wtorek, 8 listopada 2011

A Forest

Najdłuższa przerwa w pisaniu jak dotąd. Niedobsze, niedobsze. Jeszcze trochu i rzucę bloga na rzecz... No właśnie, czego?
Co wydarzyło się od ostatniej notki? (kiedy to w ogóle było?). Sporo i niewiele. Z rzeczy pierwszych -
minął rok. Długi rok. Piękny rok. Jakoś tak wyjszło, że 27 października roku pańskiego 2010, w popołudnie zalane ponurym jesiennym słońcem, nie wiedząc, czy słusznie robię, ruszyłem linią numer 3 z Unitów Podlaskich, wysiadłem przy Akademii Podlaskiej (bo wiecie wnuczki, kiedyś, to było AP, a nie jakiś elitarny Juniwersytet) i niespiesznie wlokąc się ulicą 3go maja znalazłem ulicę, znalazłem dom, znalazłem dziewcz... nie, wróć. Pozwoliłem, żeby dogonił mnie zmrok, westchnąłem głęboko (trema) i zacząłem czekać. Aż się doczekałem. I zostałem opętany, szaleję niezmiennie tak samo od tej pamiętnej środy. ci z Was, którzy to mają, wiedzą, o czym mówie, ci, którzy jeszcze tego nie złapali, wiedzą, czego im brakuje. Jak to jest być z kimś tak blisko, że ta osoba przesłania wszystko inne? Jak to jest spędzić z kimś tyle czasu, śmiejąc się, płacząc, spacerując, słuchając muzyki, gotując, ucząc się, robiąc wszystko to, co można robić razem i więcej? Świetnie. Świetnie jest kogoś kochać i być kochanym. Ale wy to wiecie. A ja dobrze tego nie opiszę. I nie będę tu dziękował, ani wyrażał obaw, czy nadziei, bo to kiepskie miejsce. I tak strasznie osobiście to napisałem, wyjątek potwierdzający regułę :)

Z rzeczy drugich - koncert. 0,5 zagrało. Nie wiem, jak ogólne wrażenia publiczności (choć najpewniej w większości pozytywne). Na mnie wrażenie zostało zrobione. Większe niż na próbie. Po standardowych zakupach, szlajaniu się tu i tam ("o, cześć Julka") i megaepickim wejściu ("dobry wieczór, ja powinienem być na liście gości, nieprawdaż?"), zaczęło się masowe witanie, piwo, wrzaski, gimnazjaliści w koncertowej gorączce, zapowiedź i wejście. Baaaardzo przyjemnie mi się słuchało, skakało, darło, tańcowało, popijało, gadało z mamą, rzucało koszulką, paliło, odprowadzało, dawało autografy (sic!), pakowało sprzęt, jeździło z nim po całych nocnych Siedlcach, rozpalało ognisko, siedziało przy nim do drugiej w nocy i wracało ciemnym, ciemnym lasem. Ale po tym wszystkim najprzyjemniej mi się jednak spało. Dzięęęęękuuuuuujeeemy Bartusiowi & Spółce (tylko dlaczego Mirek tak mało biegał po scenie?)

Nie wiem dlaczego tak się zawsze dzieje, ale coraz częściej imprezy następują bezpośrednio po sobie, co jest może i fajne, ale nadzwyczaj męczące. Dlatego też w sobotę wieczorem lazłem na pkp co najmniej nie w nastroju. Tym bardziej, że okazało się, iż impreza zaczyna się o 20. A była 18:15, dzięki Sołtysowi. Dwie godziny łażenia na zimnie. A później żarcie i picie w cieple, tańce wywijańce i... w sumie tyle. Ale było warto. Pierwsza taka impreza w klasie. Że zacytuję Katarzynę M. - "co my przez te dwa lata robiliśmy?" Drugie "dziękujemy" w zeszłotygodniowym plebiscycie wędruje do Natalki, za jej osiemnastkę.

Z kolei i w niedzielę i w poniedziałek, przyjemnie było przejść się na radziecki cmentarz. Nie dlatego, że jest radziecki (odłóż nóż Bushu), ale dlatego, że jest jesień, niedługo pełnia, jest muzyka (czy ja słucham The Cure? nie, niemożliwe. A nie. Możliwe. Mam Join the Dots), a ja mam ostatnio nader często dosyć Was (bez obrazy, nic osobistego) i Ich. Droga nieznana mi koleżanko z autobusu, rozumiem, że mam dziurawe buty i długie włosy, ale skoro już raz to zauważyłaś, to czy mogłabyś odwrócić wytapetowaną buzię i popatrzeć na coś ładniejszego? Na przykład na pomazane siedzenie przed Tobą. Szanowna Pani Urzędniczko - rozumiem, że nie powinienem jeździć tą samą linią co Pani, ale proszę mi wybaczyć, kupiłem miesięczny, to jeżdżę. I nie, nie rusza mnie Pani wzrok. Ruszają mnie Pani łokcie. I tak dalej i tym podobne. Wszyscy wszystko wiedzą. Wiedzą na pewno. Przecież nie są głupi. Każdy może być i jest głupi, kiedy cuś mu nie wyjdzie, ale nie Ja. Męczące są te czasy, kiedy słucha się drugiej osoby tylko po to, żeby wyczuć moment, w którym można przedstawić jej swoją Prawdę. A ja naprawdę nie kcę. Ja bym chciał sobie poleżeć z Pauliną. Tydzień, dwa. I wstawać tylko na zakupy w Stokrotce. Jak w lipcu. Ale nie. Mamy listopad. Huura.

A w sobotę osiemnastka Talara. Y LIEK VIOLENTZ. Cała notka pisana przy jednej, tytułowej piosence. Miłej jesieni.