wtorek, 25 października 2011

Injecting chaos into my veins

Bez wstępów i ogródek. Piątek, bo o nim warto napisać. Ot, z pozoru zwykły dzień, szkoła, autobus do domu i tak dalej i tym podobne... Otóż nie. Poczynając od samego powrotu, który odbywał się z Arturem. Chyba pierwszy raz stanowiliśmy ogólne centrum zainteresowania, mimo pałętających się wszędzie sześcio-siedmioletnich krasnali. Wszyscy zachwyceni, jakie to słodkie, a Artur, jak to Artur - "patrz jak się śmiesznie przewracają", plus śmiech psychopaty. Efekt murowany. W sensie, że ich zamurowało. W domu czasu starczyło mi akurat na dwa, trzy łyki wody i trzeba było gnać dalej. Do

Grabianowa. Każdy, kto udawał się do tej urokliwej miejscowości na piechotę, wie, że trzeba przejść się kawałek Sekułą. Tak się złożyło, że jesienne słońce dopisało i zrobiło się baaardzo leniwie i urokliwie. A tak nie powinno być. Nie tuż przed koncertem. Westchnąwszy nad swoim ciężkim losem (mandat od mpk spoczywa nadal w kieszeni) stanąłem przed bramą niejakiego pana Dyla, gdzie czekał już wyposażony jak na piknik Chinek. I chwilę ("kuźwa, godzinę wkładam te soczewki, już do was jadę") później, nasza czwórka uzupełniona Bartoszem, ruszyła w stronę stolycy. Krótki przystanek w najpopularniejszej restauracji wśród afroamerykanów ("DOBRY, SO JAKIEŚ MIENSA? PO ILE TO?"), urokliwe komentarze panie Kierowniczki ("weź się za tą fizykę cymbale, bo będziesz miał próby... ale rumuńskiego baletu" i sałndtrak godny celu naszej wyprawy.
Po półtorej godziny dotarliśmy przed Stodołę, wleźliśmy, przekonaliśmy ochroniarza, że brak dowodu to naprawdę żaden problem w dostaniu się do palarni (gdzie te czasy, kiedy cała stodoła była palarnią?), ukradliśmy po plakacie, wypiliśmy po rozwodnionym piwie za jedyne 9 złotych i dowiedzieliśmy się, że Morowe nie zagra. Bywa. Czas upływał powoli na szwendaniu się tu i tam, kiedy nagle usłyszałem coś znajomego. Bardzo znajomego. Blindead. W dwóch mgnieniach kaprawego oka znaleźliśmy się pod sceną i tam już zostaliśmy. Brawa dla akustyków. Jakość prawie studyjna. Do tego hipnotyzujące wizualizacje i naturalny urok kompozycji grupy z Gdyni. Zgodnie z Bartkiem stwierdziliśmy, że to jest to, a nasze karki nie śmiały oponować.
Odpuściliśmy sobie sympatyczny Djerv z którego najbardziej zapadała w pamięć charyzmatyczna wokalistka z przyjemną barwą głosu, która machała tyłkiem tuż przed oczami publiczności, a tej nic a nic to nie przeszkadzało. Występ zwieńczył brawurowy skok wyżej wspomnianej w tłum słuchaczy. Klap, klap, klap, dawajcie
atrakcję wieczoru. Wbrew naszym oczekiwaniom nikt spod sceny nawet się nie ruszył w przerwie technicznej, ale i tak wylądowaliśmy w trzecim, czwartym rzędzie. Strojenie nie dłuższe niż trzeba, rozstawianie dekoracji i reszty ustrojstwa, promo teledysku do Lucyfera (nadal uważam, że wszystkie ich teledyski są podobne i przegadane), skandowanie, śpiew kolęd, "gdzie jest krzyż?", sto lat i ruszają.
Całość widowiska, wszystko razem urywało głowę. Setlista porządna, konferansjerka między kawałkami nie aż tak przesadzona, efekty na wysokim poziomie, tak samo ochrona (biedaczki stały tuż przy fajerwerkach i było im chyba gorąco... w dodatku te studwudziesto kilogramowe kafary, które co i rusz znajdowały się w ich opiekuńczych ramionach). Razem z Bartkiem doczekaliśmy się 23 w bisach, później już tylko Lucyfer po raz drugi i można było wracać do domu. A raczej można by było, gdyby nie chinek, który wsiąknął gdzieś w tłumie i znalazł się po dwudziestu minutach, dzierżąc dwa zagubione plakaty, trzy kasety jeszcze blackowego Behemotha z 92' i... brokuły. Ja czasem nie rozumiem. Ale nie pytam. Bo tak w sumie, to dlaczego nie zjeść by brokuł (brokułów?) po koncercie? Wszakże to "celebracja wolności".
Wszystko oceniam na... plus. Bo sklala jest zerojedynkowa. Trochę gorzej było ze spaniem.
Metaliczny posmak krwi w ustach (bo język przygryziony), kark jawiący się jako najbardziej unerwione miejsce w ciele i Stefan... Cholerny kot, który musi, koniecznie, bezwzględnie musi wskakiwać mi na twarz przy takich okazjach. Używam całego swojego sprytu, doświadczeń z jedenastu lat mieszkania z Tygrysem, jestem zdeterminowany, ale cóż to znaczy przy kociej perfidii i siły młodości? Wszystkie starcia kończą się ostatecznym argumentem ZaKarkIWonDoŁazienki.
-dlaczego zawsze do łazienki? Co wspólnego ma łazienka z pokutą?
-nie rozmawiam z tobą. Jesteś kotem, już raz się publicznie ośmieszyłem, cytując nasz dyskurs.
-ale kto ci kazał? zwyczajnie brak ci pomysłów na prowadzenie tego twojego... bloga.
-nieprawda! wcale, że nie! won do łazienki! w łazience nie masz jak rozrabiać.
Uśmiech tego kociegosyna w tym momencie był całkiem przerażający... Nie trzeba było pić piwa..?

Zazwyczaj po takich wojażach człowiek chce się przespać w domu, odpocząć, uspokoić nerwy. I ja też chciałem. Naprawdę chciałem. Ale traf też chciał. Chciał, że mam pato... odbiegającą od normy rodzinę. Z tego to powodu zostałem w sobotę wieczorem wygoniony na osiemnastkę Dreya (ale mamo, mi się nie chce!). Wyszło w końcu, że było warto. Bo i towarzystwo zebrało się całkiem doborowe. Szymony (czyli sam Szymon, Sensej, Strzelba), muzykalna piątka z trzema zapowiedzianymi koncertami (naprawdę muszę Was znów wymieniać?), papież we własnej osobie wraz z osobami towarzyszącymi, solenizant z siostrą i koleżankami, Aleks i chyba tyle. Tony fajek w prezencie, kubek pełen wódki, którego nikt nie był w stanie zmęczyć ("talar, odpuść, wątrobę stracisz"), suchary, odprowadzanie Bartka, dłuuuuuuugi spacer z Szymonem, refleksje, sklep nocny, schody archiwum, śmichy chichy i tak dalej. Przyjemnie, ale niedzielę przespałem.
Po weekendzie tak przepełnionym wrażeniami, tym trudniej wrócić do prusa i całego tego bagna. Ale widocznie trzeba. Ech... W tym tygodniu nie lubię MPK, lubię za to oczekiwane odświeżenie plejlisty ("Julka, gdzie pendrak?").
Tymczasem bywajcie, krzewiciele codzienności. Riff na dziś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz