wtorek, 24 stycznia 2012

Poker Night in Inventory

Tydzień i dwa dni. Tyle czasu zajmuje świętowanie osiemnastych urodzin. Począwszy od studniówki, skończywszy na dzisiejszym prezencie - piżamie. Nie nosiłem takich długich i workowatych portek od dziesięciu lat, jeśli nie dłużej. Czuję się w nich młodo. Ach, stare dobre czasy sprzed tygodnia, kiedy byłem jeszcze naiwny i nieskażony złem tego świata... A na serio - nie zmieniło się nic. I nic nie zmieni się jeśli T.A.T.A i D.U.P.A zamkną internety. Może częściej będę wychodził na spacery, więcej czasu poświęcę na przygotowywanie sobie pełnowartościowych posiłków, wyjdzie mi to na zdrowie. Korzystam z dałnloadingu, fejsów i jutubów, bo są. Nie będzie, nie będę korzystał. Więcej o tej jakże gorącej ostatnimi czasy sprawie nie będzie, bo to "odgrzewane kotlety" (lubię takie, nie powiem).
Jak wyszły sobotnie hulanki i swawole? Wyszły. Ucieszył mnie Zew Prypeci (17 maja, dwa dni po ostatniej maturze ruszam na Ukrainę!), nalewka, ileśtam flaszek, koneserskie piwa i to, że szanowni goście moczymordy dopisali. Żaden sąsiad się nie skarżył, zgadłem "O obrotach sfer niebieskich", tak samo jak knot od zapalniczki, róg nosorożca i Związek Szlachty Polskiej (kto nie grał w nieskończoność pytań, ten nie zrozumie), dostałem po tyłku i ogólnie rzecz biorąc podobało się mnie.
Tak jak zawsze podoba się mnie w Wólce Leśnej. Bezkresne lasy, izolacja i fajowa chatka hobbitów (nie wmawiajcie mi, że to spiżarnia) od pierwszej wizyty stanowiły obiekt zazdrości. A zazdrość bywa destrukcyjna. Dlatego zepsułem Julce jutuba (hakier ze mnie nie z tej ziemi). Naprawię, jak mi odda całą Wólkę we władanie, czekam do piątku.
Dostałem od Pyzy ipoda. I mi głupio. Czułem się bezpiecznie z jakimś starociem 512mb. A teraz boję się wziąć toto do ręki i rozpływam się z głupim uśmiechem na ryju patrząc na grawerkę z tyłu. Nie zasłużyłem. Ale satysfakcja z używania jest ogromna.
Podobnie jak możliwość łapania łyków weny w trakcie tworzenia kolejnej notki. Grand Imperial Porter - odrobinę mniejsze, ciemniejsze i mocniejsze TAK, dla Artura.
Czasem wydaje mi się, że gdybym miał święty spokój przez tydzień, parę paczek coltów sroltów, szybkie jedzenie pod ręką i mnóstwo porterów, to bym napisał tę pieprzoną książkę. Ale nie. Ferie się kończą. Piwo się kończy. Matura się zbliża. Tak można by podsumować ten okres. Nikt nie zamawiał pozdrowień, więc nikogo nie pozdrawiam. A nie, pozdrawiam siebie, bo walczę z jęczmieniem na prawym oku i mi się przyda. Byle do wiosny.

czwartek, 19 stycznia 2012

The dream is dead

19 stycznia. Do końca roku pozostało 346 dni. W 1947 roku tego dnia komuniści przeprowadzili sfałszowane wybory do Sejmu Ustawodawczego, w 973 Benedykt VI został papieżem, w 1793 Ludwik XVI został skazany na śmierć, również w 1947 urodzili się Leszek Balcerowicz i Rod Evans, w 1983 Justyna Kowalczyk, w 1809 niejaki Edgar Allan Poe. W 94' po cesarskim cięciu przychodzi na świat niepocieszony adam aniszewski. I tu powinna skończyć się ta notka, ale niby osiemnaście lat kończy się raz w życiu (tak samo jak dziesięć, a nie pisałem wtedy bloga, taka rekompensata) więc coś w ramach podsumowania by się przydało.
To takie smutne, że najlepsze pomysły na pisanie mam we łbie późno w nocy, kiedy wracam z bartkowych przejażdżek cytroenem. I że uciekają zaraz po przytuleniu łba do poduszki.
Tak czy inaczej. Udało się przeżyć te ileśtam lat, zgubić cztery empetrójki, zużyć dziesiątki par słuchawek, duuuużo się pośmiać, zwiedzić sporo kraju, ciut świata, zdać 11 razy, pogapić się w niebo, pochować kota, przygarnąć drugiego, zaliczyć studniówkę (recenzja studniówki - studniówka była. koniec.), przesłuchać setki dziesiątek piosenek, kilka razy się na kimś/czymś przejechać, kilka razy kogoś zawieść, stracić pięć telefonów, korzystać z okazji, przegapiać je, bywać na koncertach i nie bywać, zmieniać poglądy, odnawiać znajomości, spacerować, pływać, pluć, zakochać się. Pytanie brzmi - ile jeszcze i co mię czeka? A na to pytanie odpowiedzieć się nie da, przez co notka staje się odrobinę bezcelowa. Mimo wszystko jakoś tę okazję trzeba było podkreślić, zwłaszcza zważywszy, iż zostałem sam spośród czwórki bloggerów. Ale, ale. My tu gadu, gadu, Paulina już szykuje się z prezentem (dlaczego taki drogi? wiem, ja to cholera wiem, że będzie dziesięć razy droższy niż być powinien), a ja muszę jeszcze powiedzieć, że chcę dostać dowód, przejść się po cmentarzu i w ogóle, więc koniec końców - życzę sobie, żeby w ogólnym rozrachunku następne osiemnaście lat było podobne do tych. Bo źle nie było. Dziękuję, miłego dnia.

PS. Drugi Sherlock Holmes podobał mi się równie mocno co pierwszy. Zima w ferie też mi pasuje.