czwartek, 26 czerwca 2014

Historia pewnej miłości - Часть первая

Pierwotnie istniały tylko trzy beocjańskie Muzy - Melete, Mneme i Aoede, to jest Ćwiczenie, Pamięć i Śpiew. Taka myśl przemknęła przez moją głowę w popłochu, obawiając się by nie zabawić w niej dłużej, pewnego ponurego jak sam chiński cesarz Che-Nuk czerwcowego popołudnia. Za oknem deszcz był okropnie znużony swoją czterodniową robotą i pierwotną Ulewę spolegliwie zastąpił Siąpieniem, my zaś oddawaliśmy Muzom cześć. Wprawdzie nie na Helikonie, a w moim mieszkaniu, ale z równym zapałem. Śpiew dobiegał moich uszu w formie poświstującego chrapania, obejmującego trzy pełne oktawy, od kontraltowego D do górnego D w sopranie.
Ćwiczenie polegało na miarowym unoszeniu butelki do ust i wymagało ode mnie sporych pokładów samozaparcia, ponieważ trwało już od dwóch godzin, a butelka zawierała spirytus.
Pamięć zaś była niezmiennie katowana Wspomnieniem. Dzikim, promieniującym falami gorąca zupełnie innego niż spirytusowe Wspomnieniem.
Sądząc po tym, jak chrapliwy świst zniżył się do tenorowego G i szybkim przejściem sięgnął do G nad pięciolinią w wiolinie, a zawartość butelki niezmiennie ciążyła, nie miałem żadnych widoków na szybkie wyrwanie się z przedstawionej sytuacji. Gdybyście więc podeszli do ówczesnego mnie i zapytali (a zapytalibyście na pewno, zawsze to kurwa robicie), jakież to Wspomnienie mnie trapiło - opowiedziałbym mniej więcej tak-


Działo się to w czasach, kiedy mieszkałem w średniej wielkości Mieście, jakieś trzydzieści kilometrów na wschód od Macki Chaosu. Liczne, bądź to mrożące krew w żyłach, bądź budzące odrazę przypadki, na których omawianie braknie tu miejsca sprawiły, że wynajmowałem niewielkie mieszkanie na poddaszu starego, będącego o krok od powieszenia się bloku. Niczego nie łaknąłem wtedy bardziej niż pogrążenia się w Przepastnych Otchłaniach Samotności (ciekawostka - identyczne inicjały posiada dumna Polska Organizacja Sadowników), jednak moja sytuacja materialna (tylko trochę lepiej niż Gołodupiec) nie pozwalała na to. Koniec końców, po długich poszukiwaniach w najgorszych miejscach miasta, znalazłem współlokatorów. Byli to - niedowarzony filozof o aparycji małpy, nazwiskiem A., jego małpa, strasząca ludzi miną filozofa, zwana Kamilem, oraz mój Kruk, który nigdy nie doczekał się imienia.

(słysząc w tym momencie narastający szmer, pragnę rozwiać wątpliwości - TAK, MAM SOBIE KRUKA I MI NIE ZABRONICIE PSIEKRWIE, nieważne jak wielka to klisza. Naprawdę, jesteście czasem niemożliwi, zupełnie jakbyście myśleli, że piszę to dla was, a nie dla siebie).

Już po kilku tygodniach wspólnego mieszkania bieda materialna i umysłowa, zamiłowanie do używek oraz nienormowane godziny snu zbliżyły nas bardzo do siebie i związały szlachetnymi więzami przyjaźni. Dzieliśmy się sprawiedliwie czynszem na czterech, razem odbywaliśmy wieczorne spacery, razem robiliśmy monotematyczne zakupy, a gdyby któryś z nas zdechł, reszta solidarnie podzieliłaby między siebie zyski ze sprzedaży zwłok.
Kiedy więc zaczęła się cała ta draka, wiedziałem, że mogę liczyć na swoich towarzyszy, a potrzebowałem wsparcia tym bardziej, że draka spadła na mnie ni stąd, ni zowąd, jak nie przymierzając cegła. I z podobnym skutkiem. Spacerowaliśmy właśnie po mieście, mijając w wieczornej mgle kolejne grupki obszarpańców, Januszów i Seb, a cel wcale nie był nam potrzebny. To znaczy zadowoliłoby nas dowolne miejsce, w którem piwo kosztuje do sześciu szylingów. Dzięki znakomitej orientacji w terenie i kalendarzu kulturalnym, oraz naturalnej zdolności do wyczuwania taniego alkoholu trafiliśmy akurat na wernisaż Jakiejśtammłodejobiecującejconieważnejakmanaimię, gdzie w ramach poczęstunku, przy odpowiednim poziomie zaradności życiowej można było wypić do sześciu kieliszków wina za frajer.
Nic nie wskazywało, by ten wieczór miał się różnić od dziesiątków podobnych wieczorów. Po sali urządzonej z gustownym brakiem wyobraźni snuły się grupki, które niezależnie od wieku, statusu społecznego i wyglądu można było podzielić na tych, którzy udają, że się znają i tych, którzy bez obłudy przyszli się po prostu pokazać. Z kilkoma wyjątkami. Małpa małpowała najbardziej eleganckie z pań, A. doprowadzał kolejne licealistki do załamania nerwowego, Kruk krążył pod sufitem wyraźnie zdegustowany całą sceną, a ja stałem rażony piorunem, a przynajmniej widokiem.

Choćbym żył tysiąc lat, nie zapomnę nigdy emocji, jakich mi dostarczył ten widok. Była to postać niewieścia najpowabniejsza jaką dotąd widziałem. Znudzona twarz zwrócona ku drzwiom zdradzała niewyspanie i niezmierną złośliwość. Kształty zaś - kształty były boskie. Żadne inne słowo nie zdoła określić doskonałości proporcji, ale nawet ten termin wydał mi się dziwnie blady, gdy tylko skończyłem go wystukiwać na klawiaturze. Magia pięknych kobiecych kształtów, czar dziewczęcego wdzięku - były to moce, którym nigdy nie umiałem się oprzeć, a które skutecznie opierały się mi. Lecz tu oto zobaczyłem przed sobą wdzięk wcielony, ucieleśniony, beau ideal najdzikszych moich i najognistszych marzeń. Nieznajoma była odrobinę poniżej średniego wzrostu i postawy prawie, jeśli nie zupełnie ekstatycznej. Radowała wzrok doskonała krągłość i tournure jej policzków. Głowa rywalizować mogła z głową greckiej Psyche, uwydatniał zaś jej szlachetne kontury wytworny kapelusik z gaze aerienne, przywodzący mi na myśl ventum textilem Apulejusa. Piękna pani trzymała w prawej ręce skręconego papierosa, idealna zaś harmonia jej linii dreszczem przenikała moje ciało. Powiedziałem sobie w duchu, że muszę ją w najbliższym czasie poznać, i rozpatrywałem tysięczne tego sposoby, teraz zaś pragnąłem przyjrzeć się bliżej tym nieziemskim wdziękom. Kiedy już, już stawiałem pierwsze chwiejne kroki w kierunku ściany, pod którą stała Nieznajoma, zdarzyło się coś, co spowiło moje serce ciemnym całunem rozpaczy na następne kilka godzin. Oto znikąd wyrosła zasuszona, sępia postać mężczyzny lat mniej więcej sześćdziesięciu, która gestem ręki odzianej w szyty na miarę, acz zakurzony garnitur przywołała do siebie przyczynę mojego wzburzenia i razem z Nią zniknęła za drzwiami. Po kilku chwilach, rażony nagłą myślą również wypadłem na zewnątrz, jednak tam czekało na mnie jedynie chłodne, nocne powietrze, w którym nikł powoli odgłos odjeżdżającego samochodu.

Ponura rezygnacja, która ogarnęła mnie na kilka następnych dni i nocy nie dawała się porównać z żadnym innym z moich znanych napadów ponurej rezygnacji. Nie wychodziłem z domu. Nie spałem. Nie jadłem. Nie pił... dobra, aż tak to nie. Tak czy inaczej, brakowało mi tylko kilku dni, żeby w ogóle przestać wyglądać, aż pewnego deszczowego popołudnia (mam teorię, że podczas napadów ponurej rezygnacji wynajęci przez Los robole stają na dachu mojego bloku i wylewają na okrągło hektolitry wody imitując deszcz, nie to wcale nie jest głupia teoria) melodyjne chrapanie dobiegające z pokoju obok ucichło i po kilku chwilach w drzwiach stanął A. Jeśli zastanawiacie się, jak wygląda A. po szesnastogodzinnej drzemce, odpowiedź brzmi - strasznie. Ja jednak pozostawałem niewzruszony, ponieważ większość bodźców nie przedzierała się przez zasłonę ponurej rezygnacji. Mój stan również nie wywarł na współlokatorze większego wrażenia, pewnie dlatego, że miał już w tej materii praktyczne doświadczenie, które wykorzystał podchodząc bliżej i dając mi dwa razy w ryj. Moja kolejna teoria zakłada, że A. prawdopodobnie zna jakieś inne sposoby, by do mnie dotrzeć, tylko po prostu bardzo lubi dawać mi po ryju. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość mojemu druhowi - podziałało.
-ty. idź - wybełkotał zza zasłony przyspanych na wszystkie strony włosów
-ghd... gdzie mam niby iść? - odparłem spluwając krwią
-idź, nie wkurwiaj mnie.

Więc poszedłem.
Snułem się po całym mieście, starannie omijając miejsca pachnące jedzeniem i wypytując każdego napotkanego znajomego o piękność, która spiorunowała mnie kilka dni wcześniej. Efekt był taki, że kilka godzin później, z kieszeniami pełnymi ulotek i kradzionych zapalniczek wracałem do domu przepełniony pożądaną wiedzą oraz tak mieszanymi uczuciami, że postanowiłem przynajmniej na chwilę nie czuć nic. Dowiedziałem się, że moja bogdanka ma na imię Zofia i że co najmniej cztery osoby, które ośmieliły się zwrócić do niej per "Zosiu" padły trupem na miejscu bez konkretnego powodu. Przybyła do Sz. kilka dni temu, w towarzystwie wuja, pod opieką którego miała pozostać do ukończenia dwudziestego roku życia. O samym wuju było niewiele wiadomo, oprócz tego, co musiało być o nim wiadomo, by ostatecznie mnie pognębić. Wuj był obrzydliwie bogatym potentatem tytoniowym, a jego paskudne usposobienie tyrana kazało mu wysuszone uprzednio zwłoki adoratorów bratanicy mielić i dodawać do flagowego produktu jego firmy - papierosów Lekkich Młodzieżowych.
Powiedzcie sami - co mogłem zrobić w takiej sytuacji? Zgadza się, koniecznie spróbować uwieść piękną, złowrogą Zofię. Czy to siła nagłego, a niewytłumaczalnego uczucia? Czy chęć zmienienia swojego zadymionego życia? Impuls chwili? Wszystko to brzmi prawdopodobnie. Ale główna przyczyna to fakt, że jestem po prostu strasznie głupi.

Pierwszym krokiem, na jaki w takiej sytuacji mógł wpaść ktoś strasznie głupi, jest oczywiście frontalny atak. Wiedziałem, że będzie mnie to kosztować sporo nerwów, ale postanowiłem odnaleźć moją Laurę na fejsie.
Klik.
"UFF CZO TA SESJA NIE SPAUAM OD 78 GODZIN TAK BARDZO LOSOWYPRZEDMIOT xDD"
To nie Ona.

Klik.
"ludzie przejrzyjcie na oczy ciągle nas okradają są zdrajcami i umrą już nie długo wreszcie porządek będzie"
To też nie Ona.

Klik.
Kroki Ciszy w Moim Jesiennym Pokoju
"każda chwila
jest kamykiem w rzecze
po której stąpasz Ty
i burzysz moje życie swoimi syrami
odejdź więc...
i nie rań mnie więcej"
Ta też nie.

Klik.
"Nic tu nie ma, idź już spać"
Mam Cię.


                                                                                                                                                                   

Na chwilę obecną nie mam pieniędzy, żeby pójść do sklepu po... tusz do klawiatury, jednakowoż

CIĄG
DALSZY
BEDZIE

wtorek, 24 czerwca 2014

Ignorantio elenchi

Wszyscy zaangażowani w teatrzyk popadli w niemałą konsternację, kiedy dołączył do nich Orangutan. Ciężko stwierdzić, czy wiązali z nim jakieś osobiste, pokręcone nadzieje, łaknęli powiewu świeżości, czy po prostu cieszyli się na jego widok, jak to zwykle na widok orangutana. Nie wiadomo też, czy ktoś wręczył mu sznurki, czy sięgnął po nie sam, czy po prostu nagle zawiązały się z powodu przyczyn i okoliczności na jego palcach (paluchach). Fakt faktem – nagle dzierżył napięte i ginące w ciemnościach linki. Kogoś, kto obserwował kulisy by zaspokoić ciekawość – co też zrobi Orangutan – trzeba nazwać kimś naiwnym. Orangutan ma to do siebie, że zawsze pozostaje w zgodzie ze swoją naturą, jaka by nie była. A jest orangutania. Dlatego też pociągał za rzeczone sznurki, pociągał, coś poplątał, coś porwał, coś pogubił i wzruszywszy ramionami poszedł w swoją nieokreśloną stronę, wlokąc za sobą długie łapy, a wraz z nimi kłębki żyłek, nagle już nieginących w ciemnościach.
  __________________________________________________________________________________
To jest moje ciało. Granice tego, co mogę określić sobą. Tego, co udało mi się wydrzeć przestrzeni. Żałuję, że przestrzeń jest niema i nie pyta, po co uparcie formujemy się w jej karykatury. Żałuję też, że muszę odczuwać swoje granice, kiedy brodzę strasznie wymęczony goniąc Go po rumowisku. Za plecami mam Kałac Pultury i inne, bez wyjątku naznaczone miejsca. Przed sobą widzę uparcie oddalające się plecy Tego Typa. Po lewej i po prawej majaczą wielkie, wielkie, zasłaniające cały horyzont gierkowskie bloki. Nogi zaś grzęzną mi po kostki w stosie laptopów, butelek po piwie, smarfonuw, szminek, sukienek, popielniczek i nawet nie mam czasu spojrzeć czego jeszcze.
 Żyję trzy dni na zmianę, zawsze takie same, tak nie do zmącenia, że niby gdzieś chodzę, coś mówię, ale tak naprawdę śpię. Śpię spokojnie, bez koszmarów, bo wiem, że moje dni są nie do zmącenia. Tylko moje noce się od siebie różnią, diametralnie, nie do poznania, że niby się boję, ale tak naprawdę czekam na nie z niecierpliwością, bo wiem, że każda następna będzie mocniej od poprzedniej. Ciekawe jak długo tak się da? Pewnie po prostu w pewnym momencie eksplodują mi zapadnięte oczy. W zasadzie to po co mi one? W dzień i tak śpię, noc i tak jest czarna.
Ciemności. Nie ma większej różnicy, ale dla dobra narracji przyjmijmy, że pytasz mnie w ciemnym, zadymionym pokoju, a nie nad Wisłą. Pytasz – co mi możesz powiedzieć o przerażeniu?
Wbrew stwarzanym przeze mnie pozorom – niejedno. I opowiadam Ci o tym, jak tuż przed świtem staję na brzegu, rozbieram się i powoli, ale konsekwentnie wchodzę do wody. Głębiej, głębiej, głębiej. Po czym rzucam się w nią całym sobą i równie konsekwentnie nurkuję. Głębiej, głębiej, głębiej, aż do dna. Wyobraź sobie, mówię, że tak sunąc z twarzą tuż przy mulistym końcu, w lodowatych ciemnościach nagle słyszysz szept, prosto w zatkane tonią uszy. Właśnie to wiem o przerażeniu.
Wiem też, że przerażenie wcale nie musi być intensywnym uczuciem. Kiedy sunę po tych bez wyjątku naznaczonych ulicach, które jednocześnie są i nie są moje, kiedy mijam setki ludzi, nienawidzę setek ludzi, albo z setkami ludzi rozmawiam – wiesz co widzę? Nie wiedziałem tego przez tyle czasu, tak długo, póki Cię nie zobaczyłem. Oni wszyscy, kiedy się to porówna i spojrzy w perspektywie, są trupami. W większym, lub mniejszym stopniu, ale trupami. Byłem ślepy, bo też byłem martwy, taki z pustymi oczami. Nie eksplodowały. Mam je wydłubane.
Byłem martwy – ale co uprawnia mnie do używania czasu przeszłego? Chyba tylko świadomość, że jednak istniejesz naprawdę, fizycznie. Że odpisujesz, uśmiechasz się, albo krzywisz. Wreszcie, że razem bezskutecznie uciekamy raz, czy drugi przed świtem. Kilka ładnych litrów zastanawiałem się nad tym podobieństwem i wydaje mi się, że wiem. Najzwyczajniej w świecie oboje mamy wgląd w ten drugi świat. Czy nam się podoba, czy akurat rzygamy na myśl o nim. Tym bardziej rzygamy, że przez uchylone, uchylane, lub wyłamywane siłą drzwi sączy się jad. I ten jad też jest nasz wspólny, smakuje jak luty, jeden, czy drugi.
O przerażeniu wiem jeszcze jedną rzecz.

Nawet kiedy deszczowe chmury upośledzają pełnię księżyca, a mgła podnosi się zewsząd i nie próbuje udawać, że nie osacza, jestem spokojny. To nic, że opieram się o drzewo, a za moimi plecami i przed moimi oczami śmigają rdzawe cienie. Ktoś musi pić, ktoś musi kłamać, ktoś musi być rdzawym cieniem. To nic, że cały jestem mokry od wczorajszego, osiadłego na trawach deszczu. Napiszę więcej – to nic, że nie wiem, gdzie jestem. Prawdziwie przerażające są tylko dwie rzeczy. To, że od kilku godzin, z żadnej strony nie da się dosłyszeć żadnego pociągu, oraz to, że modlitwy nie są wysłuchiwane. Pora spać, za pan brat ze świerszczami.