środa, 27 czerwca 2012

Scumback

Nie było mnie. Ale we wszechświecie panuje harmonia i jeśli pewnego elementu gdzieś nie ma, to jest gdzie indziej. Ja, wyrwawszy się z maturalno/szkolnej rutyny miałem i mam nadal wakacje. Bogate, choć bynajmniej nie ze względu na posiadane fundusze. Rzeczone wakacje są pewną wymówką, choć prawda jest taka, że miałem aż nadto czasu, żeby napisać to, czy owo, ale brakło mi motywacji i przeświadczenia o tym, że mam cokolwiek do powiedzenia. To, że podjąłem kolejną próbę wcale nie świadczy o możności w obydwu kwestach, ale to się okaże pod koniec.
Skąd próba? Z akumulacji materiału. Chyba chciałbym w jakiś sposób uporządkować i dać upust temu, co miało miejsce od momentu, w którym wyszedłem z ustnego angielskiego.
Najpierw dane było mi posmakować po raz kolejny uroku Krakowa i trudnej do przecenienia satysfakcji płynącej z samotnego doświadczania nowych miejsc, nowych ludzi, nowych smaków, w które to wrażenia byłem zaopatrywany przez wyjazd na Ukrainę. Potrzebowałem takiego wyjazdu, wyłączonego telefonu, wzmożonej percepcji, ciszy dudniącej między blokami Prypeci i tłumu na ulicach nocnego Kijowa. Po powrocie niezbyt długo cieszyłem się (?) domowymi pieleszami i sensacjami żołądkowymi,
bo w kilka dni później ruszyłem w Bieszczad z biotardami (przepraszam, to określenie mimowolnie ciśnie się na klawiaturę). I było ciekawie. Inaczej niż w Bieszczadach z rodziną, Bieszczadach z kumplami, Bieszczadach samotnych, czy Bieszczadach Siczki. Nic w tym dziwnego, ale spodziewałem się, że będzie gorzej. Bo jakkolwiek każdego z osobna darzę mniejszą, bądź większą sympatią, tak za całością klasy razem nie przepadam, co w kontraście z moimi Bieszczadami mogło zaowocować kiepściej. Powinienem teraz trzeci raz powiedzieć to samo, tylko w inny sposób, żebyś Publiko miała pojęcie jak wyglądała moja prezentacja maturalna, którą robiłem w trakcie mówienia *dygresja off*.
Co do matury, to powraca pytanie ACOZE STUDIAMI LOL. Otóż na studiach się zobaczymy. I tyle. Poczyniając przelew za rekrutację rzuciłem okiem na stan konta co jak zwykle zaskutkowało dreszczem i wnioskiem, że pora ruszyć tyłek. Gdzie? A cóż to za pytanie? Oczywiście, że człowiek z moimi kwalifikacjami mógł wylądował tylko na szczycie, czyli w technicolorze. Przy pieprzonym stakerze różne rzeczy przychodzą do głowy, ale zawsze najbardziej na moim murzyńskim duchu podnosi mnie myśl o wodzie. Bo znów przyszedł ten moment, w którym piwno-papierosowy zaduch przyszło mi zamienić na jedną z najlepszych czynności w życiu. Pływanie. Znów trochę się oszukuję, bo to, co robię ma niewiele wspólnego z treningiem, który by mi się przydał, ale z drugiej strony na taki trening jest już za późno i w sumie to nie jest mi aż tak potrzebny, bo test sprawnościowy zaliczający mnie do szacownego grona przyszłych wodnych ratowników (wreszcie pozbędę się poniżającego przedimka "MŁODSZY") zdałem bez problemu. O ile brakiem problemów można określić walkę z powysiłkowymi torsjami. Wracając - w okolicach północy biorę ręcznik i człapię nad zalew. Człapię to dobre określenie przy mojej posturze. Po drodze myśli wiedząc co je czeka pchają się jedna przez drugą, ale pozwalam sobie na to z dobrotliwym uśmiechem, żeby po chwili ograniczyć kognicję do wszechogarniającego chłodu i szumu krwi w uszach. Nie wiem, w którą stronę płynę, nie wiem ile przepłynąłem, ale kiedy szum zmienia się w dudnienie oddalam śmierć osobniczą o dwa, trzy oddechy i od nowa. I to jest dobre. Tak jak dobre jest powiększenie grona osób, które mają u mnie ogromny margines wszystkiego. Przyjaciół, słowem. Dobry jest Samurai Champloo, w identyczny sposób w jaki w minione wakacje dobry był Cowboy Bebop. Itachi jest dobry, bo jest największym badassem z całej serii. Dobry jest K. ze swoim There's a devil waiting outside your door (wspomnienia, hm?). Dobre są wszystkie wartościowe piwa, których mogłem spróbować dzięki Arturowi, chociaż teraz jestem zdeprawowany i nie mogę pić sklepowych sików, jak prawdziwy snob. Dobre są trzy miesiące, które mogę spędzić z Pauliną. I dobre jest to, co mnie czeka, cokolwiek by to nie było. Dość stwierdzić, że przez minione sześć lat "świadomego" działania nie stało się nic, czego bym dziś naprawdę żałował. Cokolwiek nijako wyszło, nu nie? A to już nie mój problem -
Ech, czar zadów i żyta : napina pupy trud zbioru jarzyn! Na miody spada popyt - aparat w tarapaty popada, psy doi, manny z raju roi, bzdur typu pani-pan (a tyż i wóda-zraz) chce! A teraz od tyłu.
Pozdrowienia z Dublina
Wiernej kopii Lublina
Choć brak tu KUL-u, blina
Ze śmietaną lub lina
Z rzeki Wieprz. Zamiast Wieprza
Inna rzeka zapieprza,
Chlupocząc po irlandzku,
Rzekomo durch na glanc ku
Morzu - co dziwić może,
Bo jak to: rzeka w morze?!
Tych smalonych dub lina
Populację Dublina
Dławi urojeń pętlą
Aż zmysły ledwie się tlą.
 Osoby o zdolnościach wersyfikiacyjnych odsyłam do SBeka*.



*Stanisław Barańczak. Głupio tłumaczyć.