Three months of silence I obtain from my crucifiction
Czy za trójką rzeczywiście kryje się możliwość zmieniania rzeczywistości? Nie mam na ten temat opinii, podobnie jak na całą resztę tematów, choć fakt faktem, próbowałem trzy razy i za czwartem się udało, co kosztowało mnie trzy miesiące czasu. Trzy miesiące wycofania, pozostania z tyłu, zwierania szyków i rozmytego rozglądania się wokół. Zdarzało mi się już wcześniej, ale nigdy do tego stopnia, żeby czas zwalniał tak potwornie. Nie muszę nawet przystawać, a zauważam, że powietrze wokół mnie ani drgnie, a mojej głowy nie dobiega żaden dźwięk, oprócz kroków. Ten odgłos jest o tyle przyjemny, że to moje własne kroki. Jest też o tyle odprężający, że rozciąga się aż do momentu, w którym brzmi zupełnie jak szept wytargany za włosy ze słonecznych korytarzy Dawnatemu. Miałem całe dwa mnóstwa czasu żeby poczytać na ten temat, więc wiem, że to się po prostu zdarza przy spowolnieniu czasu i wcale się nie przejmuję i idę dalej i jest ciemno. Ciemność też mnie nie niepokoi. Jest jej tak niewiele, że mógłbym pozbierać cienie spod drzew i z chodników i zmieścić je w kieszeniach, których mam ni mniej, nie więcej a cztery. Na szczęście tego też nie muszę tego robić (nic nie muszę robić, a moje kieszenie kryją same ważne rzeczy), bo ciemność, którą spotykam, a o którą się nie potykam, przybiera na ogół przyjazne formy, aż warto się przywitać.
Niepokoi mnie za to fakt, że jeszcze chwila wysiłku w przedzieraniu się przez zgęstniałe powietrze i się zobaczymy. Czy dalej potrzebuję pomocy? Nie. Czyżbym wypił i nie wiem, czy po mnie widać? Drugie nie. Zabłądziłem, nie mam słuchawek, nie umyłem zębów? Nienie inie. Skąd w takim razie niepokój? Otóż nie wziąłem zegarka, ani okularów, więc nie wiem która godzina i nie wiem, czy to szary poranek we wrześniu, czy tak dużo latarni w nocy. Z jednej strony z wrześniem nigdy nic nie wiadomo, z drugiej - z nocą też nie. Ta kwestia jest o tyle ważna, że właśnie po to milkłem, nie pojawiałem się, szeptałem i skradałem w niegroźnych ciemnościach, by móc zmieniać rzeczywistość, która wydaje się być nie do zmienienia, zniesienia (potrafi to ta trójka czy nie?). Kiedy zawodzi mnie słuch i zawodzi wzrok, muszę zdać się na zapach. Jest mi to w sumie na rękę. Niektórzy z was wiedzą, a inni może podejrzewają tylko, że żaden miesiąc nie pachnie tak, jak pachnie wrzesień. Jego zapach jest doskonale przebrzmiały i zawsze zdaje się zwiastować nowy początek. Wiem z jakiego powodu tak się dzieje, ale mało mnie to interesuje, skoro już dawno, dawno temu wypadłem z obiegu.
Oto przyczłapałem ja i oto Ty stoisz. Ty tradycyjnie już patrzysz trochę kpiąco, a ja niestety dalej nie potrafię patrzeć w oczy. Znów czuję się zdradzony przez abstrakcyjne pojęcia. Czas, który jeszcze przed paroma krokami łagodnie kołysał nagle zrywa się, bierze mnie w biegu z bara i wykrzywiając w złośliwym grymasie wszystkie swoje mordy działa na moją niekorzyść. Niby nic nie muszę robić i nic nie robię, a czuję, że jeszcze jedna przyspieszona chwila, jeszcze dwie i będzie po mnie. Moje cztery kieszenie kryją same ważne rzeczy, ale w żadnej nie ma niczego mądrego do powiedzenia, ani krztyny wyglądu, żadnej przyciągającej siły. Że potrzebuję takiej siły wydedukowałem podczas wielu długich, długich nocy spędzanych na ustawianiu pustopełnych butelek po Pincie w najróżniejszych konfiguracjach i stukaniu w nie pazurami. Wtedy to właśnie, zataczając się od dźwięku do dźwięku, odkryłem zbrodnicze zamiary czasu, który to przyspieszając, to zwalniając chce Cię porwać.
Jakiś (hehe) czas temu skonstatowawszy tę sytuację, wpadłbym w rozpacz. Może jako mądrzy ludzie sądzicie, że nadal powinienem, skoro moje kieszenie nie oferują żadnej pomocy, nie mówiąc już o głowie. Ha! I tu was mam. Dlatego nie wpadam w rozpacz i dlatego jestem zupełnie spokojny, bo w sukurs kieszeniom przychodzą moje przepastne rękawy. I to tam kryję całe mnóstwa rozwiązań i możliwości, poczynając od dziewiątek, przez JOPKI, aż po sześć asów. Po to właśnie przez trzy miesiące byłem jak umarły, tak naprawdę rosnąc w siłę i kompletując talie po szufladach i kioskach. żeby teraz zachować spoko. Normalnie zapaliłbym w tym momencie, alem gołodupiec, a prosić Cię o skręcenie w obliczu nadchodzących okoliczności nie chcę i nie śmiem. Żeby zatrzymać, przytrzymać czas zgrzytam zębami i robię groźną minę. To pierwszy krok. Następne konsekwentnie prowadzą do otchłani, dlatego bardzo ważnym jest, by zatrzymać się w porę i by nie pisać o nich byle gdzie. Liczy się efekt. Jeśli wszystko poszło dobrze, to kiedy otworzę oczy okaże się, że wszystkie latarnie chełpiące się wzrostem, wszystkie szyldy świecące dla nikogo i wszystkie żarówki pozwalające dłoni trafić na szkło zgasły. Może nie bezpowrotnie, może czas znowu będzie wredny - nic to, efekt liczy się po trzykroć. Będę się zanurzał i wracał w połowie drogi tyle razy ile Ci się podoba, bylebyś tylko mogła zobaczyć tyle gwiazd, ile Ci się podoba. Teraz nie ryzykuję już niczym.
piątek, 12 września 2014
czwartek, 26 czerwca 2014
Historia pewnej miłości - Часть первая
Pierwotnie istniały tylko trzy beocjańskie Muzy - Melete, Mneme i Aoede, to jest Ćwiczenie, Pamięć i Śpiew. Taka myśl przemknęła przez moją głowę w popłochu, obawiając się by nie zabawić w niej dłużej, pewnego ponurego jak sam chiński cesarz Che-Nuk czerwcowego popołudnia. Za oknem deszcz był okropnie znużony swoją czterodniową robotą i pierwotną Ulewę spolegliwie zastąpił Siąpieniem, my zaś oddawaliśmy Muzom cześć. Wprawdzie nie na Helikonie, a w moim mieszkaniu, ale z równym zapałem. Śpiew dobiegał moich uszu w formie poświstującego chrapania, obejmującego trzy pełne oktawy, od kontraltowego D do górnego D w sopranie.
Ćwiczenie polegało na miarowym unoszeniu butelki do ust i wymagało ode mnie sporych pokładów samozaparcia, ponieważ trwało już od dwóch godzin, a butelka zawierała spirytus.
Pamięć zaś była niezmiennie katowana Wspomnieniem. Dzikim, promieniującym falami gorąca zupełnie innego niż spirytusowe Wspomnieniem.
Sądząc po tym, jak chrapliwy świst zniżył się do tenorowego G i szybkim przejściem sięgnął do G nad pięciolinią w wiolinie, a zawartość butelki niezmiennie ciążyła, nie miałem żadnych widoków na szybkie wyrwanie się z przedstawionej sytuacji. Gdybyście więc podeszli do ówczesnego mnie i zapytali (a zapytalibyście na pewno, zawsze to kurwa robicie), jakież to Wspomnienie mnie trapiło - opowiedziałbym mniej więcej tak-
Działo się to w czasach, kiedy mieszkałem w średniej wielkości Mieście, jakieś trzydzieści kilometrów na wschód od Macki Chaosu. Liczne, bądź to mrożące krew w żyłach, bądź budzące odrazę przypadki, na których omawianie braknie tu miejsca sprawiły, że wynajmowałem niewielkie mieszkanie na poddaszu starego, będącego o krok od powieszenia się bloku. Niczego nie łaknąłem wtedy bardziej niż pogrążenia się w Przepastnych Otchłaniach Samotności (ciekawostka - identyczne inicjały posiada dumna Polska Organizacja Sadowników), jednak moja sytuacja materialna (tylko trochę lepiej niż Gołodupiec) nie pozwalała na to. Koniec końców, po długich poszukiwaniach w najgorszych miejscach miasta, znalazłem współlokatorów. Byli to - niedowarzony filozof o aparycji małpy, nazwiskiem A., jego małpa, strasząca ludzi miną filozofa, zwana Kamilem, oraz mój Kruk, który nigdy nie doczekał się imienia.
(słysząc w tym momencie narastający szmer, pragnę rozwiać wątpliwości - TAK, MAM SOBIE KRUKA I MI NIE ZABRONICIE PSIEKRWIE, nieważne jak wielka to klisza. Naprawdę, jesteście czasem niemożliwi, zupełnie jakbyście myśleli, że piszę to dla was, a nie dla siebie).
Już po kilku tygodniach wspólnego mieszkania bieda materialna i umysłowa, zamiłowanie do używek oraz nienormowane godziny snu zbliżyły nas bardzo do siebie i związały szlachetnymi więzami przyjaźni. Dzieliśmy się sprawiedliwie czynszem na czterech, razem odbywaliśmy wieczorne spacery, razem robiliśmy monotematyczne zakupy, a gdyby któryś z nas zdechł, reszta solidarnie podzieliłaby między siebie zyski ze sprzedaży zwłok.
Kiedy więc zaczęła się cała ta draka, wiedziałem, że mogę liczyć na swoich towarzyszy, a potrzebowałem wsparcia tym bardziej, że draka spadła na mnie ni stąd, ni zowąd, jak nie przymierzając cegła. I z podobnym skutkiem. Spacerowaliśmy właśnie po mieście, mijając w wieczornej mgle kolejne grupki obszarpańców, Januszów i Seb, a cel wcale nie był nam potrzebny. To znaczy zadowoliłoby nas dowolne miejsce, w którem piwo kosztuje do sześciu szylingów. Dzięki znakomitej orientacji w terenie i kalendarzu kulturalnym, oraz naturalnej zdolności do wyczuwania taniego alkoholu trafiliśmy akurat na wernisaż Jakiejśtammłodejobiecującejconieważnejakmanaimię, gdzie w ramach poczęstunku, przy odpowiednim poziomie zaradności życiowej można było wypić do sześciu kieliszków wina za frajer.
Nic nie wskazywało, by ten wieczór miał się różnić od dziesiątków podobnych wieczorów. Po sali urządzonej z gustownym brakiem wyobraźni snuły się grupki, które niezależnie od wieku, statusu społecznego i wyglądu można było podzielić na tych, którzy udają, że się znają i tych, którzy bez obłudy przyszli się po prostu pokazać. Z kilkoma wyjątkami. Małpa małpowała najbardziej eleganckie z pań, A. doprowadzał kolejne licealistki do załamania nerwowego, Kruk krążył pod sufitem wyraźnie zdegustowany całą sceną, a ja stałem rażony piorunem, a przynajmniej widokiem.
Choćbym żył tysiąc lat, nie zapomnę nigdy emocji, jakich mi dostarczył ten widok. Była to postać niewieścia najpowabniejsza jaką dotąd widziałem. Znudzona twarz zwrócona ku drzwiom zdradzała niewyspanie i niezmierną złośliwość. Kształty zaś - kształty były boskie. Żadne inne słowo nie zdoła określić doskonałości proporcji, ale nawet ten termin wydał mi się dziwnie blady, gdy tylko skończyłem go wystukiwać na klawiaturze. Magia pięknych kobiecych kształtów, czar dziewczęcego wdzięku - były to moce, którym nigdy nie umiałem się oprzeć, a które skutecznie opierały się mi. Lecz tu oto zobaczyłem przed sobą wdzięk wcielony, ucieleśniony, beau ideal najdzikszych moich i najognistszych marzeń. Nieznajoma była odrobinę poniżej średniego wzrostu i postawy prawie, jeśli nie zupełnie ekstatycznej. Radowała wzrok doskonała krągłość i tournure jej policzków. Głowa rywalizować mogła z głową greckiej Psyche, uwydatniał zaś jej szlachetne kontury wytworny kapelusik z gaze aerienne, przywodzący mi na myśl ventum textilem Apulejusa. Piękna pani trzymała w prawej ręce skręconego papierosa, idealna zaś harmonia jej linii dreszczem przenikała moje ciało. Powiedziałem sobie w duchu, że muszę ją w najbliższym czasie poznać, i rozpatrywałem tysięczne tego sposoby, teraz zaś pragnąłem przyjrzeć się bliżej tym nieziemskim wdziękom. Kiedy już, już stawiałem pierwsze chwiejne kroki w kierunku ściany, pod którą stała Nieznajoma, zdarzyło się coś, co spowiło moje serce ciemnym całunem rozpaczy na następne kilka godzin. Oto znikąd wyrosła zasuszona, sępia postać mężczyzny lat mniej więcej sześćdziesięciu, która gestem ręki odzianej w szyty na miarę, acz zakurzony garnitur przywołała do siebie przyczynę mojego wzburzenia i razem z Nią zniknęła za drzwiami. Po kilku chwilach, rażony nagłą myślą również wypadłem na zewnątrz, jednak tam czekało na mnie jedynie chłodne, nocne powietrze, w którym nikł powoli odgłos odjeżdżającego samochodu.
Ponura rezygnacja, która ogarnęła mnie na kilka następnych dni i nocy nie dawała się porównać z żadnym innym z moich znanych napadów ponurej rezygnacji. Nie wychodziłem z domu. Nie spałem. Nie jadłem. Nie pił... dobra, aż tak to nie. Tak czy inaczej, brakowało mi tylko kilku dni, żeby w ogóle przestać wyglądać, aż pewnego deszczowego popołudnia (mam teorię, że podczas napadów ponurej rezygnacji wynajęci przez Los robole stają na dachu mojego bloku i wylewają na okrągło hektolitry wody imitując deszcz, nie to wcale nie jest głupia teoria) melodyjne chrapanie dobiegające z pokoju obok ucichło i po kilku chwilach w drzwiach stanął A. Jeśli zastanawiacie się, jak wygląda A. po szesnastogodzinnej drzemce, odpowiedź brzmi - strasznie. Ja jednak pozostawałem niewzruszony, ponieważ większość bodźców nie przedzierała się przez zasłonę ponurej rezygnacji. Mój stan również nie wywarł na współlokatorze większego wrażenia, pewnie dlatego, że miał już w tej materii praktyczne doświadczenie, które wykorzystał podchodząc bliżej i dając mi dwa razy w ryj. Moja kolejna teoria zakłada, że A. prawdopodobnie zna jakieś inne sposoby, by do mnie dotrzeć, tylko po prostu bardzo lubi dawać mi po ryju. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość mojemu druhowi - podziałało.
-ty. idź - wybełkotał zza zasłony przyspanych na wszystkie strony włosów
-ghd... gdzie mam niby iść? - odparłem spluwając krwią
-idź, nie wkurwiaj mnie.
Więc poszedłem.
Snułem się po całym mieście, starannie omijając miejsca pachnące jedzeniem i wypytując każdego napotkanego znajomego o piękność, która spiorunowała mnie kilka dni wcześniej. Efekt był taki, że kilka godzin później, z kieszeniami pełnymi ulotek i kradzionych zapalniczek wracałem do domu przepełniony pożądaną wiedzą oraz tak mieszanymi uczuciami, że postanowiłem przynajmniej na chwilę nie czuć nic. Dowiedziałem się, że moja bogdanka ma na imię Zofia i że co najmniej cztery osoby, które ośmieliły się zwrócić do niej per "Zosiu" padły trupem na miejscu bez konkretnego powodu. Przybyła do Sz. kilka dni temu, w towarzystwie wuja, pod opieką którego miała pozostać do ukończenia dwudziestego roku życia. O samym wuju było niewiele wiadomo, oprócz tego, co musiało być o nim wiadomo, by ostatecznie mnie pognębić. Wuj był obrzydliwie bogatym potentatem tytoniowym, a jego paskudne usposobienie tyrana kazało mu wysuszone uprzednio zwłoki adoratorów bratanicy mielić i dodawać do flagowego produktu jego firmy - papierosów Lekkich Młodzieżowych.
Powiedzcie sami - co mogłem zrobić w takiej sytuacji? Zgadza się, koniecznie spróbować uwieść piękną, złowrogą Zofię. Czy to siła nagłego, a niewytłumaczalnego uczucia? Czy chęć zmienienia swojego zadymionego życia? Impuls chwili? Wszystko to brzmi prawdopodobnie. Ale główna przyczyna to fakt, że jestem po prostu strasznie głupi.
Pierwszym krokiem, na jaki w takiej sytuacji mógł wpaść ktoś strasznie głupi, jest oczywiście frontalny atak. Wiedziałem, że będzie mnie to kosztować sporo nerwów, ale postanowiłem odnaleźć moją Laurę na fejsie.
Klik.
"UFF CZO TA SESJA NIE SPAUAM OD 78 GODZIN TAK BARDZO LOSOWYPRZEDMIOT xDD"
To nie Ona.
Klik.
"ludzie przejrzyjcie na oczy ciągle nas okradają są zdrajcami i umrą już nie długo wreszcie porządek będzie"
To też nie Ona.
Klik.
Kroki Ciszy w Moim Jesiennym Pokoju
"każda chwila
jest kamykiem w rzecze
po której stąpasz Ty
i burzysz moje życie swoimi syrami
odejdź więc...
i nie rań mnie więcej"
Ta też nie.
Klik.
"Nic tu nie ma, idź już spać"
Mam Cię.
Na chwilę obecną nie mam pieniędzy, żeby pójść do sklepu po... tusz do klawiatury, jednakowoż
CIĄG
DALSZY
BEDZIE
Ćwiczenie polegało na miarowym unoszeniu butelki do ust i wymagało ode mnie sporych pokładów samozaparcia, ponieważ trwało już od dwóch godzin, a butelka zawierała spirytus.
Pamięć zaś była niezmiennie katowana Wspomnieniem. Dzikim, promieniującym falami gorąca zupełnie innego niż spirytusowe Wspomnieniem.
Sądząc po tym, jak chrapliwy świst zniżył się do tenorowego G i szybkim przejściem sięgnął do G nad pięciolinią w wiolinie, a zawartość butelki niezmiennie ciążyła, nie miałem żadnych widoków na szybkie wyrwanie się z przedstawionej sytuacji. Gdybyście więc podeszli do ówczesnego mnie i zapytali (a zapytalibyście na pewno, zawsze to kurwa robicie), jakież to Wspomnienie mnie trapiło - opowiedziałbym mniej więcej tak-
Działo się to w czasach, kiedy mieszkałem w średniej wielkości Mieście, jakieś trzydzieści kilometrów na wschód od Macki Chaosu. Liczne, bądź to mrożące krew w żyłach, bądź budzące odrazę przypadki, na których omawianie braknie tu miejsca sprawiły, że wynajmowałem niewielkie mieszkanie na poddaszu starego, będącego o krok od powieszenia się bloku. Niczego nie łaknąłem wtedy bardziej niż pogrążenia się w Przepastnych Otchłaniach Samotności (ciekawostka - identyczne inicjały posiada dumna Polska Organizacja Sadowników), jednak moja sytuacja materialna (tylko trochę lepiej niż Gołodupiec) nie pozwalała na to. Koniec końców, po długich poszukiwaniach w najgorszych miejscach miasta, znalazłem współlokatorów. Byli to - niedowarzony filozof o aparycji małpy, nazwiskiem A., jego małpa, strasząca ludzi miną filozofa, zwana Kamilem, oraz mój Kruk, który nigdy nie doczekał się imienia.
(słysząc w tym momencie narastający szmer, pragnę rozwiać wątpliwości - TAK, MAM SOBIE KRUKA I MI NIE ZABRONICIE PSIEKRWIE, nieważne jak wielka to klisza. Naprawdę, jesteście czasem niemożliwi, zupełnie jakbyście myśleli, że piszę to dla was, a nie dla siebie).
Już po kilku tygodniach wspólnego mieszkania bieda materialna i umysłowa, zamiłowanie do używek oraz nienormowane godziny snu zbliżyły nas bardzo do siebie i związały szlachetnymi więzami przyjaźni. Dzieliśmy się sprawiedliwie czynszem na czterech, razem odbywaliśmy wieczorne spacery, razem robiliśmy monotematyczne zakupy, a gdyby któryś z nas zdechł, reszta solidarnie podzieliłaby między siebie zyski ze sprzedaży zwłok.
Kiedy więc zaczęła się cała ta draka, wiedziałem, że mogę liczyć na swoich towarzyszy, a potrzebowałem wsparcia tym bardziej, że draka spadła na mnie ni stąd, ni zowąd, jak nie przymierzając cegła. I z podobnym skutkiem. Spacerowaliśmy właśnie po mieście, mijając w wieczornej mgle kolejne grupki obszarpańców, Januszów i Seb, a cel wcale nie był nam potrzebny. To znaczy zadowoliłoby nas dowolne miejsce, w którem piwo kosztuje do sześciu szylingów. Dzięki znakomitej orientacji w terenie i kalendarzu kulturalnym, oraz naturalnej zdolności do wyczuwania taniego alkoholu trafiliśmy akurat na wernisaż Jakiejśtammłodejobiecującejconieważnejakmanaimię, gdzie w ramach poczęstunku, przy odpowiednim poziomie zaradności życiowej można było wypić do sześciu kieliszków wina za frajer.
Nic nie wskazywało, by ten wieczór miał się różnić od dziesiątków podobnych wieczorów. Po sali urządzonej z gustownym brakiem wyobraźni snuły się grupki, które niezależnie od wieku, statusu społecznego i wyglądu można było podzielić na tych, którzy udają, że się znają i tych, którzy bez obłudy przyszli się po prostu pokazać. Z kilkoma wyjątkami. Małpa małpowała najbardziej eleganckie z pań, A. doprowadzał kolejne licealistki do załamania nerwowego, Kruk krążył pod sufitem wyraźnie zdegustowany całą sceną, a ja stałem rażony piorunem, a przynajmniej widokiem.
Choćbym żył tysiąc lat, nie zapomnę nigdy emocji, jakich mi dostarczył ten widok. Była to postać niewieścia najpowabniejsza jaką dotąd widziałem. Znudzona twarz zwrócona ku drzwiom zdradzała niewyspanie i niezmierną złośliwość. Kształty zaś - kształty były boskie. Żadne inne słowo nie zdoła określić doskonałości proporcji, ale nawet ten termin wydał mi się dziwnie blady, gdy tylko skończyłem go wystukiwać na klawiaturze. Magia pięknych kobiecych kształtów, czar dziewczęcego wdzięku - były to moce, którym nigdy nie umiałem się oprzeć, a które skutecznie opierały się mi. Lecz tu oto zobaczyłem przed sobą wdzięk wcielony, ucieleśniony, beau ideal najdzikszych moich i najognistszych marzeń. Nieznajoma była odrobinę poniżej średniego wzrostu i postawy prawie, jeśli nie zupełnie ekstatycznej. Radowała wzrok doskonała krągłość i tournure jej policzków. Głowa rywalizować mogła z głową greckiej Psyche, uwydatniał zaś jej szlachetne kontury wytworny kapelusik z gaze aerienne, przywodzący mi na myśl ventum textilem Apulejusa. Piękna pani trzymała w prawej ręce skręconego papierosa, idealna zaś harmonia jej linii dreszczem przenikała moje ciało. Powiedziałem sobie w duchu, że muszę ją w najbliższym czasie poznać, i rozpatrywałem tysięczne tego sposoby, teraz zaś pragnąłem przyjrzeć się bliżej tym nieziemskim wdziękom. Kiedy już, już stawiałem pierwsze chwiejne kroki w kierunku ściany, pod którą stała Nieznajoma, zdarzyło się coś, co spowiło moje serce ciemnym całunem rozpaczy na następne kilka godzin. Oto znikąd wyrosła zasuszona, sępia postać mężczyzny lat mniej więcej sześćdziesięciu, która gestem ręki odzianej w szyty na miarę, acz zakurzony garnitur przywołała do siebie przyczynę mojego wzburzenia i razem z Nią zniknęła za drzwiami. Po kilku chwilach, rażony nagłą myślą również wypadłem na zewnątrz, jednak tam czekało na mnie jedynie chłodne, nocne powietrze, w którym nikł powoli odgłos odjeżdżającego samochodu.
Ponura rezygnacja, która ogarnęła mnie na kilka następnych dni i nocy nie dawała się porównać z żadnym innym z moich znanych napadów ponurej rezygnacji. Nie wychodziłem z domu. Nie spałem. Nie jadłem. Nie pił... dobra, aż tak to nie. Tak czy inaczej, brakowało mi tylko kilku dni, żeby w ogóle przestać wyglądać, aż pewnego deszczowego popołudnia (mam teorię, że podczas napadów ponurej rezygnacji wynajęci przez Los robole stają na dachu mojego bloku i wylewają na okrągło hektolitry wody imitując deszcz, nie to wcale nie jest głupia teoria) melodyjne chrapanie dobiegające z pokoju obok ucichło i po kilku chwilach w drzwiach stanął A. Jeśli zastanawiacie się, jak wygląda A. po szesnastogodzinnej drzemce, odpowiedź brzmi - strasznie. Ja jednak pozostawałem niewzruszony, ponieważ większość bodźców nie przedzierała się przez zasłonę ponurej rezygnacji. Mój stan również nie wywarł na współlokatorze większego wrażenia, pewnie dlatego, że miał już w tej materii praktyczne doświadczenie, które wykorzystał podchodząc bliżej i dając mi dwa razy w ryj. Moja kolejna teoria zakłada, że A. prawdopodobnie zna jakieś inne sposoby, by do mnie dotrzeć, tylko po prostu bardzo lubi dawać mi po ryju. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość mojemu druhowi - podziałało.
-ty. idź - wybełkotał zza zasłony przyspanych na wszystkie strony włosów
-ghd... gdzie mam niby iść? - odparłem spluwając krwią
-idź, nie wkurwiaj mnie.
Więc poszedłem.
Snułem się po całym mieście, starannie omijając miejsca pachnące jedzeniem i wypytując każdego napotkanego znajomego o piękność, która spiorunowała mnie kilka dni wcześniej. Efekt był taki, że kilka godzin później, z kieszeniami pełnymi ulotek i kradzionych zapalniczek wracałem do domu przepełniony pożądaną wiedzą oraz tak mieszanymi uczuciami, że postanowiłem przynajmniej na chwilę nie czuć nic. Dowiedziałem się, że moja bogdanka ma na imię Zofia i że co najmniej cztery osoby, które ośmieliły się zwrócić do niej per "Zosiu" padły trupem na miejscu bez konkretnego powodu. Przybyła do Sz. kilka dni temu, w towarzystwie wuja, pod opieką którego miała pozostać do ukończenia dwudziestego roku życia. O samym wuju było niewiele wiadomo, oprócz tego, co musiało być o nim wiadomo, by ostatecznie mnie pognębić. Wuj był obrzydliwie bogatym potentatem tytoniowym, a jego paskudne usposobienie tyrana kazało mu wysuszone uprzednio zwłoki adoratorów bratanicy mielić i dodawać do flagowego produktu jego firmy - papierosów Lekkich Młodzieżowych.
Powiedzcie sami - co mogłem zrobić w takiej sytuacji? Zgadza się, koniecznie spróbować uwieść piękną, złowrogą Zofię. Czy to siła nagłego, a niewytłumaczalnego uczucia? Czy chęć zmienienia swojego zadymionego życia? Impuls chwili? Wszystko to brzmi prawdopodobnie. Ale główna przyczyna to fakt, że jestem po prostu strasznie głupi.
Pierwszym krokiem, na jaki w takiej sytuacji mógł wpaść ktoś strasznie głupi, jest oczywiście frontalny atak. Wiedziałem, że będzie mnie to kosztować sporo nerwów, ale postanowiłem odnaleźć moją Laurę na fejsie.
Klik.
"UFF CZO TA SESJA NIE SPAUAM OD 78 GODZIN TAK BARDZO LOSOWYPRZEDMIOT xDD"
To nie Ona.
Klik.
"ludzie przejrzyjcie na oczy ciągle nas okradają są zdrajcami i umrą już nie długo wreszcie porządek będzie"
To też nie Ona.
Klik.
Kroki Ciszy w Moim Jesiennym Pokoju
"każda chwila
jest kamykiem w rzecze
po której stąpasz Ty
i burzysz moje życie swoimi syrami
odejdź więc...
i nie rań mnie więcej"
Ta też nie.
Klik.
"Nic tu nie ma, idź już spać"
Mam Cię.
Na chwilę obecną nie mam pieniędzy, żeby pójść do sklepu po... tusz do klawiatury, jednakowoż
CIĄG
DALSZY
BEDZIE
wtorek, 24 czerwca 2014
Ignorantio elenchi
Wszyscy zaangażowani w teatrzyk popadli w niemałą konsternację,
kiedy dołączył do nich Orangutan. Ciężko stwierdzić, czy wiązali z nim jakieś
osobiste, pokręcone nadzieje, łaknęli powiewu świeżości, czy po prostu cieszyli
się na jego widok, jak to zwykle na widok orangutana. Nie wiadomo też, czy ktoś
wręczył mu sznurki, czy sięgnął po nie sam, czy po prostu nagle zawiązały się z
powodu przyczyn i okoliczności na jego palcach (paluchach). Fakt faktem – nagle
dzierżył napięte i ginące w ciemnościach linki. Kogoś, kto obserwował kulisy by
zaspokoić ciekawość – co też zrobi Orangutan – trzeba nazwać kimś naiwnym.
Orangutan ma to do siebie, że zawsze pozostaje w zgodzie ze swoją naturą, jaka
by nie była. A jest orangutania. Dlatego też pociągał za rzeczone sznurki,
pociągał, coś poplątał, coś porwał, coś pogubił i wzruszywszy ramionami poszedł
w swoją nieokreśloną stronę, wlokąc za sobą długie łapy, a wraz z nimi kłębki
żyłek, nagle już nieginących w ciemnościach.
__________________________________________________________________________________
To jest moje ciało. Granice tego, co mogę określić sobą.
Tego, co udało mi się wydrzeć przestrzeni. Żałuję, że przestrzeń jest niema i
nie pyta, po co uparcie formujemy się w jej karykatury. Żałuję też, że muszę
odczuwać swoje granice, kiedy brodzę strasznie wymęczony goniąc Go po
rumowisku. Za plecami mam Kałac Pultury i inne, bez wyjątku naznaczone miejsca.
Przed sobą widzę uparcie oddalające się plecy Tego Typa. Po lewej i po prawej
majaczą wielkie, wielkie, zasłaniające cały horyzont gierkowskie bloki. Nogi
zaś grzęzną mi po kostki w stosie laptopów, butelek po piwie, smarfonuw, szminek,
sukienek, popielniczek i nawet nie mam czasu spojrzeć czego jeszcze.
Żyję trzy dni na
zmianę, zawsze takie same, tak nie do zmącenia, że niby gdzieś chodzę, coś
mówię, ale tak naprawdę śpię. Śpię spokojnie, bez koszmarów, bo wiem, że moje
dni są nie do zmącenia. Tylko moje noce się od siebie różnią, diametralnie, nie
do poznania, że niby się boję, ale tak naprawdę czekam na nie z niecierpliwością,
bo wiem, że każda następna będzie mocniej od poprzedniej. Ciekawe jak długo tak
się da? Pewnie po prostu w pewnym momencie eksplodują mi zapadnięte oczy. W
zasadzie to po co mi one? W dzień i tak śpię, noc i tak jest czarna.
Ciemności. Nie ma większej różnicy, ale dla dobra narracji
przyjmijmy, że pytasz mnie w ciemnym, zadymionym pokoju, a nie nad Wisłą.
Pytasz – co mi możesz powiedzieć o przerażeniu?
Wbrew stwarzanym przeze mnie pozorom – niejedno. I opowiadam
Ci o tym, jak tuż przed świtem staję na brzegu, rozbieram się i powoli, ale
konsekwentnie wchodzę do wody. Głębiej, głębiej, głębiej. Po czym rzucam się w
nią całym sobą i równie konsekwentnie nurkuję. Głębiej, głębiej, głębiej, aż do
dna. Wyobraź sobie, mówię, że tak sunąc z twarzą tuż przy mulistym końcu, w
lodowatych ciemnościach nagle słyszysz szept, prosto w zatkane tonią uszy.
Właśnie to wiem o przerażeniu.
Wiem też, że przerażenie wcale nie musi być intensywnym
uczuciem. Kiedy sunę po tych bez wyjątku naznaczonych ulicach, które jednocześnie
są i nie są moje, kiedy mijam setki ludzi, nienawidzę setek ludzi, albo z
setkami ludzi rozmawiam – wiesz co widzę? Nie wiedziałem tego przez tyle czasu,
tak długo, póki Cię nie zobaczyłem. Oni wszyscy, kiedy się to porówna i spojrzy
w perspektywie, są trupami. W większym, lub mniejszym stopniu, ale trupami. Byłem
ślepy, bo też byłem martwy, taki z pustymi oczami. Nie eksplodowały. Mam je
wydłubane.
Byłem martwy – ale co uprawnia mnie do używania czasu
przeszłego? Chyba tylko świadomość, że jednak istniejesz naprawdę, fizycznie.
Że odpisujesz, uśmiechasz się, albo krzywisz. Wreszcie, że razem bezskutecznie
uciekamy raz, czy drugi przed świtem. Kilka ładnych litrów zastanawiałem się
nad tym podobieństwem i wydaje mi się, że wiem. Najzwyczajniej w świecie oboje
mamy wgląd w ten drugi świat. Czy nam się podoba, czy akurat rzygamy na myśl o
nim. Tym bardziej rzygamy, że przez uchylone, uchylane, lub wyłamywane siłą
drzwi sączy się jad. I ten jad też jest nasz wspólny, smakuje jak luty, jeden,
czy drugi.
O przerażeniu wiem jeszcze jedną rzecz.
Nawet kiedy deszczowe chmury upośledzają pełnię księżyca, a
mgła podnosi się zewsząd i nie próbuje udawać, że nie osacza, jestem spokojny.
To nic, że opieram się o drzewo, a za moimi plecami i przed moimi oczami śmigają
rdzawe cienie. Ktoś musi pić, ktoś musi kłamać, ktoś musi być rdzawym cieniem.
To nic, że cały jestem mokry od wczorajszego, osiadłego na trawach deszczu.
Napiszę więcej – to nic, że nie wiem, gdzie jestem. Prawdziwie przerażające są
tylko dwie rzeczy. To, że od kilku godzin, z żadnej strony nie da się dosłyszeć
żadnego pociągu, oraz to, że modlitwy nie są wysłuchiwane. Pora spać, za pan
brat ze świerszczami.
czwartek, 8 maja 2014
Terziele. Tottedood.
Here I go, going down, down, down
My mind is a blank
My head is spinning around and around
As I go deep into the funnel of love
Leżę na dachu i już wiem. To jak, dlaczego i na którym dachu się nie liczy. Liczy się na maturze, liczy się, że wreszcie wiem, co mnie uwiera i że wreszcie się tego pozbyłem. Pozbyłem się ego, pozbyłem się ciała, koniec końców remedium przyszło samo z siebie, choć za pośrednictwem. Wszyscy chętni moglibyśta ustawić się w zawijanej kolejce i konsekwentnie defasonować mi ryj, a i tak nie mogłoby się to równać z miażdżącą potęgą, z jaką spadł na mnie rozpalony błękit, zatrzymując się milimetry od ust. Wiatr ucichł, słońce ochłonęło, a dachówki poczęły nieśmiało uciekać mi spod pleców. Nie chcę się ruszać i wcale nie twierdzę, że byłbym w stanie.
My mind is a blank
My head is spinning around and around
As I go deep into the funnel of love
Leżę na dachu i już wiem. To jak, dlaczego i na którym dachu się nie liczy. Liczy się na maturze, liczy się, że wreszcie wiem, co mnie uwiera i że wreszcie się tego pozbyłem. Pozbyłem się ego, pozbyłem się ciała, koniec końców remedium przyszło samo z siebie, choć za pośrednictwem. Wszyscy chętni moglibyśta ustawić się w zawijanej kolejce i konsekwentnie defasonować mi ryj, a i tak nie mogłoby się to równać z miażdżącą potęgą, z jaką spadł na mnie rozpalony błękit, zatrzymując się milimetry od ust. Wiatr ucichł, słońce ochłonęło, a dachówki poczęły nieśmiało uciekać mi spod pleców. Nie chcę się ruszać i wcale nie twierdzę, że byłbym w stanie.
Jak zwykle siedzisz z kolanami pod samą brodą, ni to daleko,
ni blisko ode mnie. Z widocznym niesmakiem zaciągasz się papierosem i patrzysz
z przechyloną na bok głową, jakby zaciekawiona, ale wiem, że Twój wzrok
przebija mnie na wylot i patrzy na tego kogoś, kto zawsze i wszędzie stoi za
mną.
Co teraz zamierzasz zrobić?
Nic. Co ja mógłbym zamierzać? Kiedy nagle znajdziesz się w
zupełnych ciemnościach pozostaje jedynie poczekać, aż oczy się przyzwyczają.
Chyba, że właśnie oślepłeś.
Chyba że.
Ale to właśnie w ciemnościach przychodzą do mnie
różni ludzie, których podobno nie powinno być. Teraz widzę nawet ich twarze,
znam imiona, wiem co mówią. Ale jeszcze nie odpowiadam, jeszcze nie. Na razie
tylko patrzę wyzywająco, udaję pewnego siebie, przecież kiedyś rozwiążę te
wszystkie supły, a jak nie, to je porozcinam, a jak nie, to obleję się benzyną
i je spalę. Pozwalam im wszystkim krążyć dookoła, co bezczelniejsze zmory
objadają mi lodówkę, ale niech tam. Siedzę w milczeniu, zupełnie innym, niż to,
kiedy zadzwoniłaś do mnie osiem po północy. Minuta Twojego nagiego oddechu,
minuta mojego nagiego oddechu, nic więcej i nic mniej, wdech i wydech. Szelest
odkładanej słuchawki. O rany.
Nie pytaj mnie o wtedy, bo naprawdę niczego konkretnego nie
wiem. Oprócz tego, że bardzo przyjemnie jest wyjść raz, drugi i trzeci na
balkon, a potem rozpaść się wśród dymu, basu i chłodnego, rwącego się dotyku.
Czy świeciło wtedy słońce, czy zapadł już ciepły zmierzch? Pewnie jedno, albo
drugie. Czy w promieniu kilometra byli jacyś inni ludzie? Nie wydaje mi się,
ale co się będę wymądrzał. Czy rozmawialiśmy? Najpewniej, ale co za różnica? Zdania
są mocno podzielone, choć osobiście optuję za tezą, że owszem, można stracić w
ciągu wieczoru połowę duszy i dalej chodzić, ziewać i dłubać w nosie, a nawet
pić przez cztery następne dni, by przewietrzyć wspaniałą duszę miotającą się w
parszywym ciele.
Jeśli zupełnym przypadkiem mojej duszy zdarza się spełniać
jakąś rolę, to robi to z głęboką przyjemnością. Jestem widzem kapiącego
przepychem przedstawienia, kiedy po zalanym majowym słońcem dworcu błądzi
kolejny prześladujący mnie niewidomy. Obija się o ludzi, o ściany, depcząc
niedopałki i po mistrzowsku maskując przerażenie w pustych oczach. Przynajmniej
nie widzi przerażenia w moich. Jestem elementem krajobrazu, kiedy zataczam się
na kraniec siódmego peronu Warszawy Wschodniej. Po mojej lewej sunie cień, a po
prawej ślad, zaś wszyscy trzej jesteśmy jednako przygięci do ziemi. Tylko ktoś
za mną idzie prosto. Ach, wy wszyscy kolekcjonerzy niedzielnych przeżyć,
powinniście być tam ze mną, zejść schodami w dół prosto w śmierdzący szczynami
Szeol, gdzie niektórzy uciekają przed wzrokiem normalnych ludzi, a skąd tylko
najwytrwalsi dają radę pójść dalej, wzdłuż torów, na wschód. Nie było was,
nigdy was nie ma, więc też nie powinno was dziwić, że ja nie dałem rady i nie
poszedłem i zawróciłem. Co jest jeszcze trudniejsze.
Oczywiście mam świadomość, że dzieli nas przepaść, ale w
ciągu tych długich tygodni udało nam się przerzucić przez nią kilka pomostów.
Na przykład ten miły sposób na plucie w pysk – można nas obu było zamknąć w
pokoju i nie spuszczać z oka, a my i tak łaziliśmy po ulicach i straszyliśmy
porządnych ludzi. Wędrowaliśmy całymi godzinami i nawet zdarzało nam się
spotkać i przywitać z uprzejmym zaskoczeniem. Obu nam nie można było za to ni
cholery zaufać, nigdy. Obaj pierwszy raz od wieków modliliśmy się, cztery metry
od siebie. Mi zdarzyło się modlić o ciszę, zupełnie bez skutku. On przez cztery
dni i noce modlił się o śmierć, zupełnie bez przekonania. Niesłusznie, jak się
okazuje.
Leże na dachu i nie wiem. Nie wiem ile czasu leżałem, ani co
w trakcie robiłem. Nie wiem czy kupię jeszcze w tym roku miesięczny. Nie wiem
czy przypadkiem nie widzisz mnie z okna samolotu, sama o tym nie wiedząc. Ale
przede wszystkim, Chryste, nie wiem jak stąd zleźć!
FAQ (ALE PO FRANCUSKU
POZWALAMY)
1. Nie.
2. Tak.
3. Zejdź mi z oczu.
4. Chyba tak, ale
lepiej zadzwoń.
5. Nie w tym rzecz.
6. Tak, rzuciłem
Artura, puszczał się z jakimś chudym antykiem nazwiskiem Rychtarski.
PS. Kiedyś pisałaś dużo lepiej. Nieładnie wyglądają te
skomplikowane słowa i szokowanie, jakby na siłę, zupełnie jak u mnie.
PPSH. Propsy dla Bodzia za „A JA TO NIE WŁAŻE NA TWOJEGO
BLOGA BO NIE WIEM O CHUJ CI TAM CHODZI”. Jeden szczery.
czwartek, 17 kwietnia 2014
Unpleasant Sonata
Najpierw obowiązki, potem zejdź mi z oczu. W porządku, więc najpierw trzeba określić swoje granice. Głowę mam gdzieś w okolicach świtu, reszta mi zwisa. Po różnych stronach łóżka. Próbuję coś do Ciebie powiedzieć, ale z ust dobywa mi się tylko suchotniczy wizg, próbuję obrócić głowę, żeby sprawdzić, czy w ogóle jesteś w tym samym pokoju, budynku, mieście co ja, ale nie mam karku. Dlaczego nie mam głosu - wiem. Dlaczego nie mam karku - wiem. Dlaczego boli mnie pysk? Bom w niego dostał. Za co? Chryste panie, co ja wczoraj zrobiłem. Co się właściwie stało. Jak powiedział arter - "co to wszystko kurwa było weź". Nawet nie mogę się upierdliwie usprawiedliwiać tym, że byłem pijany, bo, o dziwo, nie byłem.
Nie byłeś? Jaktoniebyłeś? Słyszeliście, nie był. Niemożliwe, może mówił, że był? Zadzwoń, zapytaj co się dzieje, może był jednak?
Kierujący folkswagenem był, ale trzeźwy. Jak dochodzi się do takich wniosków? Żadna krew z tapicerki, żadne dmuchanie, bo urwało ci dolną szczękę i perforowało lewe płuco. Weź tu się teraz pokaż w domu w takim stanie. Z drugiej strony i tak mieszkam praktycznie sam, więc może jednak lepiej będę się zbierał, bo nie zdążę na ostatni pociąg. Groza towarzysząca człapaniu wte i wtamte po pustym peronie daje się porównać tylko z grozą, która chwyta za trzewia kiedy uświadamiam nie tyle co zrobiłem, ale co to dla mnie oznacza przez najbliższe tygodnie. Chociaż może bez przesady.
Chcę, nie chcę, nie powinnam, musiałam, nie będę mógł, muszę. Wszędzie to słyszę. 'Dlaczego wszyscy jesteście tacy niegrzeczni? Dlaczego? I to szczególnie wtedy, w tych momentach, kiedy niegrzecznym być nie wolno, bo człowiek jest przepity, nerwy ma na wierzchu i cały jest małoduszny i pokorny. Dlaczego? O, jakby to było dobrze, gdyby cały świat i każdy na tym świecie był tak cichy i pokorny jak ja! I tak samo niczego niepewny - ani siebie, ani powagi swego ziemskiego istnienia'.
Nie byłeś? Jaktoniebyłeś? Słyszeliście, nie był. Niemożliwe, może mówił, że był? Zadzwoń, zapytaj co się dzieje, może był jednak?
Kierujący folkswagenem był, ale trzeźwy. Jak dochodzi się do takich wniosków? Żadna krew z tapicerki, żadne dmuchanie, bo urwało ci dolną szczękę i perforowało lewe płuco. Weź tu się teraz pokaż w domu w takim stanie. Z drugiej strony i tak mieszkam praktycznie sam, więc może jednak lepiej będę się zbierał, bo nie zdążę na ostatni pociąg. Groza towarzysząca człapaniu wte i wtamte po pustym peronie daje się porównać tylko z grozą, która chwyta za trzewia kiedy uświadamiam nie tyle co zrobiłem, ale co to dla mnie oznacza przez najbliższe tygodnie. Chociaż może bez przesady.
Chcę, nie chcę, nie powinnam, musiałam, nie będę mógł, muszę. Wszędzie to słyszę. 'Dlaczego wszyscy jesteście tacy niegrzeczni? Dlaczego? I to szczególnie wtedy, w tych momentach, kiedy niegrzecznym być nie wolno, bo człowiek jest przepity, nerwy ma na wierzchu i cały jest małoduszny i pokorny. Dlaczego? O, jakby to było dobrze, gdyby cały świat i każdy na tym świecie był tak cichy i pokorny jak ja! I tak samo niczego niepewny - ani siebie, ani powagi swego ziemskiego istnienia'.
Biodra, rzeczywiście, jak mogłem zapomnieć, że biodra?
Bardzo prosto – paradoksalnie to był najmniej przejmujący moment tego ogromnego,
intensywnego wieczoru. Od samych muśnięć oczu upijałem się i trzeźwiałem setki
razy, a biodra nie. Tyle mam na swoją obronę.
Dopiero kiedy wybieram się oglądać wschód księżyca,
zauważam, że ktoś wciąż jest w mojej kurtce i mnie uwiera. Nie da się na to nic
poradzić, więc idę w samej koszuli. Litość, którą budzi mój widok jest warta ni
mniej, ni więcej, a trzy papierosy. Nie można mieć wszystkiego. Ewentualnie nie
można mieć niczego, oprócz (chronologicznie) poczucia winy, poczucia krzywdy i
poczucia straty.
Podnoszę do obcego sufitu najpierw lewą rękę, potem prawą.
Otwieram najpierw lewe oko, później nie otwieram prawego, bo nie zniesę. Niby
świeci tylko monitor, ale ściany są tak szpitalnie białe, że żałuję otwierania
któregokolwiek z moich licznych oczu. Zastanawiające, jak wielu ludzi nagle
umie życie, jak pewni i zadowoleni z siebie czują się kiedy tylko usadzą dupy w
pociągu, ile razy w ciągu miesiąca można usłyszeć „bo ten to chodzi o to że
uśmiechać się musisz no i wszystko dobre będzie”. Będę rzygał. Tylko pasjans,
którego frenetycznie układam jest ze mną szczery i raz za razem pokazuje mi
komunikat – „IT’S LOOKING BAD! I don’t think there’s much more you can do, but
you’re welcome to check for yourself if you’re desperate!” Podobny wydźwięk,
choć w bieda wersji ma ten piętnasty, dwusetny Harnaś, który spod kapsla jęczy
„Graj dalej”. Więc gram, dwa złote nie piniondz. W zasadzie ile złotych to
piniondz? Jeszcze nie doszedłem do tej granicy, to pewne.
Nie zniosę tak białych ścian, ani chwili dłużej. Mogę je przemalować,
mogę je zburzyć. Ktoś jeszcze życzliwie podpowiada na ucho, że mogę też zacząć w
nie walić łbem. Idź już lepiej do domu i nie wracaj. Dobrze, że byłem zbyt
trzeźwy na samochód, nic nie pozwala się tak nacieszyć jakimiś wydumanymi
ostatnimi widokami jak niespieszny spacer, nawet kiedy pcha cię litość. Teraz
wzdycham nawet za takim motorem jak litość. Wbrew powszechnej opinii („kot
szrodingera to jak zamkniesz na miesiąc w pudełku i nie wiesz czy zdechł”),
nikt się tu nikim nie zajmuje („kompleks edypa to jak chcesz spać ze swojo
matko”). Po pierwszych trzech dniach każdy zmaga się sam ze sobą w swoim
kąciku. Zostać jeszcze dzień, czy pójść już sobie? Wytrzymałem cztery, bo mnie zemdliło.
Można uzależnić się od chlania, od pływania, od zapachu kwitnącej mirabelki, od bólu. Można też uzależnić się od chaosu, od nudy, od kłamstwa, od chmur. Można od czytania, od seksu, od dłubania w nosie, od snu. A można od drugiej osoby, ale to już kiepsko.
sobota, 5 kwietnia 2014
Apokatastasis
Had I not known
W obojętnych na wszystko objęciach Kamionka zwą mnie Tęczowym Chłopcem, choć nie przez wzgląd na wybranego tu jakoś kiedyś Walezego. Gdzie indziej zwą któregoś z nas inaczej. Każdy, kogo ciekawi geneza tego miana powinien przejść się pewnego wiosennego poranka, bo takie teraz mamy, ulicą Bliską i wstąpić do którejś z kamienic. Którejś, bo nigdy nie pamiętam która to dokładnie. Każde przybycie i każde wyjście stamtąd jest okupione zmianą osobowości. Gdzieś w kamienicy, pachnącej jak wszystkie kamienice stęchlizną, wiszę nad zlewem ja i wypluwam z siebie rzeczy w kilku kolorach tęczy. I to dlatego.
(You're here for now, it's good enough for me)
Nie mam zamiaru się przyznawać, ile razu bez celu łaziłem tą długą i z której strony by nie patrzeć ładną ulicą. Za dnia i w nocy. Obojętnie i z zapałem. Nie mam też zamiaru liczyć ile godzin tygodniowo spędzam na cmentarzu (sześć). Jedno i drugie mogłoby się spotkać z niezrozumieniem. A przecież na ulicy nie miałem złych zamiarów, w ogóle, jeśli nie miałem akurat papierosów, to nie miałem żadnych zamiarów. Pewnie, spojrzałem raz czy drugi w okno, ale zaraz poczłapałem dalej. Na cmentarzu nie tkwiłem złamany żałobą, tylko myłem lodowatą wodą pomniki, zamiatałem liście, gwizdałem pod nosem. Nie, nie przypominam sobie żebym kogoś jeszcze widział. Odmawiam przyjęcia mandatu, no i cześć, no i chuj. Jakie są teraz procedury..? Nie pamiętam. Niczego nie pamiętam, żaden z nas, nawet czy widziałem już kiedyś tę firankę w motyle (?), za którą coś jakby się poruszyło. Inna ulica, inne okno, bywałem też po jego drugiej stronie, ale nie pamiętam.
Moi wierni
czytelnicy, których nie zliczę (sześcioro) nie powinni się przejmować. Owszem,
są okresy remisji, jest naturalny nawrót, punkt końcowy i punkt bezpieczeństwa,
jest okno bodźców. Ale to wszystko nic, jedno o co zawsze będę się starał, to
żeby było „wszystko bardzo efektowne, ale tego nie da się(…)”. Bo czemu miałoby
się dać?
that I was dead
already
I would have mourned
my loss of life
Ota Dokan (1486)
ICD 10, Hebefrenia
(What a wicked game you played to make me feel this way)
(What a wicked game you played to make me feel this way)
W obojętnych na wszystko objęciach Kamionka zwą mnie Tęczowym Chłopcem, choć nie przez wzgląd na wybranego tu jakoś kiedyś Walezego. Gdzie indziej zwą któregoś z nas inaczej. Każdy, kogo ciekawi geneza tego miana powinien przejść się pewnego wiosennego poranka, bo takie teraz mamy, ulicą Bliską i wstąpić do którejś z kamienic. Którejś, bo nigdy nie pamiętam która to dokładnie. Każde przybycie i każde wyjście stamtąd jest okupione zmianą osobowości. Gdzieś w kamienicy, pachnącej jak wszystkie kamienice stęchlizną, wiszę nad zlewem ja i wypluwam z siebie rzeczy w kilku kolorach tęczy. I to dlatego.
Pierwszy raz trafiłem tam kierowany ręką przeznaczenia, piwo wyparowało jakoś po drodze, rozpacz rozmyła się w dusznej sieni, a dumę starł mi z twarzy widok A. stojącej na schodach. Dlaczego ma na sobie marynarkę Dyrektora pozostanie tajemnicą przez następne kilka godzin. To, dlaczego tylko marynarkę, jeszcze przez parę chwil.
Ręka
przeznaczenia ma nieokreślonego koloru włosy, odrobinę podkrążone oczy i złośliwy uśmiech. Ma też tendencję do znikania i pojawiania się, oraz
biegnącą przez całą szyję bliznę, jakby jej ktoś kiedyś poderżnął gardło. Może
tak było, ale widać niespecjalnie się przejęła. Teraz zaś wszystko zaczyna się zupełnie niespiesznie. Odbicie księżyca w dopiero co uspokojonych kałużach zaczyna się mącić, różowy ołówek turla się po biurku, kot niespokojnie wodzi bladymi oczami po kuchni. Patrzę na całą jej wyprężoną postać,
myśląc co by było gdyby ta blizna pękła, drugie usta jak malowane. Dokładnie
widzę rozszerzone z bolesnej rozkoszy oczy, nabrzmiałe żyły, kołdrę ginącą w
zaciśniętych pięściach, domyślam się kropel potu pod bluzką, kiedy łóżko skrzypi nieprzyzwoicie głośno. Siedzę na krześle i obserwuję jak
padaczka robi z A. co jej się podoba. Wybijcie sobie z głów jakieś wsadzanie
rzeczy między zęby.
Moja walka z przestępczością w Mieście Małp zaczęła się
wczoraj. Oczywiście w pociągu. Zauważyłem go głównie dlatego, że miał twarz.
Bardzo ostro wyrzeźbioną, zarumienioną twarz i bystre oczy. Wiem, że ja też mam
twarz, ale nie bardzo się orientuję jaką obecnie, zazwyczaj wiszę nad zlewem, a
nie patrzę w lustro. Teraz moja twarz będzie musiała zmierzyć się z jego twarzą,
czego ja już jestem świadom, choć on jeszcze nie. Pochłania go obserwacja
dziewczynki. Nerwowo drapie się pod kolanem, ściska plastikową butelkę, nie
wie, że na niego patrzę. Ojciec dziewczynki stoi gdzieniegdzie z zapamiętaniem
ćwicząc tabelki w Excelu, dziewczynka czyta Mikołajka i oblewa się sokiem. A
on, nie uwierzycie, on się oblizuje i nagle spostrzega swoje mokre spojrzenie w
moim przekrwionym. Teraz wiemy obaj, od tej pory zerkam na wszystko w odbiciu
szyby. Nie wiem co, ani kiedy mam zrobić, póki on nie przykrywa się kurtką
udając sen z głową przechyloną w stronę dziewczynki i ręką pełznącą w stronę
kroku. Wtedy ręka przeznaczenia, odrobinę wymęczona, ale dalej ładna, popycha
mnie, więc idę, a przechodząc obok depczę jego pantofle. Mocno. Przewiduję co
się stanie, kiedy słyszę gwałtowny szelest kurtki za plecami, ale okazuje się,
że przewiduję błędnie. Pięść przeznaczona dla mnie, należąca mi się jak psu
buda, pięść, na którą czekałem, ląduje fatalnie na szczęce jakiejś Jadwigi, czy
Bożeny. Wobec powyższego ja zaczynam tłuc go zapamiętale w rytm otwierających
się i zamykających drzwi od kibla. I tak to było panie władzo.
DSM IV, Typ rezydualny
(You're here for now, it's good enough for me)
Nie mam zamiaru się przyznawać, ile razu bez celu łaziłem tą długą i z której strony by nie patrzeć ładną ulicą. Za dnia i w nocy. Obojętnie i z zapałem. Nie mam też zamiaru liczyć ile godzin tygodniowo spędzam na cmentarzu (sześć). Jedno i drugie mogłoby się spotkać z niezrozumieniem. A przecież na ulicy nie miałem złych zamiarów, w ogóle, jeśli nie miałem akurat papierosów, to nie miałem żadnych zamiarów. Pewnie, spojrzałem raz czy drugi w okno, ale zaraz poczłapałem dalej. Na cmentarzu nie tkwiłem złamany żałobą, tylko myłem lodowatą wodą pomniki, zamiatałem liście, gwizdałem pod nosem. Nie, nie przypominam sobie żebym kogoś jeszcze widział. Odmawiam przyjęcia mandatu, no i cześć, no i chuj. Jakie są teraz procedury..? Nie pamiętam. Niczego nie pamiętam, żaden z nas, nawet czy widziałem już kiedyś tę firankę w motyle (?), za którą coś jakby się poruszyło. Inna ulica, inne okno, bywałem też po jego drugiej stronie, ale nie pamiętam.
Ja to się nie znam, ale… Nie, wróć. Gówno prawda. Na tym się
akurat znam doskonale, więc z mojej prywatnej, niezdrowej ciekawości spróbuję.
Ciężko mi przychodzi stawanie się kimś obcym, ale tak długo i tak uporczywie
gapię się w ścianę, aż wiem wszystko i parskam niewesołym śmiechem płosząc
koty. Bo odniosłem wrażenie, że głęboko, głęboko pod tak zwanymi przekonaniami
i wartościami, pod kłamstwami, pod aktorstwem siedzi u niej ktoś, kogo ja też
dobrze znam, i kto ma z tego wszystkiego szaloną uciechę i reżyserską
satysfakcję. Pomyślałem to, powiedziałem na głos, czy napisałem? A. kręci z
dezaprobatą głową, a oczy ma dużo bardziej zapuchnięte niż ostatnio. Gdybym
spróbował stać się nią, co nie byłoby trudne, biorąc pod uwagę jak jest
zmarnowana, pewnie poczułbym, ile jeszcze czasu musi minąć, aż w jakimś pociągu
zadławi się na śmierć własnymi wymiocinami. Zamiast tego mrugam do niej wesoło
i wyciągając przed siebie nogi otwieram ślicznego stouta. Wszystko jest dobrze, można iść spać.
Budzi mnie ospałym szarpnięciem za ramię, sweter z jakimś fikuśnym wzorkiem upaprany wymiocinami, zimne dłonie, rumiane policzki i gorączkowy wzrok. Już nawet nie jest blada, a żółta, co brzydko uwydatnia bliznę. Chwyta swoją drobną dłonią moją dłoń i zaczynamy iść. Najpierw dudniącą klatką schodową na parter. Później do piwnicy, niżej, niżej i jeszcze niżej, przez magazyn czasopism (C1-C150), tunelem prowadzącym z Jupitera do Prypeci, w dół do geofrontu. I tam na wesoło głaskanym przez wiatr pagórku wspina się na opartą o krzyż drabinę, podobną do tej z Grabianowa. Dziwi mnie, że nagle nie trzyma już mojej ręki, tylko wielki, zardzewiały młotek. Nie do twarzy jej z tym młotkiem, którym z nieopisaną furią zaczyna przybijać do krzyża wyrwaną z zeszytu kartkę w kratkę. Później wszystko się rozmywa, bo wiatr dmie coraz silniej. Zanim mnie porwie zdążę jeszcze przeczytać, co było napisane na kartce.
FAQ (PROSIMY NIE PRZEKLINAĆ PO NIEMIECKU)
1. -Wracasz..?
- nie wracam.
2. - Chodzisz do..?
-chodzę.
3. -Lubisz..?
-lubię.
4. -Jesteś chory na..?
-jestem.
5. - Dlaczego mówisz, że..?
-bo tak.
6. -A Artur..?
-Artur to mój chłopak. Tylko nie mówcie rodzicom.
piątek, 14 marca 2014
Sprawling idiot effigy
Wiosenne, marcowe słońce jest ponad siły, prawda? Dławi,
przyprawia o lęk przestrzeni, przenika aż po wątrobę. Naiwni jednak ci, którzy
sądzą, że tylko na Ciebie, na mnie, na nas działa ten fenomen. Nieprzebrane
mrowie rzeczy, zjawisk i miejsc wykluwa się dopiero wiosną. Weźmy pierwszą z
rzędu, najbliższą mi regułę, która tnie to miasto na pół – KM 203. Czy w
listopadzie można tam doświadczyć takich rzeczy, które teraz legną się jedna na
drugiej? Otóż nie. Począwszy od samej stacji, gdzie młoty, koparki,
pomarańczowe hełmy sieją nieporządek i zniszczenie. Na pierwszy rzut oka nikogo
to nie rusza – pan żuje gumę, pani pali mentola, koleżanka wygładza spódniczkę.
Ale wszyscy, łącznie ze mną są przesiąknięci ogromem rozkładu, przerażeni
kruchością czegoś tak stałego jak peron, przemłóceni każdym pojedynczym
uderzeniem wiertła. To rozedrganie (już nawet nic nie mówcie, to moje ulubione
słowo) nas nie opuszcza, chichocząc wbiega truchtem za nami do wagonów. Dziesiątki
pokoleń chciały obnażyć tajemnicę, która kryje się w tańcu
światłocieni, rozszyfrować stukot torów i poczuć całe ciepło zasypiającego
współpasażera. Nie dało się. Aż przyszła taka wiosna i
wszystko leży jak na dłoni. Nie ma już żadnych hipotez, są tylko poglądy.
Równie puste, co niezachwiane. Dziś to właśnie poglądy ścierają się w
wirującym, zakurzonym powietrzu naszego pociągu.
Daleko za mną, gdzieś pod koniec przedziału siedzi Książę
Gapowiczów. Zupełnie trzeźwy, z uśmiechem uwodziciela pali papierosa pewien
swojej nietykalności i, co najlepsze, ma rację! Bardzo wiele rzeczy, które
myśli przyjmuję z aprobatą i parsknięciem, ale przychodzi też chwila, w której
srożę brwi i wyzywająco patrzę w jego stronę. Niedbałość to jedyna dziedzina,
której nie oddam, której jestem suwerenem, cesarzem i pankratorem (Pankracym).
Albo chciałbym być, co wychodzi na jedno.
Naprzeciw mnie, podtrzymywana przez dwóch, bo ja wiem - wnuków? zięciów? – sadowi się Królowa Wyzwań.
Od samego wejścia rozgląda się wyzywająco szukając niedowierzających twarzy.
Jak to? W takim wieku? W takim stanie, pociągiem? Na litość, dokąd? Widzimy się
nie pierwszy raz, więc się nie dziwię, ale widzimy się nie pierwszy raz, więc
Ona wie, jak mnie uszczypnąć żeby bolało i wyciąga Panią Domu. Lektura Pani
Domu pochłania ją, wciąga w inną rzeczywistość, gdzie roi się od pieczeni i
poruszających historii z życia wziętych. Nikt nigdy tak nie czytał jak Ona.
Sapie, jeden z wnukozięciów ociera jej ślinę, ja mimo ucieczki w Niedbałość
cierpię.
Z przodu, po prawej, w jakimś oczywiście niebanalnym miejscu
tkwi Księżna Pogarda. Powiedzieć, że zadbała o wszystko, to nic nie powiedzieć.
Mam wrażenie, że znaczna część jej promieniujących na otoczenie cech uformowała
się sama, bez udziału świadomości, kierowana jakimś wewnętrznym komisarzem do
spraw Pogardy. W uśmiechu ma tyle serdeczności, że prawie ja bym się nabrał.
Wycofany wygląd, notatki z Ważnych Spraw, delikatne przebarwienia cery. I chęć
wdeptania wszystkich podłogę, bo cokolwiek. Pewną odległość czasu temu bym ją
rozumiał, ale teraz starannie unikam kontaktu wzrokowego.
Nigdy nie może być jednak tak, że każde siedzenie to tron, a
każde spojrzenie to wyrok. Dlatego między nami wszystkimi kroczy Pan Konduktor,
kolejnymi skinieniami głowy na nowo ustalając porządek rzeczy i regulując
wszystkie kwestie formalnoprawne. Rzesze (ze dwadzieścia osób) wyciągają ku
niemu dłonie, prosząc – panie sprawdź nas. Tylko nie my. Kurz w powietrzu
iskrzy i narastają takie zapasy woli, takie przeginanie pały, aż cały skład
podskakuje na kręgosłupie jakiegoś nieszczęśnika. Dużo mocniej niż zazwyczaj w
takich razach. Książę Gapowiczów, który już, już miał mówić, że nie pamięta jak
nazywają się jego rodzice, podskakując przypala sobie raz za razem twarz
niedopałkiem, Królowa Wyzwań zachłystuje się małą mineralną zapobiegliwie
podaną jej przez któregoś z dwóch, celem zwilżenia gardła przed mająca nastąpić
tyradą szkalującą konduktorów. Księżna Pogarda kaleczy, raz za razem okropnie
tnie sobie dłonie arcyważnymi notatkami. Co ze mną, zapytacie? Ja siedziałem w
pozie na tyle obrzydliwie niedbałej, że za którymś podrygiem wagonu zwyczajnie
wyleciałem przez okno patrząc jak rozrywany zwielokrotnionym poczuciem
obowiązku konduktor naprawdę rozpada się na kawałki, a cały zachlapany jego
krwią przedział spada w taką otchłań, w której już nikt nigdy go nie znajdzie.
Że też są takie miejsca na Mazowszu.
poniedziałek, 10 marca 2014
Zemsta w Krainie Chmur
W czasach tak przepełnionych chaosem jedynymi spoiwami chroniącymi firmament przed widowiskowym pęknięciem i zawaleniem się w lakoniczne, choć wyraziste pizdu, są sukcesy. Te najlepsze mają tylko jednego ojca (nie, nie mnie, spokojnie, nie będziesz dziadkiem), a w omawianym przypadku matkę, i to matkę niewątpliwą, przepełnioną swoim macierzyństwem po brzegi spojrzenia. Za każdym razem wychodząc dziękuję. Bo tak mnie wychowano, ale także dlatego, że zasianie mi w głowie przeświadczenia mówiącego, że mój pobyt tutaj jest jeszcze przez pewien czas uzasadniony (Gnadolf! Ty żyjesz!), to z pewnością spektakularny sukces z gatunku tych trzymających ostatnie czasy w ryzach.
Istnieją plusy wynikające z tej potwornej, nieznośnej i pewnie bolesnej kakofonii wybuchającej pod sklepieniem z byle powodu, a czasem bez powodu. Zaglądasz mi przez ramię i z łagodnym (z takimi jak ja trzeba łagodnie) zdziwieniem szeptem pytasz - jak to pewnie bolesnej? Rozpływam się, kiedy szepczesz, ale gdybyśmy mieli wyjaśniać wszystkie niejasności, spajać niespójności i prostować wszystkie karkołomne zawijasy, których się podejmuję, to równie dobrze moglibyśmy już dziś położyć się w wysokiej, wysokiej trawie, założyć ręce za głowy i gapiąc się na błękit pozwolić, by nasze kości, o radości, porosły mchem. Jeśli sobie życzysz, to proszę, nie krępuj się. Stwierdzę wtedy, po uprzednim wystudiowanym i świadczącym o niezmiernym darze przewidywania westchnięciu, - a więc to już. Prawa autorskie arter rademyśli.
Stwierdzę, ale mimo przemożnych chęci zostanę, ponieważ nie tak dawno temu zyskałem całe mnóstwo Rzeczy, których wcześniej mi brakowało, w tej liczbie również poczucie obowiązku. Dla odmiany ten obowiązek mam zamiar wypełnić, z wykorzystaniem wszystkich podarowanych mi, wrodzonych, ukradzionych, czy syntetycznych przymiotów ducha.
Wiedziałam. Tak myślałem. Tego się spodziewaliśmy. Słyszę, słyszę bez przerwy mnóstwo rzeczy, a pośród nich i takie szepty, bardzo różne od Twojego szeptu. Z tym zastrzeżeniem, że nie. Nie wiedziałaś, nie przeczuwałeś, nie twierdziliście. Owszem, czasem ktoś artykułował jakieś swoje pełzające obawy, ale zawsze z wrzaskliwą nadzieją, że będzie inaczej. Tylko ja, wyłącznie ja, ja jeden wiedziałem od początku, że nie będzie inaczej i nie powiedziałem i za to trzy dni w kozie siedziałem. Taka wiedza i taka upiorna lekkość godzenia się z tego typu wiedzą nie zostały mi dane ze względu na moją wyjątkowość, głównie dlatego, że coś takiego jak wyjątkowość nie istnieje. Nie zdobyłem ich konsekwentnym uporem, nie wygrałem, nie wyprosiłem. To po prostu taki ficzer bycia mną w ramach rekompensaty za wygląd.
Ale, ale! - chrypisz, co z tym twoim wielkim obowiązkiem, zadaniem do wypełnienia? Bezwarunkowo kapituluję wobec Twojego ochrypłego głosu, ale obłęd ma prawo do płynięcia (tak właśnie, płynięcia!) zupełnie niezależnie od Ducha Opowieści. Zrozum proszę to prawo, ponieważ w przeciwnym razie pozbawisz mnie determinacji niezbędnej do położenia się, gapienia, pozwolenia.
Poczucie obowiązku zostało mi dane na środku morza. Powoli wstawał świt, a światło miało tak rozległe pole do popisu, że bez żadnych przeszkód wyganiało wczorajsze zatęchłe demony. Trzeźwiałem i smakując ten proces (niesmaczny) przeczuwałem Twoją obecność tuż za horyzontem. Musiałaś drzemać w którejś pękniętej chmurze, zdradzało Cię drżenie powietrza, a teraz głupio pytasz. Trzeba było nie spać.
Cierpi ten na wpół zdechły, coraz ciszej piszczący na ulicy kot, czy nie cierpi? Czy cierpią kaleczone i zabijane przeze mnie dorsze, które leżą w moim pokoju całymi stosami, jak oślizgła hekatomba? Ta dziewczyna, u której widzę bladość rąk, piegi i lekko wywiniętą dolną wargę, a która u mnie, dookoła mnie i dookoła siebie nie widzi nic - cierpi? Pilch, czytający list ode mnie bez jednego drgnięcia twarzy? (za ten żart powinien mnie ktoś w mordę dać) Ty? Ja? Pan cierpi, pani cierpi, ja nie cierpię. No właśnie, nie cierpisz, przynajmniej nie teraz i właśnie to zubożenie paradoksalnie sprawia, że cię stać. - na cynizm, na gwałcenie na przemian formy i treści, na chaos, na uśmiech, wyrachowanie i szczerość. Skoro cierpią koty i skoro cierpią dorsze, to czemu miałaby nie zapłonąć pożoga? I zapłonie i spopieli wysoką, wysoką trawę i wypali do cna nasze kości i porastający je mech. Jedyny problem bierze się tradycyjnie z nieubłagalności. Nieubłagana kolej rzeczy sprawia, że żadna, nawet nieubłagana, pożoga nie wybucha sama z siebie. Rozpali ją pieszczotliwymi ruchami ktoś specjalnie po to wykolejony. Zrobi to nie z racji zyskanych przymiotów ducha i nie dla utrwalenia swojego imienia, ale z przekory i z przekonania, a będzie już wtedy kimś tak obrzydliwym, że nawet mocodawca odwróci się od niego. I zapłonie i podpali i spłoną.
Lama sabachthani?
Istnieją plusy wynikające z tej potwornej, nieznośnej i pewnie bolesnej kakofonii wybuchającej pod sklepieniem z byle powodu, a czasem bez powodu. Zaglądasz mi przez ramię i z łagodnym (z takimi jak ja trzeba łagodnie) zdziwieniem szeptem pytasz - jak to pewnie bolesnej? Rozpływam się, kiedy szepczesz, ale gdybyśmy mieli wyjaśniać wszystkie niejasności, spajać niespójności i prostować wszystkie karkołomne zawijasy, których się podejmuję, to równie dobrze moglibyśmy już dziś położyć się w wysokiej, wysokiej trawie, założyć ręce za głowy i gapiąc się na błękit pozwolić, by nasze kości, o radości, porosły mchem. Jeśli sobie życzysz, to proszę, nie krępuj się. Stwierdzę wtedy, po uprzednim wystudiowanym i świadczącym o niezmiernym darze przewidywania westchnięciu, - a więc to już. Prawa autorskie arter rademyśli.
Stwierdzę, ale mimo przemożnych chęci zostanę, ponieważ nie tak dawno temu zyskałem całe mnóstwo Rzeczy, których wcześniej mi brakowało, w tej liczbie również poczucie obowiązku. Dla odmiany ten obowiązek mam zamiar wypełnić, z wykorzystaniem wszystkich podarowanych mi, wrodzonych, ukradzionych, czy syntetycznych przymiotów ducha.
Wiedziałam. Tak myślałem. Tego się spodziewaliśmy. Słyszę, słyszę bez przerwy mnóstwo rzeczy, a pośród nich i takie szepty, bardzo różne od Twojego szeptu. Z tym zastrzeżeniem, że nie. Nie wiedziałaś, nie przeczuwałeś, nie twierdziliście. Owszem, czasem ktoś artykułował jakieś swoje pełzające obawy, ale zawsze z wrzaskliwą nadzieją, że będzie inaczej. Tylko ja, wyłącznie ja, ja jeden wiedziałem od początku, że nie będzie inaczej i nie powiedziałem i za to trzy dni w kozie siedziałem. Taka wiedza i taka upiorna lekkość godzenia się z tego typu wiedzą nie zostały mi dane ze względu na moją wyjątkowość, głównie dlatego, że coś takiego jak wyjątkowość nie istnieje. Nie zdobyłem ich konsekwentnym uporem, nie wygrałem, nie wyprosiłem. To po prostu taki ficzer bycia mną w ramach rekompensaty za wygląd.
Ale, ale! - chrypisz, co z tym twoim wielkim obowiązkiem, zadaniem do wypełnienia? Bezwarunkowo kapituluję wobec Twojego ochrypłego głosu, ale obłęd ma prawo do płynięcia (tak właśnie, płynięcia!) zupełnie niezależnie od Ducha Opowieści. Zrozum proszę to prawo, ponieważ w przeciwnym razie pozbawisz mnie determinacji niezbędnej do położenia się, gapienia, pozwolenia.
Poczucie obowiązku zostało mi dane na środku morza. Powoli wstawał świt, a światło miało tak rozległe pole do popisu, że bez żadnych przeszkód wyganiało wczorajsze zatęchłe demony. Trzeźwiałem i smakując ten proces (niesmaczny) przeczuwałem Twoją obecność tuż za horyzontem. Musiałaś drzemać w którejś pękniętej chmurze, zdradzało Cię drżenie powietrza, a teraz głupio pytasz. Trzeba było nie spać.
Cierpi ten na wpół zdechły, coraz ciszej piszczący na ulicy kot, czy nie cierpi? Czy cierpią kaleczone i zabijane przeze mnie dorsze, które leżą w moim pokoju całymi stosami, jak oślizgła hekatomba? Ta dziewczyna, u której widzę bladość rąk, piegi i lekko wywiniętą dolną wargę, a która u mnie, dookoła mnie i dookoła siebie nie widzi nic - cierpi? Pilch, czytający list ode mnie bez jednego drgnięcia twarzy? (za ten żart powinien mnie ktoś w mordę dać) Ty? Ja? Pan cierpi, pani cierpi, ja nie cierpię. No właśnie, nie cierpisz, przynajmniej nie teraz i właśnie to zubożenie paradoksalnie sprawia, że cię stać. - na cynizm, na gwałcenie na przemian formy i treści, na chaos, na uśmiech, wyrachowanie i szczerość. Skoro cierpią koty i skoro cierpią dorsze, to czemu miałaby nie zapłonąć pożoga? I zapłonie i spopieli wysoką, wysoką trawę i wypali do cna nasze kości i porastający je mech. Jedyny problem bierze się tradycyjnie z nieubłagalności. Nieubłagana kolej rzeczy sprawia, że żadna, nawet nieubłagana, pożoga nie wybucha sama z siebie. Rozpali ją pieszczotliwymi ruchami ktoś specjalnie po to wykolejony. Zrobi to nie z racji zyskanych przymiotów ducha i nie dla utrwalenia swojego imienia, ale z przekory i z przekonania, a będzie już wtedy kimś tak obrzydliwym, że nawet mocodawca odwróci się od niego. I zapłonie i podpali i spłoną.
Lama sabachthani?
wtorek, 11 lutego 2014
Death pierce me
Po wielu, wielu perypetiach, metodą prób i błędów odkryliśmy nowy rodzaj nocnej nietrzeźwości - trzeźwość. Pocieszające jest to, że ktoś już tu był przede mną. I to nie byle kto, a mój ojciec. Doprawdy wielki (2 METRY) człowiek, chyba tylko dzięki niemu nie gubię się tu, gdzie jestem, tak jak gubiłem się rozpaczliwie w Mińsku. Rozpaczliwie, ale nie definitywnie. Jestem, byłem w stanie bowiem znieść taką rozpacz, a bywa ona udziałem każdego, kto czuje całą wrogość nocy i błota. Przed kompletnym zezwierzęceniem uchroniły mnie reklamy, a tych w Mińsku jest więcej niż przewidują humanitarne normy. Kebab - Habiba. Farby i kleje - Arkadia. Żabka - 3go Maja. Suknie ślubne. Usługi pogrzebowe.
Postanowiłem odwlec wspomnianą definitywność i chociaż porwałem sznurówki ze trzy razy, to udało mi się wydostać. I znaleźć nową nietrzeźwość. Jak ojciec z zaskoczeniem odkrywam w sobie zamiłowanie do hektolitrów mocnej, słodkiej herbaty. Zaniepokojony myję sześć razy dziennie zęby, bo wszystko jest gorzkie. Obsesyjnie myślę o okaleczeniu lewej strony twarzy. U licha, dlaczego tylko lewej? Musi coś być w tym wszystkim, co ludzie gadają, bo właśnie lewa strona mi drętwieje, kiedy osuwam się pod biurko ściskając w ramionach klawiaturę. Podszedłbym do lustra zobaczyć jak z tym wyglądam, ale się boję. W ogóle trochę się boję wychodzić z domu. Nie ufam sklepom. Nie umiem mówić. Coś we mnie zdycha i sapie w agonii, przez co ja sam wzdycham. Czego wzdychasz? Nie wzdychaj.
Z zapamiętaniem pochłaniam ciepłe posiłki szepcząc credo odwlekania i z rozkoszą katuję się biegając bardziej, niż biegaliśmy razem dawno temu. Pamiętam dokładnie całe Dawno Temu, ale nie bardzo wiem, co się działo przed dwoma tygodniami.
"-To wszystko dookoła... Ono jest?
-Jest, czemu by nie? Tylko ciebie nie ma. Ale to nic, przywykniesz"
Czy kogoś jeszcze interesuje co się zdarzy? Kto ośmieli się z całą mocą stwierdzić, że cokolwiek ma znaczenie? Ja mam za to odwagę kalać się komunałami, zupełnie bez wstydu. Zgubiłem wstyd w pociągu. Swoją drogą, czy wiedzieliście, że jest tylko jeden pociąg? Tylko jeden, szwendający się to tu, to tam pociąg, który znika, kiedy jest odwołany i opóźnia się, kiedy moje zamiary chcą mi zaszkodzić. Tak naprawdę, ci wszyscy zmarznięci, zniechęceni, przeklinający ludzie, niedotrzymane terminy, gorączkowe telefony - to wszystko było tylko po to, żebym nie umarł przez zbieg okoliczności. To jedno udało mi się wyprosić, bo zbieg okoliczności to najnędzniejsza okoliczność. W ciągu każdej minuty migotliwie współgrają dwa rodzaje niemyślenia (jak dwa rodzaje nietrzeźwości) - dudniące pustką niemyślenie transu i pełne rwącego synapsy szumu niemyślenie natłoku. Właśnie dlatego nie da się zachować równowagi ducha bez słuchawek, a ja nawet nie mam własnych słuchawek, tylko Twoje. Jeśli jednak przez dwanaście lat życia inwestowało się w dobre stosunki z paniami pracującym w basenowej szatni, to można się znieczulić inaczej. Woda jest zimna, tor pusty, okno otwarte, ale po pierwszych pięciuset metrach czuję kochane gorąco rozlewające się po twarzy i wywracające oczy w głąb głowy. Zupełnie pozbawione pierwiastka ludzkiego, rytmiczne dźwięki otępiają mnie na tyle, że zapominam o swoich ograniczeniach (to jeszcze mi zostało) i w zupełności wyczerpuję formułę robienia czegoś ze swoim życiem na kolejne trzy dni. Ta dziewczyna, która pływa obok i która kupiła studencki, chociaż nie wygląda - o czym myśli, kiedy kilka centymetrów przed jej twarzą przesuwa się pustynia kafelków? Jak wygląda jej pokój? Czy będzie kiedyś chciała umrzeć? Myślę, że tak, chociaż patrząc na rumiane policzki bez makijażu wiem, że studiuje w Siedlcach, że przywiózł ją ojciec. Wróci wieczorem zziębnięta, ale dalej w pewien zrezygnowany sposób szczęśliwa do mieszkania w bloku, młodszego brata i kuchni pachnącej plackami ziemniaczanymi. Nienawidzę jej za te placki ziemniaczane i za ładne, oszczędne ruchy przy żabce.
Poseł Śniadek wchodzi na mównicę, żeby wykrzyczeć swoje na temat ustawy o lasach państwowych do pustawej sali posiedzeń. Wszyscy pracują pilnie w komisjach, a ja ziewam na galerii. Nic z tego jednak nie będzie, jestem zupełnie bezradny wobec tego miasta, jedynie masochizm popycha mnie do metra. Może gdybym rzucił się z nożem na ten patrol policji..? Nie, to już zupełna klisza. Żeby należycie pofolgować próżności wybrałbym tłuczek do mięsa. Ten sam, którym próbowaliśmy setki lat temu zrąbać drzewo w wakacje, a ja trafiłem w swoje kolano. Kupa śmiechu.
Spakować należy ręcznik, ubrania i bieliznę na zmianę, klapki, szczoteczkę. Dopuszcza się posiadanie telefonów komórkowych po uprzedniej konsultacji. Sznurowadła, pasek, klucze i inne ostre przedmioty zostaną złożone w depozycie.
Postanowiłem odwlec wspomnianą definitywność i chociaż porwałem sznurówki ze trzy razy, to udało mi się wydostać. I znaleźć nową nietrzeźwość. Jak ojciec z zaskoczeniem odkrywam w sobie zamiłowanie do hektolitrów mocnej, słodkiej herbaty. Zaniepokojony myję sześć razy dziennie zęby, bo wszystko jest gorzkie. Obsesyjnie myślę o okaleczeniu lewej strony twarzy. U licha, dlaczego tylko lewej? Musi coś być w tym wszystkim, co ludzie gadają, bo właśnie lewa strona mi drętwieje, kiedy osuwam się pod biurko ściskając w ramionach klawiaturę. Podszedłbym do lustra zobaczyć jak z tym wyglądam, ale się boję. W ogóle trochę się boję wychodzić z domu. Nie ufam sklepom. Nie umiem mówić. Coś we mnie zdycha i sapie w agonii, przez co ja sam wzdycham. Czego wzdychasz? Nie wzdychaj.
Z zapamiętaniem pochłaniam ciepłe posiłki szepcząc credo odwlekania i z rozkoszą katuję się biegając bardziej, niż biegaliśmy razem dawno temu. Pamiętam dokładnie całe Dawno Temu, ale nie bardzo wiem, co się działo przed dwoma tygodniami.
"-To wszystko dookoła... Ono jest?
-Jest, czemu by nie? Tylko ciebie nie ma. Ale to nic, przywykniesz"
Czy kogoś jeszcze interesuje co się zdarzy? Kto ośmieli się z całą mocą stwierdzić, że cokolwiek ma znaczenie? Ja mam za to odwagę kalać się komunałami, zupełnie bez wstydu. Zgubiłem wstyd w pociągu. Swoją drogą, czy wiedzieliście, że jest tylko jeden pociąg? Tylko jeden, szwendający się to tu, to tam pociąg, który znika, kiedy jest odwołany i opóźnia się, kiedy moje zamiary chcą mi zaszkodzić. Tak naprawdę, ci wszyscy zmarznięci, zniechęceni, przeklinający ludzie, niedotrzymane terminy, gorączkowe telefony - to wszystko było tylko po to, żebym nie umarł przez zbieg okoliczności. To jedno udało mi się wyprosić, bo zbieg okoliczności to najnędzniejsza okoliczność. W ciągu każdej minuty migotliwie współgrają dwa rodzaje niemyślenia (jak dwa rodzaje nietrzeźwości) - dudniące pustką niemyślenie transu i pełne rwącego synapsy szumu niemyślenie natłoku. Właśnie dlatego nie da się zachować równowagi ducha bez słuchawek, a ja nawet nie mam własnych słuchawek, tylko Twoje. Jeśli jednak przez dwanaście lat życia inwestowało się w dobre stosunki z paniami pracującym w basenowej szatni, to można się znieczulić inaczej. Woda jest zimna, tor pusty, okno otwarte, ale po pierwszych pięciuset metrach czuję kochane gorąco rozlewające się po twarzy i wywracające oczy w głąb głowy. Zupełnie pozbawione pierwiastka ludzkiego, rytmiczne dźwięki otępiają mnie na tyle, że zapominam o swoich ograniczeniach (to jeszcze mi zostało) i w zupełności wyczerpuję formułę robienia czegoś ze swoim życiem na kolejne trzy dni. Ta dziewczyna, która pływa obok i która kupiła studencki, chociaż nie wygląda - o czym myśli, kiedy kilka centymetrów przed jej twarzą przesuwa się pustynia kafelków? Jak wygląda jej pokój? Czy będzie kiedyś chciała umrzeć? Myślę, że tak, chociaż patrząc na rumiane policzki bez makijażu wiem, że studiuje w Siedlcach, że przywiózł ją ojciec. Wróci wieczorem zziębnięta, ale dalej w pewien zrezygnowany sposób szczęśliwa do mieszkania w bloku, młodszego brata i kuchni pachnącej plackami ziemniaczanymi. Nienawidzę jej za te placki ziemniaczane i za ładne, oszczędne ruchy przy żabce.
Poseł Śniadek wchodzi na mównicę, żeby wykrzyczeć swoje na temat ustawy o lasach państwowych do pustawej sali posiedzeń. Wszyscy pracują pilnie w komisjach, a ja ziewam na galerii. Nic z tego jednak nie będzie, jestem zupełnie bezradny wobec tego miasta, jedynie masochizm popycha mnie do metra. Może gdybym rzucił się z nożem na ten patrol policji..? Nie, to już zupełna klisza. Żeby należycie pofolgować próżności wybrałbym tłuczek do mięsa. Ten sam, którym próbowaliśmy setki lat temu zrąbać drzewo w wakacje, a ja trafiłem w swoje kolano. Kupa śmiechu.
Spakować należy ręcznik, ubrania i bieliznę na zmianę, klapki, szczoteczkę. Dopuszcza się posiadanie telefonów komórkowych po uprzedniej konsultacji. Sznurowadła, pasek, klucze i inne ostre przedmioty zostaną złożone w depozycie.
środa, 8 stycznia 2014
Sangre por sangre
Tym razem się uda, tym razem na pewno mój, pachnący jak maj
w mieście, sen, nie zechce mnie dusić, ja się dusić nie dam. Przebiję się
brawurowo, naprzód głowo przez zasieki szesnastu przepełnionych rozpaczą
budzików i wstanę wcześniej niż wszyscy. Nie wstałem.
Więc z samego rana, godzina trzynasta, najpierw huk syren na
wskroś przez zadymione powietrze, przez okna, przez łeb, w dół niżejniżej i
mdłości są na czas, pojawiają się równo z zamglonym obrazem sufitu. Właśnie na
suficie, gdzieś w gęstwinie pęknięć tkwi Ważne Przypomnienie. Biorę je do ręki,
do serca i przypominam sobie. Ktoś dzwonił, coś rozmawiałem, coś mam zrobić.
Jest czternasta zanim napuchły kształt uformuję w jakąś twarz. Pełni podziwu
powinni być chirurdzy plastyczni, makijażystki, rowerzyści, w ogóle wszyscy
powinni być do cholery przepełnieni podziwem widząc jak trzymam się kurczowo
zlewu i jak trzymam się kurczowo z dala od lustra, a jednocześnie jak moje
ruchy są pewne, wyćwiczone, przepełnione pewnością efektu końcowego – siebie. Może
i jestem spóźniony, bo tysiące ludzi zrobiło to kilka godzin wcześniej, ale
moje starania są bardziej rozpaczliwe, a ich skutek bardziej umykający
rozpaczy.
Samochód, gdzieś mam jechać, na razie nie wiem gdzie, ale w
drodze sobie przypomnę, mam czas. Gdzie bym się nie wybierał, i tak droga
prowadzi mniej więcej tak samo. Więc prowadzę na pamięć i klnę bez przekonania,
acz płynnie, chyba tylko po to, żeby nie wypaść z wprawy, wspólnej dla
wszystkich. Klnę z obawy, że któregoś dnia zapomnę nawet tego, a przecież od
małego każdy po swojemu wydreptuje sobie swoją plugawą ścieżkę, dobrze jest
wracać do radosnych i pięknych momentów dzieciństwa.
-Dlaczego tak powiedziałeś?
-Byłem zły.
-Wiesz co to znaczy?
-Chyba nie.
-No to słuchaj.
Stoję między półkami w sklepie i próbuję wydusić z siebie
parodię procesu decyzyjnego i przy okazji nie pozwolić, żeby rozwiązały mi się
z wysiłku buty, zsunęły ubrania, rozpłynęła twarz, popękały kości. To tera tak
– nie mam pieniędzy, jeśli kupię jakieś łatwe jedzenie i jakiegoś energetyka i
coś dobrego tak dla picu, to ile będę miał pieniędzy? Więcej? Chryste, to takie
śmieszne, że muszę się przewietrzyć i kroczę dookoła zalewu. Kroczę, mój wzrok
i mój kradziony papieros nie pozostawiają cienia wątpliwości, że pozostałe trzy
osoby, które da się zauważyć w granicach horyzontu są tu tylko i wyłącznie
dzięki mojej pańskiej uprzejmości, krokiem mierzę moje włości. Nagle w kieszeni
materializuje mi się ciężar telefonu, sam aparat był tam cały czas, ale dopiero
teraz mogę go poczuć i wyjąć. I dobrze, bo robi się ciemno, ludzie od psów
gdzieś zniknęli, psy zostały, całe sfory biegają gdzieś w zasięgu słuchu i
węszą za padliną. Muszę szybko gdzieś dotrzeć, bo sam padnę. Przez te wszystkie
skomplikowane widoki na niebie zapomniałem o mdłościach, a mdłości tego nie
lubią. Jeśli przypadkiem w swoim rozkapryszeniu uznają to za afront, to mogą
zacząć się panoszyć, jak katedra o świcie. To jest zupełne wariactwo jak dużo
jest katedry o świcie, praktycznie nic innego nie da się zauważyć, nawet przez teleskop.
Może nie mam racji? Może nie mam racji. Będę musiał się przekonać, tak, to jest
piękny priorytet, wart jakiegoś wysiłku, jakichś środków, trzeba będzie zacząć
coś przedsiębrać. Ale na razie szarówka, nieproszony wiatr w połach kurtki,
głód i niesmak. Żeby tylko w ustach. A tu bum, niesmak w oczach! I tak się
ukłonię, z sąsiadami trzeba żyć w zgodzie, mimo wszystko niechęć to nie
ulatniający się gaz. Na balkonie ustawiam teleskop, przewrotnie robię to
dobrze. Myśl, że wcale nie będę przez niego patrzył napawa mnie głęboką
satysfakcją, nie wiem, czy w dużym pokoju nikogo nie ma, czy ktoś śpi, ale to
nie robi większej różnicy. Zaczerpuję całkiem dużo magii do płuc i nie
wypuszczam jej już do jutra. Stoję za nim i patrzę jak stuka w klawisze. Ten dźwięk
pachnie jak miasto w maju, a zapach miasta w maju jest pełen obietnicy. A jest
styczeń. Dystans zdolny odstraszyć lepszych i stabilniejszych ode mnie.
Na szczęście nie ma żadnych zdolniejszych, adamszych ode
mnie w całem barze. Jak tu nie uśmiechnąć się do takich dwóch wspaniałych
łobuzów, kiedy klepią zawzięcie w piersiówkę, chciwym okiem łapiąc ostatnie
krople wpadające do szklanki z piwem, z rozmachem pac ręką w stół! Weto, jeśli
zostały nam dwa ostatnie papierosy, to postuluję grabież! Grabież dochodzi do
skutku, ja dochodzę do wniosku, że jak tu się nie uśmiechnąć do dwóch takich
urwisów, urwisy po łokcie w wymiocinach, chłopaki macie jakieś kiepy? No ja
wiem, ja wiem, ja wiem, że nie. A kiepy jakieś macie?
Ale choć lewe oko mętnieje mi i gaśnie na zawsze, choć obaj
gaśniemy gdzieś w bramie, to wcale nie oznacza Waszego tryumfu. Wcale nie macie
z automatu racji, z automatu krótkimi seriami, po bruku, po bruku ślizgają się
pierwsze promienie, pożal się boże, słońca. Wraz z tymi promieniami, w kałużach
wczorajszych, pełnych wstydu ślizgamy się my i promieniejemy. Raźno i z butą, i
z butów strzelamy po chodnikach, tupiemy, dudnimy, musicie nas przecież słyszeć!
Więc kiedy ty masz właściwie urodziny? Nie wiem, zadzwoń do mojej matki. Ona
też mówi, że nie wie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)