Przed czytaniem zaleca się zażyć ulubione środki odurzające.
Za biurkiem zaczyna brakować miejsca dla łusek po ciemnych, smoliście alkoholowych nabojach weny, ale dalej karmię kartki pępowiną długopisu. Kiedy nie słyszę muzyki, jestem tak potwornie sam z własną głową, że ciężko jest mi wytrzymać, kiedy piszę słuchając Jej, setki milionów eksplodujących supernowych nie pozwalają pozostać wiernym spójnej fabule. Ale mimo wszystko jakoś to idzie, strona za stroną, gwóźdź za gwoździem, byle dalej na utkany leśnymi kapliczkami wschód. Mimo całej zgorzkniałej (w tym wieku, dobre sobie) mordy, to bardzo boli, kiedy każdą z tych stron, znów, kolejno palę w nadbużańskim ognisku w ostatnich, agonalnych podrygach wietrznego, sierpniowego dnia.
Nie trzymają się mnie książki, pomysły, ani pieniądze. Żadnej z tych rzeczy dłużej nie żałuję. Może to bezczelna młodość sprawia, że mnie na to stać.
I chyba tylko dlatego stać mnie na szwędanie się po onirycznie (moje ulubione słowo, pomijając tendencję do szastania przysłówkami) pustym i rozświetlonym tunelem pod pekapem.
W oczekiwaniu na ślepą zimę pękają mi kolejne naczynia krwionośne i spędzam coraz więcej i więcej czasu gapiąc się na zalaną juchą paszczękę, wypełniając łazienkę papierosowym dymem. Ale zaciągam się tylko pod wpływem. A co, stać mnie (powtórzenie). Będę dalej gapił się w księżyc nad blokowiskiem majacząc o wysmażeniu, wypoceniu czegoś, co stanowiłoby opium chociaż dla jednej osoby, jednego istnienia. To nie jest myśl, która powraca jak niespełniona fantazja, czy natrętnie brzęczy gdzieś w zakątku głowy jak nierozwiązane problemy. To nieregularnie, tępo nawiedzająca myśl natrętna, każąca zastanawiać się nad sensem istnienia takiego pojęcia jak zdrowie psychiczne. Co jest lepsze, zdrowe zmysły, czy spełnienie marzenia?
Nie wiem, czy stojąc na środku trzęsawiska między Zalewem a obwodnicą jestem tu i teraz, czy kilkanaście lat temu, tam, gdzie mój umysł najbardziej chciałby być, czy jest tuż po zmierzchu, kiedy butelki po piwie nie zdążyły utonąć, czy chwilę przed świtem, kiedy chłód najbardziej doskwiera sponiewieranym ciałom. Nie wiem, jak mam zdefiniować oblekające mnie mięso. Imieniem? Przymiotnikiem? Chwilowymi emocjami?
Jakie to zabawne, że za kilka godzin, siedząc za kierownicą będę najbardziej przyziemnym człowiekiem w tym mieście. Ba, nic mnie nie będzie bolało pod tą nieruchomą twarzą. Zupełnie jakbym budził się dopiero w nocy.
Etanol jest dobry na formę, co do treści gorzej, nie?
"Niby tak, jak jestem do tego przyzwyczajony, ale było zupełnie inaczej."