Nie byłeś? Jaktoniebyłeś? Słyszeliście, nie był. Niemożliwe, może mówił, że był? Zadzwoń, zapytaj co się dzieje, może był jednak?
Kierujący folkswagenem był, ale trzeźwy. Jak dochodzi się do takich wniosków? Żadna krew z tapicerki, żadne dmuchanie, bo urwało ci dolną szczękę i perforowało lewe płuco. Weź tu się teraz pokaż w domu w takim stanie. Z drugiej strony i tak mieszkam praktycznie sam, więc może jednak lepiej będę się zbierał, bo nie zdążę na ostatni pociąg. Groza towarzysząca człapaniu wte i wtamte po pustym peronie daje się porównać tylko z grozą, która chwyta za trzewia kiedy uświadamiam nie tyle co zrobiłem, ale co to dla mnie oznacza przez najbliższe tygodnie. Chociaż może bez przesady.
Chcę, nie chcę, nie powinnam, musiałam, nie będę mógł, muszę. Wszędzie to słyszę. 'Dlaczego wszyscy jesteście tacy niegrzeczni? Dlaczego? I to szczególnie wtedy, w tych momentach, kiedy niegrzecznym być nie wolno, bo człowiek jest przepity, nerwy ma na wierzchu i cały jest małoduszny i pokorny. Dlaczego? O, jakby to było dobrze, gdyby cały świat i każdy na tym świecie był tak cichy i pokorny jak ja! I tak samo niczego niepewny - ani siebie, ani powagi swego ziemskiego istnienia'.
Biodra, rzeczywiście, jak mogłem zapomnieć, że biodra?
Bardzo prosto – paradoksalnie to był najmniej przejmujący moment tego ogromnego,
intensywnego wieczoru. Od samych muśnięć oczu upijałem się i trzeźwiałem setki
razy, a biodra nie. Tyle mam na swoją obronę.
Dopiero kiedy wybieram się oglądać wschód księżyca,
zauważam, że ktoś wciąż jest w mojej kurtce i mnie uwiera. Nie da się na to nic
poradzić, więc idę w samej koszuli. Litość, którą budzi mój widok jest warta ni
mniej, ni więcej, a trzy papierosy. Nie można mieć wszystkiego. Ewentualnie nie
można mieć niczego, oprócz (chronologicznie) poczucia winy, poczucia krzywdy i
poczucia straty.
Podnoszę do obcego sufitu najpierw lewą rękę, potem prawą.
Otwieram najpierw lewe oko, później nie otwieram prawego, bo nie zniesę. Niby
świeci tylko monitor, ale ściany są tak szpitalnie białe, że żałuję otwierania
któregokolwiek z moich licznych oczu. Zastanawiające, jak wielu ludzi nagle
umie życie, jak pewni i zadowoleni z siebie czują się kiedy tylko usadzą dupy w
pociągu, ile razy w ciągu miesiąca można usłyszeć „bo ten to chodzi o to że
uśmiechać się musisz no i wszystko dobre będzie”. Będę rzygał. Tylko pasjans,
którego frenetycznie układam jest ze mną szczery i raz za razem pokazuje mi
komunikat – „IT’S LOOKING BAD! I don’t think there’s much more you can do, but
you’re welcome to check for yourself if you’re desperate!” Podobny wydźwięk,
choć w bieda wersji ma ten piętnasty, dwusetny Harnaś, który spod kapsla jęczy
„Graj dalej”. Więc gram, dwa złote nie piniondz. W zasadzie ile złotych to
piniondz? Jeszcze nie doszedłem do tej granicy, to pewne.
Nie zniosę tak białych ścian, ani chwili dłużej. Mogę je przemalować,
mogę je zburzyć. Ktoś jeszcze życzliwie podpowiada na ucho, że mogę też zacząć w
nie walić łbem. Idź już lepiej do domu i nie wracaj. Dobrze, że byłem zbyt
trzeźwy na samochód, nic nie pozwala się tak nacieszyć jakimiś wydumanymi
ostatnimi widokami jak niespieszny spacer, nawet kiedy pcha cię litość. Teraz
wzdycham nawet za takim motorem jak litość. Wbrew powszechnej opinii („kot
szrodingera to jak zamkniesz na miesiąc w pudełku i nie wiesz czy zdechł”),
nikt się tu nikim nie zajmuje („kompleks edypa to jak chcesz spać ze swojo
matko”). Po pierwszych trzech dniach każdy zmaga się sam ze sobą w swoim
kąciku. Zostać jeszcze dzień, czy pójść już sobie? Wytrzymałem cztery, bo mnie zemdliło.
Można uzależnić się od chlania, od pływania, od zapachu kwitnącej mirabelki, od bólu. Można też uzależnić się od chaosu, od nudy, od kłamstwa, od chmur. Można od czytania, od seksu, od dłubania w nosie, od snu. A można od drugiej osoby, ale to już kiepsko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz