wtorek, 13 września 2011

Pośpiechy i Muzyki

Witam!
Już, już, nie bijta. Motywowany przez moich wiernych czytelników ("gdzie notka uju? w ryj dawno nie dostałeś? masz bloga, to go prowadź!", pozdrawiam JP Artura), wracam, wraz ze sporymi zaległościami.
Co działo się w sobotę...
Dzielnie oporządziwszy własny zaścianek pognałem w stronę 3go maja i tamże srodze się zawiodłem... Ja miałem pomagać i przenosić ciężkie ławy, a tymczasem wyręczył mnie Pan Andrzej! No i zostałem z bab... damską robotą w kuchni. Ale cóż to dla mnie, mrocznego wysłannika Mroku! Okazuje się, że wiele. Zestaw obieraczka + ogórek nie jest dla mnie ("daj to adaś, bo sobie krzywdę dziecko zrobisz"). Nie uległem jednak przeciwnościom i w dalszym ciągu miotałem się po całej kuchni bardziej robiąc zamieszanie niż pomagając, ale cóż... To pomieszczenie jest za małe na moje ego i moje nogi jednocześnie. Uwolniwszy się od gastronomiczno-imprezowych zagadnień i przebrnąwszy przez pyzowe korki (nie ma to jak usłyszeć nawalonych dresów grających na fortepianie) wylądowaliśmy u mnie. I podzieliliśmy się pracą. Paulina ostro walczyła z fizjologią roślin, a ja ćwiczyłem paluchy na przyspieszeniu, nitro i ręcznym. Tak, tak. Need for Speed. Powrót do korzeni. Minęło jeszcze parę chwil i oto nastąpiła historyczna chwila.
"-Napijesz się może?
-Nie, nie. Dziękuję, ja zaraz na miasto lecę, nie chcę mieszać.
-To może piwo?
-No cóż..."
I w ten właśnie sposób zostałem poczęstowany piwem przez człowieka, którego trochę podziwiam i trochę się boję. Tatę Pauliny. Jeszcze nigdy złocisty trunek nie był tak stresujący. Powoli się oswajam. Ale naprawdę powoli. Czemu mam z tym taki problem? Przecież ci sympatyczni skądinąd ludzie nie gryzą...
Przetrwałem tę straszliwą próbę i zabrałem się za masowanie obolałego krzyża Zosi (moja druga dziewczyna, wicie, rozumicie). Hm... Jak to opisać? Mi było barrrdzo przyjemnie, ale obawiam się, że to nie moja ocena ma znaczenie...
Jeszcze minuta i już z palcami pachnącymi jakąśtam maścią gnałem w dół do czekającego pod klatką Sawcia. Straszny ze mnie podróżnik. Założenia były takie, że obejrzymy Adamka, ale jakoś się zagadaliśmy, spotkaliśmy pannę Annę i o. Będzie bez nazwisk, ale cuś zauważyłem. Problemy są charakterystyczne dla wieku. Dwa lata w tył i... miałem to samo co ktuś. Potrafiłem dużo mówić, owszem, nawet ładnie, ale kiedy trzeba było poprzeć słowa czynami... Z tym było gorzej. Ba, źle całkiem. I dlatego pewne rzeczy kończyły się tak jak się kończyły. Czyli szybko.
Efekt nocnej rozmowy był taki, że w łóżku znalazłem się koło drugiej. I dawaj bić się z myślami. Nic przyjemnego...
W ten sposób wkroczyliśmy w niedzielę! Hurrra, już niedużo pisania i jeszcze mniej czytania. Całkiem typowy dzień. Warto wspomnieć jedynie słońce. Prawie wakacyjne słońce. A takie słońce w niedzielę równa się wysyp wszelkiego tałatajstwa nad zalewem (proszę wybaczyć, jeśli ktoś z Wielce Szanownych Państwa wybrał się akurat tam na spacer). Może i to typowe, ale... cholera, sto razy bardziej wolę to miejsce, moje do cna miejsce, kiedy wszędzie jest mgła, śnieg, noc, cokolwiek. Ale nie ludzie! Nie w jesień! Grrr, wrrrr.
Z rzeczy  równie ważnych i ciekawych - byłem w kościele! Znów! Kark mnie rozbolał i ziewałem. Tyle. A później skatowałem żołądek szklanką coli i szklanką wody jabłkowej jednocześnie. Myślałem, że wytrzymam więcej... ale nie zarzygałem Paulinie łóżka! Dumnym z się!
Przed snem kilka wierszyków Tuwima przez telefon dla Niej i po męczącej nocy... Poniedziałek! Wytrwajta ludzie, naprawdę kończę te wstrząsające opowieści. A raczej skończyłbym je o czasie, gdyby ojciec nie podszedł i bezceremonialnie nie wyłączył mi komputera. Niebiosa wiedzą, jak ciężko mi w tej chwili nie kląć. I to porządnie. Także tego, na czym dziadek adam skończył..? Otóż to! Poniedziałek! Nudy, flaki i tak dalej. Talara złapały nieogarnięte kanary, które nie potrafią czytać liczb do góry nogami, byliśmy w przerażającym kredyt banku, a Paulina... Paulina kupiła mi Lego! Mówią, że stara miłość nie rdzewieje i ja, patrząc na szpony Fangza (urzekające imię) zgadzam się! Tyle z pamiętnikarskiego obowiązku. Przydałyby się jakieś smuty, hę? Żeby nie było za prosto, za nudno.
Nie będzie. Bo muszę się najpierw znów dowiedzieć co mam we łbie, a 6:27 to nie jest odpowiednia pora (nie zmienię strefy czasowej! to zbyt mainstreamowe!). Jedna rzecz - bush napisał o byciu chłopakiem biochema. Dwa słowa - zgadzam się :) To naprawdę specyficzny rodzaj klasy, pomyśleć, że nie wierzyłem. Jak to dobrze, że my na ujmanie możemy jeszcze się obijać, grać w wisielca, pisać pierdoły na polskim i... tak samo bać się matury. I na cóż to wszystko? Dla piniędzy w znacznej większości niestety.
Kończąc - szanowni państwo raczą zapewne słuchać różnej muzyki. Ja takowoż. Każdy jednak ma swoje orgazmowe kawałki. I ja takowoż, jak cholera. Od trzech długich, skurwysyńsko-fosforyzująco zielonych lat.
Miłego dnia!

1 komentarz:

  1. Mam jeszcze sporo swoich lego... Kurde, poskładałbym coś z tego jeszcze kiedyś.

    OdpowiedzUsuń