wtorek, 19 lutego 2013

Kafe Moskwa

Był zmierzch powrotów dnia poprzedniego i był poranek dnia następnego. Było przebudzenie, mdłe i dzielone przez próżnię, był zimny prysznic walczący o lepsze z zimną kawą. Była bezczelność, która przebrzmiewała i być może przebrzmiewa dotąd w martwym naskórku zostawionym w tramwaju, w autobusie, na cudzym zeszycie. A potem przekonany o braku świadomości powiedziałem sobie - co zrobisz? Dokąd i z kim pójdziesz? I poszedłem z Majstrem na piwo. I chóry w niebie wiedziały, że idę w dobrej wierze, pełen sympatii i niepozbawiony nadziei. "I  natychmiast wypiłem. A po wypiciu – widzieliście sami: bardzo długo się krzywiłem, walczyłem z mdłościami, przeklinałem i posyłałem wszystko do diabła. Może pięć, może siedem minut, a może całą wieczność miotałem się w czterech ścianach, trzymając się za gardło i upraszając mego Boga, by mnie nie krzywdził. A mój Bóg nie potrafił usłyszeć mych błagań do samego Mińska Mazowieckiego. Od Mrozów do Kotunia wypita szklaneczka przewalała się między gardłem i żołądkiem, to wzlatując ku górze, to padając w dól. Było w tym coś z Wezuwiusza, z Herkulanum i Pompei, z pierwszomajowej salwy honorowej, oddanej w stolicy mej ojczyzny. Ja zaś modliłem się i cierpiałem" Czarek Miłosierny zapchał mi gębę darmowym popkornem, wcisnął w usta ćmika i podpalił. Wstałem więc przepełniony poczuciem obowiązku i po nijakiej chwili wróciłem w dwiema szklankami, przez zęby mamrocząc tradycyjne "masz ze mną za dobrze". Janek wtedy spał już, snem sprawiedliwego. Paweł kiwał głową nic nie mówiąc, chyba, że do siebie w myślach - masz rację, Paweł! Mijały godziny, poduszki na podłodze pogrążały się w nieładzie, włosy takowoż, ludzie odchodzili i przychodzili, stacje mijały, ale dopiero w Sabince się ocknąłem, dopiero kiedy Paweł wstał i pozbawił nas swej niewzruszonej pogody alkoholowego ducha ogarnął nas mrok beznadziei. Zewsząd ogarnęła nas kiepskość, jak określiłem to kilka dni wcześniej w zadymionym, zadymionym do przesady samochodzie.Wtedy dźwignąłem wieżę strzelistą jak pastisz gotyku, a akty krążące w mojej głowie nie były bynajmniej strzeliste. Z każdym kolejnym krokiem czoło mi chmurniało, a przynajmniej takie mrzonki sprawiały mi ulgę. Pomyślałem zatem - co zrobisz? Dokąd pójdziesz? Nie odpowiedziałem sobie, ale i tak wiedziałem, że skończę na ośnieżonych peronach Warszawy Gdańskiej, choć przecież jechałem prosto do Siedlec, bez przesiadek, bez przerw na papierosa. Tylko na Warszawie Gdańskiej zrezygnowana policja nie zwraca uwagi gdy śpiewamy i gdy wspólnego, znalezionego papierosa rzucamy na tory. Papieros uparcie dymi się w puszce po kukurydzy, będę musiał zmarnować kilka kropel placebo, żeby zasnąć w tym pokoju. Za to kiedy już się obudzę, kiedy przystając raz na jakiś czas dotrę na strasznie pustą i brzydką ulicę Okrzei, kiedy przywitam się z ojcem i jedząc coś ciepłego spędzę z nim pół godziny, wtedy milczcie chóry, schnijcie łzy, dzwońcie kusiciele. "Wtedy coś się zdarzy, ty usiądziesz mi na twarzy, potem cię za pióra złapię, ty mnie podrapiesz". Godziny minęły, wieża chwiejna, już nawet nie strzelista podpierając się na wychudłych łapskach dźwignęła się w celu ostatecznego dotarcia do domu, przez Marymont, przez Grodziszcze Mazowieckie, przez nocny. W ostateczności niech będą smartfony, niech już nawet będzie BUW, ale czemu za oknem jest tak ciemno? Paweł by wiedział, Paweł pije gdzieś wódkę, a czyni to z niezmąconym uśmiechem i pogodą ducha, bo maj(gi)stra i tak zrobi.

"Kto tu jest za mną, kto tu stoi?"

czwartek, 14 lutego 2013

Ze spotkań

Pierwszy raz z erotykiem to nie może być przygoda, ani zabawa. To musi być spotkanie, długo planowane, odkładane kilka razy, nie daj boże przypadkowe. Spotkania zaczynają się od uśmiechu.

A gdy będę umierał to nie przyjdzie tu Czaro, zajmie go zabawa z gitaro.


Uśmiech rozciąga się od lewej do prawej, jak od prawej strony chodnika, odbiwszy się od ściany, do lewej. Czasem powoduje dołeczki w policzkach, w których można ukryć kolejno - w lewym dumę, w prawym strach. A czasem powoduje rozlanie się mordy po płaszczyźnie jej z zapasem przeznaczonej. Wtedy kulawo ogolony w ciemnościach podbródek opina się na wypłukanych do cna kościach i imituje grymas zadowolenia. Facecje wynikające dla otoczenia z facjaty. Facjata rozpływa się jeszcze bardziej w kretyńskiej manifestacji błogości, kiedy mogę prowadzić. Najlepiej przez pustynię, z działającym, niekradzionym radiem. Dopiero wtedy z niekłamaną przyjemnością zabieram kogoś stojącego na poboczu, ratując go przed śmiercią z pragnienia, tak jak mnie uratowano przed śmiercią głodową. Bo co jak co, mówcie co chcecie, ale pragnienie potrafię ugasić.

Janek przyjdzie z kwiatami (róże, tak między nami).


Prócz tego pragnienie z ogniem ma niewiele wspólnego. Jeśli już coś, to początek. Każdy, kto zapalał zapałkę, wie, jak rodzi się pragnienie, a każdy kto zdecydował się na prolongatę prenumeraty, wie, że w kwestii uporczywego trwania, pragnienie, przeradzające się w żądzę, podobnym jest do wody. Przytłacza jak ona, powoduje ociężałość i uporczywą konsekwencją tworzy maniakalną projekcję zaspokojenia. Pierwszy haust powietrza piecze, pierwszy dzień wiosny swędzi gdzieś z tyłu głowy, pierwszy łyk łaskocze, pierwszy dotyk pali. Biorąc pod uwagę wszystkie przytoczone wyżej argumenty, stwierdzam, iż to zaspokojenie jest jak ogień. Siadaj, trzy mniej.

Artur piwo przyniesie, wszyscy trzej to obwiesie.


"A w mojej głowie słońc milionami karuzela nocy lśni, na niej jesteśmy sami, ja i Ty."
Żartowałem, jak zwykle. I jak zwykle pomyliłem (specjalnie, hyhy) żart z kłamstwem. Nie mam nic wspólnego z zaspokojeniem. Gdybym miał, nie byłoby mnie tu, teraz i nie czekałbym wiosny jak snu. Chyba nawet dzwony z widmowego bielańskiego kościoła zamilkły w tym oczekiwaniu. Kiedy powietrze gęstnieje, ciężko się przez nie przebić do drugiej osoby, drugiej butelki, drugiego pokoju, drugiego semestru, drugiego skrzyżowania (tylko tutaj istnieją dwa skrzyżowania tych samych ulic). Do następnego (drugiego!) razu.

Będzie chłodny, jesienny wieczór. Przespaliśmy i wiosnę i lato, nie łudź się, to już postanowione. Przyjdziesz o piętnaście minut za wcześnie, takie znamię tęsknoty za przeszłością. Kontrabasista na fotelu będzie brzdękał, ty melancholijnie czekając zapalisz papierosa, ja skropię się wodą kolońską, wdzieję palto, kapelusz i ruszymy w poszukiwaniu pielęgnowanego obciążenia genetycznego. Papierośnice będą srebrne, zęby złote, a zaułki ciemne. W razie czego jest nas dwóch i tylko dwóch, bo Zły Tyrmanda umarł z przepicia tego samego lata co Gombrowicz i nikogo już nie uratuje przed eleganckim skurwysyństwem. A umierał przerażająco pięknie, z przestrogą, jak Jerofiejew. Czemu Warszawa Cybulskiego miałaby być gorsza od Moskwy Pietuszki?

Za pierwszym razem wystarczył ułamek sekundy, żeby przekrwione oczy spotkały brązowe oczy, modre oczy, błękitne oczy, piwne oczy, własne nawet. Za drugim potrzebowałem roku i siedmiu miesięcy, żeby znaleźć Szostakowicza, Mesjasza i inne zaginione, niewydarzone wprawki i dzieła ostateczne. Wszystkie poutykane w butelkach, popielniczkach, szufladach, cudzych i dlatego ufnych oczach. Moje oczy też są ufne, kiedy przelewam po trzykroć, po stokroć porter i przyglądam mu się. W taki sposób Demiurg przyglądał się swojemu dziełu i w taki sam sposób to dzieło go zawiodło, jeśli się nie mylę (jeśli się mylę, to popraw mnie Demiurgu, mniemam, że w internecie też jesteś omnipotentny). Wystarczy, że zaśpiewasz.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Green skies

Mam wysoko do chodnika, nierównowaga stąd wynika. Jak zwykli to określać ludzie w lepszych czasach - niestabilna żyrafa. Mam przetarte, workowate spodnie po ojcu, bo oddając swoje do prania przeliczyłem się, a siedlecka szafa pogardliwie prychnęła, powodowana zazdrością o Warszawę. Mam ogromny namiot robiący tymczasowo za kurtkę. Bywa, że można kogoś (oprócz mnie) w nim schować, przytulić i zasunąć. Teraz jednak niepokojąco łopocze na wietrze, tak niepokojąco, że podstęp wietrzę. W przepastnych kieszeniach kiedyś bywało mnóstwo rzeczy, szklanych, nieszklanych, różnie. Dzisiaj w lewej mam jabłko, nie bójmy się spojrzeć prawdzie w oczy, już trochę zeschnięte, a w prawej papierosy. Na kurtce mam plamy. Sięgając pamięcią to tu, to tam, dochodzę do wniosku, że plamy są po winie, po krwi, po smarze i po staremu, z przyzwoitości. Przyzwoita kurtka musi mieć pod koniec zimy plamy, które widać dopiero, gdy śnieg stopnieje i przestanie razić oczy. Mam buty, które dała ojczyzna, przydziałowe, ciężkie i ciepłe. Zawsze wydawało mi się, że mam też oczy, ale jak się patrzy w metrze na szybę na przeciwko, to tam, w tej szybie, w tym metrze nikt nie ma oczu. Cały rząd ludzi bez oczu siedzi i jedzie sobie, a mi to nawet nie robi już zbytniej różnicy. Przyjmijmy więc na potrzeby, iż oczu nie posiadam. Mam kartę egzaminacyjną, pustą jak butelka i śnieżnobiałą. Mam przed sobą bufet na pekapie, a jest godzina najbardziej bezbożna, czyli trzecia z kolei w ciągu tej doby. Dwa stoliki dalej z chirurgiczną precyzją sylwetka pochłania zapiekankę, zapada w sen na pół godziny, po czym budzona przez zmęczone, nocne upiory za ladą, zamawia następną zapiekankę i tak w kółko. Do godziny szóstej. O szóstej pociąg whuczy się na peron i minie mnie blada twarz maszynisty modlącego się chyba, żeby nie wykoleić składu na jakimś niedopałku.

Miałem pieniądze, ale rozdałem jakieś sześćset tysięcy przemiłym ludziom na patelni. Ba, specjalnie łaziłem do bankomatu, żeby mieć co wrzucić po drodze na śródmieście. Miałem coś zrobić, ale znów, cholera, nie jestem pewien co. Miałem piwo, ale nie da się oprzeć belgijskiej, a przecież amerykańskiej ipie, zwłaszcza o tak wdzięcznej nazwie jak Raging Bitch. Miałem gdzieś jechać, ale zatrzymałem się, żeby zabrać z górującej nad miastem ulicy Łukowskiej autostopowicza. Jak już go zabrałem, to głupio się rozmyślać, więc nadrobiłem trzydzieści siedem kilometrów drogi. Miałem wszelkie podstawy, żeby sądzić ludzie, którzy idą do szpitala, z niego wracają. Miałem wielką przyjemność dowiedzieć się, że jak dzwonię, to załącza się w telefonie Artura Włóczęga Theme. Miałem powody, żeby wierzyć rodzicom, a oni mieli od zarania dziejów powody, żeby nie wierzyć mi. Miałem zwyczaj regularnego chodzenia na basen ("-znasz brutalną stronę chinka? gdyby adam nie chodził na basen, byłby gruby jak świnia!") i regularnego chodzenia na regularne spacery po swoich włościach i w odwiedziny do horyzontu.

Ukradłem golfa. Kluczyki nawet nie brzęknęły lądując koło jabłka w kieszeni. Drzwi nawet za mną nie stuknęły, telefon nawet nie oponował, kiedy go wyłączałem. Nawet nie pomyślałem, że nie mam za co zatankować. I utknąłem, cholera by to, w bezczelnie szczerym polu. Chciałoby się napisać, że z rozwianym włosem, na tle granatowego nieba, ale gdzieżby tam. Powietrze ani myślało drgnąć, włosy obraziły się na mnie tydzień po tym, jak obraziłem się na szczotkę, niebo obraziło się na mnie od kiedy nie spaceruję wyłącznie z nim (nią, niebo to ona). Właśnie dlatego przyszło mi trwać na pekapie, w samochodzie z przygodnym podróżnym i obok samochodu z przedostatnim (świat znowu drwi z mojego dramatyzmu) papierosem. Jednocześnie.


"Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
 I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...
 Mówili o niej: "Łka, więc jest!" - I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat - i świat zadumał się w tej chwili...
 Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.
 Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!
 Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!
 Lecz cienie zmarłych - Boże mój! - nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas - i tylko młot inaczej dzwoni...
 I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.
 Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...
 I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!...
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!
 Lecz dzielne młoty - Boże mój - mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!
 Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.
 I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!
 Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było oprócz głosu!
 Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?
 Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.
 I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?"