Co za potwornie nielitościwy dla twórczości okres. Musiałem wleźć na własnego bloga, żeby sprawdzić, kiedy ostatnio coś pisałem. Sobota. Ok. Da się nadrobić.
Jak zwykle do pisania zmotywował mnie doping Wiernych Czytelników
Człowiek idzie sobie spokojnie, wokół jesienna aura, błoga melancholia, aż tu nagle sykokrzyk "DZIE NOTKA?". Żadnego "cześć, co tam, hipopotam", tylko od razu przejście do sedna sprawy. Moje słabe serce pozdrawia Kingę :)
Zauważyliście jak ładnie rozbijam tekst? To ze względu na Artura. Podobno dzięki takowemu zabiegowi łatwiej się czyta i dlatego też blog Busha jest lepszy (grrr, wrrr).
A teraz po staremu twarda ściana literek. Tak właśnie będzie, pocałujta mnie w nos. Co się działo przez trzy dni od soboty? Nic. Siedzenie w domu, niby choroba. Przez pokój przewinęło się paru ludzi, przez głowę milion myśli, przez głośniki parę setek piosenek (last.fm leży i kwiczy). I nic konstruktywnego przez ten czas nie uczyniłem. Niby w ramach kuracji wlałem we się trochu piwa i tyle. Nie, nie pomogło. Może dlatego, że piwo było zimne, ale nie jestem pewien, jak uważata? Oprócz tego tysiąc żyliardów ton ciężaru. W sensie, że ciężko mi było. Ciężko nawet stwierdzić dlaczego. Chroniczny brak piniondzów (ale to nic nowego :), niedobór i nadmiar czasu na zmianę i o.
Dziś postanowiłem wziąć się w garść, zostawiłem Szymona samego z jego ochotą (interpretujcie jak kcecie) i pognałem... no dobra, poczłapałem do szkoły. A w szkole wesoło. Gdzie wsiąkło 112 (wg. innej wersji 116) złotych na prezent dla Sołtysa? Podobno imć Talar wziął! Dawajże huzia na józia, czy też na Michała. Talarek oddawaj nasze sto milionów! Tak jakoś dziwne wyszło, że prezentu nie ma i nie ma tyż hajsów. Niby gniew sierpniowego solenizanta jest słuszny, boży i w ogóle, ale ja z czystej przekory nie zamierzam dołączyć się do ostracyzmu klasowego. Wsiąkły, to i się znajdą, prędzej albo później. A jak jest z tym problem, to trzeba walić jak w dym bezpośrednio do podejrzanego (podejrzanych, bo i ja byłem przesłuchiwany), a nie skarżyć się dziewczynom. To tak na przyszłość :) W całej sytuacji najbardziej rozwaliła mnie chwilowa histeria i zarzut "PRZEPILIŚCIE?!". Takież to mniemanie ma o nas stadko humanistycznych niebożąt.
O obchodach dwudziestolecia odzyskania niepodległości przez Czeczenię powiem tyle, że nawet warto było pójść. A to dużo w mych plugawych ustach.
Głód mnie ciśnie, więc teraz szybko, chaotycznie i bez sensu. Bush. Znowu Bush. Tak to jest podchodzić do dyskusji z nudów, nonszalancko i bez przekonania, ot tak dla samej dyskusji. No cóż, mam nadzieję na rewanż. Może przy sekundancji (nie ma takiego słowa i co z tego?) Talara. Przekonać mnie nie przekonałeś, ale merytorycznie czuję się zmiażdżony, broniłem się jak mogłem.
Mgła. Wczorajsza mgła. I jak to wszystko nad ranem wygląda (tak, obłożnie chorzy mogą spacerować, cicho tam). Po pierwsze jest cicho. To dobrze. Nie zniósłbym ludzkich głosów, tych wszystkich bezcelowych hałasów w takiej scenerii. Bo drugie jest zimno i to też dobrze, bo dzięki temu jest pusto. Można iść takim krokiem jak na spacerze z kimś, nawet środkiem ulicy. Po trzecie mimo wszechogarniającej szarości jest jasno. Smolista noc ma swój chory urok, za to we mgle widać, ale nie do końca. Pole do popisu dla wyobraźni. Momentami aż za duże pole. I człowiek (czyli ja, niedomyślni czytelnicy) mijając dwóch filozofów (niektórzy mówią też "meneli") w lesie dochodzi do głupich wniosków. Mgła, nie mgła, zimno, ciepło, oni i tak przychodzą usiąść na tym drzewie, wypić co mają do wypicia i powiedzieć to samo co wczoraj i przedwczoraj. Przychodzą i mają gdzieś wszystko co poza ich polem widzenia. Patrzę na siebie, na całe liceum, później na nich i dochodzę do jeszcze głupszych wniosków...
Alkohol? Nieee. Narkotyki? Nieeee. To może banalne spacery? Taak! Chodzę, kiedy tylko mam czas. Czyli rzadko.
Naprawdę jestem głodny, więc jeszcze tylko losowo wybrana przez Winampa piosenka i do następnego razu, moi mali przyjaciele! Padło na to. Tysiącletnia piosenka, ostatnio słyszana chyba u Julki. Miłego dnia, nie wpadnijcie przypadkiem pod jakiś samochód.
E tam, i tak piszesz lepiej niż Kuba ;D
OdpowiedzUsuńMiło, cholernie mi miło i cholernie cenię to, że potrafisz się przyznać do 'klęski' jakkolwiek monumentalnie to nie brzmi.
OdpowiedzUsuńA co do 'lepszości' pisania - to kurwa jakiś wyścig, czy coś? jak tak, to czemu ja nic o tym nie wiem? :D
JJK