poniedziałek, 7 września 2015

Lannerlush Plinky Plonk Golden Sands Experience



Wchodzi się tu całkiem prosto, można by nawet rzec – przyjaźnie. Furtka pod nieobecność gospodarza zawsze jest zamknięta na niepamiętną kłódkę, jednak równie niepamiętny klucz tkwi ukryty w specjalnie wyciętym w tym celu miejscu. Oczywistym dla oczu, który przywykły do tego miejsca i pojęły jego logikę, a zupełnie niezauważalnym dla chcących się tam wedrzeć. Ci zawsze po prostu przeskakują niskie ogrodzenie, zresztą wiemy coś o tym my, weterani działkowego zbieractwa.
                Pierwsze wrażenie, które rzeczywiście jest niezatarte w tym sensie, że za każdym razem daje o sobie znać w ten sam sposób od nowa, polega mniej więcej na drzewach zasłaniających las. Każdy element, obojętnie - żywy, martwy, czy coś pomiędzy, jest rozbuchany, mieniący się i mnogi. A przy tym mocno niepoważny i absurdalny, choć znajdujący się dokładnie w miejscu, w którym być powinien, nawet musi. Bez względu na to, z czego co jest połatane i jak bardzo odstające od pierwotnego przeznaczenia, niczego nie imają się tu wiatry, deszcze i upały. Elementów takich na pierwszy rzut oka jest zaś około miljona, przy bliższej, bardziej wnikliwej obserwacji – nieporównanie więcej. Już to wystarczy, żeby oszołomić. Ale wcale nienachlanie. Całe to miejsce nie zostało stworzone do oszałamiania. Przecież jego najwdzięczniejszą i przekonującą każdego cechą jest to, że bez względu na to, która to wizyta, jak długo trwała i w jakich okolicznościach, wszystko na tej niewielkiej przestrzenie pozostaje niezobowiązujące. Nie obojętne, ale mimo całego swojego stłoczonego ogromu umiarkowane. Bardzo hojny, skrajnie nieludzki gest jak na coś, czego los jest przesądzony.
                Jakie jest drugie i kolejne wrażenie? Ciężko stwierdzić, ponieważ chronologia w tym przypadku zawodzi, cienkim głosem. Można za to odczucia podzielić na te będące udziałem gospodarza, dziejące się za jego sprawą i te, mimo niego, a za serdeczną zgodą, czy przy pozornej niewiedzy. Pierwsze są z reguły bardziej wartościowe i krzepiące, drugie sięgają głębiej, łatwiej wymykają się próbom opisu. Cóż prostszego, niż zadawać pytania, które same cisną się na usta, wiedząc że odpowiedź zawsze będzie sensowna i zaskakująca? Po co ostrze piły wbite tak wysoko w drzewo? Skąd te porcelanowe ryby? Jak udało ci się zmontować coś takiego? Jeden z ostatnich sposobów dziecięcego odkrywania świata, jakie mi zostały. Nawet jeśli okupiony obowiązkowym zrywaniem czereśni w nieludzkich pozycjach, przy użyciu nadludzkich sposobów. Z drugiej strony, cóż bardziej druzgoczącego, niż pozwolić sobie przywoływać resztki wszystkich, którzy kiedykolwiek tu gościli? Deszcz moczy trawnik, niebieski dach i blaszanego koguta i bez takiego pozwolenia, jednocześnie nad tym wszystkim, na lustrzanej działce rysując cieniste smugi. Jak zmrużysz oczy, to zobaczysz, że to jedyne dowody na prawdziwość starych zdjęć. Tu kiedyś siedziała sąsiadka, tu leżał pies, obok psa stał stolik, na stoliku piwo. Całe konstelacje. Nietrudno zwątpić, skoro w tym miejscu się nie pije. Nigdy.
                Nie znaczy to bynajmniej, że mamy do czynienia z jakąś świętą enklawą. Żadnego szlachetnego osamotnienia, żadnych przestrzeni. Z tyłu, z przodu, z każdej strony gnieżdżą się miejsca zagospodarowane przez innych, w inny sposób. Trochę jak na cmentarzu. Tym bardziej, że podobnie jak tam, bardzo rzadko można tu dostrzec sąsiadów, nawet jeśli często ich słychać. Inny taki ostateczny drobiazg łączący krainę krzewów z krainą zniczy, to ulga. Na cmentarzu ledwo odczuwalna, choć natrętnie niezbywalna i drwiąca przez monopol martwych. Tutaj lekka, bez względu na okoliczności nietrwała i wszędobylska. Nawet histeryczne burze spotykają się tu z uprzejmym powątpiewaniem. Najpewniej w innym miejscu nieprzejednana, chrumcząca i pękająca czerń wyzwoliłaby w Tobie jakieś zajechane na amen myśli o własnej ulotności. W tym miejscu raczej zdajesz sobie sprawę z wszechbraku znaczenia i witasz gromy kubkiem herbaty, boso i w o wiele za dużym swetrze. Dlaczego? Bo dlaczego ojezu dobraweśsię nie? Spróbujcie patrząc na wzdętego od ciepłych deszczy trupa wycedzić – ale okropnie w tym wygląda, no beznadziejny gust. Żadna małpa nie jest na tyle mocna, stawiam wszystkie swoje łapy przeciwko garści orzechów, czy jakoś tak. Czy taka ulga, to jeszcze ulga, czy już ślepota? Żadna różnica, skoro nawet pod zasnutym na śmierć na szaro niebem nieodparcie daj o sobie znać w tym miejscu błękit. Taki błękit, że nie blaknie błękit nawet sto dni, sto kilometrów później. I przychodzi z pomocą w najbardziej obrzydliwie dusznej, pomarańczowej godzinie stolicznej, czy innej pułapki. Z pomocą z całą mocą. Czasem całościowo, jako jedno, tępe na brzegach, ogólne wrażenie. Kiedy indziej błyskawicznie, ostro i wnikliwie, jak to nieszczęsne ostrze piły zanurzone w wysokim świerku.
                Nie ma jednak niczego całkowitego bez przeciwwagi. Dlatego żeby przypadkiem nie zanurzyć się i niezawzdychać za bardzo, nawet stąd słychać świszczące z niepokojącą systematycznością pociągi. Dzięki nim świadomość tego, co na zewnątrz nie ginie, ale jest spychana na obrzeża. W okolice torów. Mówię to wszystko, ponieważ owszem krew, wymioty, rdza i obłęd i tak dalej, zgadza się, ale musi być coś, co stawia do chwiejnego pionu. Coś, co nie jest bezmyślnie energetyzujące, ale i uczące pokory wobec wszystkiego, co dzieje się mimochodem, poza nami i pogardy do wszystkiego, co ma absolutną rację i jest duże i głośne. I jest takie coś. Miejsce obłędnie bogate, a stonowane. Miejsce, gdzie można przyjść z głupią miną i żując szczaw zgłębiać arkana sztuk równie tajemnych, co bezużytecznych. Na przykład głaskania rzeczywistości, kiedy ta kopie. Opalania się po pogrzebie i spadania z drzew przed rozprawą. Przy tym wszystkim jest to przestrzeń od zawsze samowystarczalna. Pomidory rosną przez cały rok, soki w zakurzonych butelkach same przepisują swoje daty ważności, nie mówiąc już o niekończących się zapasach plastikowych sztućców, zapalniczek i pozaczynanych w lepszych czasach paczek papierosów. Czy podkradałem? Pewnie, ale tylko po to, żeby przydusić szarość małymi dawkami błękitu. Podobnej terapii poddaję się zasmarowując kolejne strony z zapałem godnym równie dobrej sprawy. Różnica i ryzyko polegają na tym, że piszę w nocy, więc mimo starań czasem wdziera mi się do głowy wizja skrzypiących drzwi szklarni, wysokich świerków, zraszacza, blaszanego koguta. I pozostałego miljona rzeczy tam się znajdujących, a każda spowita doskonałym, błękitnym mrokiem. Najbardziej przejmujący ze wszystkich obrazów miejsc, w których się bywa, a które w tym momencie stoją opustoszałe, ciemne i pełne majak. Na tyle przejmujący, że kończę zdanie, cicho zakładam starszą ode mnie bluzę mundurową i zamykając w sposób przyjazny dla snu domowników drzwi – lezę tam. Taka to siła oddziaływania. I dlatego właśnie mój Dziadek to Aphex Twin działkownictwa. Widzimy się
?