piątek, 14 marca 2014

Sprawling idiot effigy

Wiosenne, marcowe słońce jest ponad siły, prawda? Dławi, przyprawia o lęk przestrzeni, przenika aż po wątrobę. Naiwni jednak ci, którzy sądzą, że tylko na Ciebie, na mnie, na nas działa ten fenomen. Nieprzebrane mrowie rzeczy, zjawisk i miejsc wykluwa się dopiero wiosną. Weźmy pierwszą z rzędu, najbliższą mi regułę, która tnie to miasto na pół – KM 203. Czy w listopadzie można tam doświadczyć takich rzeczy, które teraz legną się jedna na drugiej? Otóż nie. Począwszy od samej stacji, gdzie młoty, koparki, pomarańczowe hełmy sieją nieporządek i zniszczenie. Na pierwszy rzut oka nikogo to nie rusza – pan żuje gumę, pani pali mentola, koleżanka wygładza spódniczkę. Ale wszyscy, łącznie ze mną są przesiąknięci ogromem rozkładu, przerażeni kruchością czegoś tak stałego jak peron, przemłóceni każdym pojedynczym uderzeniem wiertła. To rozedrganie (już nawet nic nie mówcie, to moje ulubione słowo) nas nie opuszcza, chichocząc wbiega truchtem za nami do wagonów. Dziesiątki pokoleń chciały obnażyć tajemnicę, która kryje się w tańcu światłocieni, rozszyfrować stukot torów i poczuć całe ciepło zasypiającego współpasażera. Nie dało się. Aż przyszła taka wiosna i wszystko leży jak na dłoni. Nie ma już żadnych hipotez, są tylko poglądy. Równie puste, co niezachwiane. Dziś to właśnie poglądy ścierają się w wirującym, zakurzonym powietrzu naszego pociągu.

Daleko za mną, gdzieś pod koniec przedziału siedzi Książę Gapowiczów. Zupełnie trzeźwy, z uśmiechem uwodziciela pali papierosa pewien swojej nietykalności i, co najlepsze, ma rację! Bardzo wiele rzeczy, które myśli przyjmuję z aprobatą i parsknięciem, ale przychodzi też chwila, w której srożę brwi i wyzywająco patrzę w jego stronę. Niedbałość to jedyna dziedzina, której nie oddam, której jestem suwerenem, cesarzem i pankratorem (Pankracym). Albo chciałbym być, co wychodzi na jedno.

Naprzeciw mnie, podtrzymywana przez dwóch, bo ja wiem -  wnuków? zięciów? – sadowi się Królowa Wyzwań. Od samego wejścia rozgląda się wyzywająco szukając niedowierzających twarzy. Jak to? W takim wieku? W takim stanie, pociągiem? Na litość, dokąd? Widzimy się nie pierwszy raz, więc się nie dziwię, ale widzimy się nie pierwszy raz, więc Ona wie, jak mnie uszczypnąć żeby bolało i wyciąga Panią Domu. Lektura Pani Domu pochłania ją, wciąga w inną rzeczywistość, gdzie roi się od pieczeni i poruszających historii z życia wziętych. Nikt nigdy tak nie czytał jak Ona. Sapie, jeden z wnukozięciów ociera jej ślinę, ja mimo ucieczki w Niedbałość cierpię.

Z przodu, po prawej, w jakimś oczywiście niebanalnym miejscu tkwi Księżna Pogarda. Powiedzieć, że zadbała o wszystko, to nic nie powiedzieć. Mam wrażenie, że znaczna część jej promieniujących na otoczenie cech uformowała się sama, bez udziału świadomości, kierowana jakimś wewnętrznym komisarzem do spraw Pogardy. W uśmiechu ma tyle serdeczności, że prawie ja bym się nabrał. Wycofany wygląd, notatki z Ważnych Spraw, delikatne przebarwienia cery. I chęć wdeptania wszystkich podłogę, bo cokolwiek. Pewną odległość czasu temu bym ją rozumiał, ale teraz starannie unikam kontaktu wzrokowego.


Nigdy nie może być jednak tak, że każde siedzenie to tron, a każde spojrzenie to wyrok. Dlatego między nami wszystkimi kroczy Pan Konduktor, kolejnymi skinieniami głowy na nowo ustalając porządek rzeczy i regulując wszystkie kwestie formalnoprawne. Rzesze (ze dwadzieścia osób) wyciągają ku niemu dłonie, prosząc – panie sprawdź nas. Tylko nie my. Kurz w powietrzu iskrzy i narastają takie zapasy woli, takie przeginanie pały, aż cały skład podskakuje na kręgosłupie jakiegoś nieszczęśnika. Dużo mocniej niż zazwyczaj w takich razach. Książę Gapowiczów, który już, już miał mówić, że nie pamięta jak nazywają się jego rodzice, podskakując przypala sobie raz za razem twarz niedopałkiem, Królowa Wyzwań zachłystuje się małą mineralną zapobiegliwie podaną jej przez któregoś z dwóch, celem zwilżenia gardła przed mająca nastąpić tyradą szkalującą konduktorów. Księżna Pogarda kaleczy, raz za razem okropnie tnie sobie dłonie arcyważnymi notatkami. Co ze mną, zapytacie? Ja siedziałem w pozie na tyle obrzydliwie niedbałej, że za którymś podrygiem wagonu zwyczajnie wyleciałem przez okno patrząc jak rozrywany zwielokrotnionym poczuciem obowiązku konduktor naprawdę rozpada się na kawałki, a cały zachlapany jego krwią przedział spada w taką otchłań, w której już nikt nigdy go nie znajdzie. Że też są takie miejsca na Mazowszu.

poniedziałek, 10 marca 2014

Zemsta w Krainie Chmur

W czasach tak przepełnionych chaosem jedynymi spoiwami chroniącymi firmament przed widowiskowym pęknięciem i zawaleniem się w lakoniczne, choć wyraziste pizdu, są sukcesy. Te najlepsze mają tylko jednego ojca (nie, nie mnie, spokojnie, nie będziesz dziadkiem), a w omawianym przypadku matkę, i to matkę niewątpliwą, przepełnioną swoim macierzyństwem po brzegi spojrzenia. Za każdym razem wychodząc dziękuję. Bo tak mnie wychowano, ale także dlatego, że zasianie mi w głowie przeświadczenia mówiącego, że mój pobyt tutaj jest jeszcze przez pewien czas uzasadniony (Gnadolf! Ty żyjesz!), to z pewnością spektakularny sukces z gatunku tych trzymających ostatnie czasy w ryzach.
Istnieją plusy wynikające z tej potwornej, nieznośnej i pewnie bolesnej kakofonii wybuchającej pod sklepieniem z byle powodu, a czasem bez powodu. Zaglądasz mi przez ramię i z łagodnym (z takimi jak ja trzeba łagodnie) zdziwieniem szeptem pytasz - jak to pewnie bolesnej? Rozpływam się, kiedy szepczesz, ale gdybyśmy mieli wyjaśniać wszystkie niejasności, spajać niespójności i prostować wszystkie karkołomne zawijasy, których się podejmuję, to równie dobrze moglibyśmy już dziś położyć się w wysokiej, wysokiej trawie, założyć ręce za głowy i gapiąc się na błękit pozwolić, by nasze kości, o radości, porosły mchem. Jeśli sobie życzysz, to proszę, nie krępuj się. Stwierdzę wtedy, po uprzednim wystudiowanym i świadczącym o niezmiernym darze przewidywania westchnięciu, - a więc to już. Prawa autorskie arter rademyśli.
Stwierdzę, ale mimo przemożnych chęci zostanę, ponieważ nie tak dawno temu zyskałem całe mnóstwo Rzeczy, których wcześniej mi brakowało, w tej liczbie również poczucie obowiązku. Dla odmiany ten obowiązek mam zamiar wypełnić, z wykorzystaniem wszystkich podarowanych mi, wrodzonych, ukradzionych, czy syntetycznych przymiotów ducha.
Wiedziałam. Tak myślałem. Tego się spodziewaliśmy. Słyszę, słyszę bez przerwy mnóstwo rzeczy, a pośród nich i takie szepty, bardzo różne od Twojego szeptu. Z tym zastrzeżeniem, że nie. Nie wiedziałaś, nie przeczuwałeś, nie twierdziliście. Owszem, czasem ktoś artykułował jakieś swoje pełzające obawy, ale zawsze z wrzaskliwą nadzieją, że będzie inaczej. Tylko ja, wyłącznie ja, ja jeden wiedziałem od początku, że nie będzie inaczej i nie powiedziałem i za to trzy dni w kozie siedziałem. Taka wiedza i taka upiorna lekkość godzenia się z tego typu wiedzą nie zostały mi dane ze względu na moją wyjątkowość, głównie dlatego, że coś takiego jak wyjątkowość nie istnieje. Nie zdobyłem ich konsekwentnym uporem, nie wygrałem, nie wyprosiłem. To po prostu taki ficzer bycia mną w ramach rekompensaty za wygląd.
Ale, ale! - chrypisz, co z tym twoim wielkim obowiązkiem, zadaniem do wypełnienia? Bezwarunkowo kapituluję wobec Twojego ochrypłego głosu, ale obłęd ma prawo do płynięcia (tak właśnie, płynięcia!) zupełnie niezależnie od Ducha Opowieści. Zrozum proszę to prawo, ponieważ w przeciwnym razie pozbawisz mnie determinacji niezbędnej do położenia się, gapienia, pozwolenia.
Poczucie obowiązku zostało mi dane na środku morza. Powoli wstawał świt, a światło miało tak rozległe pole do popisu, że bez żadnych przeszkód wyganiało wczorajsze zatęchłe demony. Trzeźwiałem i smakując ten proces (niesmaczny) przeczuwałem Twoją obecność tuż za horyzontem. Musiałaś drzemać w którejś pękniętej chmurze, zdradzało Cię drżenie powietrza, a teraz głupio pytasz. Trzeba było nie spać.
Cierpi ten na wpół zdechły, coraz ciszej piszczący na ulicy kot, czy nie cierpi? Czy cierpią kaleczone i zabijane przeze mnie dorsze, które leżą w moim pokoju całymi stosami, jak oślizgła hekatomba? Ta dziewczyna, u której widzę bladość rąk, piegi i lekko wywiniętą dolną wargę, a która u mnie, dookoła mnie i dookoła siebie nie widzi nic - cierpi? Pilch, czytający list ode mnie bez jednego drgnięcia twarzy? (za ten żart powinien mnie ktoś w mordę dać) Ty? Ja? Pan cierpi, pani cierpi, ja nie cierpię.  No właśnie, nie cierpisz, przynajmniej nie teraz i właśnie to zubożenie paradoksalnie sprawia, że cię stać. - na cynizm, na gwałcenie na przemian formy i treści, na chaos, na uśmiech, wyrachowanie i szczerość. Skoro cierpią koty i skoro cierpią dorsze, to czemu miałaby nie zapłonąć pożoga? I zapłonie i spopieli wysoką, wysoką trawę i wypali do cna nasze kości i porastający je mech. Jedyny problem bierze się tradycyjnie z nieubłagalności. Nieubłagana kolej rzeczy sprawia, że żadna, nawet nieubłagana, pożoga nie wybucha sama z siebie. Rozpali ją pieszczotliwymi ruchami ktoś specjalnie po to wykolejony. Zrobi to nie z racji zyskanych przymiotów ducha i nie dla utrwalenia swojego imienia, ale z przekory i z przekonania, a będzie już wtedy kimś tak obrzydliwym, że nawet mocodawca odwróci się od niego. I zapłonie i podpali i spłoną.
Lama sabachthani?