czwartek, 15 września 2011

Salony i Slalomy

Ach. Jak te obowiązki ciążą. WoS leży w ciemnym, zapomnianym przez adama i ludzi kącie, a sam zainteresowany adam siedzi i klepie kolejną notkę o niczem. Nietzschem? Nie, o nim nie będzie, w tej chwili naprawdę jest mi obojętne, czy bogowie/b/Bóg/ umarł, czy też żyje i ma się dobrze. I Was też powinno to mało obchodzić! Przeca miliard razy ważniejsze jest to, co autor z 777 wyświetleniami bloga chce wam przekazać (dużo powiedziane).
Dzisiejszy dzień pod znakiem warszafskiego salonu maturzystów, or sumtin like that. Pojechalimy, pośmiali się w drodze i połazili po politechnice, gdzie dziewczęta zdradzają swych partnerów (kwejk). Ludu dużo, sporo osób przyjechało z braku laku (vide Talar i ja), wszędzie nachalne, błagające ulotki i zarządzanie. Czego tam się uczy..? Humanistycznych ofert niewiele. Nic nowego i nic dziwnego. Po dojściu do podobnych wniosków, niezrównana trójka uzupełniona o Sołtysa, ruszyła na podbój warszawki. Przywołaliśmy Dreya, pośmialiśmy się sporo i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ubożsi o parę dych, za to (stosunkowo) najedzeni. A w autokarze, jak to w autokarze. Tył drze mordy "-PiS! -nie, PO! - nie będę płacił &%##~!!@&*^ dwóch dych za autostradę!" na dobrą sprawę nie wiedząc, o czym mówi, a przód prowadzi sympatyczne, przyjacielskie... dyskusje. O Bogu i bogu. Przekonaniach i racjach. Grzechach i moralności. Trzy wnioski.
-Jeśli nie wiem o czym mówię, siedzę kuźwa cicho.
-Prawo wyborcze nie powinno przysługiwać wszystkim.
-Jeśli dyskutuję, to staram się bez banałów, bo jakkolwiek moje ego jest mile połechtane (hmm...), z boku naprawdę brzmi to okrutnie źle.
Teraz krótko - powróciwszy przeszedłem się nad zalewem, zjadłem, posiedziałem, pojechałem z Bartusiem do Mirosława i oto jestem. Nudy, weny niet, także wróćcie z nadzieją następnym razem.

I jeszcze łapcie

4 komentarze: