czwartek, 14 lutego 2013

Ze spotkań

Pierwszy raz z erotykiem to nie może być przygoda, ani zabawa. To musi być spotkanie, długo planowane, odkładane kilka razy, nie daj boże przypadkowe. Spotkania zaczynają się od uśmiechu.

A gdy będę umierał to nie przyjdzie tu Czaro, zajmie go zabawa z gitaro.


Uśmiech rozciąga się od lewej do prawej, jak od prawej strony chodnika, odbiwszy się od ściany, do lewej. Czasem powoduje dołeczki w policzkach, w których można ukryć kolejno - w lewym dumę, w prawym strach. A czasem powoduje rozlanie się mordy po płaszczyźnie jej z zapasem przeznaczonej. Wtedy kulawo ogolony w ciemnościach podbródek opina się na wypłukanych do cna kościach i imituje grymas zadowolenia. Facecje wynikające dla otoczenia z facjaty. Facjata rozpływa się jeszcze bardziej w kretyńskiej manifestacji błogości, kiedy mogę prowadzić. Najlepiej przez pustynię, z działającym, niekradzionym radiem. Dopiero wtedy z niekłamaną przyjemnością zabieram kogoś stojącego na poboczu, ratując go przed śmiercią z pragnienia, tak jak mnie uratowano przed śmiercią głodową. Bo co jak co, mówcie co chcecie, ale pragnienie potrafię ugasić.

Janek przyjdzie z kwiatami (róże, tak między nami).


Prócz tego pragnienie z ogniem ma niewiele wspólnego. Jeśli już coś, to początek. Każdy, kto zapalał zapałkę, wie, jak rodzi się pragnienie, a każdy kto zdecydował się na prolongatę prenumeraty, wie, że w kwestii uporczywego trwania, pragnienie, przeradzające się w żądzę, podobnym jest do wody. Przytłacza jak ona, powoduje ociężałość i uporczywą konsekwencją tworzy maniakalną projekcję zaspokojenia. Pierwszy haust powietrza piecze, pierwszy dzień wiosny swędzi gdzieś z tyłu głowy, pierwszy łyk łaskocze, pierwszy dotyk pali. Biorąc pod uwagę wszystkie przytoczone wyżej argumenty, stwierdzam, iż to zaspokojenie jest jak ogień. Siadaj, trzy mniej.

Artur piwo przyniesie, wszyscy trzej to obwiesie.


"A w mojej głowie słońc milionami karuzela nocy lśni, na niej jesteśmy sami, ja i Ty."
Żartowałem, jak zwykle. I jak zwykle pomyliłem (specjalnie, hyhy) żart z kłamstwem. Nie mam nic wspólnego z zaspokojeniem. Gdybym miał, nie byłoby mnie tu, teraz i nie czekałbym wiosny jak snu. Chyba nawet dzwony z widmowego bielańskiego kościoła zamilkły w tym oczekiwaniu. Kiedy powietrze gęstnieje, ciężko się przez nie przebić do drugiej osoby, drugiej butelki, drugiego pokoju, drugiego semestru, drugiego skrzyżowania (tylko tutaj istnieją dwa skrzyżowania tych samych ulic). Do następnego (drugiego!) razu.

Będzie chłodny, jesienny wieczór. Przespaliśmy i wiosnę i lato, nie łudź się, to już postanowione. Przyjdziesz o piętnaście minut za wcześnie, takie znamię tęsknoty za przeszłością. Kontrabasista na fotelu będzie brzdękał, ty melancholijnie czekając zapalisz papierosa, ja skropię się wodą kolońską, wdzieję palto, kapelusz i ruszymy w poszukiwaniu pielęgnowanego obciążenia genetycznego. Papierośnice będą srebrne, zęby złote, a zaułki ciemne. W razie czego jest nas dwóch i tylko dwóch, bo Zły Tyrmanda umarł z przepicia tego samego lata co Gombrowicz i nikogo już nie uratuje przed eleganckim skurwysyństwem. A umierał przerażająco pięknie, z przestrogą, jak Jerofiejew. Czemu Warszawa Cybulskiego miałaby być gorsza od Moskwy Pietuszki?

Za pierwszym razem wystarczył ułamek sekundy, żeby przekrwione oczy spotkały brązowe oczy, modre oczy, błękitne oczy, piwne oczy, własne nawet. Za drugim potrzebowałem roku i siedmiu miesięcy, żeby znaleźć Szostakowicza, Mesjasza i inne zaginione, niewydarzone wprawki i dzieła ostateczne. Wszystkie poutykane w butelkach, popielniczkach, szufladach, cudzych i dlatego ufnych oczach. Moje oczy też są ufne, kiedy przelewam po trzykroć, po stokroć porter i przyglądam mu się. W taki sposób Demiurg przyglądał się swojemu dziełu i w taki sam sposób to dzieło go zawiodło, jeśli się nie mylę (jeśli się mylę, to popraw mnie Demiurgu, mniemam, że w internecie też jesteś omnipotentny). Wystarczy, że zaśpiewasz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz