środa, 27 marca 2013

Pain (is irrelevant)

You are (not) alone
Po szesnastu tygodniach zostałem wypisany. Wypisany, nie wypisałem się, a zostałem. Strasznie jestem spragniony sukcesów, więc to policzę sobie za jeden. Sukces jak słoneczną, majową niedzielę trzeba święcić i ja poświęciłem. A po świętach co dalej, pytają wszyscy od nocnego po trzepak. Po świętach trzeba się dokądś udać, odpowiadam z niezmąconym spokojem, chociaż coś we mnie wyje z niepokoju. W czym rzecz, co się stało tego wtorkowego popołudnia, że wszystko dotąd spoczywające w malowniczym nieładzie przestało grać? Gdzieś ktoś nawalił, ktoś popełnił błąd i czwarty reaktor stanął w ogniu, przepalając podłogę, strop, pastelowe chmury i suche łąki. Popioły opadły wirując jak helisa i moim oczom (a stałem na palcach, więc widziałem sporo) ukazała się odpowiedź - OTÓŻ NIE MA GDZIE PÓJŚĆ. Nie ma już kogo odwiedzić, za co kupić, dokąd spierdalać. Są zardzewiałe kraty, cztery, gwoli ścisłości, i jest srogo, bo zaczyna się klaustrofobia. Nie da się zasnąć w przepoconej pościeli, nie ma jak się przekręcić na drugi bok, ani jak sięgnąć po telefon. Z przodu mają racjonalne argumenty, z lewej bagatelizują, z prawej się solidaryzują, z tyłu szepczą. Jedyna droga jako takiej, odbiedowej ucieczki prowadzi w dół, wraz z błogosławieństwem grawitacji. Świeci księżyc, cały czerwony, chory i zmęczony, psi wyją, gwiazdy bledną, a ja się duszę. Spadam i się duszę, litości, przecież to nie ma sensu! Przy spadaniu pęd powietrza wtłacza aż nadmiar tlenu do systemu. Chciałbym komuś o tem paradoksie opowiedzieć, słyszę przecież, że przy biurku koło łóżka ktoś stuka w klawisze i łka. Może gdybym opowiedział mu o takim śmiesznym braku logiki, to on, ten ktoś, by się uśmiechnął i nie waliłby tak w te klawisze, bo mi klawiaturę zepsuje. Może gdybym, ale się nie da, bo nie mogę się obudzić.
You can (not) advance
Nie mogę złapać oddechu, nie mogę się ruszyć. Mamo, ja tu ginę.
Chciałbyś. Jest piąta rano, "krzyczę, choć nie mogę krzyczeć, wypić już nie mogę też". Też byś chciał. Po pierwsze, mogę jeszcze wypić, po drugie nie krzyczę, a co najwyżej stękam. Piąta to ani różowa czwarta, ani twarda szósta. Piąta rano jest najgorsza i wtedy komputer tak strasznie rzęzi, że mi go szkoda, ale nie utrzymam długopisu w dłoni, więc musi mi jeszcze posłużyć. Musi, nie musi, relatywnie. Dlatego pokornie wycieram szóste i siódme zimne poty, otrzepuję gwiazdy z ramion i z czołem uniesionym na tyle wysoko, by wzrokiem ominąć lustro, ruszam na spacer. Rozedrgany spacer, i w tym momencie pragnąłbym powstrzymać jęki zniecierpliwienia, ponieważ otóż owszem! Był rozedrgany! I śniadanie, które zrobiłem przed wyjściem, a którego nie zjadłem, było rozedrgane i nóż, falujący z ręki do ręki był w płynny sposób rozedrgany i płonący za kościołem horyzont też. Takie horyzonty (5 kilometrów stąd) zdarzają się tylko o świcie i tylko za kościołami. No właśnie, kościołami. Tam nie pójdę, za późno i za wcześnie, zamknięte jeszcze. Dlatego trzeba pognać w kierunku "tak jakby nader swoiście wręcz" przeciwnym.
You can (not) redo
 Tam, gdzie jeszcze ciemno, chociaż trochę i tak na chwilę, chłodną, wilgotną chwilę. W lasach nad Bugiem, we mgle, w trzasku gałęzi i westchnieniu zachwytu, jakie może się wydobyć tylko na widok porośniętej mchem wueski, tkwiącej na polanie niczym menhir. Kiedy jest tak chłodno, to to wszystko ze mnie spada i jestem taki, jaki byłem. Tyle tylko, że byłem, a nie jestem. I za plecami słyszę narastający huk. Huk, hałas, harmider - rok 2001. Kaskadami, huraganowo, na razie to tylko brzęczenie za uchem, ale narasta i narośnie i dotrze nawet tutaj, gdzie mi udało się dotrzeć, po całej nocy przewracania się w łóżku i głuchego jęku. Zadrżą sosny, kurz wzleci z powrotem w górę, tafla wody się zmąci i usłyszycie. I zapytacie - ach, ach, cóż to za dźwięk? I odpowiem, z niezmąconym spokojem - to wszystko idzie się jebać.
"I'm the one who brought it down"
"I really don't go for that shit"

wtorek, 19 marca 2013

What else is left there.

Cały czas trzeba, z każdym słowem trzeba łamać schematy, być niebanalnym, kreatywnym, szubidubi. No więc toteż oto jestem. Dziś ciut inaczej, moi kochani - wypiłem przed napisaniem, a nie w trakcie. Ale o tym sza! W regulaminie stoi, iż nie wolno, iż jest to wykroczenie, że tak powiem, kardynalne i kategorycznie przekreślające jakiekolwiek rokowania. Zdarza się to tu, u nas, nie powiem, często, że ktoś nie da rady, poprosi, dostanie, wypije i opuści nas. "Świętej pamięci nieboszczyk Grzegorzewski używał o wiele lepszej wody kolońskiej. Po wypiciu jego perfum czułem się jak ptaszek!"
To dzieje się jakoś tak stopniowo, ale też nieustannie. Ściany i tak są białe, to dobry początek, niewiele trzeba zmieniać. Aneks kuchenny podobny tu i tam, bo i tu i tam, nikt, pacjent, czy lokator, nie nazwałby tego kuchnią, a fuj. Z łazienką trochę większy kłopot, bo chociaż brak przestrzeni jednaki wszędzie, to tutaj prysznic i cerata, a tam wanna i brudne ręczniki, ciężko się to zmieniało. Z samym spaniem za dużo użerania nie było. Tam sam byłem jak palec i tutaj też mojego kolegę już wypisali i rodzina go odebrała. Specjalnie szczęśliwi oni nie byli, nie. Moi pewnie też nie będą, kiedy okaże się, że to już koniec i że powrót trzeba i samochód specjalnie. Ale co mi tam, na razie karmią i mówią do mnie. Mówią podejrzanie dużo. Tam nikt tak do mnie nie mówił, a tu ciągle. Rano przychodzą, budzą na trochę, pytają o rzeczy podejrzanie banalne. Minęło dopiero parę dni, a traktują mnie podejrzanie łagodnie. Do sali telewizyjnej mi wolno wchodzić, czytać mogę co zechcę nawet i do późna, bo sypiam sam, a do tego przywykłem.
Jak się ma łagodną kategorię i wejdzie się na piąte piętro, jak się pójdzie na dach buwu, to stamtąd, można stamtąd, widać pobliską stację, zobaczyć Warszawę Stadion, i pociągi z niej odchodzące w dwóch tylko kierunkach, i różne pociągi, do Siedlec, do Gdańska, do Łukowa i innych rozmaitych miast Polski, których zabytki powinniśmy poznawać, do nas i od nas. Nas jest na oddziale trzydzieścioro. Pielęgniarek jest sześć. My mamy szczęście, u nas są pielęgniarki. Piętro niżej, gdzie każdy bez wyjątku ma niekłamaną przyjemność samotnego zasypiania, są tylko pielęgniarze. A pielęgniarze nie mają takiej wprawy w robieniu zastrzyków na dobry sen i to nawet może boleć! Tak mi mówił jeden z nich, żylasty i łysy, o przezwisku zbyt banalnym do zapamiętania, na papierosie. Zawsze tak być musi, że na papierosie dochodzi do spoufaleń, zwłaszcza w zamknięciu. A tu jest zamknięcie dla niektórych z nas, a żadne z nas go nie chce, tak nam mówi doktor Główny. Jest mi dobrze i o nic się nie martwcie, tylko mi przywieźcie nowe książki. Głupio też, że te puszki zostawiłem w mieszkaniu, strasznie głupio, ale tak bywa. Człowiek nie ucieknie, dogonią, znajdą, nakarmią.
Zanim tu trafiłem, byłem u siebie, w domu. W tym prawdziwym, nie w mieszkaniu. Zdrowiałem, i to jak zdrowiałem! Codziennie przychodził do mnie ktoś inny i wszystkich uprzejmie przyjmowałem i rozmawiałem z ludźmi o różnych rzeczach i sprawach, można zaryzykować stwierdzenie, że długo. Ale też pisałem. Pierwszego dnia napisałem dwa tysiące stron. Drugiego tylko sześćset i dwadzieścia siedem listów. Za to do końca tygodnia udało mi się piętnaście tysięcy razy wykaligrafować własne imię. Wtedy przyszły konowały i blada matka (marzec, wszyscy jeszcze bladzi) i pokręciły głową i jestem tu. A tam zostały puszki i co ja z nimi zrobię? Musicie mi wybaczyć, ale ja teraz nic nie mogę zrobić i do żadnych wielkich rzeczy nie jestem predysponowany i tylko chciałbym dalej jeść ciepłe rzeczy, zanim mnie stąd zabiorą, tacy jacyś niezadowoleni i dadzą mi w lewą rękę samodzielność, a w prawą omnipotencję.
Na stoliku leżały pomarańcze i proszę nie dyskutować. Chorzy zawsze dostają pomarańcze, takie są odwieczne koleje chorób. Leżały i rzucały przeogromny cień na ścianę, bo był już maj. Z tym cieniem zlał się inny cień, gdzieniegdzie nawet jeszcze ciemniejszy i taki strasznie pełen, że gdyby nie był cieniem, to by się uśmiechał, wiem to. I ten smukły cień pochylił się nad moim mokrym i zimnym czołem i mówi tak - "owszem, jesteś popierdolony. I to zdrowo. Ale tak pięknie". Ja się na to uśmiechnąłem, ale widać jakoś krzywo, bo on (on? ona? nie, raczej ona) zniknął.
"Byli tacy, co się rodzili. Byli tacy, co umierali. Byli także i tacy, którym to było mało".

poniedziałek, 4 marca 2013

Maniac Ground Zero Inner Conflict

Było nas w takim razie pięcioro, a mi trzęsły się ręce. Zresztą, bez fałszywej skromności - trzęsłem się cały, nad morzem było zimno, w szpitalu było duszno, w bibliotece było cicho, na koncercie było głośno, a później byłem pijany. Ale to przynajmniej byłem Ja, a nie my, my pojawiliśmy się gdzieś na południu Śródmieścia, gdzieś w nocy. Bardzo się ucieszyłem, kiedy na patelni ktoś równie roztrzęsiony paląc mojego ostatniego papierosa, prawił o kobietach. Mogłem wtedy dokonać eksterioryzacji chichoczącego alter ego, ale nie na długo, sami wiecie, jak krótko pali się ostatni papieros.
Momentami, w tych wszystkich różnych, szybkich miejscach trzeba mi było porozmawiać z moim kulawym, zakatarzonym diabłem w środku, a on zawsze, zawsze wodził mnie na pokuszenie. Stawaliśmy razem na dachu pociągu, na balkonowej przypalonej tu i ówdzie poręczy, na Powązkach, w metrze, a on brał mnie za rękę (co ciekawe, zawsze za prawą) i mówił mi: "skacz ścierwo, bo poodgryzam ręce!". Przyznam się, czemu nie, strach mnie oblatywał, kaprawe lico odrzucało podobieństwem do mojego, a ręce i cała reszta dalej się trzęsły. Myślałem, że zdechnie wypłukany wodami Bałtyku, wywiany wiatrem wpadającym przez otwarte okno wagonu, ogłuszony ciszą, albo muzyką. Nie wiem dlaczego tak myślałem, skoro z wariackim uporem wołałem, żeby wrócił, raz po raz otwierając plecak, szukając w portfelu drobnych, schodząc do sklepu na Mokotowskiej, błądząc dłonią po kieszeniach na cmentarzu.
Wołałem, on wracał i trwał, chichocząc moimi ustami, między jednym chichotem, a drugim konsekwentnie kusząc. Udawało mi się w każdej sytuacji wydukać strzelając oczami na boki, że może sobie odgryzać, kto by chciał odgryzać takie ręce, takie trzęsące się z nie-strachu ręce. I gryzł, bambaryła, ale wypluwał, bo nie mógł znieść braku strachu, choć pewnie bardziej mierziło go podłe piwo w żyłach. Diabły lubią stouta.
Łaziliśmy, póki mieliśmy gdzie, a że Warszawa jest duża, to godzina nie wybijała przez parę dni, aż wybiła. Wtedy zapragnąłem pomocy i uciekłem do największego (1,99 m) autorytetu w sprawie diabłów - ojca. Ojciec mnie nakarmił i stał z się z powrotem tatą. Zamieniliśmy się kurtkami, bo tak, a ja patrząc na swoje odbicie w szybie metra, stwierdziłem, że diabeł został w tamtej kurtce i
przejrzawszy mój podstęp goni mnie następnym składem. Pan mnie nie opuścił, bo kiedy ja tygodniami opracowywałem optymalną trasę na uniwersytet i z powrotem, diabeł spał, snem sprawiedliwego. Tylko dlatego pierwszy dopadłem do wrzecion Wrzeciona i zatrzasnąłem za sobą drzwi na jedyny spust jaki mi został po licznych spustoszeniach dokonanych w czasie długich nocy.
Wciąż jeszcze miotałem się w poszukiwaniu zapalniczki, kiedy zadrapał nieobcinanymi pazurami w judasza i syczał słowa tak bezbożne, że pusty śmiech mnie brał. Śmiech, nie chichot. Łapczywie wepchnąłem lód do ust i przełknąłem jak leci dwieście gramów. Bez skrzywienia. Diabeł zaś zaskowyczał i wycofał się przed domofon. Reszta była kwestią niesamowitej jasności umysłu.
Porwałem saperkę i wyskoczyłem przez okno, słysząc jak walą się ściany, przewracają butelki i jak łomocze kurz na regale. Szczęśliwym trafem nie połamałem zapałek Niesamowitego Cezarego przy upadku, tylko ręce. Krzywiąc się z bólu podpaliłem papierosa i z zawadiacką miną ruszyłem przez Bielany. Na grzbiecie miałem czarną skórę, pamiętającą czasy siedleckiej dochodzeniówki, słodkie gonitwy i strzelaniny.
W kwestii formalnej - dlaczego na cmentarzu włoskim byłem znowu pierwszy? W roku 1932 A. Nataszewicz w swojej publikacji "Anatomia Djabłów" dowiódł niezbicie, że ludzkie nogi są wytrzymalsze od kopyt. Diabeł zwichnął kopyto, ja nóg w oficerkach nie.
Znalazłem nam przytulną kwaterkę pod murem i wykopałem cieszący oko dół, uwzględniając gabaryty jednego i drugiego, bo umysł miałem jasny. A on dokuśtykał do mnie i uczepił się rękawa, ale władzy nad nim nie miał, bo to był rękaw skóry, a nie namiotokurtki. A ja mu powiedziałem - pij ze mną, albo skacz. Przepijesz, sam skoczę. Pił i byłby przepił, ale to był cmentarz WŁOSKI, a w cyrografie jak wół stoi - "póki nie napijesz się z adasiem kubusiem aniszewskim gałganem w Rzymie". Triumfalnie zawyłem "ten dół Rzym się nazywa!", po czym wepchnąłem skurczybyka, przysypałem, otarłem pot, dopiłem, przyklepałem i wcisnąłem peta w mokrą ziemię, albowiem powiedziano "a Djabłu ogarek!". I tam leży bies pogrzebany. Z pięciorga zostało nas dwóch, z nas dwóch zostałem sam. "Więc jeśli chcesz hodować diabła, w głębokim dole trzymaj go".