wtorek, 28 sierpnia 2012

You're not here.

Przed czytaniem zaleca się zażyć ulubione środki odurzające.


Rdzawe, nabrzmiałe, ociekające krwią ściany. Czerwona woda, którą w siebie wlewam i czerwona woda, która ze mnie wypływa. A za oknem pociągu miga płonący horyzont. Tak niedawno jechałem poznać ułamek ludzi, z którymi przyjdzie mi pogłębiać wiedzę przez następne parę lat. Od tego czasu jak zwykle wszystko zawirowało, nie zdarzyło się nic, a minęło tyle czasu, że świat zdążyłby kilka razy się zapaść. I chyba to zrobił. Każda kropla deszczu uderzająca o parapet (znajdujący się w sumie całe kilometry od łóżka) boli wrzynającą się każdą jedną komórkę świadomością kolejnego ciągnącego się wiekami popołudnia, w którym następne trzy butelki czekające w szafie to najlepsze co może mnie spotkać. Wszystko zdaje się być na miejscu. Wiem, jestem świadom tego, że jeśli wszystko pójdzie z nieubłaganym planem, tak jak wczoraj i przedwczoraj, to znów obudzę się z dekadenckim niesmakiem w ustach i piekącym bólem płynącym od przełyku do żołądka. Widać jednak świadomość nie jest moją najmocniejszą stroną, choć od mojego samego początku sądziłem, że jest wręcz przeciwnie. Z początkami zawsze jest problem, uciekając przed banałem popada się w grafomanię. Chyba tylko zanurzając się po kolana, po pas, po szyję w nocnym Zalewie  nie robię nic pod publikę (niesmak po raz kolejny). W ciągu ostatnich kilku lat ciężko było o sytuację, w której cisza jest bardziej wyrazista, a ja czuję się bardziej sobą, niż ten ulotny stan ogarniający mnie w samym środku ciemnej toni spowitej mgłą, kiedy przypominają się najgłębsze sny, pomieszane z najstarszymi wspomnieniami.
Za biurkiem zaczyna brakować miejsca dla łusek po ciemnych, smoliście alkoholowych nabojach weny, ale dalej karmię kartki pępowiną długopisu. Kiedy nie słyszę muzyki, jestem tak potwornie sam z własną głową, że ciężko jest mi wytrzymać, kiedy piszę słuchając Jej, setki milionów eksplodujących supernowych nie pozwalają pozostać wiernym spójnej fabule. Ale mimo wszystko jakoś to idzie, strona za stroną, gwóźdź za gwoździem, byle dalej na utkany leśnymi kapliczkami wschód. Mimo całej zgorzkniałej (w tym wieku, dobre sobie) mordy, to bardzo boli, kiedy każdą z tych stron, znów, kolejno palę w nadbużańskim ognisku w ostatnich, agonalnych podrygach wietrznego, sierpniowego dnia.
Nie trzymają się mnie książki, pomysły, ani pieniądze. Żadnej z tych rzeczy dłużej nie żałuję. Może to bezczelna młodość sprawia, że mnie na to stać.
I chyba tylko dlatego stać mnie na szwędanie się po onirycznie (moje ulubione słowo, pomijając tendencję do szastania przysłówkami) pustym i rozświetlonym tunelem pod pekapem.
W oczekiwaniu na ślepą zimę pękają mi kolejne naczynia krwionośne i spędzam coraz więcej i więcej czasu gapiąc się na zalaną juchą paszczękę, wypełniając łazienkę papierosowym dymem. Ale zaciągam się tylko pod wpływem. A co, stać mnie (powtórzenie). Będę dalej gapił się w księżyc nad blokowiskiem majacząc o wysmażeniu, wypoceniu czegoś, co stanowiłoby opium chociaż dla jednej osoby, jednego istnienia. To nie jest myśl, która powraca jak niespełniona fantazja, czy natrętnie brzęczy gdzieś w zakątku głowy jak nierozwiązane problemy. To nieregularnie, tępo nawiedzająca myśl natrętna, każąca zastanawiać się nad sensem istnienia takiego pojęcia jak zdrowie psychiczne. Co jest lepsze, zdrowe zmysły, czy spełnienie marzenia?
Nie wiem, czy stojąc na środku trzęsawiska między Zalewem a obwodnicą jestem tu i teraz, czy kilkanaście lat temu, tam, gdzie mój umysł najbardziej chciałby być, czy jest tuż po zmierzchu, kiedy butelki po piwie nie zdążyły utonąć, czy chwilę przed świtem, kiedy chłód najbardziej doskwiera sponiewieranym ciałom. Nie wiem, jak mam zdefiniować oblekające mnie mięso. Imieniem? Przymiotnikiem? Chwilowymi emocjami?
Jakie to zabawne, że za kilka godzin, siedząc za kierownicą będę najbardziej przyziemnym człowiekiem w tym mieście. Ba, nic mnie nie będzie bolało pod tą nieruchomą twarzą. Zupełnie jakbym budził się dopiero w nocy.
Etanol jest dobry na formę, co do treści gorzej, nie?

"Niby tak, jak jestem do tego przyzwyczajony, ale było zupełnie inaczej."

wtorek, 14 sierpnia 2012

Grand Imperial Solitude

Jest taki czas każdego lata, że w domu zaczyna śmierdzieć octem. Bo ogórki (niekiedy w wannie). Być może ów zapach jest katalizatorem nastroju, którego nie uda mi się opisać, być może gwóźdź tkwi w jakimś innym krzyżu. Trzeba jednak pogodzić się z tym, że ten czas nadchodzi i będzie katował zmysły i umysł. Bardziej, niż jakiekolwiek palone jesienią liście, sterylna zima, czy euforyczna wiosna. Koniec lata pachnie najmocniej. Czuć to w pierwszych chłodnych podmuchach osiedlowym zmierzchem. I w każdym bardziej ponurym od poprzedniego riffie. Wyjątkowo przechlapany okres dla ludzi cierpiących na chroniczne wspominanie i wstręt do przyszłości. Wyjątkowo głupio czuję się z tym, jak szybko upalna bezmyślność zmienia się w dystans wobec rzeczywistości. Tego roku wyjątkowo nie pomoże mi powrót do szkoły. Co więc? Pływać, pływać, pływać, a w przerwie spacerować nad coraz ciemniejszym zalewem, z coraz to inną butelką. (W tym miejscu mogę wreszcie, po ośmiu miesiącach, podziękować Arturowi, za uświadomienie mi różnicy między piwem, a "piwem". Za resztę mogę go tylko opierdzielić.)
Niewiele jest tu i teraz dobrego. Dobra jest Paulina, dobre będą studia, dobre były wszystkie przeszłe lata.


Wyszła mi z boru - w złocie warkoczy
z twarzą indyjskiej Bogarodzicy
w błękitnych iskrach - w srebrnej przeźroczy
nadksiężycowej wieszczka świątnicy...
Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy
ach, - i zabrzęczał mi łańcuch mej ciemnicy. 
Jak wulkan krwawy w łonie Arymana,
jak Samum, gdy się wichrami rozuzda
tak we mnie otchłań - gwiazdami przetkana
leciała w państwo słoneczne Ormuzda. 
Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy
ach, i zabrzęczał mi łańcuch mej ciemnicy.
Nie wzbraniał mi jej smok, żelazna wieża,
zdradny labirynt ni królewskie ramię
miłość zwycięży wszystko - wszystko złamie
ale nie miłość druga do pasterza. 
Więc Śmierć przyzwałem - i śmierć odtąd żyje
i wszechświat cały grobowcem przywarła
-czuje mdły powiew-
-w oczeretach gnije-
z tęsknoty - u nóg mych - umarła.
Na pustej trzcinie rozpiąłem jej włos
nad śniącą rzeką schyliły się drzewa
wiatr cicho płacze - ptak mogilny śpiewa
to los mój - los!...
głębiny tajne pruć
milczenia głuche mącić
jako stracona łódź
od brzegu się odtrącić
mieć gwiazdy - gwiazdy rzucić
i tylko piosnkę nucić
to los mój - los!...

Nie jest dobrze czuć zazdrość.

Nie zdążyłem na koncert.Opiłki. Opiłki, drobiny, metalowy kurz. Tego było najwięcej przez ostatni miesiąc w moim życiu. Między trupio sinym piekłem cynkowni, a EVG III spędzałem czas kontemplując iskry, smakując dymu, katując dłonie, charcząc i puszczając wodze wyobraźni. Nie da się być pewnym stabilności swojej psychiki, kiedy do łba przychodzi myśl, że rozświetlony o świcie strop hali produkcyjnej to jedna z piękniejszych rzeczy jakie się widziało w życiu.
Industrializacja osobowości, sadza pod paznokciami, nocny autobus. Siłą rzeczy się skonkretyzowałem. Nie da się być tak rozwlekłym żyjąc od 4:30 do 20:00. Aż dziw bierze, kiedy udało mi się przeczytać "Estetykę życia i piękno umierania". I nic nie zapamiętać. Ponadto czarne ślady, które zostawiłem we wszystkich powrotnych autobusach pozdrawiają wszystkich kanarów, którym zwiałem, albo którzy mają za słaby wzrok by dojrzeć datę na bilecie. Dobrze, że wezwanie do zapłaty zaległego mandatu nie przyszło, bo nie miałbym już na bułki. Industrialne żołądki trawią tylko konserwy. I to jest fajne. Na tyle, że momentami nie mam nawet ochoty zostać wykształciuchem. Można być równie, a prędzej mniej sponiewieranym będąc pracownikiem fizycznem.Tylko zetnę włosy, oddam dziewczynkom chorym na raka, pieprznę tatuaż na karku i jestem gotów na resztę życia.

Albo zwieję do Mierzwic. Jak zwykle na zbyt krótko. Chyba, że w końcu uda się zadzierzgnąć ciasny supeł z wiejską, nocną mgłą. A propo - muzyka dostarczona przez Kamila Mrozkowiaka (chwała mu).

Suicide is self expression.