czwartek, 17 kwietnia 2014

Unpleasant Sonata

Najpierw obowiązki, potem zejdź mi z oczu. W porządku, więc najpierw trzeba określić swoje granice. Głowę mam gdzieś w okolicach świtu, reszta mi zwisa. Po różnych stronach łóżka. Próbuję coś do Ciebie powiedzieć, ale z ust dobywa mi się tylko suchotniczy wizg, próbuję obrócić głowę, żeby sprawdzić, czy w ogóle jesteś w tym samym pokoju, budynku, mieście co ja, ale nie mam karku. Dlaczego nie mam głosu - wiem. Dlaczego nie mam karku - wiem. Dlaczego boli mnie pysk? Bom w niego dostał. Za co? Chryste panie, co ja wczoraj zrobiłem. Co się właściwie stało. Jak powiedział arter - "co to wszystko kurwa było weź". Nawet nie mogę się upierdliwie usprawiedliwiać tym, że byłem pijany, bo, o dziwo, nie byłem.
Nie byłeś? Jaktoniebyłeś? Słyszeliście, nie był. Niemożliwe, może mówił, że był? Zadzwoń, zapytaj co się dzieje, może był jednak?
Kierujący folkswagenem był, ale trzeźwy. Jak dochodzi się do takich wniosków? Żadna krew z tapicerki, żadne dmuchanie, bo urwało ci dolną szczękę i perforowało lewe płuco. Weź tu się teraz pokaż w domu w takim stanie. Z drugiej strony i tak mieszkam praktycznie sam, więc może jednak lepiej będę się zbierał, bo nie zdążę na ostatni pociąg. Groza towarzysząca człapaniu wte i wtamte po pustym peronie daje się porównać tylko z grozą, która chwyta za trzewia kiedy uświadamiam nie tyle co zrobiłem, ale co to dla mnie oznacza przez najbliższe tygodnie. Chociaż może bez przesady.
Chcę, nie chcę, nie powinnam, musiałam, nie będę mógł, muszę. Wszędzie to słyszę. 'Dlaczego wszyscy jesteście tacy niegrzeczni? Dlaczego? I to szczególnie wtedy, w tych momentach, kiedy niegrzecznym być nie wolno, bo człowiek jest przepity, nerwy ma na wierzchu i cały jest małoduszny i pokorny. Dlaczego? O, jakby to było dobrze, gdyby cały świat i każdy na tym świecie był tak cichy i pokorny jak ja! I tak samo niczego niepewny - ani siebie, ani powagi swego ziemskiego istnienia'.

Biodra, rzeczywiście, jak mogłem zapomnieć, że biodra? Bardzo prosto – paradoksalnie to był najmniej przejmujący moment tego ogromnego, intensywnego wieczoru. Od samych muśnięć oczu upijałem się i trzeźwiałem setki razy, a biodra nie. Tyle mam na swoją obronę.
Dopiero kiedy wybieram się oglądać wschód księżyca, zauważam, że ktoś wciąż jest w mojej kurtce i mnie uwiera. Nie da się na to nic poradzić, więc idę w samej koszuli. Litość, którą budzi mój widok jest warta ni mniej, ni więcej, a trzy papierosy. Nie można mieć wszystkiego. Ewentualnie nie można mieć niczego, oprócz (chronologicznie) poczucia winy, poczucia krzywdy i poczucia straty.

Podnoszę do obcego sufitu najpierw lewą rękę, potem prawą. Otwieram najpierw lewe oko, później nie otwieram prawego, bo nie zniesę. Niby świeci tylko monitor, ale ściany są tak szpitalnie białe, że żałuję otwierania któregokolwiek z moich licznych oczu. Zastanawiające, jak wielu ludzi nagle umie życie, jak pewni i zadowoleni z siebie czują się kiedy tylko usadzą dupy w pociągu, ile razy w ciągu miesiąca można usłyszeć „bo ten to chodzi o to że uśmiechać się musisz no i wszystko dobre będzie”. Będę rzygał. Tylko pasjans, którego frenetycznie układam jest ze mną szczery i raz za razem pokazuje mi komunikat – „IT’S LOOKING BAD! I don’t think there’s much more you can do, but you’re welcome to check for yourself if you’re desperate!” Podobny wydźwięk, choć w bieda wersji ma ten piętnasty, dwusetny Harnaś, który spod kapsla jęczy „Graj dalej”. Więc gram, dwa złote nie piniondz. W zasadzie ile złotych to piniondz? Jeszcze nie doszedłem do tej granicy, to pewne.

Nie zniosę tak białych ścian, ani chwili dłużej. Mogę je przemalować, mogę je zburzyć. Ktoś jeszcze życzliwie podpowiada na ucho, że mogę też zacząć w nie walić łbem. Idź już lepiej do domu i nie wracaj. Dobrze, że byłem zbyt trzeźwy na samochód, nic nie pozwala się tak nacieszyć jakimiś wydumanymi ostatnimi widokami jak niespieszny spacer, nawet kiedy pcha cię litość. Teraz wzdycham nawet za takim motorem jak litość. Wbrew powszechnej opinii („kot szrodingera to jak zamkniesz na miesiąc w pudełku i nie wiesz czy zdechł”), nikt się tu nikim nie zajmuje („kompleks edypa to jak chcesz spać ze swojo matko”). Po pierwszych trzech dniach każdy zmaga się sam ze sobą w swoim kąciku. Zostać jeszcze dzień, czy pójść już sobie? Wytrzymałem cztery, bo mnie zemdliło.

Można uzależnić się od chlania, od pływania, od zapachu kwitnącej mirabelki, od bólu. Można też uzależnić się od chaosu, od nudy, od kłamstwa, od chmur. Można od czytania, od seksu, od dłubania w nosie, od snu. A można od drugiej osoby, ale to już kiepsko.

sobota, 5 kwietnia 2014

Apokatastasis

Had I not known
that I was dead
already
I would have mourned
my loss of life
Ota Dokan (1486)


ICD 10, Hebefrenia

(What a wicked game you played to make me feel this way)

W obojętnych na wszystko objęciach Kamionka zwą mnie Tęczowym Chłopcem, choć nie przez wzgląd na wybranego tu jakoś kiedyś Walezego. Gdzie indziej zwą któregoś z nas inaczej. Każdy, kogo ciekawi geneza tego miana powinien przejść się pewnego wiosennego poranka, bo takie teraz mamy, ulicą Bliską i wstąpić do którejś z kamienic. Którejś, bo nigdy nie pamiętam która to dokładnie. Każde przybycie i każde wyjście stamtąd jest okupione zmianą osobowości. Gdzieś w kamienicy, pachnącej jak wszystkie kamienice stęchlizną, wiszę nad zlewem ja i wypluwam z siebie rzeczy w kilku kolorach tęczy. I to dlatego.
Pierwszy raz trafiłem tam kierowany ręką przeznaczenia, piwo wyparowało jakoś po drodze, rozpacz rozmyła się w dusznej sieni, a dumę starł mi z twarzy widok A. stojącej na schodach. Dlaczego ma na sobie marynarkę Dyrektora pozostanie tajemnicą przez następne kilka godzin. To, dlaczego tylko marynarkę, jeszcze przez parę chwil.
Ręka przeznaczenia ma nieokreślonego koloru włosy, odrobinę podkrążone oczy i złośliwy uśmiech. Ma też tendencję do znikania i pojawiania się, oraz biegnącą przez całą szyję bliznę, jakby jej ktoś kiedyś poderżnął gardło. Może tak było, ale widać niespecjalnie się przejęła. Teraz zaś wszystko zaczyna się zupełnie niespiesznie. Odbicie księżyca w dopiero co uspokojonych kałużach zaczyna się mącić, różowy ołówek turla się po biurku, kot niespokojnie wodzi bladymi oczami po kuchni. Patrzę na całą jej wyprężoną postać, myśląc co by było gdyby ta blizna pękła, drugie usta jak malowane. Dokładnie widzę rozszerzone z bolesnej rozkoszy oczy, nabrzmiałe żyły, kołdrę ginącą w zaciśniętych pięściach, domyślam się kropel potu pod bluzką, kiedy łóżko skrzypi nieprzyzwoicie głośno. Siedzę na krześle i obserwuję jak padaczka robi z A. co jej się podoba. Wybijcie sobie z głów jakieś wsadzanie rzeczy między zęby.

Moja walka z przestępczością w Mieście Małp zaczęła się wczoraj. Oczywiście w pociągu. Zauważyłem go głównie dlatego, że miał twarz. Bardzo ostro wyrzeźbioną, zarumienioną twarz i bystre oczy. Wiem, że ja też mam twarz, ale nie bardzo się orientuję jaką obecnie, zazwyczaj wiszę nad zlewem, a nie patrzę w lustro. Teraz moja twarz będzie musiała zmierzyć się z jego twarzą, czego ja już jestem świadom, choć on jeszcze nie. Pochłania go obserwacja dziewczynki. Nerwowo drapie się pod kolanem, ściska plastikową butelkę, nie wie, że na niego patrzę. Ojciec dziewczynki stoi gdzieniegdzie z zapamiętaniem ćwicząc tabelki w Excelu, dziewczynka czyta Mikołajka i oblewa się sokiem. A on, nie uwierzycie, on się oblizuje i nagle spostrzega swoje mokre spojrzenie w moim przekrwionym. Teraz wiemy obaj, od tej pory zerkam na wszystko w odbiciu szyby. Nie wiem co, ani kiedy mam zrobić, póki on nie przykrywa się kurtką udając sen z głową przechyloną w stronę dziewczynki i ręką pełznącą w stronę kroku. Wtedy ręka przeznaczenia, odrobinę wymęczona, ale dalej ładna, popycha mnie, więc idę, a przechodząc obok depczę jego pantofle. Mocno. Przewiduję co się stanie, kiedy słyszę gwałtowny szelest kurtki za plecami, ale okazuje się, że przewiduję błędnie. Pięść przeznaczona dla mnie, należąca mi się jak psu buda, pięść, na którą czekałem, ląduje fatalnie na szczęce jakiejś Jadwigi, czy Bożeny. Wobec powyższego ja zaczynam tłuc go zapamiętale w rytm otwierających się i zamykających drzwi od kibla. I tak to było panie władzo.

DSM IV, Typ rezydualny

(You're here for now, it's good enough for me)

Nie mam zamiaru się przyznawać, ile razu bez celu łaziłem tą długą i z której strony by nie patrzeć ładną ulicą. Za dnia i w nocy. Obojętnie i z zapałem. Nie mam też zamiaru liczyć ile godzin tygodniowo spędzam na cmentarzu (sześć). Jedno i drugie mogłoby się spotkać z niezrozumieniem. A przecież na ulicy nie miałem złych zamiarów, w ogóle, jeśli nie miałem akurat papierosów, to nie miałem żadnych zamiarów. Pewnie, spojrzałem raz czy drugi w okno, ale zaraz poczłapałem dalej. Na cmentarzu nie tkwiłem złamany żałobą, tylko myłem lodowatą wodą pomniki, zamiatałem liście, gwizdałem pod nosem. Nie, nie przypominam sobie żebym kogoś jeszcze widział. Odmawiam przyjęcia mandatu, no i cześć, no i chuj. Jakie są teraz procedury..? Nie pamiętam. Niczego nie pamiętam, żaden z nas, nawet czy widziałem już kiedyś tę firankę w motyle (?), za którą coś jakby się poruszyło. Inna ulica, inne okno, bywałem też po jego drugiej stronie, ale nie pamiętam.
Ja to się nie znam, ale… Nie, wróć. Gówno prawda. Na tym się akurat znam doskonale, więc z mojej prywatnej, niezdrowej ciekawości spróbuję. Ciężko mi przychodzi stawanie się kimś obcym, ale tak długo i tak uporczywie gapię się w ścianę, aż wiem wszystko i parskam niewesołym śmiechem płosząc koty. Bo odniosłem wrażenie, że głęboko, głęboko pod tak zwanymi przekonaniami i wartościami, pod kłamstwami, pod aktorstwem siedzi u niej ktoś, kogo ja też dobrze znam, i kto ma z tego wszystkiego szaloną uciechę i reżyserską satysfakcję. Pomyślałem to, powiedziałem na głos, czy napisałem? A. kręci z dezaprobatą głową, a oczy ma dużo bardziej zapuchnięte niż ostatnio. Gdybym spróbował stać się nią, co nie byłoby trudne, biorąc pod uwagę jak jest zmarnowana, pewnie poczułbym, ile jeszcze czasu musi minąć, aż w jakimś pociągu zadławi się na śmierć własnymi wymiocinami. Zamiast tego mrugam do niej wesoło i wyciągając przed siebie nogi otwieram ślicznego stouta. Wszystko jest dobrze, można iść spać.

Budzi mnie ospałym szarpnięciem za ramię, sweter z jakimś fikuśnym wzorkiem upaprany wymiocinami, zimne dłonie, rumiane policzki i gorączkowy wzrok. Już nawet nie jest blada, a żółta, co brzydko uwydatnia bliznę. Chwyta swoją drobną dłonią moją dłoń i zaczynamy iść. Najpierw dudniącą klatką schodową na parter. Później do piwnicy, niżej, niżej i jeszcze niżej, przez magazyn czasopism (C1-C150), tunelem prowadzącym z Jupitera do Prypeci, w dół do geofrontu. I tam na wesoło głaskanym przez wiatr pagórku wspina się na opartą o krzyż drabinę, podobną do tej z Grabianowa. Dziwi mnie, że nagle nie trzyma już mojej ręki, tylko wielki, zardzewiały młotek. Nie do twarzy jej z tym młotkiem, którym z nieopisaną furią zaczyna przybijać do krzyża wyrwaną z zeszytu kartkę w kratkę. Później wszystko się rozmywa, bo wiatr dmie coraz silniej. Zanim mnie porwie zdążę jeszcze przeczytać, co było napisane na kartce.


 Moi  wierni czytelnicy, których nie zliczę (sześcioro) nie powinni się przejmować. Owszem, są okresy remisji, jest naturalny nawrót, punkt końcowy i punkt bezpieczeństwa, jest okno bodźców. Ale to wszystko nic, jedno o co zawsze będę się starał, to żeby było „wszystko bardzo efektowne, ale tego nie da się(…)”. Bo czemu miałoby się dać?

FAQ (PROSIMY NIE PRZEKLINAĆ PO NIEMIECKU)
1. -Wracasz..?
    - nie wracam.
2. - Chodzisz do..?
    -chodzę.
3. -Lubisz..?
    -lubię.
4.  -Jesteś chory na..?
     -jestem.
5.  - Dlaczego mówisz, że..?
     -bo tak.
6. -A Artur..?
    -Artur to mój chłopak. Tylko nie mówcie rodzicom.