poniedziałek, 29 października 2012

Bukowiec

Jezusie, uduszę się, jak mnie zaraz  talar nie poklepie po plecach. Jak zdechnę w ten sposób, to się nawet nie zdążę roześmiać okrutnym ho ho ho. Krew razem z dymem napływa do płuc i nie muszę pytać, czy to już, wiem, że to już.

Katie Melua zawodzi krążącymi w mojej głowie pętlami, powoli zimne powietrze dookoła oprócz tego, że zimne, staje się czyste. A to coś urokliwie nowego. Pałac Kultury, którego i tak nie widać łaskocze gdzieś za plecami, a ja podskakuję na wybojach, uskokach, koleinach, przelewa mi się w żołądku. Tak strasznie się rozkochuję w przeszłości, że od tygodnia jestem wczorajszy, jejku jej. Obok mnie siedzi pani Jadwiga. Nie zraziwszy się szkaradną facjatą częstuje mnie ciasteczkami, ja skąpany we wspaniałomyślnych pomrukach daję jej poczytać Blake'a i tak to sobie jedziemy, niestety tylko do Radomia, a szkoda, bo ciasteczka były dobre, a Blake był nudny.

"I wydech! Ładnie. Tylko nie machaj tak szybko łapami, gdzie ci się spieszy?! No, nie udawaj, jakbyś się dusił, to byś nie poprawiał okularów. Teraz setka grzbietem."

Od Radomia do Rzeszowa siedzę sam, ja i dwie czające się w kieszeniach słuchawki. Jakże wężowo syczą! Lepij niźli zawieszenie Autosana, którym się wiozę. Gdzieś z przodu ktoś otworzył Tatrę (sądząc po szlachetnym zapachu) i robi mi się przykro na wspomnienie wspaniałych chwil (też był śnieg, pamiętasz?), kiedy to siorbiąc Ciechana (sic!) nieufnie patrzyłem na wściekle napakowaną chmielem butelkę od Pinty. Jeszcze etykiety byli stare. Jebut! Wybój wybił mi ze łba wspominanie i kazał wyciągnąć własne zapasy czerwonej wody. Pogrążam się w pracy twórczej, czyli napieprzam sudoku na telefonie i nie wadząc nikomu dłubię w nosie. Rzeszów zbliża się równie nieubłaganie co kolejne kichnięcie i sam nie wiem, które jest gorsze - moje, czy kierowcy? Albo usmarkam sobie pożyczoną od ojca skórę i mnie zabije, albo kłak w czerwonym nochalu kierowcy drgnie przed, którymś z zakrętów i wszyscy zginiemy.

"-Znowu nie wysuszyłeś włosów! Będziesz chory i rodzice będą mieli pretensje do mnie.
 -Jak mi kupisz gorącą czekoladę, to nie będę chory.
 -Kupiłabym, gdybym miała pieniądze. Sobie.
 -Jesteś dorosła, dorośli mają pieniądze, kup mi, taaak się zmęczyłem pływaniem."

W Rzeszowie zaczynają się schody. Schody prowadzą do budy z zapiekankami. Ciężko stwierdzić, czy zapiekanki są podawane zimne, czy tak szybko stygną powodowane końcem października. Hardo walczę o słodką kukurydzę z zaciekle bezczelnym wiatrem, jednocześnie dowiadując się, że praca kijowa i płacą psie pieniądze, a po tych dwóch latach to by mogli więcej. Z zapałem potakuję głową (bo co mam robić?) i łykam kolejne kęsy. Zimno mi w brzuchu, cholera. Na herbatę już nie mam pieniędzy, zresztą kto by ufał herbacie.

"-Narozwalałeś tym jedzeniem po całej Poznańskiej! Poczekaj, jak babcia zobaczy dżem na obrusie to ci flaki wypruje.
 -Nie wypruje, bo mnie lubi.
 -Ja też cię lubię, a mogę zrobić tak! (jebudu!)
 -Ałaaaaaaaa!"

Wieeelkie kłęby dymu. Pan Tadeusz zna się na rzeczy i chociaż nie chce powiedzieć jakiego tytoniu używa, to od samego wyglądu Jego fajki z pozłacanym cybuchem bije wieloletnie doświadczenie. Cieszę się, że razem czekamy na ten sam autobus do Sanoka, tym bardziej, że wygląda jak nieśmiertelny kapitan Price i mam ochotę zapytać go, jak to naprawdę było z tym nazistowskim okrętem. Mój papieros powolutku się dymi, Jego fajka z rozmachem się kopci, z dachu pekaesów kapie brudnawy śnieg. Milcząca obserwacja ludzi dookoła pomaga nam obydwu w walce z chłodem, więc obserwuję i w zamyśleniu zazdroszczę sumiastego wąsa.

"-Nie tutaj.
 -A gdzie?
 -Nie wiem, masz jakiś pomysł?
 -Kilka."

Sam nie wiem, co bardziej telepie, zimno, nalewka, czy wertepy. Jedną ręką przytrzymuje nieliczny bagaż, drugą przytrzymuję siebie, bo kieruje mną przeświadczenie, że jeszcze kilka kilometrów wśród szarych lasów i wybiję pustym łbem dziurę w dachu pekaesu, wylecę przezeń i tyle mnie widzieli. A nalewka zostanie w czujnych objęciach Pana Tadeusza, bo poczęstował się bez zbędnych krępacji z wprawą człowieka starszego. Suniemy buńczucznie, co nam kałuże, dokąd student sunie, pyta towarzysz niedoli, bo ja to wie pan mieszkam w Sanoku i tam nie warto jechać, wie pan.

"-Wie pan, to się zdarza raz na jakiś czas, ale mogła mu się stać krzywda, w końcu to duża jarzeniówka. 
 - Po mnie to ma, szybciej dojrzewa na zewnątrz niż wewnątrz, porozmawiam z nim oczywiście."

Zatrzymujemy się w samym środku wieeelkiej, mokrej kałuży. W samym jej sercu, chciałoby się rzec, gdyby tylko dało się obronić tezę stwierdzającą obecność takiego organu u kałuż. Radośnie do niej wskakuję mocząc oficerki ojca "tylkomiichniepomocz". Odprowadzam Pana Tadeusza i Jego fajkę pod dom (brzydki, fajny dom) i konspiracyjnie dzieląc się z nim ostatnim łykiem ruszam równie żwawo, co chwiejnie by dowiedzieć się, że dziś to najdalej dojadę do Dolnych, bo późno już trochę, wie pan. Musi mi to wystarczyć, bo nie mam wielkiego wyboru. Burkliwy kierowca dowozi mnie tam już w nieco beskidzkim stylu co tylko wzmaga chwiejność. W Dolnych pusto jak cholera, nawet księgarnie zamknięte na głucho, co nie wróży szczególnych możliwości komunikacyjnych. Dopiero koło godziny 19, kiedy czarna rozpacz każe iść do baru (a do barów w Dolnych się nie chodzi) spotykam pana Leszka, zwanego Lesiem, który z niedowierzaniem zgadza się mnie zawieźć do Górnych za jedyne trzy dychy. Wietrzę podstęp, ale powonienie mi szwankuje, więc pewnie niesłusznie.

"Jakbyś skręcił do Czarnej, to pokazalibyśmy ci szkołę, w której się poznaliśmy, czekaj... ile? Pięć lat temu! Jaaa cię, stary, ten czas to leci."

Dwa lata temu było tu równie upiornie. Tamto dotkliwe wspomnienie zatarło się trochę pod wpływem tegorocznej, letniej wizyty, kiedy Ustrzyki jak zwykle udawały, że są miejscowością, a nie tylko miejscem. Nie słychać nic, oprócz strumienia, nie widać nic, oprócz wieży kościoła. I tam się muszę udać, jeśli tylko pamięć mnie nie myli (nie myli, tak se tylko powiedziałem). Szczyty dookoła dają o sobie znać tylko złowieszczym dudnieniem, skryte w czerni. I nie ma tu ani jednego anioła. Zresztą nigdy żadnego nie było, ta piosenka jest obrzydliwie groteskowa w porównaniu ze spuchniętymi, zsiniałymi Bieszczadami, które są gnijącym udziałem tubylców i tambylców każdego dnia. Odnajduję chyba jedno, jedyne światło wskazujące na lokalizację plebanii i z podpitą pewnością swego celu pukam.

"-Dobry, zastałem Księdza?
 -Bry, zaraz będzie.

Mam czas obmieść wzrokiem kuchnię, w której zostałem ulokowany. Jest mała, drewniana i pachnąca dymem. Taką pamiętam, dobrze trafiłem.

 -Niech będzie pochwalony, co pana sprowadza?
 -Na wieki wieków. Noclegu szukam, a wiem, że Ksiądz cały rok ośrodek prowadzi.
 -No nie bardzo, bo widzi pan, remonty mam i w pokojach i w domkach, ale coś wymyślimy, nie wygonię pana przecież..."

Wiem już, jak to się skończy. Umawiamy się na 25 polskich złotych za dwie noce i ląduję w tej samej piwnicznej klitce przy kotłowni, co dwa długie lata temu. Jako wyraz dobrej woli ofiarowane zostają mi dwie kanapki z dżemem i herbata. Rozmowa się nie klei i podśmiewam się w duchu, bo pamiętam, kiedy na moim miejscu siedział mój ojciec i miał ten sam problem z tym samym Księdzem. To musi być człowiek z żelazną psychiką, mieszkać tam cały rok i się nie powiesić, powiedział kiedyś z właściwym im wdziękiem któryś z zakapiorów i miał cholerną rację. Wyciągam się na zbitym z dwóch desek na krzyż (w końcu kościół tuż obok) łóżku i pozwalam Siczce trochę zszargać mi nerwy. Zasypiam rżąc jak idiota na myśl o całym realnym świecie, który na nieokreślony okres czasu przestał istnieć. Budzi mnie, a jakże, dym z kotłowni. Stary przyjaciel, pasztet podlaski sponsoruje śniadanie i wszystkie inne posiłki, a jedząc szykuję odpowiednio duży, odpowiednio zmodyfikowany termos.

"Pij, pij, ja nie muszę. Jakoś głupio w tym przewodniku pokazują, nigdy nie pamiętam, czy oni zawyżają, czy zaniżają czasy. No ale nic to, teraz i tak jest zima, to możemy równie dobrze to wywalić. Jak będziesz chciał zawrócić to powiedz."

Nie chcę zawracać. Wyglądam jak ostatni, albo lepiej, jak pierwszy bezdomny i przebijam w tym względzie nawet Artura (ostatnio była mowa o Arturze z polonu, teraz o Radomyskim), ale jest mi wygodnie i ciepło i nic innego nie powinno się liczyć. Śniegu nie ma, jest tradycyjne błoto. Po kolana, ale to się później zeskrobie. Chociaż oddech nie przyspiesza, co znaczy, że ja powinienem. Dookoła "umarłe drzewa proszą o litość", ale nie jest mi dane żyć na tyle długo, żeby im pomóc. Po drodze nie spotykam nikogo, a po drugiej godzinie w dole nie widać już nic. Mgła, psiamać. Rozorana dłoń sinieje i zastanawiam się, jak zabawnie byłoby ją całkiem stracić. Z nikim nie musiałbym się witać, piszę i tak lewą. No i prawicowych chłopców mógłbym jeszcze irytować. 

"Tam jest Słowacja, tam Ukraina. A tu chyba warszawioki przyczłapały, więc łap jeszcze łyka wody i lecimy dalej, bo do następnego schroniska jeszcze kawał."

Na szczycie chce mi się spać. Może to przez termos. Wieje całkiem przyjemnie, więc opieram się o krzyż i gapię przed siebie, póki nie wydudnię całej ciepłej, piekącej zawartości. Cholera jasna, wchodziłem tu na kacu, ale jak zejść po pijaku? Zaczynam czuć się co najmniej ciut niepewnie. Przypominam sobie wszystkie poprzednie powroty, mieszają mi się lata, drzewa szyderczo wchodzą w drogę, a strumyki zapraszająco szemrzą gdzieś hen, na dole. Śmiało, pośliźnij się, skręć kark, poleżymy razem. Końcówkę drogi pokonuję z chwiejnym niesmakiem i w kompletnych ciemnościach. Pomyśleć, że cztery miesiące temu lazłem tą samą asfaltówką z gderającymi biochemami, a trzy lata wstecz tryumfalnie kroczyliśmy tędy z chinkiem i bodziem, tacy dumni z siebie, bo zbiegliśmy i się nie pozabijaliśmy.

"-No weź pokaż!
 -Spieprzaj, to mój bieszczadzki kij, chcesz to sobie znajdź swój.
 -No pokaż, przecież to tylko kawałek drewna!"

W pokoju suszę rynsztunek i wracam myślami do Zamiaru. Tak, powinno być odpowiednio późno. Ksiądz zmęczony walką z wszechogarniającą desperacją pewnie dawno śpi i niczego się nie domyśla. Powoli, uważając, by nie brzęknął o żadną z butelek, wyciągam dłuugi, kuchenny nóż. Patrzę na niego z zimną determinacją. Nie ma odwrotu, wiem to, kiedy zamykają się za mną drzwi. Skradam się przez długie, ciemne korytarze prosto do celu. Pięć minut później jest po wszystkim. Zanim ktokolwiek się zorientuje, ja będę daleko. A może nikt nigdy nie zauważy, że w nocy ktoś odkroił solidny kawał schabu schowanego w lodówce?

Trzy torebki, pięć tabletek, sto pięćdziesiąt mililitrów, pięć łyżek cukru, wszystko zalać wrzątkiem. Podróż będzie bezbolesna i bezmyślna, efekt podobno sygnowany nazwiskiem Samego Pana "Połonina" Wasilewskiego. W lutym przyjdzie mi tu wrócić, zobaczyć Terkę, zaliczyć Tołstę i Monastyr. A póki co, wydłubując spomiędzy zębów resztki schabu w skupieniu sączę zawartość termosu i czekam, aż coś zawiezie mój tyłek z powrotem do Warszawy. Powrót między ludzi, jak cudownie.

niedziela, 21 października 2012

Ziemiański



Farewell happy feels

Bywa, ba, całkiem często bywa, że ludzie tęsknią za przeszłością. Niektórzy, choć zdarza się to już rzadziej, są w niej niejako zakochani. Gdzieś pomiędzy zasyfioną do granic nieprzyzwoitości podłogą, a sufitem, na który jeszcze nie odważyłem się spojrzeć spoczywa moje jestestwo. Przypadek, chciałoby się rzec (niesłusznie), nieprzeciętny. Ktoś, kto żywi do przeszłości emocje skrajne. To, co minęło, to, co moje mięso jak dotąd dało radę znieść przepełnia mnie nostalgią. Ale mam też nienawistnie, serdecznie dość uświadamiania sobie, że im dalej w las, tym gorzej. Półświadomość, ćwierćodpowiedzialność, synonimy młodych, dobrych czasów.  Tysiąc dwieście ileś zdjęć, a każde drwiąco mówi to samo – spójrz, tu jeszcze mogłeś patrzeć na błękit, tu się jeszcze starałeś, a tu te kilka osób jeszcze istniało w sposób nie przyprawiający o katusze. Kiedy grałeś księdza, kiedy ziewałeś nad zalewem, kiedy w Bieszczadach nie musiałeś spać, kiedy nie piłeś jeszcze. Jej, jak smutno, zdaje się mówić Talar mlaszcząc, sapiąc, chrapiąc mi za plecami. Warszawa, kraina kontrastów. Co ciekawsze, kontrastów mniej wyrazistych niż przyzwyczajeniowa spójność Siedlec.

Where joy forever dwells

Krakowskie Przedmieście, piątkowe popołudnie, próbuję wylewać słowa nie wlewając nic w gardło. Chaos dookoła powoli wydaje się być opanowywalny, chaos drzemiący w dłoniach póki co niepozornie śpi, kojony słodkim przeświadczeniem, że lepszych dni nie będzie już. Niebiosa słysząc cuś podobnego burzą się i to jak się burzą! Stalowoszaroczarnogranitowokobaltowosine chmury wiszą nad święta Anną i grożą palcem. Ktoś się upił, by do domu mógł wrócić ktoś, a rozanielone pary spacerują, jak gdyby nie wiedziały, że Czaro już przepowiedział koniec wszystkich światów na dachu BUWu. Mógłbym wrócić do mieszkania (mieszkania, nie domu, dom masz tu, niewdzięczny smarkaczu!), ale wiem, że jest tak przeraźliwie puste i tak bezwzględnie ciche, że cała gama kolorów nocy siłą rzeczy przeistoczy się w trupią siność, znowu i znów, póki gorycz na podniebieniu jest przełykalna, jak na polskie normy przynajmniej. Siedzę więc i gapię się, na poły bezmyślnie, bo ocenianie bliźnich jest tym mniej zabawne im bardziej traci się na własnej ocenie. Najjaśniejszy punkt dnia to znów metro. I powiedzcie sami, jak nie nazwać go trupio sinym, narażając się na kolejne oskarżenia o powtórzenia?

Hail horrors, hail

„Zastanów się, czy masz coś do powiedzenia, jeśli tak, to fabuła nie jest ci potrzebna”, rzecze Artur i tym samym zasypuje ognistym gradem gród zwany Bastionem Ego. Katedry Literatury, wille, w których kiedyś znów miała zaistnieć Poezja, pałace Opowiadań zdobione gzymsami epitetów i innymipomieszanymipojęciamizzakresuarchitekturyipolonistykiktórychteraznieposzukambointernetsięskończył, wszystko to wali się w pizdu przy akompaniamencie szyderczego śmiechu Wykładowców. Oni wiedzą, tak dobrze wiedzą, że jedyne co mi pozostało po tej błachej rozmowie przy piwie to banicja i wygnanie do Stodoły Zwanej Grafomanią. Tym bardziej żałosne, im bardziej świadome. Trzeba było się nie odzywać.

The sun to me is dark

Powroty nie owocują w rozmyślania. Konstantacja banalna, ale mimo syćko sprawiająca zawód. W pociągu śpię, albo czytam. Ewentualnie śnię o czytaniu, bądź też czytam przez sen (Talar właśnie wybełkotał coś w odpowiedzi w rzeczonym stanie, ale nie podejmę się przetłumaczenia). Po wyjściu z pociągu KM 203 (a może 302? o, zwodnicza rzeczywistości!) oprócz pełnego pęcherza wita nas nieco zbijający z tropu, kredowo jaskrawy, bezwstydnie duży napis na chodniku. Napis głosi, iż „JEZUS”. Jednak stropiony warschauskimi problemami i zdeprymowany bliskością Mesjasza w tak bezbożnym miejscu jak pekap wędrowiec nie musi zastanawiać się, z której strony zieje czeluść odpowiedzi. Dlaczegóż? Bo nieważne, czy pójdzie w prawo (prawilnie!), czy w lewo (połamiemy nogi!), czy prosto (jak w mordę strzelił), spotka kolejny, charakteryzujący się podobnymi cechami bazgroł. „DROGĄ”. Ozdobiony śladami stóp, które zawiodą nas do (tak, zgadliście), kolejnego aktu chrześcijańskiego wandalizmu, brzmiącego „PRAWDĄ”. Procedura leci dalej, a po niej następuje „ŻYCIEM”. A więc „Jezus Drogą, Prawdą, Życiem”. Wśród petów, kukurydzy z zapiekanek i plam oleju. Gdybym tylko był domorosłym reżyserem, stworzyłbym jakiś obrazoburczy fylm składający się z takowych kadrów. Ale dola gr… (no nie!) grafff… (dlaczego? :<) grafooManna (będę rzygał) zmusza do w miarę ozdobnego opisu sytuacji mnie, a czytelników (hehehe) do wysnucia własnych wniosków. I dlatego mam(y) gorzej. Ja i Wy, my i Ty.

And silent is the moon

Anatomia, a może jej podstawy, są, uogólnijmy, wszystkim znane. Jest jednak fenomen, który wymaga wyjaśnienia. U mnie, nas, działa to inaczej. Istnieje otwór gębowy, czasem wyfruwają z niego słowa, częściej wylatuje ślina. Niekiedy zostanie on zapchany pożywieniem, częściej przepalony żywą wodą. Co jest dalej? Głupie pytanie, przełyk, płuca, żołądek i koniec, czyż nie? Otóż nie! Jeśli rozważamy drugą z możliwości, czyli zablokowanie zdolności narracyjnych poprzez wlanie do ust Łyku Weny, to oważ Wena nie wędruje tak jak chleb u Zjadaczy Chleba. Jej natura zasługuje na celebrację, wymaga jej i takową otrzymuje. Z przełyku, Wena trafia do Pępowiny, którą ja,my, jesteśmy połączeni z długopisem (piórem, jeśliście burżuje), czyli do ręki. W tym momencie należy zauważyć, że oto jesteśmy świadkami rzeczy niesłychanej! Dziedzina lubująca się w fizjologii, płynach ustrojowych i wszystkim, co organiczne, przeistacza się w boski pierwiastek, eksterioryzację ego, coś nieopisywalnego, a przecież dążącego do opisu. To właśnie czysta, etanolowa chemia staje się  pomnikami myśli – słowami, każąc ręce, tej cierpliwej przyjaciółce kreślić (albo stukać) słowa, które powstają tam, gdzie nie sięgnął nikt i nic, oprócz legendarnego DMT (niech do Ciebie przyjdzie, nie pchaj się).

Do you reckon me a friend?

Pilch. Jerzy, by nie było wątpliwości (nauki Bybloteky nie poszły na marne). Odwiedziłbym go. Może zwodniczo ułożony, a może po gówniarsku prowokacyjnie skacowany. Po co? Może żeby czynić wyrzuty, może żeby przełożyć nadzieje na czyj inny karb, a może powiedzieć „dzień dobry”. Odwiedziłbym go, póki żyje Pan Skurczybyk, bo kolekcjonowanie ludzi, na których patrzyłem z podziwem na różnych, tak samo starannie obłożonych straganami cmentarzach mi zbrzydło. Od pierwszego razu. Dobrze, że Bonus RPK jest jeszcze młody.

Crystal ship

A propo, co słychać na Bielanach? Dzwony. Straszące na śmierdź, kościelne dzwony. Niewidzialne, oprócz jednego, niepewnego w swej realności, bo dawnego razu, ale tłukące po twarzy co noc dzwony. Na melodię „Kiedy ranne wstają zorze”, codziennie o szóstej rano, zapraszam. Co grają wcześniej nie chcę pamiętać, przebłyski wyświetlacza telefonu, cienie w przedpokoju, cienie za oknem, cienie pod oczami. Za dużo tego, przyznajcie. Znękana głowa szuka ukojenia gdzieś daleko, w szarości Pragi, nie da się, Praga przytłacza, zachwyca, każe żałować wyboru między szarym a sinym. Na domiar dziwnego, po powrocie wita mnie cygańska orkiestra dęta. Grają ładnie, bo się nie znam. I co ja im dam, paragony z Lidla za piwo i pasztet podlaski? Patrzą na mnie z wyrzutem, stoję i słucham, a nie rzucam, ja patrzę z wyrzutem ponad bloki, jakże to tak Demiurgu, stoję, wpatruję się, a nie otrzymuję? Nie wiem dlaczego, nie wiem po co Bielany oferują atrakcje. Nie raz, nie dwa, nie trzy-czte-ry wracałem sprzy Agorze przystanku do dom, ale zawsze inną drogą. Mnożą się te bloki, żeby każdy ulicznik miał swoje trzy do nawinięcia.

Gdyby pójść za zachód

Co by tam leżało? A to zależy dla kogo, prawda? Yndywydualyzm pełnom gembom, w końcu studia i w ogóle. No to ja sobie życzę zalany (ohoho) skończonym światłem lipcowego wieczoru kawałek działki, gdzie leży przeżarte po trzykroć truchło mego byłego. Kota, warto dodać. Przywiązani żeśmy do się byli, przyznać trza. I pewnie stąd dzika ochota, by do tej Gehenny, adres Dorycka 6/114, wrzucić jeszcze jakiegoś przedstawiciela Kociego Rodu. Coby raźniej było. I śmieszniej. Jak to brzmi – kot, który jeździł koleją? „Jeździł”, czas przeszły, czyli już nie jeździ, czyli zdechł. Czas wyprzedza mnie o kilka długości, zwłaszcza w tak niemierzalnym okresie, jak najciemniejsza noc, tusz przed świtem (się sączy) [jak dym kolczasty].






Szedł przez pola, szedł z nałogiem,
Szedł i nucił, kpiąc wraz z Bogiem
Z wiosek co mijane gasną
Pluli razem, jeśli miasto
Gdzieś po drodze się trafiło,
Co tu kłamać, było miło
Człapać z lewej mając Boga,
Wino pić, gdy leżąc w stogach
Jęli drwić z nieba uroku.
W kieszeniach na każdym kroku
Pustkę czuli, no i cóż?
Gdy gdzieś wrogi błysnął nóż,
Bóg pilnował krwi jak wina
Wszakże obok siebie płyną
Wspomagając siną rękę
I skazują na udrękę
Bo marszutę trzeba spisać
W karczmie gwar, a u nich cisza.
On się modli wierszem męki
Bóg na ścianach liczy sęki
A o świcie ruszą dalej
Będąc przekonani stale
Że u kresu drogi stoi
Ktoś, kto Boga się nie boi.
Że spotkają gdzieś tam tego,
Co poleje i z pustego.
Tam zaś przyjdzie moment srogi
I rozejdą się ich drogi.
Kwili jabłoń nadpalona
Kto żywota tu dokona?
Bóg? Poeta? Nie wiem tego.
Przyjdzie spytać wam Nietzschego.
„Tknąć się nikomu nie dam
I dlatego,
Gdy trzeba będzie, sam odbiorę światu Witkacego.”