaine, Korpiklaani, MasseMorde i różne takie. Ktoś zechce, to zapyta. O. Właśnie piszę pod cenzurą. Bartek. I matka.
Drugie primo, pozornie pod publikę. Związek. Nasz Związek. Taaakie ważne i popularne słowo. Jak to u nas jest. Bo słyszałem, że to taaaakie ciekawe. Jak czuje się adam, nosząc z ważną miną torbę za Pyzą? Jak jest u nich z seksem..? Jak Ona z nim wyczymuje? Za wiele się Szanowni Państwo nie dowiedzą. Cóż, mam dosyć wąskie granice prywatności. Powiem tyle - idealnie być nie może, ale może być całkiem kororowo. I jest, za długo wymieniać by dlaczego. Jesteśmy na tyle blisko, że wiele rzeczy nie musi nas obchodzić, a wiele dopiero zaczyna chodzić nam po głowie. Tak, noszę tĘ torbę. Bo mogę. I chcę. A jeśli tak to jest odbierane, to cóż, ojabiednynieszczęśliwy, siedzę pod pantoflem. Naprawdę równo wali mnie to, jak to wygląda z boku. Z perspektywy moich kaprawych oczu, jest najlepiej. Uwaga, naiwne oświadczenie. Jestem w stanie pogonić za Nią byle gdzie, na byle jaki kierunek. ADAM DOPUSZCZA DO SIEBIE MYŚL O POLONISTYCE. Ale siara.
I o. Fajnie, prawda? Męczyłem te wypociny tyle czasu, że już nie mam siły. Czytajta, albo nie. Brrrrrrranoc!
wtorek, 13 września 2011
Pośpiechy i Muzyki
Witam!
Już, już, nie bijta. Motywowany przez moich wiernych czytelników ("gdzie notka uju? w ryj dawno nie dostałeś? masz bloga, to go prowadź!", pozdrawiam JP Artura), wracam, wraz ze sporymi zaległościami.
Co działo się w sobotę...
Dzielnie oporządziwszy własny zaścianek pognałem w stronę 3go maja i tamże srodze się zawiodłem... Ja miałem pomagać i przenosić ciężkie ławy, a tymczasem wyręczył mnie Pan Andrzej! No i zostałem z bab... damską robotą w kuchni. Ale cóż to dla mnie, mrocznego wysłannika Mroku! Okazuje się, że wiele. Zestaw obieraczka + ogórek nie jest dla mnie ("daj to adaś, bo sobie krzywdę dziecko zrobisz"). Nie uległem jednak przeciwnościom i w dalszym ciągu miotałem się po całej kuchni bardziej robiąc zamieszanie niż pomagając, ale cóż... To pomieszczenie jest za małe na moje ego i moje nogi jednocześnie. Uwolniwszy się od gastronomiczno-imprezowych zagadnień i przebrnąwszy przez pyzowe korki (nie ma to jak usłyszeć nawalonych dresów grających na fortepianie) wylądowaliśmy u mnie. I podzieliliśmy się pracą. Paulina ostro walczyła z fizjologią roślin, a ja ćwiczyłem paluchy na przyspieszeniu, nitro i ręcznym. Tak, tak. Need for Speed. Powrót do korzeni. Minęło jeszcze parę chwil i oto nastąpiła historyczna chwila.
"-Napijesz się może?
-Nie, nie. Dziękuję, ja zaraz na miasto lecę, nie chcę mieszać.
-To może piwo?
-No cóż..."
I w ten właśnie sposób zostałem poczęstowany piwem przez człowieka, którego trochę podziwiam i trochę się boję. Tatę Pauliny. Jeszcze nigdy złocisty trunek nie był tak stresujący. Powoli się oswajam. Ale naprawdę powoli. Czemu mam z tym taki problem? Przecież ci sympatyczni skądinąd ludzie nie gryzą...
Przetrwałem tę straszliwą próbę i zabrałem się za masowanie obolałego krzyża Zosi (moja druga dziewczyna, wicie, rozumicie). Hm... Jak to opisać? Mi było barrrdzo przyjemnie, ale obawiam się, że to nie moja ocena ma znaczenie...
Jeszcze minuta i już z palcami pachnącymi jakąśtam maścią gnałem w dół do czekającego pod klatką Sawcia. Straszny ze mnie podróżnik. Założenia były takie, że obejrzymy Adamka, ale jakoś się zagadaliśmy, spotkaliśmy pannę Annę i o. Będzie bez nazwisk, ale cuś zauważyłem. Problemy są charakterystyczne dla wieku. Dwa lata w tył i... miałem to samo co ktuś. Potrafiłem dużo mówić, owszem, nawet ładnie, ale kiedy trzeba było poprzeć słowa czynami... Z tym było gorzej. Ba, źle całkiem. I dlatego pewne rzeczy kończyły się tak jak się kończyły. Czyli szybko.
Efekt nocnej rozmowy był taki, że w łóżku znalazłem się koło drugiej. I dawaj bić się z myślami. Nic przyjemnego...
W ten sposób wkroczyliśmy w niedzielę! Hurrra, już niedużo pisania i jeszcze mniej czytania. Całkiem typowy dzień. Warto wspomnieć jedynie słońce. Prawie wakacyjne słońce. A takie słońce w niedzielę równa się wysyp wszelkiego tałatajstwa nad zalewem (proszę wybaczyć, jeśli ktoś z Wielce Szanownych Państwa wybrał się akurat tam na spacer). Może i to typowe, ale... cholera, sto razy bardziej wolę to miejsce, moje do cna miejsce, kiedy wszędzie jest mgła, śnieg, noc, cokolwiek. Ale nie ludzie! Nie w jesień! Grrr, wrrrr.
Z rzeczy równie ważnych i ciekawych - byłem w kościele! Znów! Kark mnie rozbolał i ziewałem. Tyle. A później skatowałem żołądek szklanką coli i szklanką wody jabłkowej jednocześnie. Myślałem, że wytrzymam więcej... ale nie zarzygałem Paulinie łóżka! Dumnym z się!
Przed snem kilka wierszyków Tuwima przez telefon dla Niej i po męczącej nocy... Poniedziałek! Wytrwajta ludzie, naprawdę kończę te wstrząsające opowieści. A raczej skończyłbym je o czasie, gdyby ojciec nie podszedł i bezceremonialnie nie wyłączył mi komputera. Niebiosa wiedzą, jak ciężko mi w tej chwili nie kląć. I to porządnie. Także tego, na czym dziadek adam skończył..? Otóż to! Poniedziałek! Nudy, flaki i tak dalej. Talara złapały nieogarnięte kanary, które nie potrafią czytać liczb do góry nogami, byliśmy w przerażającym kredyt banku, a Paulina... Paulina kupiła mi Lego! Mówią, że stara miłość nie rdzewieje i ja, patrząc na szpony Fangza (urzekające imię) zgadzam się! Tyle z pamiętnikarskiego obowiązku. Przydałyby się jakieś smuty, hę? Żeby nie było za prosto, za nudno.
Nie będzie. Bo muszę się najpierw znów dowiedzieć co mam we łbie, a 6:27 to nie jest odpowiednia pora (nie zmienię strefy czasowej! to zbyt mainstreamowe!). Jedna rzecz - bush napisał o byciu chłopakiem biochema. Dwa słowa - zgadzam się :) To naprawdę specyficzny rodzaj klasy, pomyśleć, że nie wierzyłem. Jak to dobrze, że my na ujmanie możemy jeszcze się obijać, grać w wisielca, pisać pierdoły na polskim i... tak samo bać się matury. I na cóż to wszystko? Dla piniędzy w znacznej większości niestety.
Kończąc - szanowni państwo raczą zapewne słuchać różnej muzyki. Ja takowoż. Każdy jednak ma swoje orgazmowe kawałki. I ja takowoż, jak cholera. Od trzech długich, skurwysyńsko-fosforyzująco zielonych lat.
Miłego dnia!
Już, już, nie bijta. Motywowany przez moich wiernych czytelników ("gdzie notka uju? w ryj dawno nie dostałeś? masz bloga, to go prowadź!", pozdrawiam JP Artura), wracam, wraz ze sporymi zaległościami.
Co działo się w sobotę...
Dzielnie oporządziwszy własny zaścianek pognałem w stronę 3go maja i tamże srodze się zawiodłem... Ja miałem pomagać i przenosić ciężkie ławy, a tymczasem wyręczył mnie Pan Andrzej! No i zostałem z bab... damską robotą w kuchni. Ale cóż to dla mnie, mrocznego wysłannika Mroku! Okazuje się, że wiele. Zestaw obieraczka + ogórek nie jest dla mnie ("daj to adaś, bo sobie krzywdę dziecko zrobisz"). Nie uległem jednak przeciwnościom i w dalszym ciągu miotałem się po całej kuchni bardziej robiąc zamieszanie niż pomagając, ale cóż... To pomieszczenie jest za małe na moje ego i moje nogi jednocześnie. Uwolniwszy się od gastronomiczno-imprezowych zagadnień i przebrnąwszy przez pyzowe korki (nie ma to jak usłyszeć nawalonych dresów grających na fortepianie) wylądowaliśmy u mnie. I podzieliliśmy się pracą. Paulina ostro walczyła z fizjologią roślin, a ja ćwiczyłem paluchy na przyspieszeniu, nitro i ręcznym. Tak, tak. Need for Speed. Powrót do korzeni. Minęło jeszcze parę chwil i oto nastąpiła historyczna chwila.
"-Napijesz się może?
-Nie, nie. Dziękuję, ja zaraz na miasto lecę, nie chcę mieszać.
-To może piwo?
-No cóż..."
I w ten właśnie sposób zostałem poczęstowany piwem przez człowieka, którego trochę podziwiam i trochę się boję. Tatę Pauliny. Jeszcze nigdy złocisty trunek nie był tak stresujący. Powoli się oswajam. Ale naprawdę powoli. Czemu mam z tym taki problem? Przecież ci sympatyczni skądinąd ludzie nie gryzą...
Przetrwałem tę straszliwą próbę i zabrałem się za masowanie obolałego krzyża Zosi (moja druga dziewczyna, wicie, rozumicie). Hm... Jak to opisać? Mi było barrrdzo przyjemnie, ale obawiam się, że to nie moja ocena ma znaczenie...
Jeszcze minuta i już z palcami pachnącymi jakąśtam maścią gnałem w dół do czekającego pod klatką Sawcia. Straszny ze mnie podróżnik. Założenia były takie, że obejrzymy Adamka, ale jakoś się zagadaliśmy, spotkaliśmy pannę Annę i o. Będzie bez nazwisk, ale cuś zauważyłem. Problemy są charakterystyczne dla wieku. Dwa lata w tył i... miałem to samo co ktuś. Potrafiłem dużo mówić, owszem, nawet ładnie, ale kiedy trzeba było poprzeć słowa czynami... Z tym było gorzej. Ba, źle całkiem. I dlatego pewne rzeczy kończyły się tak jak się kończyły. Czyli szybko.
Efekt nocnej rozmowy był taki, że w łóżku znalazłem się koło drugiej. I dawaj bić się z myślami. Nic przyjemnego...
W ten sposób wkroczyliśmy w niedzielę! Hurrra, już niedużo pisania i jeszcze mniej czytania. Całkiem typowy dzień. Warto wspomnieć jedynie słońce. Prawie wakacyjne słońce. A takie słońce w niedzielę równa się wysyp wszelkiego tałatajstwa nad zalewem (proszę wybaczyć, jeśli ktoś z Wielce Szanownych Państwa wybrał się akurat tam na spacer). Może i to typowe, ale... cholera, sto razy bardziej wolę to miejsce, moje do cna miejsce, kiedy wszędzie jest mgła, śnieg, noc, cokolwiek. Ale nie ludzie! Nie w jesień! Grrr, wrrrr.
Z rzeczy równie ważnych i ciekawych - byłem w kościele! Znów! Kark mnie rozbolał i ziewałem. Tyle. A później skatowałem żołądek szklanką coli i szklanką wody jabłkowej jednocześnie. Myślałem, że wytrzymam więcej... ale nie zarzygałem Paulinie łóżka! Dumnym z się!
Przed snem kilka wierszyków Tuwima przez telefon dla Niej i po męczącej nocy... Poniedziałek! Wytrwajta ludzie, naprawdę kończę te wstrząsające opowieści. A raczej skończyłbym je o czasie, gdyby ojciec nie podszedł i bezceremonialnie nie wyłączył mi komputera. Niebiosa wiedzą, jak ciężko mi w tej chwili nie kląć. I to porządnie. Także tego, na czym dziadek adam skończył..? Otóż to! Poniedziałek! Nudy, flaki i tak dalej. Talara złapały nieogarnięte kanary, które nie potrafią czytać liczb do góry nogami, byliśmy w przerażającym kredyt banku, a Paulina... Paulina kupiła mi Lego! Mówią, że stara miłość nie rdzewieje i ja, patrząc na szpony Fangza (urzekające imię) zgadzam się! Tyle z pamiętnikarskiego obowiązku. Przydałyby się jakieś smuty, hę? Żeby nie było za prosto, za nudno.
Nie będzie. Bo muszę się najpierw znów dowiedzieć co mam we łbie, a 6:27 to nie jest odpowiednia pora (nie zmienię strefy czasowej! to zbyt mainstreamowe!). Jedna rzecz - bush napisał o byciu chłopakiem biochema. Dwa słowa - zgadzam się :) To naprawdę specyficzny rodzaj klasy, pomyśleć, że nie wierzyłem. Jak to dobrze, że my na ujmanie możemy jeszcze się obijać, grać w wisielca, pisać pierdoły na polskim i... tak samo bać się matury. I na cóż to wszystko? Dla piniędzy w znacznej większości niestety.
Kończąc - szanowni państwo raczą zapewne słuchać różnej muzyki. Ja takowoż. Każdy jednak ma swoje orgazmowe kawałki. I ja takowoż, jak cholera. Od trzech długich, skurwysyńsko-fosforyzująco zielonych lat.
Miłego dnia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)