środa, 7 sierpnia 2013

Summertide's approach

Proszę o ciszę, wszystkie buzie na mnie. Raz, dwa, trzy - klask! - gasną światła. Klask, klask - otwiera się piwo i jest stoutem i Pan wie, że jest dobre. Klask, klask, klask - zapalają się kontrolki i droga na Sobieszyn zaczyna w przedświtowych mrokach nawijać się na koła. Klasklasklasklasklasklask - to ty przed komputerem, zboczeńcu. Ja szukam podniet w okropecznie wąskiej drodze, kiedy wiozę skostniałego po imprezie Gargulca do domu. Wszystko byłoby w porządku, jak na normy romanuwki. Warto zauważyć, że te normy dopuszczają szeregi, dziesiątki, setki kwiatów doniczkowych pokradzionych po różnych miejscach i ustawionych w innych śmiesznych miejscach, ku zdumieniu i uciesze gawiedzi, o ile gawiedź zechce rano wylec z domów. To, czy wylegnie, pozostaje jednak bez znaczenia, tak jak szeregi, dziesiątki, setki innych rzeczy. Jak już mówiłem - wszystko byłoby w porządku, gdyby nie. Gdyby nie to, że prowadziłem w garniturze i gdyby nie skrzypce jęczące w głowie od samego Łukowa, mimo wyłączonego radia. Czasami przypominały mi skrzypienie drzwi, kiedy ktoś drugi wyrzuca koty z pokoju, bo budzą. Kiedy indziej były jak skrzypienie konfesjonału, w którym ktoś niecierpliwie się wierci. Kto? Dlaczego? Pozostawiam to waszej wyobraźni. Momentami trzeszczały jak winda w szpitalu, ta duża, co łóżka nią mogą jeździć. Na jeszcze innych wirażach skrzypiały jak twój fotel przed komputerem, zboczeńcu. Jednak wciąż były to skrzypce i wciąż przebrzmiewał w nich zakurzony okultyzm, jak to w skrzypcach. Jeśli komuś się wydaje, że taki okultyzm sprzyja prowadzeniu, to niech ten ktoś uda się na długi spacer i mię nenenerwuje. Bo nie sprzyjają. Nie sprzyjają na tyle, że za Wojcieszkowem jakem wpadł na słup, tak wylądowałem parę ładnych metrów dalej przed samochodem. Nie mogę się zapinać, mój ojciec też nie może i jego ojciec nie mógł. Albowiem wszyscy trzej się w pasach dusimy. Na początku to nawet było w porządku, nieprzytomny leżałem i nic mi nie dolegało, wedle mojej najlepszej wiedzy. Ale jak się ocknąłem, to najpierw spróbowałem ruszyć głową, potem zwymiotowałem z bólu, a później umarłem.
Jakie furie mnie gnały, że zgarnąłem z podwórka psa, zdjąłem skarpety i z papierosem w krzywych zębach zacząłem iść po trasie? Najpewniej jakieś brzydkie. Jakie mary podgryzały moje bose stopy, że wygrzebałem, łamiąc paznokcie, kamień z rowu i cisnąłem nim w wiatę przystanku MPK, rozbijając szybę? Najpewniej jakieś pijane. Pech, chcąc nie chcąc, sprawił, że akurat jechała tamtędy Nasza Policja. Los z niesmakiem sprawił, że był to ten sam radiowóz, który wiózł mnie na dołek. Pustki we łbie kazały mi wiać, gdzie pieprz rośnie. Niestety, pieprz rósł akurat gdzieś po drugiej stronie ulicy, więc jadący z naprzeciwka opelek elegancko we mnie, notabene, przypieprzył. Wzniosłem się na wyżyny i konsekwentnie opadłem, tak często bywa w nocy. No i umarłem.
Urwałem się w środku mszy, bo przecież trzeba na pociąg, bo jechać trzeba, nieprawdaż wujku. Ale nie wsiadłem do KM 203 (tak, teraz, kiedy słońce świeci jak trzeba, wiem z całą pewnością, że to 203, a nie 302), albowiem nie miałem wtedy portfela, a co za tym idzie i biletu. Więc polazłem wzdłuż torów, bo co miałem zrobić? W stronę miasta polazłem, chwiejnie trochę, ale z przeświadczeniem, że będzie dobrze, bo teraz przecież nie umrę. NIESTETY, w pewnym momencie chaszcze po lewej stronie stały się nieprzekraczalne, niczym pewnie pewne granice i zostałem przez matkę naturę, która pewnie w innych okolicznościach użyczyłaby mi gościny w tych chaszczach, zmuszony do przejścia na prawą stronę torów. I w trakcie mojej wędrówki wsadziłem nogę w zwrotnicę. Zwrotnica akurat zadziałała, powodowana ręką dróżnika, czy kogotam i zostałem pozbawion mobilności, na rzecz pełnej refleksji, statycznej i niewygodnej jak chorera pozycji stojąco - kulejącej. Dłużyło mi się już, kiedy tak sterczałem, jak, nie przymierzając, pięść w nosie i zacząłem nawet pisać zabawnego smsa do Artura, ale nadjechał pociąg i umarłem.

It comes in whispers



Jest gorąco – stwierdzono jednogłośnie. Jednym głosem, ale o różnym natężeniu. Zaduch – mówiły na cmentarzu. No, nieźle – leniwie stwierdzano w biurach. Goronc, panie – przez papierosowe kłęby dolatywało z Mostostalu. Jak gorąco? Jak chuj – mamrotali skacowani ratownicy. Najgorzej jednak sarkano na Romanówce. Między starymi, a nowymi blokami snuły się grupki w grupach wiekowych, wszyscy zbratani jedną dolegliwością. Konsekwentny, mdły, organiczny, a przy tym nieludzki fetor z godnością rozpełzał się po całym osiedlu już o dziewiątej i trwał w bezwietrznym, rozgrzanym powietrzu, potęgowany przez nie aż do dwudziestej pierwszej. Różne autorytety podnosiły różne tezy, które kolejno upadały pod ciężarem swojej własnej bezbłędności. To wywożą gnój w Żelkowie i tak niesie. Nie, to śmietnik koło rzeźni. Nie, to garbarnia. Nie, Zalew zakwita. Niechętnie prowadzone w skwarze rozmowy na takie właśnie tematy toczyły się nawet w ścisłym centrum, pod dworcem, w barach, kebabach i lumpeksach. Prawda była jednak zgoła inna, a niektórzy z nas się jej domyślali, choć też niechętnie – goronc, panie.

Jak to zwykle bywa w takich historiach, a prawdę mówiąc, i w życiu – wszystko jest dobrze, póki się nie spieprzy. Pracę w policji stracił jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Żona umarła niedługo później. Pies sobie poszedł. Sąsiedzi upominali się o długi. Wraczejąc coraz wyraźniej, dotelepał jakoś aż do czasów, o których mowa. A mowa o czasach dziwnych i upalnych. Recesja dawała się we znaki wszystkim, liczono się z groszem, ze słowem mniej. Okołokoliczności jak raz, żeby prosperowały mety. I prosperowały, Jego też. Tym bardziej, że prócz przetwarzania przemysłowych ilości wódki i papierosów, chociaż raz na miesiąc wypadałoby zjeść (niektórzy studenci polonistyki zapalczywie walczą z tą tezą). Traf, ślepe siły, zły chciał, że inny policjant emeryt dorabiał jako cieć w prosektorium. I wszystko było dobrze, póki nie zrobiło się gorąco i nie zaczęło śmierdzieć.

Śmierdziało niemiłosiernie, a my chcieliśmy to z siebie zmyć, albo, według planu minimum, pójść przynajmniej na piwo. Ale tak porządnie, jak rany! Jak na złość, po całej nocy zmagań ze stoutami, pszenicą, lagerami, ajpami, po wizycie w czterech barach, pieniądze od ZHP Mokotów się skończyli. I trafiliśmy z pochmurnemi czołami na dach. Na dachu poszły w ruch zapałki, słuchawki, drobniaki wyciągane z morderczo zapomnianych miejsc i odbyła się narada wyraźnie sugerująca porażkę, bo odbywająca się w pozycjach leżących. Byłem zły, bo miałem już dość sugestywnej więzi łączącej nocne niebo i podłe piwa. Jakby tego nie było dość, gwiazdy postanowiły spadać przyprawiając naszą wiarę w stałość pewnych pojęć o chwiejność (niewykluczone, że spadały przytłoczone podłością piw). Pod nami jeździły radiowozy i taksówki, a nad nami wte i wewte śmigały bezczelne gwiazdy. Pora zaś była bezbożna, tak jak nasz stan, kiedy senność bierze ciało we władanie, pozostawiając duszę na pastwę bezbrzeżnych otchłani rozpaczy

„Lecz cienie nasze – Boże mój! – nie wypuściły flaszek z dłoni

I tylko inny płynie czas – i tylko szkło inaczej dzwoni”

I zdarzyło się tak, że poszliśmy z dziewięcioma butelkami na wymianę i dwunastoma złotymi do nocnego, a idąc rzucaliśmy wyzwanie radiowozom i taksówkom, bo szliśmy nago. Tak, tak, to właśnie przez nas świt tego dnia wstał dwie godziny później, długo walcząc z obrzydzeniem. Szczęśliwi i złaknieni nowych wrażeń weszliśmy do wody, a w tamtej rzeczywistości nie byłem ratownikiem i nie zabroniłem tego kategorycznie. Ślicznie było zanurzyć się w mglistej wodzie i płynąć, płynąć, płynąć w mroku tuż przy dnie, myśląc o tym, jak powinno się karać ludzi używających słowa „genialne”.

„Lecz cieniom nagle zbrakło sił, a cień się mrokom nie opiera

I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera”

Bardzo długo Rzeczy nie mogły dojść do porozumienia, czy nasz przypadek to ich działka. Logika argumentowała, że postąpiliśmy dokładnie wbrew niej i nam się nie należy. Literatura przepadła gdzieś szukając podobnego casusu. Muzyka nie była nam wroga, zwłaszcza, że całą noc śpiewaliśmy (choć to akurat mogło jej urągać). Dyskusję przerwała Statystyka, stwierdzeniem, że najwięcej utonięć (nie utopień!) wynika ze wcześniejszego spożycia, więc śmierć naszej czwórki to jednak Rzeczy, a nie Ziemniak. Miało minąć jeszcze dobre kilka dni, zanim spuchnięte, cieknące i sine zwłoki zostały wyłowione.

"Lecz dzielne flaszki – Boże mój – mdłej nie poddały się żałobie!

I same przez się siup do ust, pachniały treścią same w sobie!”


Z lekkomyślnością właściwą naszemu wiekowi postanowiliśmy nie przejmować się własną śmiercią i ruszyć w drogę powrotną do domu.
-Niczym błyskawica!
-Tak szybko?
-Nie. Zygzakiem.
Świt widząc, że okryliśmy już swój dezabil postanowił nadrobić opóźnienie i gonił nas wściekle, rzucając na oślep jasnymi smugami utkanymi z obowiązków. Zmykaliśmy raźno na boki, a tak naprawdę to nie, bośmy ledwo szurali kopytami po zarzyganych chodnikach. Drogi nasze się jakoś rozeszły, pogodziłem się już prawie ze wszystkim i usiadłem na przystanku. Gdybyście wtedy przechodzili obok, rzucalibyście pełne niesmaku i domysłu spojrzenia. A niesłusznie! Bo może ja, właśnie ja, czekam sobie tutaj na pierwszy autobus? Tego wiedzieć nie możecie. 
I w ogóle, pogódźcie się już z myślą, że niczego nie możecie wiedzieć na pewno i idźcie dalej.
Toteż siedziałem, czekając na to, aż coś się stanie, zmieni, zatrzęsie,  i czekałem siedząc na przystanku. Czy wiecie już, z doświadczenia, co się stało? Zgadza się. Nic.

„Nic – tylko płacz i żal i mrok i nieświadomość i zatrata

Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?”

Gdybym był lepszy, silniejszy, wytrzymałbym do tej szóstej rano, nie odpadł. Ale tak się nie stało i nie zamierzam się tłumaczyć. Faktem pozostaje, że właśnie wtedy do mieszkania w bloku naprzeciwko mojego Definitywnego Przystanku wparowała policja i aresztowała Go, zabezpieczając kilka lodówek oraz to, co nie mieściło się w lodówkach, psuło w upale i śmierdziało na całe osiedle. Dwa tygodnie później Jego córka się powiesiła, ale zupełnie bez związku – straciła pracę w warzywniaku.