wtorek, 25 października 2011

Injecting chaos into my veins

Bez wstępów i ogródek. Piątek, bo o nim warto napisać. Ot, z pozoru zwykły dzień, szkoła, autobus do domu i tak dalej i tym podobne... Otóż nie. Poczynając od samego powrotu, który odbywał się z Arturem. Chyba pierwszy raz stanowiliśmy ogólne centrum zainteresowania, mimo pałętających się wszędzie sześcio-siedmioletnich krasnali. Wszyscy zachwyceni, jakie to słodkie, a Artur, jak to Artur - "patrz jak się śmiesznie przewracają", plus śmiech psychopaty. Efekt murowany. W sensie, że ich zamurowało. W domu czasu starczyło mi akurat na dwa, trzy łyki wody i trzeba było gnać dalej. Do

Grabianowa. Każdy, kto udawał się do tej urokliwej miejscowości na piechotę, wie, że trzeba przejść się kawałek Sekułą. Tak się złożyło, że jesienne słońce dopisało i zrobiło się baaardzo leniwie i urokliwie. A tak nie powinno być. Nie tuż przed koncertem. Westchnąwszy nad swoim ciężkim losem (mandat od mpk spoczywa nadal w kieszeni) stanąłem przed bramą niejakiego pana Dyla, gdzie czekał już wyposażony jak na piknik Chinek. I chwilę ("kuźwa, godzinę wkładam te soczewki, już do was jadę") później, nasza czwórka uzupełniona Bartoszem, ruszyła w stronę stolycy. Krótki przystanek w najpopularniejszej restauracji wśród afroamerykanów ("DOBRY, SO JAKIEŚ MIENSA? PO ILE TO?"), urokliwe komentarze panie Kierowniczki ("weź się za tą fizykę cymbale, bo będziesz miał próby... ale rumuńskiego baletu" i sałndtrak godny celu naszej wyprawy.
Po półtorej godziny dotarliśmy przed Stodołę, wleźliśmy, przekonaliśmy ochroniarza, że brak dowodu to naprawdę żaden problem w dostaniu się do palarni (gdzie te czasy, kiedy cała stodoła była palarnią?), ukradliśmy po plakacie, wypiliśmy po rozwodnionym piwie za jedyne 9 złotych i dowiedzieliśmy się, że Morowe nie zagra. Bywa. Czas upływał powoli na szwendaniu się tu i tam, kiedy nagle usłyszałem coś znajomego. Bardzo znajomego. Blindead. W dwóch mgnieniach kaprawego oka znaleźliśmy się pod sceną i tam już zostaliśmy. Brawa dla akustyków. Jakość prawie studyjna. Do tego hipnotyzujące wizualizacje i naturalny urok kompozycji grupy z Gdyni. Zgodnie z Bartkiem stwierdziliśmy, że to jest to, a nasze karki nie śmiały oponować.
Odpuściliśmy sobie sympatyczny Djerv z którego najbardziej zapadała w pamięć charyzmatyczna wokalistka z przyjemną barwą głosu, która machała tyłkiem tuż przed oczami publiczności, a tej nic a nic to nie przeszkadzało. Występ zwieńczył brawurowy skok wyżej wspomnianej w tłum słuchaczy. Klap, klap, klap, dawajcie
atrakcję wieczoru. Wbrew naszym oczekiwaniom nikt spod sceny nawet się nie ruszył w przerwie technicznej, ale i tak wylądowaliśmy w trzecim, czwartym rzędzie. Strojenie nie dłuższe niż trzeba, rozstawianie dekoracji i reszty ustrojstwa, promo teledysku do Lucyfera (nadal uważam, że wszystkie ich teledyski są podobne i przegadane), skandowanie, śpiew kolęd, "gdzie jest krzyż?", sto lat i ruszają.
Całość widowiska, wszystko razem urywało głowę. Setlista porządna, konferansjerka między kawałkami nie aż tak przesadzona, efekty na wysokim poziomie, tak samo ochrona (biedaczki stały tuż przy fajerwerkach i było im chyba gorąco... w dodatku te studwudziesto kilogramowe kafary, które co i rusz znajdowały się w ich opiekuńczych ramionach). Razem z Bartkiem doczekaliśmy się 23 w bisach, później już tylko Lucyfer po raz drugi i można było wracać do domu. A raczej można by było, gdyby nie chinek, który wsiąknął gdzieś w tłumie i znalazł się po dwudziestu minutach, dzierżąc dwa zagubione plakaty, trzy kasety jeszcze blackowego Behemotha z 92' i... brokuły. Ja czasem nie rozumiem. Ale nie pytam. Bo tak w sumie, to dlaczego nie zjeść by brokuł (brokułów?) po koncercie? Wszakże to "celebracja wolności".
Wszystko oceniam na... plus. Bo sklala jest zerojedynkowa. Trochę gorzej było ze spaniem.
Metaliczny posmak krwi w ustach (bo język przygryziony), kark jawiący się jako najbardziej unerwione miejsce w ciele i Stefan... Cholerny kot, który musi, koniecznie, bezwzględnie musi wskakiwać mi na twarz przy takich okazjach. Używam całego swojego sprytu, doświadczeń z jedenastu lat mieszkania z Tygrysem, jestem zdeterminowany, ale cóż to znaczy przy kociej perfidii i siły młodości? Wszystkie starcia kończą się ostatecznym argumentem ZaKarkIWonDoŁazienki.
-dlaczego zawsze do łazienki? Co wspólnego ma łazienka z pokutą?
-nie rozmawiam z tobą. Jesteś kotem, już raz się publicznie ośmieszyłem, cytując nasz dyskurs.
-ale kto ci kazał? zwyczajnie brak ci pomysłów na prowadzenie tego twojego... bloga.
-nieprawda! wcale, że nie! won do łazienki! w łazience nie masz jak rozrabiać.
Uśmiech tego kociegosyna w tym momencie był całkiem przerażający... Nie trzeba było pić piwa..?

Zazwyczaj po takich wojażach człowiek chce się przespać w domu, odpocząć, uspokoić nerwy. I ja też chciałem. Naprawdę chciałem. Ale traf też chciał. Chciał, że mam pato... odbiegającą od normy rodzinę. Z tego to powodu zostałem w sobotę wieczorem wygoniony na osiemnastkę Dreya (ale mamo, mi się nie chce!). Wyszło w końcu, że było warto. Bo i towarzystwo zebrało się całkiem doborowe. Szymony (czyli sam Szymon, Sensej, Strzelba), muzykalna piątka z trzema zapowiedzianymi koncertami (naprawdę muszę Was znów wymieniać?), papież we własnej osobie wraz z osobami towarzyszącymi, solenizant z siostrą i koleżankami, Aleks i chyba tyle. Tony fajek w prezencie, kubek pełen wódki, którego nikt nie był w stanie zmęczyć ("talar, odpuść, wątrobę stracisz"), suchary, odprowadzanie Bartka, dłuuuuuuugi spacer z Szymonem, refleksje, sklep nocny, schody archiwum, śmichy chichy i tak dalej. Przyjemnie, ale niedzielę przespałem.
Po weekendzie tak przepełnionym wrażeniami, tym trudniej wrócić do prusa i całego tego bagna. Ale widocznie trzeba. Ech... W tym tygodniu nie lubię MPK, lubię za to oczekiwane odświeżenie plejlisty ("Julka, gdzie pendrak?").
Tymczasem bywajcie, krzewiciele codzienności. Riff na dziś.

środa, 19 października 2011

Left foot trapped in a sensual seduction

Tydzień minął od ostatnich wypocin. Niby dużo do opisania, a czasu mało. Więc nie zdziwicie się, jak znów notka rozlezie się na dwa dni... Jestem mistrzem systematyczności.

Co da się zrobić przez tydzień? Mnóstwo. Ale po co, kiedy można dzień w dzień widywać się z Pauliną? Łatwo to zbagatelizować, kiedy jest obok, ale ten uśmiech, kiedy dźwięk dzwonka ledwo zdąży przebrzmieć... Do dziś nie wiem, co ten uśmiech znaczy. Wiem, że go uwielbiam. I jestem całkiem zadowolony z faktu iż od Jej powrotu, miałem okazję widzieć go w piątek, sobotę, niedzielę, poniedziałek i wtorek. A dziś jest środa. Nie dziękujcie, już niedługo dzięki mojemu blogowi kalendarze pójdą w odstawkę.

Zabawna rzecz - szkoła. W ciągu dwóch lat nie naumiałem się francuskiego ani trochę. I Talar też nie. Mogę to stwierdzić z całą odpowiedzialnością. A z trzech dowolnych tematów wyrwaliśmy po tej trójce. O tym, jak pisałem klasówkę z historii nie powiem, bo zainteresowane osoby mogłyby mieć kłopotki. Ale chciałbym gorąco podziękować Paulinie i Julce... co? Wygadałem się?

Takie osiągi w szkole są tym dziwniejsze, że ostatnio kiepsko sypiam. To znaczy sypiam całkiem nieźle, ale często coś mi przeszkadza. Zazwyczaj wygląda to tak-
leżę wygodnie i zajmuję 120 % łóżka. Włosy zajmują jeszcze jakieś 10. Jest całkiem przyjemnie i już, już mam pogrążać się w słodkich odmętach snu, kiedy nad uchem brzęczy mi uprzejme chrząkanie. Tak chrząka ksiądz, który właśnie dostał od ciebie po twarzy balonem (pozdrawiam x. Sidoruka). Ale tym razem to nie on. To coś gorszego.
-Stefek? Co jest? O co znowu chodzi?
-Witaj, abnegacie. Widzisz, tak się zastanawiałem... i dochodzę do ciekawego wniosku, iż mam ochotę na spacer!
Tak, tak. Muszę po nocy dyskutować z własnym kotem. Nie wiem co jest gorsze. Absurdalność tej sytuacji, czy fakt iż daję się w coś takiego wciągnąć.
-Spacer? Jest za późno. Nikt z Tobą nie wyjdzie.
-Dlaczego miałoby mnie to obchodzić?
-Widzisz, mój nader głupi kocie. Życie jest pełne zależności. Ode mnie zależy, czy nie wylecisz za moment przez okno, od mojej rodzicielki, czy będziesz miał co jeść, od ojca, czy piekarnik jest na Ciebie za mały, czy w sam raz. Jeśli nie bierzesz tego wszystkiego pod uwagę, nie możesz żyć we współczesnym społeczeństwie. Więc wybieraj. Albo samotność, albo niewygoda wynikająca z niemożności pofolgowania egoistycznym chęciom.
Po chwili takich wywodów budzę się i mam już spory problem z zaśnięciem. Bo przecież muszę to zapamiętać i wykorzystać w kolejnej notce, nieprawdaż?

Ale jest sposób na senność. Pływanie. Znów basen. Znów mogę poczuć się dobrze, kiedy krew dudni w uszach, słychać tylko nieokreślony szum, a przed oczami przesuwają się kafelki, którymi wyłożone jest dno. I tak do przesady, aż zacznie robić się ciemno. Jeśli jest ciemno, to trzeba się wynurzyć. W tym roku mam zamiar dobić do dwóch pełnych długości. Albo zachłysnę się po drodze i będzie wieeeelki, wesoły pogrzeb. Co wy na to, maturalna regato?

Hm. Tłuszcza wymaga czegoś poruszającego. No to temat miesiąca! Przytyłem! Z wakacyjnych 79 kilogramów (chudzinko, dla ciebie nie matura, a badMINGton), do pysznych 87. Które po dwóch dniach spadły do 84. Nie bardzo rozumiem, ale chyba mnóstwo zależy od obiadów autorstwa Mamy Pauliny. Mniamuśnych obiadów, należy dodać. Dużych. No i dojadam po Pyzie. Tak, to wszystko tłumaczy.

Co dalej? Naumiałem się tańczyć walca. Całkiem przyjemnie i podobno nieźle mi szło! So fcukin' proud! Walec ma być na studniówce (skojarzenie ze studnią jest u mnie nieuniknione...). Ale nie wiem czy ktokolwiek dożyje do studniówki. Frustracja wynikająca z powtarzania klasy sięgnęła u Artura zenitu i postanowił wszystkich zabić. Dlatego nie planujcie za bardzo swojej przyszłości. Zresztą nawet jeśli nie wyjdzie (bo Artur na przykład zaśpi), to się nie cieszcie zbyt wcześnie. Jak kobiałki z mojej klasy dojdą do władzy, to wszystkich wykastrują albo pozabijają, bo są katoliczkami z silnie rozwiniętym zmysłem moralnym.
Ale nic to. Jeszcze tylko czwartek i jedziemy. 

Notka o niczym. Więc może jakiś wyjątkowo emocjonalny kawałek na koniec..? Dobrze. To naprawdę nie jest łatwe. Ofiaruję wam cząstkę siebie. Doceńcie. Nie oceniajcie. Nie próbujcie zrozumieć. No nie gadajcie! Uwierzyliście? Ale, ale. Nie można pozostawiać niedosytu. Może coś z odległej przeszłości? Piosenka niejakiego chinka, znanego w prograch jako dcm (chyba). Gdyby was to interesowało, to już wiecie czemu.

See You, Space Cowboy! (zawsze chciałem to napisać)

środa, 12 października 2011

Dlaczego pukasz do okien?

Czwarta nad ranem. Nie ma rzewnego "może sen przyjdzie". Jest paroksyzm bólu. Organizm zastanawia się, co jest do cholery, a świadomość wchodząc do akcji odpowiada. I wtedy zaczyna boleć znowu, ale inaczej. Tępo i długotrwale. Nie przestanie jeszcze jakiś czas.
Szybko, zastanawiająco szybko jestem gotowy i ruszam. Tak mamo, mam autobus, nie mamo, nie zmoknę. Jest jeszcze noc. Wilgotno, wieje, ale temperatura znośna. Za ciepło, żeby otrzeźwieć, za zimno, żeby odpłynąć. Idę w tych cholernie ciężkich butach i znów czuję jesień. Jakoś tak oryginalnie. Jako ciężar w stopach. Wszystko gra, staram się nie myśleć o tym, dokąd i po co idę. Leci trzecia piosenka z kolei. Pamiętam tylko początek pierwszej. Gwiżdżę i nie słyszę swojego gwizdania, które tonie w szumie samochodów.
5:40 jestem na miejscu. Jest mi nieswojo. Nie wiem, co zrobić z rękami, więc giną w przepastnych kieszeniach zbyt wcześnie wyciągniętej zimowej kurtki.
Mrugam, i nagle jestem już przed kinem. Jesteśmy. Oboje. I są jeszcze jacyś ludzie. Mrugam drugi raz i wzrok chaotycznie zaczyna szukać za szybą autokaru tej sylwetki, o którą od zawsze mi chodzi.
Zaczyna świtać. Mży. Stoję pod latarnią, jeszcze pół mrugnięcia i na całym dużym, za dużym parkingu jestem sam. Zaczyna boleć bardziej. Brakuje mi papierosa.
Odbijam się od słupa, zataczam i człapię ulicami miasta. Coraz jaśniej. Gdzieś po drodze jest sms od Moniki.Nie mam gdzie iść, więc gwiżdżę. Ląduję u babci.
Kawy? Nie, dziękuję. Herbaty? Kanapki, czekolady, czekokolwiek? Nie. Ty małpiszonie, zawsze jesteś na nie. Robi się absurdalnie. To poproszę kawy. Kawę. Nie pomaga. Słodko w ustach.
Jestem w szkole i jest jak zwykle. Żadnych zmian, wyróżników. Może tylko bardziej dziko strzelam oczami, bo do mrugania czuję odrazę. Szukam jakiejś ulgi w kieszeni, bo znów mi nieswojo, chociaż nie piłem. Trafiam na jedną, samotną gumę do żucia. Będzie Ci raźniej, jak ją znajdziesz. Kiedy wkładam ją do ust, jestem już w paru kawałkach. Papierek pieczołowici złożony, jak sutanna po wszystkim. I tak go zgubię.
Jest jeszcze sporo mrugnięć przed cudzym monitorem (gapię się w niego, bo jestem osaczony), angielski i cichy cmentarz. Tam jest najspokojniej. Nie muszę mrugać, mogę bez obaw zamknąć oczy.
A później boli jeszcze trochę i jeszcze. Trawy niemiłosiernie pylą tej jesieni.
Docieram do domu, łeb, żołądek i tęsknota dalej są najistotniejszymi elementami mojego jestestwa. Chce mi się śmiać przed lustrem. Podobno gorączka. Kładę się. Boli. Wstaję. Nie mam najmniejszego pojęcia, jak to jest być na morfinie, ale w tej chwili rozumiem wszystkich morfinistów świata na czele z córką smutnego szatana, Przybyszewską. Piszę dziwną notkę, ale wrodzony rozsądek każe poczekać z jej publikacją. Dzień rozmywa się w pamięci, osiemnasta godzina na nogach. Po ostatnim, nieskładnym smsie brak kontaktu. Te przeklęte parę pikseli nie chce się pojawić. A jak już się pojawia, jest tylko gorzej. Teraz położę się i natychmiast usnę. Jutro gorączka minie i wszystko się uspokoi. Tak wymyśliłem, tak napisałem i tak być musi.
Amen.
                                                                                                                                                                      

Morał z tego prosty. Nie pisać w gorączce. Chociaż czas teraźniejszy dodaje uroku. Może trochę przesadziłem, a może nie. W każdym razie, takie ekscesy będę raczej ograniczał.

niedziela, 9 października 2011

Certain Victory Lotus Sutra

Niedziela. To zastanawiające, jak na początku większości notek informuję was uprzejmie jaki dziś dzień tygodnia. Skoro już to ustaliliśmy, wypadałoby się zastanowić, jaka jest niedziela? Ta niedziela i większość niedziel. Taki leniwy, wolny dzień boży powinien mieć cuś do siebie. Cuś charakterystycznego.

I ma. Jako, że Paulina w rozjazdach, snuję się z kąta w kąt. A kąty do dyspozycji mam niestety tylko cztery, więc łatwo o monotonię. Przed tą ostatnią zaś należy zwiewać, gdzie pieprz rośnie, albo nad zalew, bo jak dopadnie, to nie ma pomiłuj. Zeżre w całości. No i zwiałem. Z tej ucieczki zaś wynikły

niedzielne refleksje. W zasadzie, w kwasie i w sumie lubię ten dzień. Bardziej niż rozlazłą sobotę. Lubię iść i słuchać tych wszystkich kościelnych obcasów na chodniku. Patrzeć na poważne panie w spódnicach i marynarkach pachnące na parę metrów perfumami odpowiednimi do wieku. I na poważnych panów w garniturach, z wąsami pożółkłymi od papierosów, które palą na parkingu w oczekiwaniu na koniec ogłoszeń parafialnych. Lubię zapachy wszystkich polskich i mniej polskich obiadów, które mieszają się między szarymi, niskimi blokami. Bawią mnie "najmłodsi w rodzinie" w różnym wieku, którzy lecą do sklepu po śmietanę, bo zabrakło. A najbardziej lubię patrzeć na wujków odludków, którzy przy pierwszej lepszej okazji spieprzają z rodzinnego obiadu nad zalew "z psem" i łażą tam godzinami gapiąc się w pochmurne niebo.
Po tym wszystkim lubię wrócić do pustego mieszkania i pogadać chwilę z kotem. Nie lubię za to tłumu. Trzy osoby na tych iluśtam marnych metrach kwadratowych to za dużo.
Nie lubię też wspominać czasów, kiedy i ja jeździłem na rodzinne obiady. A obiady, cholera, lubiłem.

W czwartek będzie rok.

sobota, 8 października 2011

Solitude Ways

Wróciłem. Trochę mi to zajęło, ale wróciłem. Skąd? Ano z takiego Osobistego Miejsca. Z Bieszczad. Tradycji musiało stać się zadość i pojechałem, cholera wie który raz w życiu. Razem z Talarem, Sołtysem i jakimiśtamtypaminiewiemjakieklasyjadą.

W poniedziałek z samego rana pognaliśmy niedoścignionym autokarem zatrzymując się tylko ileśtam niezbędnych razy na szluga i na żarcie w maku. Przy okazji dokonałem niezbędnego rekonesansu i już wiedziałem cotozatakietamtypy z nami jadą. Sama podróż jakoś specjalnie nie jest warta uwagi, chociaż w Sandomierzu wszyscy podjarali się nagrywanym w pobliżu rynku Ojcem Łukaszem, czy jakoś tak, a ja korzystając z okazji skoczyłem do sklepu. Po artykuły spożywcze. Wicie. Rozumicie. W czasie drogi większość autokaru miała okazję poczuć na własnej skórze, czym jest Talar i jak na mnie działa. Wicie... "posuń się, bo ci urwę łeb i wyrzucę przez okno. I jak będziesz jechał?", "poszło zerosiedem, butelka leci na parkiet!". Dojechaliśmy, zjedliśmy, zakwaterowaliśmy się (plecaki pod ścianę, kosmetyczka w kąt, głośniki na parapet, gotowe) i zaczęliśmy poznawać współlokatorów, niejakiego Huberta i Michała. Jeszcze ich za dobrze nie poznaliśmy, a tu zmorzył nas koło pierwszej sen. A warto było się wyspać, bowiem we...

...wtorek ruszyliśmy ostro w góry. Wyzwanie życia. Połonina Wetlińska. Spodziewałem się tego, co rok temu, czyli tempa dostosowanego do najwolniejszych. I się na szczęście przeliczyłem. Skakaliśmy z punktu w punkt jak trzeba, przewodnik był w porządku, mówił rzeczy znane, ale z sensem, zbiegał tak, jak zawsze chciałem zbiegać hamowany przez resztę. Ogon w najtrudniejszych odcinkach dociągał do nas po półgodzinnym opóźnieniu. Kadra chyba miała nadzieję, że zmęczenie weźmie górę i nikt nie będzie miał siły... eee... jeść czipsów wieczorem. No i też się przeliczyli, biedni nauczyciele. "Lewis, dawaj, ja jeszcze znalazłem *gul,gul,gul*... TO JEST WODA!", "- wezwę policję! -JOTPE!", "-piłeś! -nieprawda! - piłeś! - no dobra, jestem pijany"

Środa pod znakiem Drwala. Jestem Drwalem. Zawsze chciałem być Drwalem. Doczekałem się. Wykarczowaliśmy hektary lasu, rozpaliliśmy ognisko, niezdatni do bycia Drwalami obrali cebulę, wstawiliśmy zupę, poszliśmy się postrzelać w lesie ("i tak mnie nie trafisz, bo stoję pod górę!"), pojedynek na dziesięć kroków zaowocował postrzałem w brzuch, zjedliśmy, przekąpaliśmy się w rzece i dawaaj na kolację. Bilard, pingpong ("mogłaś powiedzieć, że umiesz grać!"), worek treningowy, ćwiczenie parteru i klepanie się po żebrach. Oraz nielegalna wyprawa do sklepu. Innymi słowy - całe życie na przypale!

Czwartek na cegielni, kuchnia, paintball ("-pierwsza strzeliłam! -co z tego? i tak nie żyjesz!"), nielegalna wyprawa na cepeen, obijanie się, wertepy ("ale ogar z tego kierowcy... po co dwie skrzynie biegów?") i takie tam różne. Znów przegrałem w pingponga, znów wygrałem w bilarda (stół fizyka ściągał wszystko na lewo), dałem w żebra, dostałem po żebrach, pograłem w karty, spędziłem ze trzy godziny na opowiadaniu i słuchaniu kawałów, padłem i wstałem w

piątek. Szybki pakunek, łazienka, śniadanie, pach i jedziemy. Huta szkład w Krośnie (ta familijna atmosfera i choreografia jak w musicalu, a nie w zakładzie, mnie rozwaliła), jakiś film o ruskich szpiegach głośno przez nas komentowany, makdonald, powrót, ot i cały wyjazd.

Czerwiec 2010 był lepszy, ale nie narzekam. Czy warto było pojechać, okaże się za czas jakiś, bo teraz jest raczej kiepsko. Dlatego też będę kończył notkę czysto pamiętnikarską. Ktoś chce czegoś posłuchać?

Dziś coś pozytywnego, na miarę mojego nastroju. Gnijcie.

niedziela, 2 października 2011

Wyjątków część dalsza, druga i ostatnia

Byłem przerażony i piłem więcej niż zwykle. Pracowałem nad swoją pierwszą powieścią. Siedząc nad maszyną do pisania, wypijałem co wieczór pół litra whisky i dwanaście piw. Do bladego świtu paliłem tanie cygara, waliłem w maszynę, piłem i słuchałem muzyki klasycznej z radia. Postawiłem sobie za cel dziesięć stron dziennie, ale dopiero następnego dnia mogłem sprawdzić, ile napisałem. Wstawałem rano, wymiotowałem i kierowałem się do frontowego pokoju, by zobaczyć, ile kartek leży na kanapie. Zawsze przekraczałem swój limit.
Charles Bukowski

I usłyszałem głos z nieba mówiący do mnie: Napisz.
Apokalipsa

Ten dygot trzyma mnie w ryzach.
Theodore Roethke

I widziałem innego, mocnego anioła, zstępującego z nieba, odzianego w obłok.
Apokalipsa

Pijaństwo bramą każdej nieprawości. Zwady, urągań, kradzieży, sprośności. i innych wielu: grzech bowiem pijaństwa, to duch szataństwa.
Pieśń przeciw pijaństwu (w kancjonale Heczki, nr 443)

Czemuż nie zaśpiewasz nam tej pijanej aryjki?
(w słowniku Samuela B. Lindego)

Jako biolog, jako myśliciel społeczny zajmujący się władzą i przebudową świata, kształtowaniem porządku uniwersalnego – we wszystkich tych wcieleniach zdawał się mieć wielką potrzebę kopulacji.
Saul Bellow

Dziwna sprawa z tą wódką, jest to piekielnie ostry napitek, tajemniczy wywar z ziółek, który ma jakiś osobliwy związek z gwiazdami.
Herman Broch

Ramię w ramię szliśmy bulwarem SaintGermaine, a przed witryną ligi antyalkoholowej, wystawiającej, jak zwykle, zeschłe mózgi, rzekłem:
– Tu, oczywiście, najlepiej przejść na drugą stronę.
Philhppe Soupault

Prawdziwym mężczyzną jest ten, kto pragnie powtórzenia.
S0ren Kierkegaard

Jako szesnastolatek i wciąż jeszcze uczeń zacząłem bardziej regularnie odwiedzać przyjemnie nieformalny dom uciech, wypróbowawszy wszystkie siedem dziewcząt, skoncentrowałem uczucia na pulchniutkiej Polymni, z którą wypijałem zawsze mnóstwo pienistego piwa, siedząc przy mokrym stoliku w sadzie – wręcz uwielbiam sady.
Vladimir Nabokov

Moja dusza jest wśród lwów.
Psalm 57

Rury i kadzie porteru cudowne. Ale szczury wpadają do nich. Wzdymają się z opicia do wielkości owczarków i pływają. Spite porterem i piją, dopóki się nie wyrzygają jak chrześcijanie.
James Joyce

Kiedy siedziałem w helikopterze przelatując nad Manhattanem, oglądając Nowy Jork, jak gdybym płynął w łodzi o szklanym dnie nad tropikalną rafą, Humboldt prawdopodobnie gmerał pośród swoich butelek, szukając odrobiny soku, żeby go zmieszać z porannym dżinem.
Saul Bellow

Życie jest możliwe tylko wskutek nieciągłości.
Emil Michel Cioran

Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy i ciemną słodycz kobiecego ciała. Jak też wódkę mrożoną.
Czesław Miłosz

Gdyby nie myśl o samobójstwie, dawno bym się zabił.
Emil Michel Cioran

Mówili o mnie ci, którzy siedzieli w bramie, a byłem piosnką u tych, którzy pili mocny napój.
Psalm 69

Przez morze była droga Twoja, a ścieżki Twoje przez wody wielkie, wszakże śladów Twoich nie było.
Psalm 77

A teraz zastanówcie się razem ze mną: co mam wypić? 
Wieniedikt Jerofiejew

World Coming Down

Dziś niedziela, prawda? Dobry dzień na notkę. Jak każdy inny w sumie. Na początek, żeby mieć już to z głowy (sałatkę też zawsze zjadam na początku. Z tego samego powodu), spróbuję przypomnieć sobie, co działo się od środy. Spróbowałem i jak zwykle niewiele. To chyba niedobsze?
Miał być wyjazd do Warszawy, ale nie wyszedł. Obiłem sobie za to pięść (logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy). I wraz z Bartusiem udałem się do Talara. Było jak zwykle przyjemnie. Posiedzielimy, pośmiali się, pogadali, posłuchałem Albinobeach'a, papuga Talara machała łbem w rytm beatboxu i poszła połowa truskawkowej nalewki. Sok w sumie. W domu było jednak dosyć duszno i dlatego od czasu do czasu wychodziliśmy się przetwierzyć. A raz nawet śmignęliśmy skuterem do TOPAZU ("ja to bym zjadł batona..."). To był piątek, right?
Sobota, imieniny kota. Z samego rana wos ("czy Varg Vikernes, wokalista Burzuma, jest zresocjalizowany?"), sprzątanie, zalew z Bodziuchem i do Pauliny. 21:30 powrót do domu. Godzina łażenia z kąta w kąt, zgon, sen. Czy o takim dniu warto w ogóle wspominać?
Warto, jeśli dostaje się w trakcie teledysk na dzień chłopaka. Teledysk jest mój i oglądanie go było najprzyjemniejszą częścią dnia. Nic wam o nim nie powiem, bo jest mój i o!

W trakcie tych paru dni zdążyłem jeszcze stracić słuchawki ("Stefek, co ty tam gryziesz..? STEFAAAAAAAN! UKRĘCĘ CI ŁEB!"), kupić nowe ("brakuje mi piątaka, jak myślisz sprzedam za tyle podręcznik od biologii?") i takie tam różne.
Chyba nie powinienem zabierać się za pisanie w takim nastroju. Dla osłody i rozładowania napięcia, Pewne Dzieło (to naprawdę nie jest łatwe) -

A, Ireno! Sama? A po co tu ta kołdra? Gładko na szaro nas zrobi loża:
Żoliborz, San oraz Sanok dał gardło katu! To co? Pa? A, masoneria!...

Proszę sobie wykoncypować o co tu chodzi i odpowiedzi zachować dla siebie. Wytłuszczona litera jest osią zdania.

Literatura już była, to tera trochu muzyki, co by się człek kurturarnie poczuł, nie? Ostatnio w uszach sam miszmasz, zero logiki, ale może to przez niespójny humor. Albo jego brak. W każdym razie dziś podrzucę waaaaam... (losowe odtwarzanie) coś złego. Minęły dwa lata odkąd pierwszy raz to usłyszałem. Całe "Murder Ballads" nadal potrafi mnie na jakiś czas rozłożyć. Zastanawiające są dwie rzeczy. Jakiś czas temu Pyza wspomniała Cave'a, a tu (jak mawia Talar) fik! i jest. A po drugie... dlaczego miarą muzyki jest dla mnie to, jak bardzo destrukcyjnie na mnie działa? Nigdy nie czuję, że to, czego słucham "daje mi pozytywną energię, ładuje akumulatory" albo coś w tym tonie. Nie. Mnie muzyka gnębi, rozwala, miażdży, torturuje. A ja, masochista to lubię. Ech, ta dzisiejsza młodzież.

No co? Ja nigdy nie mówiłem, że będę fajnie i spójnie pisał. Jestem jak Werter (hej, Monika! :) a jutro wyjeżdżam (głowna liczba wycieczki - 2,7. Zgadujcie) i sam nie wiem, czy chcę wracać. Może zeżrą mnie niedźwiedzie, albo skręcę kark i będziecie mieli spokój z tym blogiem.
Trzymajcie kciuki!