Jak to mawiamy z Talarem - Jan... Sebastian... Bach! Kolejny dzień, kolejna notka. Może kolejne parę dni, jeśli nie uda mi się skończyć dziś. Cóż to za dzień..? A tak, środa. Nie chcielibyście wiedzieć, jak zaczyna się środa? Tak samo jak wiele innych dni.
Pierwsza rzecz, jaka łączy mnie ze światem żywych po torturze śniadania, jest sms do Pauliny. Tak jest. Nie śniadanie z rodzicielką, tylko właśnie z mozołem wystukany, pierwszy spośród wielu w ciągu dnia, sms. Kiedy jest odpowiedź, wiem, że wstałem naprawdę, że żyję i że mogę rozpoczynać dzień. Takie zboczenie komunikacyjne. Później, standardowo.
Dzisiejsza środa była akurat urozmaicona i chwała za to! Na dwóchwuefach (wymówcie to szybko) tradycyjnie broniłem i puszczałem w zależności od okoliczności (joł!). A po dwóchwuefach (trudniej jest powiedzieć szybko "dwóchwuefów") Sołtys odkrył w kiblu (co za miejsce dla nieskrępowanego ducha młodości!) Obrazoburczy Buntowniczy List odkrywający "prawdę" o Prusie. Chciałbym być fajny i w tym momencie powiedzieć "czcza demagogia", ale jestem zbyt tępy. Ktoś był baaardzo sfrustrowany i (chyba) zakompleksiony i stworzył opis kilku (nie wszystkich) nauczycieli. Stworzywszy wydrukował i zostawił w rzeczonym kiblu. Konspiracja! Podziemie! Tablica ogłoszeń jest zbyt mainstreamowa. Wypisywał tam różne głupotki, większość "opinii" jest nie do przytoczenia. Stereotypy, plotki, fakty z życia osobistego, oskarżenia wyssane z palca, pewien pan jest złym nauczycielem, bo brzydko pachnie (sic!). Miałem już długopis w ręku, już szykowałem się do wysmażenia ognistej diatryby, ale nagle pomyślałem z przerażeniem "co Ty robisz? po co?". I utopiłem akt oskarżenia wymierzony w Prusa w kiblu. Nie dlatego, że jestem fanatycznym wyznawcą broniącym szkoły. Dlatego, że zarzuty można było o kant dupy potłuc. I tyle.
Dalej, dwie godziny pięknego języka ojczystego. Komu chciałoby się omawiać "Glorię Victis" i inne pierdoły? Lepiej stwierdzić, że się wszystko umie i poświęcić ten czas na sprawdzanie dyktand klasy Ig (jak głąby). Mój osobisty mistrz zaliczył 22 błędy ortograficzne i 4 interpunkcyjne. Drugie miejsce zajął koleś z manią stawiania przecinków. 8 błędów interpunkcyjnych w 4 linijkach. Dwie osoby w klasie umiały poprawnie napisać "znaleźć". Niestety tylko jedna "wprawdzie". Najlepsza osoba sieknęła dwa błędy interpunkcyjne. Byłoby zero, ale Talar się przyczepił. I po cóż tak im wypominam? Bo to jest pierwsza klasa elitarnego PRU44A. I może nawet wszyscy mają dysortografię, albo inne dysmózgowie, ale założę się, że NIE JESTEM CHUMANEM, WIĘC POLSKI TO DÓPA. Powodzenia na Politechnice, tyle dobrego, że niezastąpiony Microsoft Word poprawi "upszejmie proszę".
Ale, ale. Czy ja gadam o szkole? Czy i mi udziela się histeryczna atmosfera matury? Nieee, to nie adam. Ogólnie nastroje w klasie są chyba coraz mniej przychylne względem naszej niezastąpionej dwójki. I niepomiernie nas to raduje. Ja naprawdę nie jestem tak strasznie antyludziowy, ale ludzie, litości. "Bitwa Warszawska, to świetny film, widziałam zapowiedź, naprawdę warto iść." Borys Szyc, Natasza Urbańska, zapowiedź najpewniej minuta trzydzieści, wojna, miłość i human roniący łzy. Ze szczęścia, bo nie ma lekcji. Ale nie ma tak łatwo. Kiedy okazało się, że na wyjście trzeba będzie zaczekać godzinę PO LEKCJACH, liczba chętnych dziwnie zmalała. "Świetny film".
Skoro już zahaczylimy o Talara, to grzechem byłoby nie wspomnieć o jego mrożącej krew w żyłach wypowiedzi. Miejsce akcji - historia. Występuje nasza trójka. Twierdzę, że chcę zostać kosmicznym detektywem. Sołtys się śmieje. Talar, ciągle śmiertelnie poważny, patrząc na Bartusia wzrokiem ciężkim jak życie biochemów, pyta, ale jak pyta! "A Ty czego się śmiejesz? Wiesz co tam było? (nie wiem gdzie, ale mniejsza). Wiesz..?!". Sołtys zmieszany, na to Talar ponuro i tryumfująco "TAM BYŁ NÓŻ".
Reszta dnia rozjechana i niespójna. Jakiśtam angielski, krótki spacer, obiad i tym podobne, przyziemne duperele. Geniusze nie piszą o przyziemnych duperelach. Więc pewnie ja powinienem.
Z rzeczy krótkich - nie mam długich palców; być może dobrym pomysłem byłoby zablokowanie bloga tak, żeby ktuś nie tracił informatyki?
A teraz pora na Kącik Muzyczny! /tamtaramtamtam/. I o tym, co mnie ostatnio rozkłada na łopatki.
Krótko - Blindead. Jak zwykle warto sprawdzić co będzie grało. Dziwiłem się Bartkowi, ale (o dziwo) mam tak samo. Czyli ww. Blindead walczy u mnie o atencję z główną atrakcją piątku 21 października. Nie ma to jak klarownie przedstawić sprawę.
Dlaczego? Klimat zespołu, ciężki, naprawdę ciężki i naprawdę sensowny post/doom/sludge, momentami przypomina mi Cult of Luna. Zjawiskowy (jakich ja przymiotników używam? wstyd!) wokal, konsekwencja w graniu połączona z ewolucją. Autoscopia, czyli Morderstwo w Etapach i wgniatające Enlightement, Devouring Weakness i tytułowy, obłędny kawałek, Affliction XXIX II MXMV, którego dopiero smakuję, a który wydaje się być najbardziej złożonym (bo najnowszym?) jak do tej pory albumem (i był już tu wspomniany). Nie będę się rozwodził nad technikaliami, na których się nie znam. Przytłaczające riffy, zmiany tempa i klimatu, dwojaki wokal, solidna, acz nieorgazmowa perkusja. Ale wystarczy, żeby ta jesień stała się dużo, dużo smutniejsza. Więc do zobaczenia w październiku!
Plany. Plany always changes. Ale póki co są całkiem skrystalizowane, ba, są nawet obiecująco przyjemne! Jeśli dobrze pójdzie, to sobotnia noc zejdzie na parapetówie w warszafce. Wątroba ma pewne wątpliwości, ale kto by jej słuchał? Tą dobrą nowinę przyniósł dziś pod samego prusa niejaki Sensej. Mówił, że miał się z kimś spotkać, ale wszyscy odkryliśmy jego niecny zamiar skorzystania za darmo ze szkolnego kibla, który już mu nie przysługiwał.
Z kolei od poniedziałku do piątku czeka was posucha, moi Drodzy Czytelnicy. Wyjeżdżam i nie będę pisał. Ale proszę, nalegam, wstrzymajcie się z rozpaczą i falą samobójstw. Wrócę i zamierzam zorganizować jakieś spotkanie z fanami, autografy, te sprawy. Wyjeżdżam zaś w Bieszczady. I będzie tam w miarę dobrze. To pewnik.
Kończąc rozważania - uważajcie na siebie i na innych, róbcie kupę co rano, uczcie się, pracujcie i czytajcie bloga, a nagroda was nie minie.
Miłego wieczoru!
środa, 28 września 2011
poniedziałek, 26 września 2011
Rozdział 13. Wyjątki
Jeszcze w czwartek się piło. I to jak się piło! A teraz krzyczał w dzień i w nocy, i ochrypł, teraz dogorywał.
Jurij Tynianow.
Pokrzepiwszy się tęgo, bardzo tęgo, począłem składać wszystkie swoje manatki na dachu szopy, do którego mogłem sięgnąć ręką, najpierw teczkę, później jedną butelkę po drugiej: saską żytniówkę, potem cztery nie napoczęte i jedną napoczętą butelkę śliwowicy szwarcwaldzkiej, wszystko starannie jedno obok drugiego na krawędzi dachu.
Hans Fallada.
Zabija czas, nic innego mu nie pozostało. Nie pomoże mu teraz ta ćwiartka bourbona, którą cisnął na oślep do rzeki.
Robert Lowell.
Ty masz koniak? Może niesiesz go dla chorej, starej kobiety? Może chowasz go na ponowne przyjście naszego Pana Jezusa? Skąd zresztą mogę, drogi przyjacielu, odgadnąć przeznaczenie twojego koniaku?
John Steinbeck.
Czy ci wiadomo, czy ci wiadomo, szanowny panie, żem przepił nawet jej pończochy?
Fiodor Dostojewski.
Czyż nie odczuwam? Owszem. Im więcej piję, tym więcej odczuwam. Właśnie dlatego piję, że w trunku tym szukam współczucia i serca. Nie wesela szukam, lecz jedynie boleści... Piję, albowiem pragnę dotkliwiej cierpieć!
Fiodor Dostojewski.
Grzechów, które rzeczywiście się zdarzają, Bóg ani chce, ani nie chce, lecz tylko je dopuszcza.
Gottfried Wilhelm Leibniz.
Tak więc spędziłem całą noc pijąc i wymiotując na przemian.
Hans Fallada.
Wchodzi do kościoła, usta mu się ruszają w czymś modlitwopodobnym. w środku jest chłodno; na ścianach obrazy drogi krzyżowej. Zdaje się, ze nikt nie patrzy. Szczególnie w kościele lubi sobie popić.
Malcolm Lowry.
Lecz bywali tacy opoje, którzy – czując w sobie zbytek trunku, a nie chcąc go odstąpić, kiedy po skończonym stole trwała jeszcze dobra ochota – wychodzili za dom i tam sprawiwszy sobie dobrowolnie wymiot, powracali do kompanii i znowu na nowo pili.
Jędrzej Kitowicz.
Nie wydaje ci się, że trochę cię znudzi mieszkanie z pijakiem? Nie widziałaś jeszcze najgorszego. Wszystko przewracam. Cały czas rzygam. To cud, ze przez te ostatnie kilka dni czułem się tak dobrze. Jesteś jak antidotum, co miesza się z alkoholem i utrzymuje mnie w równowadze, ale to nie będzie trwało wiecznie.
John O'Brien.
I osądzi wszystkich sprawiedliwie i przebaczy dobrym i złym, wyniosłym i pokornym... a gdy już skończy ze wszystkimi, naonczas przemówi i do nas: “Chodźcie i wy – powie – Chodźcie pijaniuteńcy! Chodźcie słabiutcy! Chodźcie zasromani!” i my wszyscy przyjdziemy nie wstydząc się i staniemy przed Nim. A On powie. “Świnie jesteście! Na obraz i podobieństwo bestii; ale chodźcie i wy też!”
Fiodor Dostojewski.
Tylko drugorzędny umysł nie umie wybrać pomiędzy literaturą a prawdziwą nocą duszy.
Emil Michel Cioran.
Nie mogę wszelako pojąć, w jaki sposób zdołał ktoś rozciągnąć przyjemność picia poza pragnienie i urobić sobie w imaginacji jakoby apetyt sztuczny i przeciw naturze.
Michel de Montaigne.
Daj, Panie, nam wszystkim, nam pijakom, tak lekką i tak piękną śmierć.
Józef Roth.
– Chyba mam ochotę się napić.
– Prawie wszyscy mają taką ochotę, tylko o tym nie wiedzą.
Charles Bukowski
dobór cytatów - a znajdźcie sobie i się dowiedzcie. Ponoć to modny pisarz. Mam ochotę wymiotować, jak czytam taki przymiotnik przy jego nazwisku.
Ciekawostki i biochemowe imprezy
Znów cholerna przerwa, znów muszę lecieć myślę wstecz, żeby mniej więcej przypomnieć sobie co też ciekawego działo się w moim otoczeniu. I wiecie co? Nic się nie działo. Więc nie będzie pamiętnikarskich relacji. z wyjątkiem dnia wczorajszego. Skoro jeszcze go czuję w trzewiach, to widocznie jest wart uwagi.
Jakoś tak się składa, że ostatnio jeśli jest impreza na horyzoncie, to impreza głównie biochemowa. Pominę specyfikę tej klasy, bo jeszcze przyjdzie obskoczyć wpierdziel pod szkołą... Grunt, że bawić się potrafiom! (z góry przepraszam za jakość notki, ale wczoraj zabiłem całkiem sporo szarych komórek i myśli jakoś dziwnie fruwają). Tym razem miałem niekłamaną przyjemność gościć na osiemnastce niejakiej Aleksandry Wielogórskiej. Po latach przygotowań i szykowań ("Paulina, poczekaj, muszę jeszcze siku!"), gładko odnaleźliśmy największy, najbardziej żółty i jedyny dom z numerem 39. Raźno wkroczyliśmy w paszczę lwa, a tam, jak to zwykle bywa, kupa gości.
W tym momencie, nie bez perwersyjnej satysfakcji płynącej z wycieczek osobistych, pozwolę sobie rzeczonych gości przedstawić. Jeśli kogoś pominę, to dlatego, że nie zamieniłem z nim ani słowa i nie zapadł mi specjalnie w pamięć. Bez urazy, a jeśli już, to pojedynki przyjmuję we wtorki od 15:30 do 16:00.
Gościli (w kolejności chaotycznej):
Artur - "mogę coś powiedzieć?", "nie jest źle, kojarzę cały tekst", "nie, to Chuck Testa". przyniósł ogórki kiszone. Wyrazy szacunku.
Duszczyk - "zawsze pokrzywdzony jest ten, kto pije ze wszystkimi po kolei, tak jest w życiu, to jest niedobre" śliczne rumieńce, ludowe hołubce i piosenki. Chyba dobrze się bawił?
skoro Duszczyk, to i
Asia - "patrz ile płyt... o, smerfne hity!"
a skoro tak dwójka, to i
Nieścieruk - "myślałem, że jestem w towarzystwie, w którym nie trzeba chować papierosów". Nie chciał iść na rękę :(
Bush - "zesrała się dupa i płacze", "jestem teraz w idealnym stanie". Ognista dyskusja na wszystkie tematy trwająca dosyć długo, rozwalił się na łóżku i miejsca nie było.
Monika - "nie śmieszne", "teraz jesteś profesjonalnym fotografem", "było już pasowanie?". Robiła zdjęcia i miała atak kompletnego zaniku mięśni. Lubi mojego bloga, więc nie będę się śmiał.
Karolina - "umiem bekać na zawołanie", "żadnych zdjęć z papierosem". Nie bardzo wiem, co mógłbym jeszcze napisać, ale wiem, że gdybym nie napisał nic, to by się obraziła, więc piszę.
Kinga - "NIE JESTEM AGRESYWNA, JA SIĘ TYLKO DRĘ *&%$@!", "ALE NARZUTA, JA CIĘ", "ALE KOŁDERKA JA CIĘ", "CO ROBICIE ŚPICIE". Kulturalnie włamałem się do toalety, a tam Kinga duma nad egzystencją. Ale dobrze Jej szło, więc się nie wtrancałem.
Aleksandra W. (żeby było wiadomo która) ".........". Wreszcie się dowiedziałem, kim jest dziewczyna, która z niewiadomych przyczyn na zdjęciach udaje, że nie ma twarzy. Przyjemna w obyciu persona z tego, com zdążył zaobserwować.
Aleksandra W. - "chcesz takiego fajnego drinka?", "no nie, na łóżku moich rodziców?", "będziecie tak patrzyli jak to robię?". Gospodarka imprezy. Zaopatrzenie na odpowiednio wysokim poziomie, kopnął mnie w dodatku z Jej rąk zaszczyt dzierżenia Ukrytej Flaszki.
Klaudia - "ej nie, adam, ja cię jednak lubię", "jak ja wrócę do domu?", "sprowadzisz mnie po schodach?". Tak rozpierana przez energię, że Dominik ucierpiał, podobnie jak zapasy alkoholu. "Tak wyszło".
Aleksandra K. - "przychodzę w pokojowych zamiarach", "Klaudia, obiecałaś!". I o.
Maksymilian - "o matko, znowu..?"
BACH! I znów niezależnie od swej gorącej woli, musiałem przerwać. Na jakieś 24 godziny. To chyba przebija siedem godzin Moniki? Na tym chyba skończę wymienianie gości. Reszta może się obrazić. Ogólnie rzecz biorą, impreza z tych przyjemnych. Bez przesady, bez parcia na cokolwiek, bez większych ekscesów. Miło było popatrzeć na wielkie, okrągłe oczy Kingi, która przysłuchiwała się historycznej batalii stulecia, pograć w karty (kto ostatni wywali wszystko bez ładu i składu na stół, ten przegrywa), pogadać, pośmiać się, poudawać taniec i w ogóle. Dzięęęę-kuuuu-jeeee-my!
Teraz, dla zachowania równowagi w naturze, osobiste wycieczki względem mojej skromnej osoby. Ciekawostki o adamie! Naga prawda na wierzchu! Życie na sprzedaż, komercja! Chodźta i bierzta!
Piszę, pisałem wiersze. Twory wierszopodobne. Jakby to talar ujął "operuję słowem". Bez krygacji, krępacji i fałszywej skromności - z nader marnym skutkiem. Piszę i palę te wszystkie kartki. To takie oczyszczające wymiotowanie myślami. ("łeeeee, to miała być ciekawostka? nic nowego nie napisałeś! więcej! igrzysk!")
Dobra, postaram się. Posiadam ulubione przejście dla pieszych. Koło Podlasia, przez Wojska Polskiego. Nigdy tam nie czekam i fajnie się tamtędy z rozpędu zjeżdża na rowerze wprost pod koła samochodów. Głupki muszą hamować, a ja pędzę dalej.
Słabe? Więcej? Ech, wymagający z Was czytelnicy. Marzy mi się własna książka. Tak jest, ogrrrromne, monumentalne dzieło traktujące o... i tu jest problem. Są szkice, początki, wątki i różne takie, ale jest też lenistwo. I tak się kończy moja przygoda literacka.
Tendencyjne marzenie, powiadacie? No nic, lecim dalej, bo czas i inne okoliczności gonią. Nie umiem normalnie funkcjonować bez muzyki. Trzy, cztery dni bez słuchawek i adam robi się zły. Poirytowany. Krótka jazda autobusem go przerasta. Wstyd.
Lubię zakupy w supermarketach. Taaaaki asortyment, a ja nie umiem wybrać i spaceruję, dookoła jest tylu brzydkich ludzi, butelki przyjemnie ciążą i brzęczą, a w kolejce można podyskutować.
Boję się nosić noża. I kusi mnie to. Bo chciałbym poczuć czyjś strach, kiedy to ja miałem go czuć. Ale zatrudnienie rodziców sprawia, że jestem zbyt świadom faktu, iż centymetr w lewo, albo dwa centymetry za głęboko spieprzą mi życie od góry do dołu.
W czasie kąpieli zanurzam się pod wodę, słucham szumu i myślę o takim idiotycznym sposobie na samobójstwo. Nie chwaląc się płuca mam, więc dumanie trwa chwilkę, przyprawiając rodzicieli o palpitacje serca.
Moja pamięć jakaśtam nie istnieje. Wychodząc słyszę "sprawdź skrzynkę". Schodzę po schodach jakieś 40 sekund i nie pamiętam o skrzynce. Gorzej, jeśli rzecz tyczy się spraw większej wagi.
Pieniądze się mnie nie trzymają, a jeśli mam pisać szczerze, to nie umiem oszczędzać. Jeśli dysponuję stówą, to po tygodniu jej nie będzie. Bo jak mawia ojciec "pieniądze są po to, żeby je wydawać".
Dłuuugo, długo mówiłem "zbić z pantałyku" i "rozchłestany". Mówiłem i myślałem, ponieważ
Myślę całymi zdaniami. Książkowo. A idąc wymyślam narrację tego co widzę. Gdybym to wszystko zapisywał, ze cztery Noble by wpadły NIE CHWALĄC SIĘ, RZECZ JASNA.
Spotkawszy przykładowego znajomego z gimnazjum, nie wiem o czym mam niby z nim rozmawiać.Więc wspólna jazda autobusem musi być i jest męcząca.
"-Co tam u ciebie?
- Powoli, nie narzekam.
- To spoko, u mnie też.
-No..."
Nie cierpię rozmawiać o szkole. Z nikim. Nie wiem, kiedy są klasówki, nie znam plotek o nauczycielach, w dupie mam oceny innych i poprawy.
Część dalsza tej dupnej notki nastąpi, jak ją wymyślę i będę miał czas. Trzymajcie się poręczy, o ile jest realna.
Pojedziemy tam. The truth is not out there,
Jakoś tak się składa, że ostatnio jeśli jest impreza na horyzoncie, to impreza głównie biochemowa. Pominę specyfikę tej klasy, bo jeszcze przyjdzie obskoczyć wpierdziel pod szkołą... Grunt, że bawić się potrafiom! (z góry przepraszam za jakość notki, ale wczoraj zabiłem całkiem sporo szarych komórek i myśli jakoś dziwnie fruwają). Tym razem miałem niekłamaną przyjemność gościć na osiemnastce niejakiej Aleksandry Wielogórskiej. Po latach przygotowań i szykowań ("Paulina, poczekaj, muszę jeszcze siku!"), gładko odnaleźliśmy największy, najbardziej żółty i jedyny dom z numerem 39. Raźno wkroczyliśmy w paszczę lwa, a tam, jak to zwykle bywa, kupa gości.
W tym momencie, nie bez perwersyjnej satysfakcji płynącej z wycieczek osobistych, pozwolę sobie rzeczonych gości przedstawić. Jeśli kogoś pominę, to dlatego, że nie zamieniłem z nim ani słowa i nie zapadł mi specjalnie w pamięć. Bez urazy, a jeśli już, to pojedynki przyjmuję we wtorki od 15:30 do 16:00.
Gościli (w kolejności chaotycznej):
Artur - "mogę coś powiedzieć?", "nie jest źle, kojarzę cały tekst", "nie, to Chuck Testa". przyniósł ogórki kiszone. Wyrazy szacunku.
Duszczyk - "zawsze pokrzywdzony jest ten, kto pije ze wszystkimi po kolei, tak jest w życiu, to jest niedobre" śliczne rumieńce, ludowe hołubce i piosenki. Chyba dobrze się bawił?
skoro Duszczyk, to i
Asia - "patrz ile płyt... o, smerfne hity!"
a skoro tak dwójka, to i
Nieścieruk - "myślałem, że jestem w towarzystwie, w którym nie trzeba chować papierosów". Nie chciał iść na rękę :(
Bush - "zesrała się dupa i płacze", "jestem teraz w idealnym stanie". Ognista dyskusja na wszystkie tematy trwająca dosyć długo, rozwalił się na łóżku i miejsca nie było.
Monika - "nie śmieszne", "teraz jesteś profesjonalnym fotografem", "było już pasowanie?". Robiła zdjęcia i miała atak kompletnego zaniku mięśni. Lubi mojego bloga, więc nie będę się śmiał.
Karolina - "umiem bekać na zawołanie", "żadnych zdjęć z papierosem". Nie bardzo wiem, co mógłbym jeszcze napisać, ale wiem, że gdybym nie napisał nic, to by się obraziła, więc piszę.
Kinga - "NIE JESTEM AGRESYWNA, JA SIĘ TYLKO DRĘ *&%$@!", "ALE NARZUTA, JA CIĘ", "ALE KOŁDERKA JA CIĘ", "CO ROBICIE ŚPICIE". Kulturalnie włamałem się do toalety, a tam Kinga duma nad egzystencją. Ale dobrze Jej szło, więc się nie wtrancałem.
Aleksandra W. (żeby było wiadomo która) ".........". Wreszcie się dowiedziałem, kim jest dziewczyna, która z niewiadomych przyczyn na zdjęciach udaje, że nie ma twarzy. Przyjemna w obyciu persona z tego, com zdążył zaobserwować.
Aleksandra W. - "chcesz takiego fajnego drinka?", "no nie, na łóżku moich rodziców?", "będziecie tak patrzyli jak to robię?". Gospodarka imprezy. Zaopatrzenie na odpowiednio wysokim poziomie, kopnął mnie w dodatku z Jej rąk zaszczyt dzierżenia Ukrytej Flaszki.
Klaudia - "ej nie, adam, ja cię jednak lubię", "jak ja wrócę do domu?", "sprowadzisz mnie po schodach?". Tak rozpierana przez energię, że Dominik ucierpiał, podobnie jak zapasy alkoholu. "Tak wyszło".
Aleksandra K. - "przychodzę w pokojowych zamiarach", "Klaudia, obiecałaś!". I o.
Maksymilian - "o matko, znowu..?"
BACH! I znów niezależnie od swej gorącej woli, musiałem przerwać. Na jakieś 24 godziny. To chyba przebija siedem godzin Moniki? Na tym chyba skończę wymienianie gości. Reszta może się obrazić. Ogólnie rzecz biorą, impreza z tych przyjemnych. Bez przesady, bez parcia na cokolwiek, bez większych ekscesów. Miło było popatrzeć na wielkie, okrągłe oczy Kingi, która przysłuchiwała się historycznej batalii stulecia, pograć w karty (kto ostatni wywali wszystko bez ładu i składu na stół, ten przegrywa), pogadać, pośmiać się, poudawać taniec i w ogóle. Dzięęęę-kuuuu-jeeee-my!
Teraz, dla zachowania równowagi w naturze, osobiste wycieczki względem mojej skromnej osoby. Ciekawostki o adamie! Naga prawda na wierzchu! Życie na sprzedaż, komercja! Chodźta i bierzta!
Piszę, pisałem wiersze. Twory wierszopodobne. Jakby to talar ujął "operuję słowem". Bez krygacji, krępacji i fałszywej skromności - z nader marnym skutkiem. Piszę i palę te wszystkie kartki. To takie oczyszczające wymiotowanie myślami. ("łeeeee, to miała być ciekawostka? nic nowego nie napisałeś! więcej! igrzysk!")
Dobra, postaram się. Posiadam ulubione przejście dla pieszych. Koło Podlasia, przez Wojska Polskiego. Nigdy tam nie czekam i fajnie się tamtędy z rozpędu zjeżdża na rowerze wprost pod koła samochodów. Głupki muszą hamować, a ja pędzę dalej.
Słabe? Więcej? Ech, wymagający z Was czytelnicy. Marzy mi się własna książka. Tak jest, ogrrrromne, monumentalne dzieło traktujące o... i tu jest problem. Są szkice, początki, wątki i różne takie, ale jest też lenistwo. I tak się kończy moja przygoda literacka.
Tendencyjne marzenie, powiadacie? No nic, lecim dalej, bo czas i inne okoliczności gonią. Nie umiem normalnie funkcjonować bez muzyki. Trzy, cztery dni bez słuchawek i adam robi się zły. Poirytowany. Krótka jazda autobusem go przerasta. Wstyd.
Lubię zakupy w supermarketach. Taaaaki asortyment, a ja nie umiem wybrać i spaceruję, dookoła jest tylu brzydkich ludzi, butelki przyjemnie ciążą i brzęczą, a w kolejce można podyskutować.
Boję się nosić noża. I kusi mnie to. Bo chciałbym poczuć czyjś strach, kiedy to ja miałem go czuć. Ale zatrudnienie rodziców sprawia, że jestem zbyt świadom faktu, iż centymetr w lewo, albo dwa centymetry za głęboko spieprzą mi życie od góry do dołu.
W czasie kąpieli zanurzam się pod wodę, słucham szumu i myślę o takim idiotycznym sposobie na samobójstwo. Nie chwaląc się płuca mam, więc dumanie trwa chwilkę, przyprawiając rodzicieli o palpitacje serca.
Moja pamięć jakaśtam nie istnieje. Wychodząc słyszę "sprawdź skrzynkę". Schodzę po schodach jakieś 40 sekund i nie pamiętam o skrzynce. Gorzej, jeśli rzecz tyczy się spraw większej wagi.
Pieniądze się mnie nie trzymają, a jeśli mam pisać szczerze, to nie umiem oszczędzać. Jeśli dysponuję stówą, to po tygodniu jej nie będzie. Bo jak mawia ojciec "pieniądze są po to, żeby je wydawać".
Dłuuugo, długo mówiłem "zbić z pantałyku" i "rozchłestany". Mówiłem i myślałem, ponieważ
Myślę całymi zdaniami. Książkowo. A idąc wymyślam narrację tego co widzę. Gdybym to wszystko zapisywał, ze cztery Noble by wpadły NIE CHWALĄC SIĘ, RZECZ JASNA.
Spotkawszy przykładowego znajomego z gimnazjum, nie wiem o czym mam niby z nim rozmawiać.Więc wspólna jazda autobusem musi być i jest męcząca.
"-Co tam u ciebie?
- Powoli, nie narzekam.
- To spoko, u mnie też.
-No..."
Nie cierpię rozmawiać o szkole. Z nikim. Nie wiem, kiedy są klasówki, nie znam plotek o nauczycielach, w dupie mam oceny innych i poprawy.
Część dalsza tej dupnej notki nastąpi, jak ją wymyślę i będę miał czas. Trzymajcie się poręczy, o ile jest realna.
Pojedziemy tam. The truth is not out there,
środa, 21 września 2011
Krew pachnie w tej sali
Co za potwornie nielitościwy dla twórczości okres. Musiałem wleźć na własnego bloga, żeby sprawdzić, kiedy ostatnio coś pisałem. Sobota. Ok. Da się nadrobić.
Jak zwykle do pisania zmotywował mnie doping Wiernych Czytelników ("notkę byś dodał, a nie się obijasz").
Człowiek idzie sobie spokojnie, wokół jesienna aura, błoga melancholia, aż tu nagle sykokrzyk "DZIE NOTKA?". Żadnego "cześć, co tam, hipopotam", tylko od razu przejście do sedna sprawy. Moje słabe serce pozdrawia Kingę :)
Zauważyliście jak ładnie rozbijam tekst? To ze względu na Artura. Podobno dzięki takowemu zabiegowi łatwiej się czyta i dlatego też blog Busha jest lepszy (grrr, wrrr).
A teraz po staremu twarda ściana literek. Tak właśnie będzie, pocałujta mnie w nos. Co się działo przez trzy dni od soboty? Nic. Siedzenie w domu, niby choroba. Przez pokój przewinęło się paru ludzi, przez głowę milion myśli, przez głośniki parę setek piosenek (last.fm leży i kwiczy). I nic konstruktywnego przez ten czas nie uczyniłem. Niby w ramach kuracji wlałem we się trochu piwa i tyle. Nie, nie pomogło. Może dlatego, że piwo było zimne, ale nie jestem pewien, jak uważata? Oprócz tego tysiąc żyliardów ton ciężaru. W sensie, że ciężko mi było. Ciężko nawet stwierdzić dlaczego. Chroniczny brak piniondzów (ale to nic nowego :), niedobór i nadmiar czasu na zmianę i o.
Dziś postanowiłem wziąć się w garść, zostawiłem Szymona samego z jego ochotą (interpretujcie jak kcecie) i pognałem... no dobra, poczłapałem do szkoły. A w szkole wesoło. Gdzie wsiąkło 112 (wg. innej wersji 116) złotych na prezent dla Sołtysa? Podobno imć Talar wziął! Dawajże huzia na józia, czy też na Michała. Talarek oddawaj nasze sto milionów! Tak jakoś dziwne wyszło, że prezentu nie ma i nie ma tyż hajsów. Niby gniew sierpniowego solenizanta jest słuszny, boży i w ogóle, ale ja z czystej przekory nie zamierzam dołączyć się do ostracyzmu klasowego. Wsiąkły, to i się znajdą, prędzej albo później. A jak jest z tym problem, to trzeba walić jak w dym bezpośrednio do podejrzanego (podejrzanych, bo i ja byłem przesłuchiwany), a nie skarżyć się dziewczynom. To tak na przyszłość :) W całej sytuacji najbardziej rozwaliła mnie chwilowa histeria i zarzut "PRZEPILIŚCIE?!". Takież to mniemanie ma o nas stadko humanistycznych niebożąt.
O obchodach dwudziestolecia odzyskania niepodległości przez Czeczenię powiem tyle, że nawet warto było pójść. A to dużo w mych plugawych ustach.
Głód mnie ciśnie, więc teraz szybko, chaotycznie i bez sensu. Bush. Znowu Bush. Tak to jest podchodzić do dyskusji z nudów, nonszalancko i bez przekonania, ot tak dla samej dyskusji. No cóż, mam nadzieję na rewanż. Może przy sekundancji (nie ma takiego słowa i co z tego?) Talara. Przekonać mnie nie przekonałeś, ale merytorycznie czuję się zmiażdżony, broniłem się jak mogłem.
Mgła. Wczorajsza mgła. I jak to wszystko nad ranem wygląda (tak, obłożnie chorzy mogą spacerować, cicho tam). Po pierwsze jest cicho. To dobrze. Nie zniósłbym ludzkich głosów, tych wszystkich bezcelowych hałasów w takiej scenerii. Bo drugie jest zimno i to też dobrze, bo dzięki temu jest pusto. Można iść takim krokiem jak na spacerze z kimś, nawet środkiem ulicy. Po trzecie mimo wszechogarniającej szarości jest jasno. Smolista noc ma swój chory urok, za to we mgle widać, ale nie do końca. Pole do popisu dla wyobraźni. Momentami aż za duże pole. I człowiek (czyli ja, niedomyślni czytelnicy) mijając dwóch filozofów (niektórzy mówią też "meneli") w lesie dochodzi do głupich wniosków. Mgła, nie mgła, zimno, ciepło, oni i tak przychodzą usiąść na tym drzewie, wypić co mają do wypicia i powiedzieć to samo co wczoraj i przedwczoraj. Przychodzą i mają gdzieś wszystko co poza ich polem widzenia. Patrzę na siebie, na całe liceum, później na nich i dochodzę do jeszcze głupszych wniosków...
Alkohol? Nieee. Narkotyki? Nieeee. To może banalne spacery? Taak! Chodzę, kiedy tylko mam czas. Czyli rzadko.
Naprawdę jestem głodny, więc jeszcze tylko losowo wybrana przez Winampa piosenka i do następnego razu, moi mali przyjaciele! Padło na to. Tysiącletnia piosenka, ostatnio słyszana chyba u Julki. Miłego dnia, nie wpadnijcie przypadkiem pod jakiś samochód.
Jak zwykle do pisania zmotywował mnie doping Wiernych Czytelników ("notkę byś dodał, a nie się obijasz").
Człowiek idzie sobie spokojnie, wokół jesienna aura, błoga melancholia, aż tu nagle sykokrzyk "DZIE NOTKA?". Żadnego "cześć, co tam, hipopotam", tylko od razu przejście do sedna sprawy. Moje słabe serce pozdrawia Kingę :)
Zauważyliście jak ładnie rozbijam tekst? To ze względu na Artura. Podobno dzięki takowemu zabiegowi łatwiej się czyta i dlatego też blog Busha jest lepszy (grrr, wrrr).
A teraz po staremu twarda ściana literek. Tak właśnie będzie, pocałujta mnie w nos. Co się działo przez trzy dni od soboty? Nic. Siedzenie w domu, niby choroba. Przez pokój przewinęło się paru ludzi, przez głowę milion myśli, przez głośniki parę setek piosenek (last.fm leży i kwiczy). I nic konstruktywnego przez ten czas nie uczyniłem. Niby w ramach kuracji wlałem we się trochu piwa i tyle. Nie, nie pomogło. Może dlatego, że piwo było zimne, ale nie jestem pewien, jak uważata? Oprócz tego tysiąc żyliardów ton ciężaru. W sensie, że ciężko mi było. Ciężko nawet stwierdzić dlaczego. Chroniczny brak piniondzów (ale to nic nowego :), niedobór i nadmiar czasu na zmianę i o.
Dziś postanowiłem wziąć się w garść, zostawiłem Szymona samego z jego ochotą (interpretujcie jak kcecie) i pognałem... no dobra, poczłapałem do szkoły. A w szkole wesoło. Gdzie wsiąkło 112 (wg. innej wersji 116) złotych na prezent dla Sołtysa? Podobno imć Talar wziął! Dawajże huzia na józia, czy też na Michała. Talarek oddawaj nasze sto milionów! Tak jakoś dziwne wyszło, że prezentu nie ma i nie ma tyż hajsów. Niby gniew sierpniowego solenizanta jest słuszny, boży i w ogóle, ale ja z czystej przekory nie zamierzam dołączyć się do ostracyzmu klasowego. Wsiąkły, to i się znajdą, prędzej albo później. A jak jest z tym problem, to trzeba walić jak w dym bezpośrednio do podejrzanego (podejrzanych, bo i ja byłem przesłuchiwany), a nie skarżyć się dziewczynom. To tak na przyszłość :) W całej sytuacji najbardziej rozwaliła mnie chwilowa histeria i zarzut "PRZEPILIŚCIE?!". Takież to mniemanie ma o nas stadko humanistycznych niebożąt.
O obchodach dwudziestolecia odzyskania niepodległości przez Czeczenię powiem tyle, że nawet warto było pójść. A to dużo w mych plugawych ustach.
Głód mnie ciśnie, więc teraz szybko, chaotycznie i bez sensu. Bush. Znowu Bush. Tak to jest podchodzić do dyskusji z nudów, nonszalancko i bez przekonania, ot tak dla samej dyskusji. No cóż, mam nadzieję na rewanż. Może przy sekundancji (nie ma takiego słowa i co z tego?) Talara. Przekonać mnie nie przekonałeś, ale merytorycznie czuję się zmiażdżony, broniłem się jak mogłem.
Mgła. Wczorajsza mgła. I jak to wszystko nad ranem wygląda (tak, obłożnie chorzy mogą spacerować, cicho tam). Po pierwsze jest cicho. To dobrze. Nie zniósłbym ludzkich głosów, tych wszystkich bezcelowych hałasów w takiej scenerii. Bo drugie jest zimno i to też dobrze, bo dzięki temu jest pusto. Można iść takim krokiem jak na spacerze z kimś, nawet środkiem ulicy. Po trzecie mimo wszechogarniającej szarości jest jasno. Smolista noc ma swój chory urok, za to we mgle widać, ale nie do końca. Pole do popisu dla wyobraźni. Momentami aż za duże pole. I człowiek (czyli ja, niedomyślni czytelnicy) mijając dwóch filozofów (niektórzy mówią też "meneli") w lesie dochodzi do głupich wniosków. Mgła, nie mgła, zimno, ciepło, oni i tak przychodzą usiąść na tym drzewie, wypić co mają do wypicia i powiedzieć to samo co wczoraj i przedwczoraj. Przychodzą i mają gdzieś wszystko co poza ich polem widzenia. Patrzę na siebie, na całe liceum, później na nich i dochodzę do jeszcze głupszych wniosków...
Alkohol? Nieee. Narkotyki? Nieeee. To może banalne spacery? Taak! Chodzę, kiedy tylko mam czas. Czyli rzadko.
Naprawdę jestem głodny, więc jeszcze tylko losowo wybrana przez Winampa piosenka i do następnego razu, moi mali przyjaciele! Padło na to. Tysiącletnia piosenka, ostatnio słyszana chyba u Julki. Miłego dnia, nie wpadnijcie przypadkiem pod jakiś samochód.
sobota, 17 września 2011
Sorrow is Her name
Kolejny dzień w ciągu. Jakimże ciągu? Alkoholowym? Diety? Nie-e. Bez dłuższych spotkań z Pauliną. Niedobór Jej uśmiechu wpływa wyjątkowo źle na moją kondycję psychiczną. W efekcie jestem w domu, ale jakby mnie nie było. Zresztą, mniejsza z tym.
Sobota. Wracamy do porannego wstawania w sobotę. O 7:00 byłem na swoich długich, koślawych nogach i niewiele później leciałem na nich na kurs z WoSu. O samym kursie za moment, najpierw to, co spotkało mię po drodze. Jesień. Właśnie tak, chłodny, rześki poranek, a ja wlazłem prosto w jesień. Strasznie długo się przed tym broniłem, ale to jednak chyba moja... (nie, tylko nie "ulubiona") najbliższa pora roku. Jesienią widać najwięcej. Czuć najwięcej. Wiosną ślepa euforia potrafi zasłonić dużo i na długo, latem rozgrzane powietrze faluje i zniekształca obraz, a tłumy ludzi, które wylęgły żerować na słońcu, zagłuszają ciszę. We Zime bywa tak, że trzeba kurczowo trzymać się świadomości upływu czasu, żeby nie zostać w tumanie śniegu, wilgoci i Licealnej Nocy Polarnej na zawsze. Dziś, kiedy lazłem, żeby wydać wbrew sobie pieniądze, tak wiele myśli i uczuć huczało we łbie, że momentami czułem się inteligentny. A może to tylko muzyka..?
A na kursie... zaskakująco miło i nudno. Najpewniej w ostatecznym rozrachunku się opłaci (obrzydliwy zwrot). Więcej nie powiem, bo mam dość tego całego pierdzielenia o maturach, punktach, repetytoriach, wademekach i madafakach. Rzygać się chce. Będzie co będzie, a jak cholera obleję, to pójdę do łopaty i też zdarzy mi się być szczęśliwym. Tyle histerii i pieniędzy tylko po to, żeby... zarabiać pieniądze. Znam lepsze formy spędzania czasu. Pozdrawiam Talara, palenie hajsu jest ok!
Tym samym dochodzimy do pewnego wielce zabawnego tematu i pewnego mniej zabawnego, acz pokrewnego. Jest nas 29 osób, albo coś koło tego. Wy lekceważycie nas (nie, nie to NAS), a my Was, szanowne koleżanki. Jak to się dzieje? My w waszych oczach jesteśmy parą niedojrzałych, wulgarnych i nadpobudliwych nieudaczników. A Wy dla nas, w znacznej większości jesteście zahukanymi przez liceum, nastawionymi na łatwiznę i monotematycznymi przyszłymi karierowiczkami. Skąd takie niedobre emocje? Nie wiem, doprawdy nie wiem. "Jestem tylko grajkiem, a nie papieżem" <- czyj cytat?
I jak to jest w biochemie, z którym jestem tak, czy owak skoligacony? Ile można ciągnąć taki Temat? Nie będę oceniał, bom nieobiektywny jak sądy w PRL'u, ale tak całkiem z boku patrząc - coś się zmieniło. Szybkie pytanie, czy to mi się podoba? Jeśli nie, to czy mogę to odkręcić? Jeśli nie, to czy nie powinienem przypadkiem zamilknąć i milczeć jak... jak... nie wiem, kuźwa, jak świnia. Tak, od dziś świnie milczą. A przynajmniej powinny milczeć, czego im, sobie i Szanownym Państwu życzę. Ryjki (nawet te zgoła ładne), do korytek, bo przeca o to chodzi, nie? Żeby mieć co i za co żryć, ot, tajemnica istnienia edukacji.
POSŁUCHAJ, TO DO BUSHA (postronni mogą sobie odpuścić, chociaż wcale nie muszą)
Leningrad, Stalingrad, Wrocław, Berlin, Prusy Wschodnie, Ukraina. Czas wojny, największej jak dotąd. Czy naprawdę jest za czym tęsknić? Czy okres, kiedy bohaterstwo ginęło, bo było bohaterskie, a sukinsyństwo wypływało, bo było cwane, naprawdę można nazwać "okresem wypalania plew"? Jest za czym tęsknić? Ja nie odpowiem, bo nie jestem w stanie sobie Tego wyobrazić, tak jak żadne z nas. "Było, nie wróci". Że tak banalnie powiem - i bardzo kur.czę dobrze. Nie myśl, że nie rozumiem, co chciałeś napisać. Znam Ten dreszcz i nie muszę tłumaczyć chyba jaki. Ale zapytaj Żyda, który akurat miał to szczęście, że przeżył, czy nie jest mu źle, z faktem, że teraz może tylko dawać sobą kierować. Bo kiedyś, w starych dobrych czasach wszyscy mogli sami stanowić o sobie. Umrzeć dziś, albo jutro. Od ognia, albo od głodu. Tyle dobrego, że nie z Metalliką w uszach.
Uf. Nie wiem, czy napisałem to z sensem. Reszta dnia w skrócie - byłem w domu, byłem u Chinka (ach, kolejny czytelnik, I spray cum everywhere), postanowiłem odkurzyć znajomość, gdzieś pójść, coś zrobić, znaleźć morpega (NIE, LOL NIE WCHODZI W GRĘ). Słowem, jestem ambitny adam! Na tyle ambitny, że pewien przerażający w swej naiwności zamiar, powrócił i rozkwita. Jezus maryja, zwariowałem, więcej nie powiem, bo zapeszę.
Każdy mężczyzna powinien zbudować dom i zasadzić drzewo, nie? To won do minecrafta!
I am so tired, please just take me away,
Just let me lay down here for a while,
Again open my eyes to the bright morning sun hoplessly stare,
She is with me again, why does she come and why does she care so much for me?
She reaches out to me, she whispers so sweetly "come to me, be with me, sink with me, die with me"
Sorrow is her name and she's mine.
Na sam koniec chciałem nagadać Monice, że ma takie długie notki, po których wstydzę się za swoje i podziękować Jej, bo tak.
Porzućcie wszelką nadzieję, Wy, którzy się budzicie.
Sobota. Wracamy do porannego wstawania w sobotę. O 7:00 byłem na swoich długich, koślawych nogach i niewiele później leciałem na nich na kurs z WoSu. O samym kursie za moment, najpierw to, co spotkało mię po drodze. Jesień. Właśnie tak, chłodny, rześki poranek, a ja wlazłem prosto w jesień. Strasznie długo się przed tym broniłem, ale to jednak chyba moja... (nie, tylko nie "ulubiona") najbliższa pora roku. Jesienią widać najwięcej. Czuć najwięcej. Wiosną ślepa euforia potrafi zasłonić dużo i na długo, latem rozgrzane powietrze faluje i zniekształca obraz, a tłumy ludzi, które wylęgły żerować na słońcu, zagłuszają ciszę. We Zime bywa tak, że trzeba kurczowo trzymać się świadomości upływu czasu, żeby nie zostać w tumanie śniegu, wilgoci i Licealnej Nocy Polarnej na zawsze. Dziś, kiedy lazłem, żeby wydać wbrew sobie pieniądze, tak wiele myśli i uczuć huczało we łbie, że momentami czułem się inteligentny. A może to tylko muzyka..?
A na kursie... zaskakująco miło i nudno. Najpewniej w ostatecznym rozrachunku się opłaci (obrzydliwy zwrot). Więcej nie powiem, bo mam dość tego całego pierdzielenia o maturach, punktach, repetytoriach, wademekach i madafakach. Rzygać się chce. Będzie co będzie, a jak cholera obleję, to pójdę do łopaty i też zdarzy mi się być szczęśliwym. Tyle histerii i pieniędzy tylko po to, żeby... zarabiać pieniądze. Znam lepsze formy spędzania czasu. Pozdrawiam Talara, palenie hajsu jest ok!
Tym samym dochodzimy do pewnego wielce zabawnego tematu i pewnego mniej zabawnego, acz pokrewnego. Jest nas 29 osób, albo coś koło tego. Wy lekceważycie nas (nie, nie to NAS), a my Was, szanowne koleżanki. Jak to się dzieje? My w waszych oczach jesteśmy parą niedojrzałych, wulgarnych i nadpobudliwych nieudaczników. A Wy dla nas, w znacznej większości jesteście zahukanymi przez liceum, nastawionymi na łatwiznę i monotematycznymi przyszłymi karierowiczkami. Skąd takie niedobre emocje? Nie wiem, doprawdy nie wiem. "Jestem tylko grajkiem, a nie papieżem" <- czyj cytat?
I jak to jest w biochemie, z którym jestem tak, czy owak skoligacony? Ile można ciągnąć taki Temat? Nie będę oceniał, bom nieobiektywny jak sądy w PRL'u, ale tak całkiem z boku patrząc - coś się zmieniło. Szybkie pytanie, czy to mi się podoba? Jeśli nie, to czy mogę to odkręcić? Jeśli nie, to czy nie powinienem przypadkiem zamilknąć i milczeć jak... jak... nie wiem, kuźwa, jak świnia. Tak, od dziś świnie milczą. A przynajmniej powinny milczeć, czego im, sobie i Szanownym Państwu życzę. Ryjki (nawet te zgoła ładne), do korytek, bo przeca o to chodzi, nie? Żeby mieć co i za co żryć, ot, tajemnica istnienia edukacji.
POSŁUCHAJ, TO DO BUSHA (postronni mogą sobie odpuścić, chociaż wcale nie muszą)
Leningrad, Stalingrad, Wrocław, Berlin, Prusy Wschodnie, Ukraina. Czas wojny, największej jak dotąd. Czy naprawdę jest za czym tęsknić? Czy okres, kiedy bohaterstwo ginęło, bo było bohaterskie, a sukinsyństwo wypływało, bo było cwane, naprawdę można nazwać "okresem wypalania plew"? Jest za czym tęsknić? Ja nie odpowiem, bo nie jestem w stanie sobie Tego wyobrazić, tak jak żadne z nas. "Było, nie wróci". Że tak banalnie powiem - i bardzo kur.czę dobrze. Nie myśl, że nie rozumiem, co chciałeś napisać. Znam Ten dreszcz i nie muszę tłumaczyć chyba jaki. Ale zapytaj Żyda, który akurat miał to szczęście, że przeżył, czy nie jest mu źle, z faktem, że teraz może tylko dawać sobą kierować. Bo kiedyś, w starych dobrych czasach wszyscy mogli sami stanowić o sobie. Umrzeć dziś, albo jutro. Od ognia, albo od głodu. Tyle dobrego, że nie z Metalliką w uszach.
Uf. Nie wiem, czy napisałem to z sensem. Reszta dnia w skrócie - byłem w domu, byłem u Chinka (ach, kolejny czytelnik, I spray cum everywhere), postanowiłem odkurzyć znajomość, gdzieś pójść, coś zrobić, znaleźć morpega (NIE, LOL NIE WCHODZI W GRĘ). Słowem, jestem ambitny adam! Na tyle ambitny, że pewien przerażający w swej naiwności zamiar, powrócił i rozkwita. Jezus maryja, zwariowałem, więcej nie powiem, bo zapeszę.
Każdy mężczyzna powinien zbudować dom i zasadzić drzewo, nie? To won do minecrafta!
I am so tired, please just take me away,
Just let me lay down here for a while,
Again open my eyes to the bright morning sun hoplessly stare,
She is with me again, why does she come and why does she care so much for me?
She reaches out to me, she whispers so sweetly "come to me, be with me, sink with me, die with me"
Sorrow is her name and she's mine.
Na sam koniec chciałem nagadać Monice, że ma takie długie notki, po których wstydzę się za swoje i podziękować Jej, bo tak.
Porzućcie wszelką nadzieję, Wy, którzy się budzicie.
piątek, 16 września 2011
Miało wam się dostać, ale...
Znów... znów zaczynam pisać nie wiedząc do końca jak, czym miałbym zapełnić to miejsce. To chyba bardzo, bardzo niedobra oznaka. Zacznijmy od choróbska. Tak, dorwało mnie, punktualnie jak zwykle. Nie mam pojęcia jak to się dzieje, ale choruję co drugi rok. Czwarta klasa - choroba, piąta - brak, szósta - choroba, pierwsza gimnazjum - brak. I tak aż po dziś dzień. Najpewniej zadziałał cały dzień tylko w koszulce, plus wieczorna jazda skuterem, również w rzeczonej koszulce. Co to może kogo obchodzić? Nie mam pojęcia, piszę chyba tylko w formie przestrogi. Dziś od rana ledwo mogę mówić, nie bardzo pamiętam co się działo w szkole, ale nie narzekam. Od drugiej siedzę w domu, obżeram się i kaszlę. I myślę, jak ratować podupadającą już formę piszeniową? (nie mówcie, że nie wiecie o co chodzi) Zresztą nie tylko piszeniową. Lecę na łeb, na szyję pod każdym względem. Chcę jeść i spać. Nic więcej. No, może jeszcze parę rozdziałów "Potopu" ujdzie w tłoku. Klasa maturalna, nawet na moim profilu, potrafi dobić. I przydeptać. I napluć. Tak więc leżę sobie i nawet kwiknąć nie mogę, z powodu rozharatanego gardła. Ale nie smućcie się! Uśmiechy na buziach poproszę!
Od kilku dni nosiłem się z tym podłym zamiarem i chyba właśnie przyszedł czas. Pora na najbardziej ograny i najniesmaczniejszy chwyt. Dziś usłyszałem, że Talar napisał bonusowe wypracowanie lepiej niż ja, więc idę na całość.
Portrety. (Nie)stosowne uwagi o dowolnie wybranych, stosownych ludziach. Pan Termometr pokazuje 37,7, więc wszystkie wąty i pretensje proszę zgłaszać do chorego adama. Zdrowy nie ponosi odpowiedzialności.
Kolejność i skład losowy.
Bush - trochę hejter, trochę dyskutant, militaria, hejwi metul, LoL, Monika, Sindbad(ass), szlugi, jedno piwo na godzinę, suchary i nigga, nigger, the niggest humor. Nawet nie pamiętam jak, kiedy i po co się poznaliśmy. Ale w sumie warto było.
skoro Bush, no to i Monika (perwie/Pervie, czy też autor alikwy, nie wiem jak jeszcze). Uberszczery i uberobszerny blog, biologiczny fetysz, znana indywidualność, krzywe zdjencia pół na pół z udanymi, włosy, glany, nigdy nie przeklina, czyta mojego bloga, więc nie będę pisał za dużo, bo się trochu boję jak tak nieruchomo patrzy.
Sawcio - śpiewanie, skutery, gimnazjalistki, ogniska i inne biby, NALEŚNIKI?!, przyjacielskość, nigdy nie palił, last.fm i duże ilości muzyk naraz. Lubię tego trollucha, więc też nie będę się wyzłośliwiał.
Artur - zupełna sprzeczność między tym, jakie sprawia wrażenie, a co ma we łbie, spóźnienia, BEZ POPITY, Cthulhu, nigdy nie miał problemów z matmą, czyta, będzie rozlewał browary, a że chcę się załapać, to tyż nie będę podpadał
Talar - beka. I Julka. I tyle. Wiem, że chciałby przeczytać więcej, więc więcej nie będzie.
Julka - smutna jakaś. Muffiny i inne wypieki, domek hobbitów, dom, który Jej ukradnę jak nie będzie patrzyła. Szaleje za Talarem. Ma większe wargi niż ja, co ratuje mnie przed jakimiś gejowskimi kompleksami, toteż znów za dużo nie napiszę.
Sołtys - solidny człowiek, choć momentami konformista, ma ciężko z Talarem i ze mną, nie wiadomo jak i skąd został mianowany Sołtysem Księżopola, a osoby publiczne nie powinny być zbyt obciążane w internecie, toteż wiecie...
Klaudia - wyraźnie mnie nie lubi. Wilkokłak i loki. Strasznie niebieskie oczy, nigdy nie bywa agresywna. Zadurzona na zabój w Sołtysie, ale nie chce się przyznać.
Kiedyś napiszę dramat o takiej zgrai. Ale póki co, świadom czyhających niebezpieczeństw, nie opiszę mnóstwa osób. Może następnym razem, przy wyższej gorączce. A na razie "śpijcie, póki sen wasz niezakłóconym zostaje". Dziś pierwsza wywiadówka, okazja do zdarcia pewnej ilości kasy na różne cele, więc biorę się za sprzątanie (kto rozumie skomplikowany ciąg przyczynowo-skutkowy, ten koks).
At first I was like this. But then fever came, and I ended like this. Team Fortress 2 nadal rządzi. I po wyborach też będzie rządził.
Od kilku dni nosiłem się z tym podłym zamiarem i chyba właśnie przyszedł czas. Pora na najbardziej ograny i najniesmaczniejszy chwyt. Dziś usłyszałem, że Talar napisał bonusowe wypracowanie lepiej niż ja, więc idę na całość.
Portrety. (Nie)stosowne uwagi o dowolnie wybranych, stosownych ludziach. Pan Termometr pokazuje 37,7, więc wszystkie wąty i pretensje proszę zgłaszać do chorego adama. Zdrowy nie ponosi odpowiedzialności.
Kolejność i skład losowy.
Bush - trochę hejter, trochę dyskutant, militaria, hejwi metul, LoL, Monika, Sindbad(ass), szlugi, jedno piwo na godzinę, suchary i nigga, nigger, the niggest humor. Nawet nie pamiętam jak, kiedy i po co się poznaliśmy. Ale w sumie warto było.
skoro Bush, no to i Monika (perwie/Pervie, czy też autor alikwy, nie wiem jak jeszcze). Uberszczery i uberobszerny blog, biologiczny fetysz, znana indywidualność, krzywe zdjencia pół na pół z udanymi, włosy, glany, nigdy nie przeklina, czyta mojego bloga, więc nie będę pisał za dużo, bo się trochu boję jak tak nieruchomo patrzy.
Sawcio - śpiewanie, skutery, gimnazjalistki, ogniska i inne biby, NALEŚNIKI?!, przyjacielskość, nigdy nie palił, last.fm i duże ilości muzyk naraz. Lubię tego trollucha, więc też nie będę się wyzłośliwiał.
Artur - zupełna sprzeczność między tym, jakie sprawia wrażenie, a co ma we łbie, spóźnienia, BEZ POPITY, Cthulhu, nigdy nie miał problemów z matmą, czyta, będzie rozlewał browary, a że chcę się załapać, to tyż nie będę podpadał
Talar - beka. I Julka. I tyle. Wiem, że chciałby przeczytać więcej, więc więcej nie będzie.
Julka - smutna jakaś. Muffiny i inne wypieki, domek hobbitów, dom, który Jej ukradnę jak nie będzie patrzyła. Szaleje za Talarem. Ma większe wargi niż ja, co ratuje mnie przed jakimiś gejowskimi kompleksami, toteż znów za dużo nie napiszę.
Sołtys - solidny człowiek, choć momentami konformista, ma ciężko z Talarem i ze mną, nie wiadomo jak i skąd został mianowany Sołtysem Księżopola, a osoby publiczne nie powinny być zbyt obciążane w internecie, toteż wiecie...
Klaudia - wyraźnie mnie nie lubi. Wilkokłak i loki. Strasznie niebieskie oczy, nigdy nie bywa agresywna. Zadurzona na zabój w Sołtysie, ale nie chce się przyznać.
Kiedyś napiszę dramat o takiej zgrai. Ale póki co, świadom czyhających niebezpieczeństw, nie opiszę mnóstwa osób. Może następnym razem, przy wyższej gorączce. A na razie "śpijcie, póki sen wasz niezakłóconym zostaje". Dziś pierwsza wywiadówka, okazja do zdarcia pewnej ilości kasy na różne cele, więc biorę się za sprzątanie (kto rozumie skomplikowany ciąg przyczynowo-skutkowy, ten koks).
At first I was like this. But then fever came, and I ended like this. Team Fortress 2 nadal rządzi. I po wyborach też będzie rządził.
czwartek, 15 września 2011
Salony i Slalomy
Ach. Jak te obowiązki ciążą. WoS leży w ciemnym, zapomnianym przez adama i ludzi kącie, a sam zainteresowany adam siedzi i klepie kolejną notkę o niczem. Nietzschem? Nie, o nim nie będzie, w tej chwili naprawdę jest mi obojętne, czy bogowie/b/Bóg/ umarł, czy też żyje i ma się dobrze. I Was też powinno to mało obchodzić! Przeca miliard razy ważniejsze jest to, co autor z 777 wyświetleniami bloga chce wam przekazać (dużo powiedziane).
Dzisiejszy dzień pod znakiem warszafskiego salonu maturzystów, or sumtin like that. Pojechalimy, pośmiali się w drodze i połazili po politechnice, gdzie dziewczęta zdradzają swych partnerów (kwejk). Ludu dużo, sporo osób przyjechało z braku laku (vide Talar i ja), wszędzie nachalne, błagające ulotki i zarządzanie. Czego tam się uczy..? Humanistycznych ofert niewiele. Nic nowego i nic dziwnego. Po dojściu do podobnych wniosków, niezrównana trójka uzupełniona o Sołtysa, ruszyła na podbój warszawki. Przywołaliśmy Dreya, pośmialiśmy się sporo i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ubożsi o parę dych, za to (stosunkowo) najedzeni. A w autokarze, jak to w autokarze. Tył drze mordy "-PiS! -nie, PO! - nie będę płacił &%##~!!@&*^ dwóch dych za autostradę!" na dobrą sprawę nie wiedząc, o czym mówi, a przód prowadzi sympatyczne, przyjacielskie... dyskusje. O Bogu i bogu. Przekonaniach i racjach. Grzechach i moralności. Trzy wnioski.
-Jeśli nie wiem o czym mówię, siedzę kuźwa cicho.
-Prawo wyborcze nie powinno przysługiwać wszystkim.
-Jeśli dyskutuję, to staram się bez banałów, bo jakkolwiek moje ego jest mile połechtane (hmm...), z boku naprawdę brzmi to okrutnie źle.
Teraz krótko - powróciwszy przeszedłem się nad zalewem, zjadłem, posiedziałem, pojechałem z Bartusiem do Mirosława i oto jestem. Nudy, weny niet, także wróćcie z nadzieją następnym razem.
I jeszcze łapcie
Dzisiejszy dzień pod znakiem warszafskiego salonu maturzystów, or sumtin like that. Pojechalimy, pośmiali się w drodze i połazili po politechnice, gdzie dziewczęta zdradzają swych partnerów (kwejk). Ludu dużo, sporo osób przyjechało z braku laku (vide Talar i ja), wszędzie nachalne, błagające ulotki i zarządzanie. Czego tam się uczy..? Humanistycznych ofert niewiele. Nic nowego i nic dziwnego. Po dojściu do podobnych wniosków, niezrównana trójka uzupełniona o Sołtysa, ruszyła na podbój warszawki. Przywołaliśmy Dreya, pośmialiśmy się sporo i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ubożsi o parę dych, za to (stosunkowo) najedzeni. A w autokarze, jak to w autokarze. Tył drze mordy "-PiS! -nie, PO! - nie będę płacił &%##~!!@&*^ dwóch dych za autostradę!" na dobrą sprawę nie wiedząc, o czym mówi, a przód prowadzi sympatyczne, przyjacielskie... dyskusje. O Bogu i bogu. Przekonaniach i racjach. Grzechach i moralności. Trzy wnioski.
-Jeśli nie wiem o czym mówię, siedzę kuźwa cicho.
-Prawo wyborcze nie powinno przysługiwać wszystkim.
-Jeśli dyskutuję, to staram się bez banałów, bo jakkolwiek moje ego jest mile połechtane (hmm...), z boku naprawdę brzmi to okrutnie źle.
Teraz krótko - powróciwszy przeszedłem się nad zalewem, zjadłem, posiedziałem, pojechałem z Bartusiem do Mirosława i oto jestem. Nudy, weny niet, także wróćcie z nadzieją następnym razem.
I jeszcze łapcie
środa, 14 września 2011
Do like I told ya, stay away from me.
Pisane tak trochu na siłę. Z nadmiaru czasu. Jak śmiem mieć nadmiar czasu w klasie maturalnej? (Czy ja mam problem z pytaniami do publiki?). Otóż zdecydowałem się wziąć dziś ze sobą strój na wuef. Tak, właśnie w ten sposób można sobie załatwić trochę wolnego. Po kolei. Tradycyjne rozpychanie się łokciami przy koszu musiało się zemścić. Ta mrożąca krew w żyłach chwila nastała godzinę później. adam uberbramkarz stał twardo i nie uginał się pod najmocniejszymi strzałami uziego, nindży i Damiana. Niestety... wobec potęgi Sołtysa musiałem ulec... Jakiś czas temu powstał "komiks" przedstawiający "Sołtysa Roztropnego na Bramkę Zakusy". Wyglądało to mniej więcej tak, że Bartłomiej, pomyślawszy "jak pierdolnę, to zabiję", strzela, nie trafia, przebija sufit i wysyła piłkę gdzieś hen na orbitę, po to, by Czteroręki Astronom mógł ją uznać za nowy księżyc. Nie pytajcie. Dziś Władca Księżopola trafił. W mój i tak niezbyt urodziwy ryj. Rozharatałem wargę zębami, padłem na glebę, poleżałem, wstałem i tak dostałem już do końca. Ale zaraz panika, bo na pewno masz wstrząs mózgu, won padalcze do pielęgniarki. Poleżałem, ciśnienie za wysokie, nic to, spadnie. Po godzinie wreszcie spotkałem Chmurkę. I powtórka z rozrywki. Won padalcze do domu, bo wzrok masz kaprawy, a na licu ekspresja nietęga. Toteż wróciłem. I siedzę. I kichać mi się chce, a opuchlizna z wargi a'la Adamek już zeszła. Wiecie już, jak to się stało, że mam czas pisać. Więc pewnie chcielibyście się też dowiedzieć, co będę pisał, skoro pofatygowaliście się aż na TĘ stronę (hej, Monika!).
Tego sam jeszcze nie wiem, chociaż minęło parę ładnych godzin opieprzania się. Aż mi niejaka Karolina wypomniała nieróbstwo. Wątków jest kilka, nie wiem, których dotknę, które ominę, a które, hmmm... spenetruję.
Pierwsze primo (błagam, nie mówcie, że tak napisać nie można). Muzyka. Moja muzyka. Nie wiem, czy kogokolwiek to obchodzi, ale co mnie to obchodzi? :) Co można usłyszeć w tych wielkich, pożyczonych słuchawkach? Wszystko. Podstawówka - zestaw standardowy. Eminemy, rapy z wiwy (emtiwi jeszcze nie miałem!), jakieś gitarowe rzeczy, Apocalyptica w ilościach masowych, mroki niepamięci. A później poszło z górki. Wstydliwy okres, Linkin Park, jakieś free days gays, or sumthin, offspringi, Sum 41, Rammstein, In Flames, Behemoth, orgazmowy rok wyłącznie z black metalem, na wskroś gówniarskie "punkowe" rzyganie przy Sedesie (to zespół!), Brudnych Dzieciach, KSU i takiego wała, jak Polska cała. Uczyłem się za dużo i za szybko. Mnóstwo z tego przepadło i dobrze. Zabawne wspomnienia z koncertowych początków (PRL 2008!). Tak, to gimnazjum. Które skończyło się na doomie, SDBMie i różnych gotyckich dziwadłach. A od roku 2009, Type O Negative, regularnie i z zapałem. O liceum Wam nie opowiem, bom go jeszcze nie ukończył (tfu, tfu!). Z rzeczy najważniejszych - ciągle TON, Silencer, Burzum, Nile, Black River, Beltaine, Korpiklaani, MasseMorde i różne takie. Ktoś zechce, to zapyta. O. Właśnie piszę pod cenzurą. Bartek. I matka.
Drugie primo, pozornie pod publikę. Związek. Nasz Związek. Taaakie ważne i popularne słowo. Jak to u nas jest. Bo słyszałem, że to taaaakie ciekawe. Jak czuje się adam, nosząc z ważną miną torbę za Pyzą? Jak jest u nich z seksem..? Jak Ona z nim wyczymuje? Za wiele się Szanowni Państwo nie dowiedzą. Cóż, mam dosyć wąskie granice prywatności. Powiem tyle - idealnie być nie może, ale może być całkiem kororowo. I jest, za długo wymieniać by dlaczego. Jesteśmy na tyle blisko, że wiele rzeczy nie musi nas obchodzić, a wiele dopiero zaczyna chodzić nam po głowie. Tak, noszę tĘ torbę. Bo mogę. I chcę. A jeśli tak to jest odbierane, to cóż, ojabiednynieszczęśliwy, siedzę pod pantoflem. Naprawdę równo wali mnie to, jak to wygląda z boku. Z perspektywy moich kaprawych oczu, jest najlepiej. Uwaga, naiwne oświadczenie. Jestem w stanie pogonić za Nią byle gdzie, na byle jaki kierunek. ADAM DOPUSZCZA DO SIEBIE MYŚL O POLONISTYCE. Ale siara.
I o. Fajnie, prawda? Męczyłem te wypociny tyle czasu, że już nie mam siły. Czytajta, albo nie. Brrrrrrranoc!
Tego sam jeszcze nie wiem, chociaż minęło parę ładnych godzin opieprzania się. Aż mi niejaka Karolina wypomniała nieróbstwo. Wątków jest kilka, nie wiem, których dotknę, które ominę, a które, hmmm... spenetruję.
Pierwsze primo (błagam, nie mówcie, że tak napisać nie można). Muzyka. Moja muzyka. Nie wiem, czy kogokolwiek to obchodzi, ale co mnie to obchodzi? :) Co można usłyszeć w tych wielkich, pożyczonych słuchawkach? Wszystko. Podstawówka - zestaw standardowy. Eminemy, rapy z wiwy (emtiwi jeszcze nie miałem!), jakieś gitarowe rzeczy, Apocalyptica w ilościach masowych, mroki niepamięci. A później poszło z górki. Wstydliwy okres, Linkin Park, jakieś free days gays, or sumthin, offspringi, Sum 41, Rammstein, In Flames, Behemoth, orgazmowy rok wyłącznie z black metalem, na wskroś gówniarskie "punkowe" rzyganie przy Sedesie (to zespół!), Brudnych Dzieciach, KSU i takiego wała, jak Polska cała. Uczyłem się za dużo i za szybko. Mnóstwo z tego przepadło i dobrze. Zabawne wspomnienia z koncertowych początków (PRL 2008!). Tak, to gimnazjum. Które skończyło się na doomie, SDBMie i różnych gotyckich dziwadłach. A od roku 2009, Type O Negative, regularnie i z zapałem. O liceum Wam nie opowiem, bom go jeszcze nie ukończył (tfu, tfu!). Z rzeczy najważniejszych - ciągle TON, Silencer, Burzum, Nile, Black River, Beltaine, Korpiklaani, MasseMorde i różne takie. Ktoś zechce, to zapyta. O. Właśnie piszę pod cenzurą. Bartek. I matka.
Drugie primo, pozornie pod publikę. Związek. Nasz Związek. Taaakie ważne i popularne słowo. Jak to u nas jest. Bo słyszałem, że to taaaakie ciekawe. Jak czuje się adam, nosząc z ważną miną torbę za Pyzą? Jak jest u nich z seksem..? Jak Ona z nim wyczymuje? Za wiele się Szanowni Państwo nie dowiedzą. Cóż, mam dosyć wąskie granice prywatności. Powiem tyle - idealnie być nie może, ale może być całkiem kororowo. I jest, za długo wymieniać by dlaczego. Jesteśmy na tyle blisko, że wiele rzeczy nie musi nas obchodzić, a wiele dopiero zaczyna chodzić nam po głowie. Tak, noszę tĘ torbę. Bo mogę. I chcę. A jeśli tak to jest odbierane, to cóż, ojabiednynieszczęśliwy, siedzę pod pantoflem. Naprawdę równo wali mnie to, jak to wygląda z boku. Z perspektywy moich kaprawych oczu, jest najlepiej. Uwaga, naiwne oświadczenie. Jestem w stanie pogonić za Nią byle gdzie, na byle jaki kierunek. ADAM DOPUSZCZA DO SIEBIE MYŚL O POLONISTYCE. Ale siara.
I o. Fajnie, prawda? Męczyłem te wypociny tyle czasu, że już nie mam siły. Czytajta, albo nie. Brrrrrrranoc!
wtorek, 13 września 2011
Pośpiechy i Muzyki
Witam!
Już, już, nie bijta. Motywowany przez moich wiernych czytelników ("gdzie notka uju? w ryj dawno nie dostałeś? masz bloga, to go prowadź!", pozdrawiam JP Artura), wracam, wraz ze sporymi zaległościami.
Co działo się w sobotę...
Dzielnie oporządziwszy własny zaścianek pognałem w stronę 3go maja i tamże srodze się zawiodłem... Ja miałem pomagać i przenosić ciężkie ławy, a tymczasem wyręczył mnie Pan Andrzej! No i zostałem z bab... damską robotą w kuchni. Ale cóż to dla mnie, mrocznego wysłannika Mroku! Okazuje się, że wiele. Zestaw obieraczka + ogórek nie jest dla mnie ("daj to adaś, bo sobie krzywdę dziecko zrobisz"). Nie uległem jednak przeciwnościom i w dalszym ciągu miotałem się po całej kuchni bardziej robiąc zamieszanie niż pomagając, ale cóż... To pomieszczenie jest za małe na moje ego i moje nogi jednocześnie. Uwolniwszy się od gastronomiczno-imprezowych zagadnień i przebrnąwszy przez pyzowe korki (nie ma to jak usłyszeć nawalonych dresów grających na fortepianie) wylądowaliśmy u mnie. I podzieliliśmy się pracą. Paulina ostro walczyła z fizjologią roślin, a ja ćwiczyłem paluchy na przyspieszeniu, nitro i ręcznym. Tak, tak. Need for Speed. Powrót do korzeni. Minęło jeszcze parę chwil i oto nastąpiła historyczna chwila.
"-Napijesz się może?
-Nie, nie. Dziękuję, ja zaraz na miasto lecę, nie chcę mieszać.
-To może piwo?
-No cóż..."
I w ten właśnie sposób zostałem poczęstowany piwem przez człowieka, którego trochę podziwiam i trochę się boję. Tatę Pauliny. Jeszcze nigdy złocisty trunek nie był tak stresujący. Powoli się oswajam. Ale naprawdę powoli. Czemu mam z tym taki problem? Przecież ci sympatyczni skądinąd ludzie nie gryzą...
Przetrwałem tę straszliwą próbę i zabrałem się za masowanie obolałego krzyża Zosi (moja druga dziewczyna, wicie, rozumicie). Hm... Jak to opisać? Mi było barrrdzo przyjemnie, ale obawiam się, że to nie moja ocena ma znaczenie...
Jeszcze minuta i już z palcami pachnącymi jakąśtam maścią gnałem w dół do czekającego pod klatką Sawcia. Straszny ze mnie podróżnik. Założenia były takie, że obejrzymy Adamka, ale jakoś się zagadaliśmy, spotkaliśmy pannę Annę i o. Będzie bez nazwisk, ale cuś zauważyłem. Problemy są charakterystyczne dla wieku. Dwa lata w tył i... miałem to samo co ktuś. Potrafiłem dużo mówić, owszem, nawet ładnie, ale kiedy trzeba było poprzeć słowa czynami... Z tym było gorzej. Ba, źle całkiem. I dlatego pewne rzeczy kończyły się tak jak się kończyły. Czyli szybko.
Efekt nocnej rozmowy był taki, że w łóżku znalazłem się koło drugiej. I dawaj bić się z myślami. Nic przyjemnego...
W ten sposób wkroczyliśmy w niedzielę! Hurrra, już niedużo pisania i jeszcze mniej czytania. Całkiem typowy dzień. Warto wspomnieć jedynie słońce. Prawie wakacyjne słońce. A takie słońce w niedzielę równa się wysyp wszelkiego tałatajstwa nad zalewem (proszę wybaczyć, jeśli ktoś z Wielce Szanownych Państwa wybrał się akurat tam na spacer). Może i to typowe, ale... cholera, sto razy bardziej wolę to miejsce, moje do cna miejsce, kiedy wszędzie jest mgła, śnieg, noc, cokolwiek. Ale nie ludzie! Nie w jesień! Grrr, wrrrr.
Z rzeczy równie ważnych i ciekawych - byłem w kościele! Znów! Kark mnie rozbolał i ziewałem. Tyle. A później skatowałem żołądek szklanką coli i szklanką wody jabłkowej jednocześnie. Myślałem, że wytrzymam więcej... ale nie zarzygałem Paulinie łóżka! Dumnym z się!
Przed snem kilka wierszyków Tuwima przez telefon dla Niej i po męczącej nocy... Poniedziałek! Wytrwajta ludzie, naprawdę kończę te wstrząsające opowieści. A raczej skończyłbym je o czasie, gdyby ojciec nie podszedł i bezceremonialnie nie wyłączył mi komputera. Niebiosa wiedzą, jak ciężko mi w tej chwili nie kląć. I to porządnie. Także tego, na czym dziadek adam skończył..? Otóż to! Poniedziałek! Nudy, flaki i tak dalej. Talara złapały nieogarnięte kanary, które nie potrafią czytać liczb do góry nogami, byliśmy w przerażającym kredyt banku, a Paulina... Paulina kupiła mi Lego! Mówią, że stara miłość nie rdzewieje i ja, patrząc na szpony Fangza (urzekające imię) zgadzam się! Tyle z pamiętnikarskiego obowiązku. Przydałyby się jakieś smuty, hę? Żeby nie było za prosto, za nudno.
Nie będzie. Bo muszę się najpierw znów dowiedzieć co mam we łbie, a 6:27 to nie jest odpowiednia pora (nie zmienię strefy czasowej! to zbyt mainstreamowe!). Jedna rzecz - bush napisał o byciu chłopakiem biochema. Dwa słowa - zgadzam się :) To naprawdę specyficzny rodzaj klasy, pomyśleć, że nie wierzyłem. Jak to dobrze, że my na ujmanie możemy jeszcze się obijać, grać w wisielca, pisać pierdoły na polskim i... tak samo bać się matury. I na cóż to wszystko? Dla piniędzy w znacznej większości niestety.
Kończąc - szanowni państwo raczą zapewne słuchać różnej muzyki. Ja takowoż. Każdy jednak ma swoje orgazmowe kawałki. I ja takowoż, jak cholera. Od trzech długich, skurwysyńsko-fosforyzująco zielonych lat.
Miłego dnia!
Już, już, nie bijta. Motywowany przez moich wiernych czytelników ("gdzie notka uju? w ryj dawno nie dostałeś? masz bloga, to go prowadź!", pozdrawiam JP Artura), wracam, wraz ze sporymi zaległościami.
Co działo się w sobotę...
Dzielnie oporządziwszy własny zaścianek pognałem w stronę 3go maja i tamże srodze się zawiodłem... Ja miałem pomagać i przenosić ciężkie ławy, a tymczasem wyręczył mnie Pan Andrzej! No i zostałem z bab... damską robotą w kuchni. Ale cóż to dla mnie, mrocznego wysłannika Mroku! Okazuje się, że wiele. Zestaw obieraczka + ogórek nie jest dla mnie ("daj to adaś, bo sobie krzywdę dziecko zrobisz"). Nie uległem jednak przeciwnościom i w dalszym ciągu miotałem się po całej kuchni bardziej robiąc zamieszanie niż pomagając, ale cóż... To pomieszczenie jest za małe na moje ego i moje nogi jednocześnie. Uwolniwszy się od gastronomiczno-imprezowych zagadnień i przebrnąwszy przez pyzowe korki (nie ma to jak usłyszeć nawalonych dresów grających na fortepianie) wylądowaliśmy u mnie. I podzieliliśmy się pracą. Paulina ostro walczyła z fizjologią roślin, a ja ćwiczyłem paluchy na przyspieszeniu, nitro i ręcznym. Tak, tak. Need for Speed. Powrót do korzeni. Minęło jeszcze parę chwil i oto nastąpiła historyczna chwila.
"-Napijesz się może?
-Nie, nie. Dziękuję, ja zaraz na miasto lecę, nie chcę mieszać.
-To może piwo?
-No cóż..."
I w ten właśnie sposób zostałem poczęstowany piwem przez człowieka, którego trochę podziwiam i trochę się boję. Tatę Pauliny. Jeszcze nigdy złocisty trunek nie był tak stresujący. Powoli się oswajam. Ale naprawdę powoli. Czemu mam z tym taki problem? Przecież ci sympatyczni skądinąd ludzie nie gryzą...
Przetrwałem tę straszliwą próbę i zabrałem się za masowanie obolałego krzyża Zosi (moja druga dziewczyna, wicie, rozumicie). Hm... Jak to opisać? Mi było barrrdzo przyjemnie, ale obawiam się, że to nie moja ocena ma znaczenie...
Jeszcze minuta i już z palcami pachnącymi jakąśtam maścią gnałem w dół do czekającego pod klatką Sawcia. Straszny ze mnie podróżnik. Założenia były takie, że obejrzymy Adamka, ale jakoś się zagadaliśmy, spotkaliśmy pannę Annę i o. Będzie bez nazwisk, ale cuś zauważyłem. Problemy są charakterystyczne dla wieku. Dwa lata w tył i... miałem to samo co ktuś. Potrafiłem dużo mówić, owszem, nawet ładnie, ale kiedy trzeba było poprzeć słowa czynami... Z tym było gorzej. Ba, źle całkiem. I dlatego pewne rzeczy kończyły się tak jak się kończyły. Czyli szybko.
Efekt nocnej rozmowy był taki, że w łóżku znalazłem się koło drugiej. I dawaj bić się z myślami. Nic przyjemnego...
W ten sposób wkroczyliśmy w niedzielę! Hurrra, już niedużo pisania i jeszcze mniej czytania. Całkiem typowy dzień. Warto wspomnieć jedynie słońce. Prawie wakacyjne słońce. A takie słońce w niedzielę równa się wysyp wszelkiego tałatajstwa nad zalewem (proszę wybaczyć, jeśli ktoś z Wielce Szanownych Państwa wybrał się akurat tam na spacer). Może i to typowe, ale... cholera, sto razy bardziej wolę to miejsce, moje do cna miejsce, kiedy wszędzie jest mgła, śnieg, noc, cokolwiek. Ale nie ludzie! Nie w jesień! Grrr, wrrrr.
Z rzeczy równie ważnych i ciekawych - byłem w kościele! Znów! Kark mnie rozbolał i ziewałem. Tyle. A później skatowałem żołądek szklanką coli i szklanką wody jabłkowej jednocześnie. Myślałem, że wytrzymam więcej... ale nie zarzygałem Paulinie łóżka! Dumnym z się!
Przed snem kilka wierszyków Tuwima przez telefon dla Niej i po męczącej nocy... Poniedziałek! Wytrwajta ludzie, naprawdę kończę te wstrząsające opowieści. A raczej skończyłbym je o czasie, gdyby ojciec nie podszedł i bezceremonialnie nie wyłączył mi komputera. Niebiosa wiedzą, jak ciężko mi w tej chwili nie kląć. I to porządnie. Także tego, na czym dziadek adam skończył..? Otóż to! Poniedziałek! Nudy, flaki i tak dalej. Talara złapały nieogarnięte kanary, które nie potrafią czytać liczb do góry nogami, byliśmy w przerażającym kredyt banku, a Paulina... Paulina kupiła mi Lego! Mówią, że stara miłość nie rdzewieje i ja, patrząc na szpony Fangza (urzekające imię) zgadzam się! Tyle z pamiętnikarskiego obowiązku. Przydałyby się jakieś smuty, hę? Żeby nie było za prosto, za nudno.
Nie będzie. Bo muszę się najpierw znów dowiedzieć co mam we łbie, a 6:27 to nie jest odpowiednia pora (nie zmienię strefy czasowej! to zbyt mainstreamowe!). Jedna rzecz - bush napisał o byciu chłopakiem biochema. Dwa słowa - zgadzam się :) To naprawdę specyficzny rodzaj klasy, pomyśleć, że nie wierzyłem. Jak to dobrze, że my na ujmanie możemy jeszcze się obijać, grać w wisielca, pisać pierdoły na polskim i... tak samo bać się matury. I na cóż to wszystko? Dla piniędzy w znacznej większości niestety.
Kończąc - szanowni państwo raczą zapewne słuchać różnej muzyki. Ja takowoż. Każdy jednak ma swoje orgazmowe kawałki. I ja takowoż, jak cholera. Od trzech długich, skurwysyńsko-fosforyzująco zielonych lat.
Miłego dnia!
sobota, 10 września 2011
Gratisowa Półówka i Harmonogram
Pisane z opóźnieniem, niestety wczoraj nie dałem rady. Pierwsze oznaki wspominanego braku systematyczności!
Sobota, zawalona jak każda inna. Nie lubię sobót. I o sobotach pisał będę mało. Wystarczy, że to właśnie dziś, w sobotę, padło magiczne słowo "rozwód". Szczerze wątpię, ale jeśli, to błaaagam, nie tuż przed maturą!
Harmonogram na dziś napięty. Sprzątanie (bleee), pomaganie w przygotowaniu imienin mamy Pauliny (Super adam przeniesie ławę, tadaaaah!), patrzenie jak Paulina uczy się biologii, odwożenie Pauliny i, jeśli starczy czasu, piwo plus Adamek... Przynajmniej się wyspałem!
Z rzeczy ciekawszych - dzień wczorajszy. Pełna inwigilacja! Jedno kaszlnięcie i ponura facjata (zawsze tak mam!) i już Szpion (rzucę Ją na pożarcie Talarowi) donosi Paulinie, iż olaboga, gwałtu rety, adam smutny i chory. Wcale, że właśnie nie! Miło było posiedzieć te dwie francuskie godziny na tyłku, żreć ciasteczka, pić mleko, uważać, żeby Monika nie zabiła za przeszkadzanie w nauce, gnębić Julkę "uczonymi" dyskusjami o bitwach i bitewkach drugiej wojny. "-wy tak zawsze? -niee, tylko teraz na pokaz".
Natomiast po szkole...
Jak dostać pół litra gratis? To całkiem proste. Trzeba się wkręcić na próbę pewnego zespołu. Skuszony nazwą, "wreszcie, po pół roku", udałem się w okolice Leśnej. Tamże właśnie niestrudzona piątka muzyków z prawdziwą pasją oddaje się paleniu i od czasu do czasu gra. Co gra? Ciężko powiedzieć, a najlepiej byłoby spytać samych zainteresowanych. Dokładna geneza zespołu nie jest mi znana, dość powiedzieć, że szeregi 0,5 gratis zasilają między innemi sławy dużego formatu, znane z SinAlfa (nie umiem tego znaczka zrobić na klawiaturze), czyli Bartuś i Mirek Dyl. Załapałem się na set i chwilę tworzenia nowego kawałka. I mam całkiem orgazmowe wrażenia.
Po pierwsze monsieur Sawicki. Wiedziałem, że śpiewa dobrze, ale wczoraj usłyszałem dużo, dużo więcej Jego możliwości niż przez 5 lat znajomości. I nic to, że nie mógł wyciągnąć tego Iron Majdanowego "jaaaa!". Ukłony i brawka.
Po drugie herr Dylu. Pierwszy raz wytrząchał mi mózg przez uszy dwa lata temu. I mimo swojej ignorancji słyszałem braki. Wczoraj jak zwykle najgłośniejszy i niesubordynowany grał agresywnie i dokładnie. Za dobry we wróżeniu nie jestem, ale coś czuję, że gary w wykonaniu Mirosława jeszcze nie raz wedrą się w moje trzewia.
Po trzecie gitarowy duet panów Macieja i Oktawiana. Za cienki bolek jestem, żeby oceniać, ale to co obydwaj wyciągali z wioseł wstrząsnęło moim jestestwem. Delikatne, wolne początki, pierdolnięcie, solówki, wszystko gra i tańczy.
Po czwarte dzierżąca ogromny przy Jej posturze bas, mademoiselle Ewa. Ciężko było na początku usłyszeć, ale palce chodziły, więc wiedziałem, że grała, grała na pewno! A kiedy już się przebiła i usłyszałem, zrobiło się mnie bardzo przyjemnie, bowiem bas lubię. I to nic osobistego, ale po stokroć wolę ten bas, niż niejakiego towarzysza Jaszczuka.
Lirycznie jest różnie. Trafiały się wersy, przy których czułem ciary, trafiały się i banały. Czasem bywało niespójnie, jeden kawałek mówi tak, drugi z kolei nie. Ale nic to. Mam nadzieję, że niedługo zdarzy się koncert i niektórzy z p.t Czytelników przekonają się, czym prawdę mówił, czy też nie bałdzo.
Recenzja może zalatywać wazeliną, ale piniendzy za to nie biorę, specjalnych zobowiązań nie mam i nic chyba nic by mi się nie stało gdybym ich zjechał. Takowoż wierzajcie mi lub też nie, każde z nich zasłużyło na swoją setkę z półówki.
Sobota, zawalona jak każda inna. Nie lubię sobót. I o sobotach pisał będę mało. Wystarczy, że to właśnie dziś, w sobotę, padło magiczne słowo "rozwód". Szczerze wątpię, ale jeśli, to błaaagam, nie tuż przed maturą!
Harmonogram na dziś napięty. Sprzątanie (bleee), pomaganie w przygotowaniu imienin mamy Pauliny (Super adam przeniesie ławę, tadaaaah!), patrzenie jak Paulina uczy się biologii, odwożenie Pauliny i, jeśli starczy czasu, piwo plus Adamek... Przynajmniej się wyspałem!
Z rzeczy ciekawszych - dzień wczorajszy. Pełna inwigilacja! Jedno kaszlnięcie i ponura facjata (zawsze tak mam!) i już Szpion (rzucę Ją na pożarcie Talarowi) donosi Paulinie, iż olaboga, gwałtu rety, adam smutny i chory. Wcale, że właśnie nie! Miło było posiedzieć te dwie francuskie godziny na tyłku, żreć ciasteczka, pić mleko, uważać, żeby Monika nie zabiła za przeszkadzanie w nauce, gnębić Julkę "uczonymi" dyskusjami o bitwach i bitewkach drugiej wojny. "-wy tak zawsze? -niee, tylko teraz na pokaz".
Natomiast po szkole...
Jak dostać pół litra gratis? To całkiem proste. Trzeba się wkręcić na próbę pewnego zespołu. Skuszony nazwą, "wreszcie, po pół roku", udałem się w okolice Leśnej. Tamże właśnie niestrudzona piątka muzyków z prawdziwą pasją oddaje się paleniu i od czasu do czasu gra. Co gra? Ciężko powiedzieć, a najlepiej byłoby spytać samych zainteresowanych. Dokładna geneza zespołu nie jest mi znana, dość powiedzieć, że szeregi 0,5 gratis zasilają między innemi sławy dużego formatu, znane z SinAlfa (nie umiem tego znaczka zrobić na klawiaturze), czyli Bartuś i Mirek Dyl. Załapałem się na set i chwilę tworzenia nowego kawałka. I mam całkiem orgazmowe wrażenia.
Po pierwsze monsieur Sawicki. Wiedziałem, że śpiewa dobrze, ale wczoraj usłyszałem dużo, dużo więcej Jego możliwości niż przez 5 lat znajomości. I nic to, że nie mógł wyciągnąć tego Iron Majdanowego "jaaaa!". Ukłony i brawka.
Po drugie herr Dylu. Pierwszy raz wytrząchał mi mózg przez uszy dwa lata temu. I mimo swojej ignorancji słyszałem braki. Wczoraj jak zwykle najgłośniejszy i niesubordynowany grał agresywnie i dokładnie. Za dobry we wróżeniu nie jestem, ale coś czuję, że gary w wykonaniu Mirosława jeszcze nie raz wedrą się w moje trzewia.
Po trzecie gitarowy duet panów Macieja i Oktawiana. Za cienki bolek jestem, żeby oceniać, ale to co obydwaj wyciągali z wioseł wstrząsnęło moim jestestwem. Delikatne, wolne początki, pierdolnięcie, solówki, wszystko gra i tańczy.
Po czwarte dzierżąca ogromny przy Jej posturze bas, mademoiselle Ewa. Ciężko było na początku usłyszeć, ale palce chodziły, więc wiedziałem, że grała, grała na pewno! A kiedy już się przebiła i usłyszałem, zrobiło się mnie bardzo przyjemnie, bowiem bas lubię. I to nic osobistego, ale po stokroć wolę ten bas, niż niejakiego towarzysza Jaszczuka.
Lirycznie jest różnie. Trafiały się wersy, przy których czułem ciary, trafiały się i banały. Czasem bywało niespójnie, jeden kawałek mówi tak, drugi z kolei nie. Ale nic to. Mam nadzieję, że niedługo zdarzy się koncert i niektórzy z p.t Czytelników przekonają się, czym prawdę mówił, czy też nie bałdzo.
Recenzja może zalatywać wazeliną, ale piniendzy za to nie biorę, specjalnych zobowiązań nie mam i nic chyba nic by mi się nie stało gdybym ich zjechał. Takowoż wierzajcie mi lub też nie, każde z nich zasłużyło na swoją setkę z półówki.
czwartek, 8 września 2011
Rów Mariański i Uciechy
Trzymam się tradycji jednej notki dziennie, póki WoS nie zjada mi życia i póki mam o czym pisać. Było obiecane, że dziś na wesoło. I co? I dupa :)
Zapewne sam się nie dowiem co to spowodowało, ale jest i już. Dół. Rezygnacja. Zaprzeczenie i wątpliwości. Przywitajcie się. Rok temu utopił bym to i zadusił dymem. Dziś wystarczyła jedna rozmowa. Źle, wróć. Jedna osoba. Bo człowiek choćby nie wiem jak długo chciał zostać irytującym gówniarzem, dochodzi do momentu, w którym jedynym pewnym i jasnym wnioskiem, jest stwierdzenie, iż nie ma co się pierd...zielić, bo jest o kogo dbać. (niematojakpisaćdługiezdaniaboniepotrafisiępostawićkropki) I to powinno pochłaniać moje myśli i siły, a nie żal do siebie (irracjonalny, czy nie, bez różnicy).
Opierdziel należy się Talarowi, bo kiedy nie ma go w szkole, to ja zajmuję miejsce Nadpobudliwego. Swoje winy odkupi stawiając mi w sobotę piwo. W sobotę bowiem idziem do knajpy na Adamka! (kto do cholery życzy sobie CZTERY dychy, za JEDNĄ galę?!). Nie jestem pewien, ale to chyba pierwszy raz, kiedy zabieramy Sołtysa w nocy na miasto. Wielki dzień!
Co do Busha ("posłuchaj, to do Ciebie"). Zadałeś dziesięć pytań. Zostawiłeś do rozmyślań. Ja żem to we łbie rozmyślił i mówię do Cię - odpowiedz. Sobie zapewne odpowiedziałeś, odpowiedz i nam, jeśli "weny za psi chuj". Ja osobiście jestem ciekaw. A fragment o walce... kupmy po dwa piwa, siędnijmy gdzieś, a mówię Ci, zmienimy ten kraj :)
Dziś zakupion został bilet na pewien znany polski zespół, który gra w październiku (nie, Kult gra w listopadzie, poczekajcie). O zespole, a raczej o liderze jest ostatnio głośno. I trwa dyskusja, aby dobrze to, czy też nie? Mi samemu głupio jest o tym pisać. Bo typ muzyki, o którym mowa, nie lubi być upubliczniany. Przynajmniej mojem skromnem zdaniem. Trafiłby mnie uj z jasnego nieba, gdyby w sreletygodniu, albo innym FUCKCIE pojawił się artykuł o, dajmy na to, Christ Agony. Bo to kuźwa nie są tematy dla ignorantów. Tak samo pieklą się mniej lub bardziej samozwańczy miłośnicy literatury, kiedy Klub Kupnej Książki rozpływa się w peanach nad jakąś ulotką made by Coelho. Założę się. I nie mówta mi nawet, że wszystko jest dla wszystkich i nie ma co się snobić. Bo momentalnie głuchnę. Dlatego nie uważam, żeby środowisku i muzyce jakoś specjalnie przysłużyło się wstąpienie nygusa Darskiego w szeregi jurorów wojc of de poland czy cuś (ja po amerykańsku nie bałdzo). Ale nie zamierzam bojkotować, bądź co bądź zajebistej, twórczości, hejtować na forach, albo bronić. Pojadę tam, posłucham i będę słuchał dalej. Będę udawał, że nie wiem o całym tym cyrku...
cyrku z Behemothem, z wyborami, z maturą, studiami, kryzysami, dresami, groźnymi minami, szerokimi barami, krótkimi spódniczkami i całą resztą, którą sami zrobiliśmy. Bo chciałbym nie wiedzieć.
Piosnka na dziś (dzięki za pomysł) - Seatbelts - Spokey Dokey
Hail blog!
Zapewne sam się nie dowiem co to spowodowało, ale jest i już. Dół. Rezygnacja. Zaprzeczenie i wątpliwości. Przywitajcie się. Rok temu utopił bym to i zadusił dymem. Dziś wystarczyła jedna rozmowa. Źle, wróć. Jedna osoba. Bo człowiek choćby nie wiem jak długo chciał zostać irytującym gówniarzem, dochodzi do momentu, w którym jedynym pewnym i jasnym wnioskiem, jest stwierdzenie, iż nie ma co się pierd...zielić, bo jest o kogo dbać. (niematojakpisaćdługiezdaniaboniepotrafisiępostawićkropki) I to powinno pochłaniać moje myśli i siły, a nie żal do siebie (irracjonalny, czy nie, bez różnicy).
Opierdziel należy się Talarowi, bo kiedy nie ma go w szkole, to ja zajmuję miejsce Nadpobudliwego. Swoje winy odkupi stawiając mi w sobotę piwo. W sobotę bowiem idziem do knajpy na Adamka! (kto do cholery życzy sobie CZTERY dychy, za JEDNĄ galę?!). Nie jestem pewien, ale to chyba pierwszy raz, kiedy zabieramy Sołtysa w nocy na miasto. Wielki dzień!
Co do Busha ("posłuchaj, to do Ciebie"). Zadałeś dziesięć pytań. Zostawiłeś do rozmyślań. Ja żem to we łbie rozmyślił i mówię do Cię - odpowiedz. Sobie zapewne odpowiedziałeś, odpowiedz i nam, jeśli "weny za psi chuj". Ja osobiście jestem ciekaw. A fragment o walce... kupmy po dwa piwa, siędnijmy gdzieś, a mówię Ci, zmienimy ten kraj :)
Dziś zakupion został bilet na pewien znany polski zespół, który gra w październiku (nie, Kult gra w listopadzie, poczekajcie). O zespole, a raczej o liderze jest ostatnio głośno. I trwa dyskusja, aby dobrze to, czy też nie? Mi samemu głupio jest o tym pisać. Bo typ muzyki, o którym mowa, nie lubi być upubliczniany. Przynajmniej mojem skromnem zdaniem. Trafiłby mnie uj z jasnego nieba, gdyby w sreletygodniu, albo innym FUCKCIE pojawił się artykuł o, dajmy na to, Christ Agony. Bo to kuźwa nie są tematy dla ignorantów. Tak samo pieklą się mniej lub bardziej samozwańczy miłośnicy literatury, kiedy Klub Kupnej Książki rozpływa się w peanach nad jakąś ulotką made by Coelho. Założę się. I nie mówta mi nawet, że wszystko jest dla wszystkich i nie ma co się snobić. Bo momentalnie głuchnę. Dlatego nie uważam, żeby środowisku i muzyce jakoś specjalnie przysłużyło się wstąpienie nygusa Darskiego w szeregi jurorów wojc of de poland czy cuś (ja po amerykańsku nie bałdzo). Ale nie zamierzam bojkotować, bądź co bądź zajebistej, twórczości, hejtować na forach, albo bronić. Pojadę tam, posłucham i będę słuchał dalej. Będę udawał, że nie wiem o całym tym cyrku...
cyrku z Behemothem, z wyborami, z maturą, studiami, kryzysami, dresami, groźnymi minami, szerokimi barami, krótkimi spódniczkami i całą resztą, którą sami zrobiliśmy. Bo chciałbym nie wiedzieć.
Piosnka na dziś (dzięki za pomysł) - Seatbelts - Spokey Dokey
Hail blog!
środa, 7 września 2011
Reminescencje
Po pierwsze, słowem wyjaśnienia. Dlaczego napieprzam notatki jak głupi? Powodów jest kilka, powody są różnorakie, powody już wymieniam. Po pierwsze - kiepsko u mnie z systematycznością. Więc jakieś racjonalne zasady i terminy zastępuję słomianym zapałem. Po drugie - te 169 wyświetleń i jeden obserwator (Twój wkład w moją literacką nagrodę Nobla nie będzie zapomniany) bardzo mnie cieszy. Wiem, prymityw ze mnie, ale czuję się zobligowany do zapewniania ludowi igrzysk (chlebem zajmijta się sami), w postaci tejże pisaniny. Po trzecie, lubię, cholera pisać! A że ostatnio nie robiłem w tym kierunku nic (chyba, że dyktando się liczy), teraz nadrabiam.
Także tego, o czym dzisiaj? Dzisiaj pofilozofujemy, ale na znośnym, gównianym poziomie. Banału boję się jak ognia, ale cóż poradzić? Chyba każdego dopadają wspomnienia, porównania, przemijanie, bla, bla, bla. Jedni mają tak częściej, inni rzadziej. Ja częściej i choć to męczące, to lubię! Jak pisanie. Nie chodzi nawet o fakt, że w miejscu, gdzie miewałem wuefy, stoi teraz jeden z sześciu nowych bloków. Nie chodzi o ronda, budynki i drzewa, które rosną szybciej niż popęd płciowy świeżo upieczonego księdza. Chciałbym wiedzieć, jak i kiedy to wszystko się stało? Kiedy Bartek zdążył wdrążyć się w muzykę bardziej niż ja kiedykolwiek? Kiedy Bodzio zdążył zapuścić włosy dłuższe niż ja i je ściąć? Kiedy Talar z irytującego typa z klasy stał się irytującym przyjacielem? Kiedy koleżanka z podstawówki zdążyła zajść w ciążę? Sporo osób pojawiło się w moim życiu, sporo z niego zniknęło. Niektórzy w samą porę, niektórzy o wiele za wcześnie. Pojawiły się u mnie ludzkie uczucia, zniknęło parę nałogów. Chciałbym znaleźć wszystkie zgubione empetrójki, naprawić wszystkie telefony, przeczytać smsy, posłuchać piosenek i obejrzeć zdjęcia. Wiedzieć jak brzmiała przeszłość, jak będzie pachniała przyszłość. Tylko niebo jest to samo.
Także tego, o czym dzisiaj? Dzisiaj pofilozofujemy, ale na znośnym, gównianym poziomie. Banału boję się jak ognia, ale cóż poradzić? Chyba każdego dopadają wspomnienia, porównania, przemijanie, bla, bla, bla. Jedni mają tak częściej, inni rzadziej. Ja częściej i choć to męczące, to lubię! Jak pisanie. Nie chodzi nawet o fakt, że w miejscu, gdzie miewałem wuefy, stoi teraz jeden z sześciu nowych bloków. Nie chodzi o ronda, budynki i drzewa, które rosną szybciej niż popęd płciowy świeżo upieczonego księdza. Chciałbym wiedzieć, jak i kiedy to wszystko się stało? Kiedy Bartek zdążył wdrążyć się w muzykę bardziej niż ja kiedykolwiek? Kiedy Bodzio zdążył zapuścić włosy dłuższe niż ja i je ściąć? Kiedy Talar z irytującego typa z klasy stał się irytującym przyjacielem? Kiedy koleżanka z podstawówki zdążyła zajść w ciążę? Sporo osób pojawiło się w moim życiu, sporo z niego zniknęło. Niektórzy w samą porę, niektórzy o wiele za wcześnie. Pojawiły się u mnie ludzkie uczucia, zniknęło parę nałogów. Chciałbym znaleźć wszystkie zgubione empetrójki, naprawić wszystkie telefony, przeczytać smsy, posłuchać piosenek i obejrzeć zdjęcia. Wiedzieć jak brzmiała przeszłość, jak będzie pachniała przyszłość. Tylko niebo jest to samo.
wtorek, 6 września 2011
Pegasus Bridge
Chodzą słuchy, żem porywczy, agresywny, gburowaty choleryk. Jak to się dzieje, że miły, przyjaźnie nastawiony do świata człek przeistacza się w takie cuś? (Och nie, doktorze Jeckyll!) Otóż transformacja przebiega w sposób następujący:
-6:00, budzik z telefony wgniecionego w twarz sprawia, że moje pierwsze wypowiedziane słowo zaczyna się na "k", a kończy na "urwa"
-6:00-6:05, cholerny gówniarz manifestuje mi swoją miłość poprzez skakanie po twarzy, przewracanie wszystkiego na biurku, lizanie, gryzienie, drapanie, ogólnokocie wariacje
-6:05-6:40, śniadanie smakujące jak... w zasadzie wcale nie smakujące, pierwsza styczność z rodziną, za zimna, albo za gorąca woda, stos książek wypadający z biurka i tak dalej i tym podobne
-około 7:15, czekanie na autobus, nie wiadomo co ze sobą zrobić, ani zapalić, ani usiąść, ani iść w cholerę, byle dalej od tłumu zapyziałego jak ja. A w autobusie...Kuźwa. Wszystko byłoby w miarę (!) dobrze, gdyby nie fakt, że widzę. Widzę wszystkie krzyżujące się wzajemnie spojrzenia, kto na co zerka, czego jest ciekaw, co czuje patrząc z boku na twarze innych. I dlatego od pewnego czasu tępo wbijam wzrok w kołyszący się sufit, albo w okno. Ech, gdyby tak słuchawki...
Można by pomyśleć, że po dotarciu do szkoły jest lepiej. Takiego wała, jak Polska cała! Nie wiem jak to się dzieje, że zawsze we wrześniu ten tłum jest tak irytujący. Gdzie Ci wszyscy ludzie są w styczniu? Pół przerwy spędzone na schodzeniu po schodach i człowiek traci zahamowania przed karierą socjopaty. Do tego wszystkiego dodajcie niemrawą klasę, nauczycieli nadludzi i potworną nudę. I powiedzcie sami, czy to tak łatwo żyć i pozwolić żyć.
A dzień dzisiejszy naznaczony nieobecnością ojca i chorobą Pauliny. Kiedy mam za dużo czasu, gapię się na pomazane drzwi i zdarza mi się pomyśleć, że Jego jedyną większą ingerencją w moje życie jest ten mały, naiwny napis "Disco Polo - OK!", obliczony na zepsucie całej ubermetalowej kompozycji...
Z innej mańki - odkryłem swój nowy talent. Otóż podobno opowiadam ładne bajki! Zacznijmy od początku. Co chuman wie o choróbskach? Że trzeba spać pod kołdrą. Załadowałem tedy Pyzę pod kołdrę i dawaj Ją usypiać. Świadom tego, że mój talent wokalny mógłby co najwyżej przyprawić moją lepszą połowę o stany lękowe, zaniechałem śpiewania i zdecydowałem się na bajkę! Bajkę wymyśloną naprędce, w dużej części z moich własnych marzeń, wizji i szkiców z samego wnętrza głowy. Właśnie, szkiców. Wiecie jaki kolor ma zmierzch we wrześniu? I jak trupio wygląda pokój, kiedy resztki światła wpadają przez roletę? I jest tak cicho, że samobójcy rezygnują, bo mają zbyt wielkiego doła. "A obok leży ona. I tak spokojnie oddycha..." Tym optymistycznym akcentem żegnam i życzę wszelkich łask bożych.
-6:00, budzik z telefony wgniecionego w twarz sprawia, że moje pierwsze wypowiedziane słowo zaczyna się na "k", a kończy na "urwa"
-6:00-6:05, cholerny gówniarz manifestuje mi swoją miłość poprzez skakanie po twarzy, przewracanie wszystkiego na biurku, lizanie, gryzienie, drapanie, ogólnokocie wariacje
-6:05-6:40, śniadanie smakujące jak... w zasadzie wcale nie smakujące, pierwsza styczność z rodziną, za zimna, albo za gorąca woda, stos książek wypadający z biurka i tak dalej i tym podobne
-około 7:15, czekanie na autobus, nie wiadomo co ze sobą zrobić, ani zapalić, ani usiąść, ani iść w cholerę, byle dalej od tłumu zapyziałego jak ja. A w autobusie...Kuźwa. Wszystko byłoby w miarę (!) dobrze, gdyby nie fakt, że widzę. Widzę wszystkie krzyżujące się wzajemnie spojrzenia, kto na co zerka, czego jest ciekaw, co czuje patrząc z boku na twarze innych. I dlatego od pewnego czasu tępo wbijam wzrok w kołyszący się sufit, albo w okno. Ech, gdyby tak słuchawki...
Można by pomyśleć, że po dotarciu do szkoły jest lepiej. Takiego wała, jak Polska cała! Nie wiem jak to się dzieje, że zawsze we wrześniu ten tłum jest tak irytujący. Gdzie Ci wszyscy ludzie są w styczniu? Pół przerwy spędzone na schodzeniu po schodach i człowiek traci zahamowania przed karierą socjopaty. Do tego wszystkiego dodajcie niemrawą klasę, nauczycieli nadludzi i potworną nudę. I powiedzcie sami, czy to tak łatwo żyć i pozwolić żyć.
A dzień dzisiejszy naznaczony nieobecnością ojca i chorobą Pauliny. Kiedy mam za dużo czasu, gapię się na pomazane drzwi i zdarza mi się pomyśleć, że Jego jedyną większą ingerencją w moje życie jest ten mały, naiwny napis "Disco Polo - OK!", obliczony na zepsucie całej ubermetalowej kompozycji...
Z innej mańki - odkryłem swój nowy talent. Otóż podobno opowiadam ładne bajki! Zacznijmy od początku. Co chuman wie o choróbskach? Że trzeba spać pod kołdrą. Załadowałem tedy Pyzę pod kołdrę i dawaj Ją usypiać. Świadom tego, że mój talent wokalny mógłby co najwyżej przyprawić moją lepszą połowę o stany lękowe, zaniechałem śpiewania i zdecydowałem się na bajkę! Bajkę wymyśloną naprędce, w dużej części z moich własnych marzeń, wizji i szkiców z samego wnętrza głowy. Właśnie, szkiców. Wiecie jaki kolor ma zmierzch we wrześniu? I jak trupio wygląda pokój, kiedy resztki światła wpadają przez roletę? I jest tak cicho, że samobójcy rezygnują, bo mają zbyt wielkiego doła. "A obok leży ona. I tak spokojnie oddycha..." Tym optymistycznym akcentem żegnam i życzę wszelkich łask bożych.
poniedziałek, 5 września 2011
Father, please forgive me, cause I've just begun
I oto zaczynam. Zupełnie nie wiem dlaczego. Jak to się do cholery stało, że mam bloga? Olaboga! Pomysł, który wpadł do łba w trakcie powrotu do domu zakiełkował i o. Czyżby zgubny wpływ czytania twórczości Moniki Fluks? Wolę nic sobie nie obiecywać i nie deklarować, jeśli to zdechnie, to cóż... nie bywam systematyczny.
Daruję sobie przedstawianie swojej skromnej osoby, bo jeśli ktoś będzie to czytał, to najprędzej znajomy.
Czuć jesień. Czym pachnie? Wypastowaną podłogą w Prusie-srusie, palonymi liśćmi (banale, krocz za mną!), papierosami wieczorem. Jak ją słychać? Bas w Type O Negative, nic więcej. October Rust jest męczone na przemian z Bloody Kisses, a to nie takie proste przy braku mobilnego audio (dziękuję Pyzie za cierpliwe pożyczanie swojego! ;). W zasadzie (i w kwasie - wtrącenie dla biochemów) jesień to okazja na depresję, ale nie wszyscy na szczęście mogą sobie na nią pozwolić. Po pierwsze - jest Paulina. I to tłumaczy wiele, łącznie z osławionymi zmianami w mojej eee... "osobowości". Po drugie, chodzę trzeci rok do klasy z tym &%*!@#*&ijeszczeparęznaczków Talarem, który zmusza mnie do wahań nastroju godnych stanu błogosławionego. Więc... jest nieźle. Pomijając skurczybyczycę (słowotwórstwo!) zwaną Maturą. Ale na nią przyjdzie jeszcze czas. Korzystając z okazji - dziękuję wszystkim z którymi miałem okazje spędzić czas (i wydać pieniądze) w te wakacje. Ktoś tu przyszedł wydębić Diaruma, a moje skołatane ostatnimi wydarzeniami (ognisko w Julce Leśnej) nerwy nie pozwalają protestować, więc kończę z nadzieją na w miarę litościwą ocenę.
xxCaŁoosKhi!xx <3!
Daruję sobie przedstawianie swojej skromnej osoby, bo jeśli ktoś będzie to czytał, to najprędzej znajomy.
Czuć jesień. Czym pachnie? Wypastowaną podłogą w Prusie-srusie, palonymi liśćmi (banale, krocz za mną!), papierosami wieczorem. Jak ją słychać? Bas w Type O Negative, nic więcej. October Rust jest męczone na przemian z Bloody Kisses, a to nie takie proste przy braku mobilnego audio (dziękuję Pyzie za cierpliwe pożyczanie swojego! ;). W zasadzie (i w kwasie - wtrącenie dla biochemów) jesień to okazja na depresję, ale nie wszyscy na szczęście mogą sobie na nią pozwolić. Po pierwsze - jest Paulina. I to tłumaczy wiele, łącznie z osławionymi zmianami w mojej eee... "osobowości". Po drugie, chodzę trzeci rok do klasy z tym &%*!@#*&ijeszczeparęznaczków Talarem, który zmusza mnie do wahań nastroju godnych stanu błogosławionego. Więc... jest nieźle. Pomijając skurczybyczycę (słowotwórstwo!) zwaną Maturą. Ale na nią przyjdzie jeszcze czas. Korzystając z okazji - dziękuję wszystkim z którymi miałem okazje spędzić czas (i wydać pieniądze) w te wakacje. Ktoś tu przyszedł wydębić Diaruma, a moje skołatane ostatnimi wydarzeniami (ognisko w Julce Leśnej) nerwy nie pozwalają protestować, więc kończę z nadzieją na w miarę litościwą ocenę.
xxCaŁoosKhi!xx <3!
Subskrybuj:
Posty (Atom)