środa, 7 sierpnia 2013

Summertide's approach

Proszę o ciszę, wszystkie buzie na mnie. Raz, dwa, trzy - klask! - gasną światła. Klask, klask - otwiera się piwo i jest stoutem i Pan wie, że jest dobre. Klask, klask, klask - zapalają się kontrolki i droga na Sobieszyn zaczyna w przedświtowych mrokach nawijać się na koła. Klasklasklasklasklasklask - to ty przed komputerem, zboczeńcu. Ja szukam podniet w okropecznie wąskiej drodze, kiedy wiozę skostniałego po imprezie Gargulca do domu. Wszystko byłoby w porządku, jak na normy romanuwki. Warto zauważyć, że te normy dopuszczają szeregi, dziesiątki, setki kwiatów doniczkowych pokradzionych po różnych miejscach i ustawionych w innych śmiesznych miejscach, ku zdumieniu i uciesze gawiedzi, o ile gawiedź zechce rano wylec z domów. To, czy wylegnie, pozostaje jednak bez znaczenia, tak jak szeregi, dziesiątki, setki innych rzeczy. Jak już mówiłem - wszystko byłoby w porządku, gdyby nie. Gdyby nie to, że prowadziłem w garniturze i gdyby nie skrzypce jęczące w głowie od samego Łukowa, mimo wyłączonego radia. Czasami przypominały mi skrzypienie drzwi, kiedy ktoś drugi wyrzuca koty z pokoju, bo budzą. Kiedy indziej były jak skrzypienie konfesjonału, w którym ktoś niecierpliwie się wierci. Kto? Dlaczego? Pozostawiam to waszej wyobraźni. Momentami trzeszczały jak winda w szpitalu, ta duża, co łóżka nią mogą jeździć. Na jeszcze innych wirażach skrzypiały jak twój fotel przed komputerem, zboczeńcu. Jednak wciąż były to skrzypce i wciąż przebrzmiewał w nich zakurzony okultyzm, jak to w skrzypcach. Jeśli komuś się wydaje, że taki okultyzm sprzyja prowadzeniu, to niech ten ktoś uda się na długi spacer i mię nenenerwuje. Bo nie sprzyjają. Nie sprzyjają na tyle, że za Wojcieszkowem jakem wpadł na słup, tak wylądowałem parę ładnych metrów dalej przed samochodem. Nie mogę się zapinać, mój ojciec też nie może i jego ojciec nie mógł. Albowiem wszyscy trzej się w pasach dusimy. Na początku to nawet było w porządku, nieprzytomny leżałem i nic mi nie dolegało, wedle mojej najlepszej wiedzy. Ale jak się ocknąłem, to najpierw spróbowałem ruszyć głową, potem zwymiotowałem z bólu, a później umarłem.
Jakie furie mnie gnały, że zgarnąłem z podwórka psa, zdjąłem skarpety i z papierosem w krzywych zębach zacząłem iść po trasie? Najpewniej jakieś brzydkie. Jakie mary podgryzały moje bose stopy, że wygrzebałem, łamiąc paznokcie, kamień z rowu i cisnąłem nim w wiatę przystanku MPK, rozbijając szybę? Najpewniej jakieś pijane. Pech, chcąc nie chcąc, sprawił, że akurat jechała tamtędy Nasza Policja. Los z niesmakiem sprawił, że był to ten sam radiowóz, który wiózł mnie na dołek. Pustki we łbie kazały mi wiać, gdzie pieprz rośnie. Niestety, pieprz rósł akurat gdzieś po drugiej stronie ulicy, więc jadący z naprzeciwka opelek elegancko we mnie, notabene, przypieprzył. Wzniosłem się na wyżyny i konsekwentnie opadłem, tak często bywa w nocy. No i umarłem.
Urwałem się w środku mszy, bo przecież trzeba na pociąg, bo jechać trzeba, nieprawdaż wujku. Ale nie wsiadłem do KM 203 (tak, teraz, kiedy słońce świeci jak trzeba, wiem z całą pewnością, że to 203, a nie 302), albowiem nie miałem wtedy portfela, a co za tym idzie i biletu. Więc polazłem wzdłuż torów, bo co miałem zrobić? W stronę miasta polazłem, chwiejnie trochę, ale z przeświadczeniem, że będzie dobrze, bo teraz przecież nie umrę. NIESTETY, w pewnym momencie chaszcze po lewej stronie stały się nieprzekraczalne, niczym pewnie pewne granice i zostałem przez matkę naturę, która pewnie w innych okolicznościach użyczyłaby mi gościny w tych chaszczach, zmuszony do przejścia na prawą stronę torów. I w trakcie mojej wędrówki wsadziłem nogę w zwrotnicę. Zwrotnica akurat zadziałała, powodowana ręką dróżnika, czy kogotam i zostałem pozbawion mobilności, na rzecz pełnej refleksji, statycznej i niewygodnej jak chorera pozycji stojąco - kulejącej. Dłużyło mi się już, kiedy tak sterczałem, jak, nie przymierzając, pięść w nosie i zacząłem nawet pisać zabawnego smsa do Artura, ale nadjechał pociąg i umarłem.

It comes in whispers



Jest gorąco – stwierdzono jednogłośnie. Jednym głosem, ale o różnym natężeniu. Zaduch – mówiły na cmentarzu. No, nieźle – leniwie stwierdzano w biurach. Goronc, panie – przez papierosowe kłęby dolatywało z Mostostalu. Jak gorąco? Jak chuj – mamrotali skacowani ratownicy. Najgorzej jednak sarkano na Romanówce. Między starymi, a nowymi blokami snuły się grupki w grupach wiekowych, wszyscy zbratani jedną dolegliwością. Konsekwentny, mdły, organiczny, a przy tym nieludzki fetor z godnością rozpełzał się po całym osiedlu już o dziewiątej i trwał w bezwietrznym, rozgrzanym powietrzu, potęgowany przez nie aż do dwudziestej pierwszej. Różne autorytety podnosiły różne tezy, które kolejno upadały pod ciężarem swojej własnej bezbłędności. To wywożą gnój w Żelkowie i tak niesie. Nie, to śmietnik koło rzeźni. Nie, to garbarnia. Nie, Zalew zakwita. Niechętnie prowadzone w skwarze rozmowy na takie właśnie tematy toczyły się nawet w ścisłym centrum, pod dworcem, w barach, kebabach i lumpeksach. Prawda była jednak zgoła inna, a niektórzy z nas się jej domyślali, choć też niechętnie – goronc, panie.

Jak to zwykle bywa w takich historiach, a prawdę mówiąc, i w życiu – wszystko jest dobrze, póki się nie spieprzy. Pracę w policji stracił jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Żona umarła niedługo później. Pies sobie poszedł. Sąsiedzi upominali się o długi. Wraczejąc coraz wyraźniej, dotelepał jakoś aż do czasów, o których mowa. A mowa o czasach dziwnych i upalnych. Recesja dawała się we znaki wszystkim, liczono się z groszem, ze słowem mniej. Okołokoliczności jak raz, żeby prosperowały mety. I prosperowały, Jego też. Tym bardziej, że prócz przetwarzania przemysłowych ilości wódki i papierosów, chociaż raz na miesiąc wypadałoby zjeść (niektórzy studenci polonistyki zapalczywie walczą z tą tezą). Traf, ślepe siły, zły chciał, że inny policjant emeryt dorabiał jako cieć w prosektorium. I wszystko było dobrze, póki nie zrobiło się gorąco i nie zaczęło śmierdzieć.

Śmierdziało niemiłosiernie, a my chcieliśmy to z siebie zmyć, albo, według planu minimum, pójść przynajmniej na piwo. Ale tak porządnie, jak rany! Jak na złość, po całej nocy zmagań ze stoutami, pszenicą, lagerami, ajpami, po wizycie w czterech barach, pieniądze od ZHP Mokotów się skończyli. I trafiliśmy z pochmurnemi czołami na dach. Na dachu poszły w ruch zapałki, słuchawki, drobniaki wyciągane z morderczo zapomnianych miejsc i odbyła się narada wyraźnie sugerująca porażkę, bo odbywająca się w pozycjach leżących. Byłem zły, bo miałem już dość sugestywnej więzi łączącej nocne niebo i podłe piwa. Jakby tego nie było dość, gwiazdy postanowiły spadać przyprawiając naszą wiarę w stałość pewnych pojęć o chwiejność (niewykluczone, że spadały przytłoczone podłością piw). Pod nami jeździły radiowozy i taksówki, a nad nami wte i wewte śmigały bezczelne gwiazdy. Pora zaś była bezbożna, tak jak nasz stan, kiedy senność bierze ciało we władanie, pozostawiając duszę na pastwę bezbrzeżnych otchłani rozpaczy

„Lecz cienie nasze – Boże mój! – nie wypuściły flaszek z dłoni

I tylko inny płynie czas – i tylko szkło inaczej dzwoni”

I zdarzyło się tak, że poszliśmy z dziewięcioma butelkami na wymianę i dwunastoma złotymi do nocnego, a idąc rzucaliśmy wyzwanie radiowozom i taksówkom, bo szliśmy nago. Tak, tak, to właśnie przez nas świt tego dnia wstał dwie godziny później, długo walcząc z obrzydzeniem. Szczęśliwi i złaknieni nowych wrażeń weszliśmy do wody, a w tamtej rzeczywistości nie byłem ratownikiem i nie zabroniłem tego kategorycznie. Ślicznie było zanurzyć się w mglistej wodzie i płynąć, płynąć, płynąć w mroku tuż przy dnie, myśląc o tym, jak powinno się karać ludzi używających słowa „genialne”.

„Lecz cieniom nagle zbrakło sił, a cień się mrokom nie opiera

I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera”

Bardzo długo Rzeczy nie mogły dojść do porozumienia, czy nasz przypadek to ich działka. Logika argumentowała, że postąpiliśmy dokładnie wbrew niej i nam się nie należy. Literatura przepadła gdzieś szukając podobnego casusu. Muzyka nie była nam wroga, zwłaszcza, że całą noc śpiewaliśmy (choć to akurat mogło jej urągać). Dyskusję przerwała Statystyka, stwierdzeniem, że najwięcej utonięć (nie utopień!) wynika ze wcześniejszego spożycia, więc śmierć naszej czwórki to jednak Rzeczy, a nie Ziemniak. Miało minąć jeszcze dobre kilka dni, zanim spuchnięte, cieknące i sine zwłoki zostały wyłowione.

"Lecz dzielne flaszki – Boże mój – mdłej nie poddały się żałobie!

I same przez się siup do ust, pachniały treścią same w sobie!”


Z lekkomyślnością właściwą naszemu wiekowi postanowiliśmy nie przejmować się własną śmiercią i ruszyć w drogę powrotną do domu.
-Niczym błyskawica!
-Tak szybko?
-Nie. Zygzakiem.
Świt widząc, że okryliśmy już swój dezabil postanowił nadrobić opóźnienie i gonił nas wściekle, rzucając na oślep jasnymi smugami utkanymi z obowiązków. Zmykaliśmy raźno na boki, a tak naprawdę to nie, bośmy ledwo szurali kopytami po zarzyganych chodnikach. Drogi nasze się jakoś rozeszły, pogodziłem się już prawie ze wszystkim i usiadłem na przystanku. Gdybyście wtedy przechodzili obok, rzucalibyście pełne niesmaku i domysłu spojrzenia. A niesłusznie! Bo może ja, właśnie ja, czekam sobie tutaj na pierwszy autobus? Tego wiedzieć nie możecie. 
I w ogóle, pogódźcie się już z myślą, że niczego nie możecie wiedzieć na pewno i idźcie dalej.
Toteż siedziałem, czekając na to, aż coś się stanie, zmieni, zatrzęsie,  i czekałem siedząc na przystanku. Czy wiecie już, z doświadczenia, co się stało? Zgadza się. Nic.

„Nic – tylko płacz i żal i mrok i nieświadomość i zatrata

Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?”

Gdybym był lepszy, silniejszy, wytrzymałbym do tej szóstej rano, nie odpadł. Ale tak się nie stało i nie zamierzam się tłumaczyć. Faktem pozostaje, że właśnie wtedy do mieszkania w bloku naprzeciwko mojego Definitywnego Przystanku wparowała policja i aresztowała Go, zabezpieczając kilka lodówek oraz to, co nie mieściło się w lodówkach, psuło w upale i śmierdziało na całe osiedle. Dwa tygodnie później Jego córka się powiesiła, ale zupełnie bez związku – straciła pracę w warzywniaku.

wtorek, 25 czerwca 2013

Legend of the arrival club



Kapitan Major R. (ps. Rubella) zaszczycał Powłóczyny swoją obecnością po raz pierwszy. Ten pierwszy raz miał się różnić od innych pierwszych razów pod wieloma względami, ale jedno było na swoim miejscu – zawód. Z miejsca spotkał go zawód natury służbowej, zaś służba, choć chwalebna, to przecież płatna, stanowi pewien sposób na życie – zawód.. Żaden z psów czatujących pod gospodą nie obszczekał służbowego willysa, kot grzejący się w ostatnich podrygach wrześniowego ciepła nie podniósł łba z parapetu plebanii, twarze nie wykwitły w oknach. Oznaczało to silne wpływy obcej agentury, względnie bezwzględną popołudniową obojętność mieszkańców wobec spraw tego świata. Z akt, które otrzymał w komendzie wojewódzkiej wynikało, iż największe skupisko fermentu stanowiła gospoda królująca przy niewielkim rynku. Komenda wojewódzka bardzo rzadko się myliła, co skonstatowawszy, dzielny utrwalacz władzy państwowej skierował swoje kroki ku rzeczonemu przybytkowi wąsko rozumianej konsumpcji. Długa, szeroka i nisko sklepiona sala skąpana była w błękitnych kłębach szportów, przez które tu i ówdzie przezierała ogorzała, ponura twarz. Tak nagłe zetknięcie z terytorium wroga wprawiło kapitana majora w głębokie zamyślenie, które było zapowiedzią długiej serii powłóczyńskich zamyśleń. Właśnie przez nie kapitan major z czasem popadł w ciężką melancholię, zakończoną samobójstwem. Kolej rzeczy typowa dla przyjezdnych. Tymczasem jednak godny przedstawiciel bezpieki zasiadł w zamyśleniu przy barze i raz jeszcze omiótł wzrokiem salę. Bogiem, a prawdą, omiatanie to było coś, co nie zaszkodziłoby gospodzie w Powłóczynach, jednak nie znalazł się nikt, kto odważyłby się o tym wspomnieć głuchoniememu ajentowi, a R. nie zamierzał zaczynać pracy w terenie od konfliktu z miejscowymi zwyczajami.
Przy stole pod oknem zasiadało sześciu lokalnych władyków. Na czas, o którym mowa, przypadał złoty wiek ich panowania, zbiegający się w czasie z jesienią ich życia. Jako podrostkowie, kręcili się przed gospodą, kiedy jeszcze należała do starozakonnych, jako krzepcy mężczyźni wpadali do niej o świcie, budząc nowego właściciela z niemieckiego nadania, który zawsze miał przerażenie w oczach, z marsowymi czołami patrzyli na odbudowę miasteczka, węszyli nieufnie po nowych budynkach kolekcjonując zmarszczki, aż zauważyli, nie trzyma ich tu nic i nikt i przycupnęli w gospodzie pod oknem, widoczni tylko na jego tle. Liczono się z ich zdaniem, ale nie pytano o nie. Górecki, toczony przez egzemę, był specjalistą w zakresie oczyszczania politury, Ozierski, potomek kozaków, w delirycznym uniesieniu snuł się półnago po okolicznych sadach i lasach, Misztal miał rękę do koni i na pieńku z burmistrzem, Buras odzywał się z rzadka, zżerany przez zazdrość, cierpiał na marskość wątroby, Radomyski, w cywilu szewc, dla odmiany gadał i klął jak najęty. No i był jeszcze O. były ksiądz, wciąż mieszkający kątem na plebanii, amator wody kolońskiej.
Cała szóstka mierzyła teraz zblazowanymi spojrzeniami przybysza. Mierzenie nie trwało długo – przybysz miał około stu siedemdziesięciu centymetrów. Widać ten wniosek zadowolił starszyznę, która wróciła do kontemplowania baterii pozaczynanych butelek różnych kształtów i objętości. Zaznaczyć trzeba, że butelki zajmowały całą powierzchnię stołu, a stół mały nie był i nigdy nie zauważono, żeby którakolwiek spadła na zakurzoną podłogę. Tak tylko mówię.
Dwie setki wódki, które kosztem torsji wmusił w siebie kapitan major na nikim w knajpie nie zrobiły wrażenia, za to jego samego zmusiły do wycofania się na z góry upatrzone pozycje, po tym, jak zakrztusił się dymem zapalonego papierosa. Klnąc pod nosem brak przeszkolenia w tym niewątpliwie wszędobylskim tutaj zakresie opierał się o czyjś płot i planował. Trzeba zaznaczyć z całą stanowczością i w zgodzie z prawdą historyczną, że brak doświadczenia nie wynikał bynajmniej z braku starań kolegów w szkole oficerskiej. Jednakowoż ludzkie starania i dobre chęci mają niewielką siłę przebicia w perspektywie transcendentnej interwencji, która kazała R. – oficerowi in spe, zajmować się, bądź litościw mu grzesznemu, poezją.

Poezja miała w Powłóczynach zakrojone na szeroką skalę i grubymi nićmi szyte tradycje. Przed wojną urzędował tu pewien euforycznie doceniany i trafnie zdiagnozowany kretyn, znany z tego, że potrafił przez tydzień pić w wynajmowanym pokoju i nic nie napisać. Nic w sensie ścisłym. Czy próbował? Z jakimi zmorami się ścierał w trakcie długich, jasnych nocy? Nie próbował i z żadnymi. Noce upływały mu na bałamuceniu gimnazjalistek, bo to głównie one stały za euforycznym docenieniem na skalę powiatu.
Po wojnie nie było gorzej. Wielki literat L. wraz z utrzymankiem pojawiali się kilkakrotnie, zawsze ciągnąc za sobą zgorszone szepty i bezbrzeżną nudę, aż do czasu wspólnego samobójstwa na bagnach za młynem. Tak przetartymi szlakami przyszło poruszać się ćwierć poecie, ćwierć funkcjonariuszowi, świerć idiocie, śmierć trupowi R. Słuszna więc niepewność trawiła jego serce i słusznie podły napitek trawił jego trzewia kiedy wraz ze skromnym dobytkiem zajmował izbę nad szkołą.
Gdyby nie, wspomniana półgębkiem, poetyczna dzikość serca, wszystko potoczyłoby się zgoła inaczej, sprawy nie przybrałyby równie niepokojącego obrotu, za to sklep Śliwińskich zanotowałby obrót niższy. To ona kazała kapitanowi majorowi po długiej i pod rozlicznymi względami, o których żętelmentom nie przystoi dyskutować, owocnej wizycie u proboszcza udać się na równie wzniosłą, co skacowaną przechadzkę. Przechadzka, a zwłaszcza przechadzka jako tako postawionego funkcjonariusza publicznego, winna cechować się namysłem i niespiesznością. Świadom tych wymogów, R. wbił wzrok w jaśniejący, choć jeszcze granatowy horyzont i pozwolił nieść się nogom, niespiesznie, a z namysłem. Odprowadzały go spojrzenia tych, którym nie było dane jeszcze zasnąć, albo już spać. Mijał rynek, opłotki, chaszcze, salutowały mu wszystkie bociany, sosny stawały na baczność, a bezpańskie psy opętańczo wyły hymny ku czci. Powiedzieć, że w takich okolicznościach przyrody łatwo stracić skołataną ekscesami natury takiej, a przynoszącej niesmak w ustach, głowę, to nic nie powiedzieć. Kiedy rzeczywistość huczy zewsząd, wyznaczając między hukiem nabrzmiały i zwężający się korytarz ciszy, trzeba zaufać nogom, nawet jeśli znaki na niebie i pod ziemią każą sądzić inaczej. Zaufanie takie puszczone samopas zachowuje się jak każde zaufanie – zawodzi samo przez się.
Właśnie dlatego to, co najpierw wydawało się być jedynie delikatną rosą, zdradziecko przepoczwarzyło się w głębokie, muliste bajoro. Stojąc w takim bajorze człowiek, a nawet funkcjonariusz uświadamia sobie, że istnieje tylko jedno wyjście (to za plecami) i dwa sposoby poradzenia sobie z sytuacją. Po pierwsze i rozsądniejsze – można kląć na czym rzeczone bajoro stoi i odsądzać od czci i wiary siły, które sprawiły, że się na takie bajoro trafiło. Po drugie i podobno w lepszym guście – można z zachowaniem całego namysłu i niespieszności, nadal stojąc po kolana w bajorze spróbować opisać migoczące wdzięki siurpryzy, która się zdarzyła. Tak, wedle słów pewnego idioty, czynią poeci.
Tak też uczynił R., powodowany nadzieją na miejsce w panteonie narkomanów, łachmytów, małostkowych idiotów, czyli ogółem rzecz biorąc, a zdanie skracając, bądź wydłużając – typowych przedstawicieli społeczeństwa, którzy z lenistwa parają się słowem pisanym. Owoc pracy jego lędźwi miał urodzić się jakiś czas później, jako wnuk świętej pamięci proboszcza Powłóczyn, a owoce jego poetycznej duszy miały zostać bezlitośnie skrytykowane przez niejakiego Sobieraja w „Podlaskiej Nowinie”, bo właśnie ta redakcja zasłużyła sobie na wyróżnienie w postaci prawa do publikacji „Bajor Powłóczyńskich”. Jeszcze wiele lat później, w trakcie kolejnych przesłuchań, redaktor Sobieraj nie wykazywał chęci poprawy i twierdził, że „nie wiadomo o co chodziło w tej pisaninie”.
Historia zna wiele niespełnionych postaci, które ambicja niewspółmierna albo do osobistych ograniczeń, albo do ograniczeń epoki, przywiodła do czynów wielkich, a głupich, a strasznych. Kapitan major R. nie miał być jedną z nich. Chociaż przez noc i dzień i następną noc w całym miasteczku słychać było strzały i krzyki i suchy trzask głodnego ognia, to źródła uparcie milczą na temat oszalałego z żalu poety-bubeka, który sprawił, że jeszcze przez wiele lat nikt nie śmiał zbliżać się do urokliwych na swój trupi sposób Powłóczyn, po czym popełnił coś w rodzaju samobójstwa. Czyli zapił się na śmierć. Dopiero ja przybliżam wam tę historię, pomny konsekwencji, a czynię to na łożu jeśli nie śmierci, to boleści, więc konsekwencje bagatelizuję.

ENE DUE RIKE FAKE TORBA BORBA USME SMAKE

W jasnozłotą, ciepłą noc
Mrugnij do mnie, możesz?
Nie bój się o mój sen, bo
Nie śpię o tej porze.
Mrugnij do mnie, chciałbym się
Móc tym innym chwalić
Ale nie dotykaj mnie
Wiesz, Twój dotyk pali.
Tak jak pali jego brak
Sama już rozumiesz,
Czemu muszę w noc tak trwać
I zasnąć nie umiem.

poniedziałek, 20 maja 2013

Cońfiteor


Na młocinach zostały gołąbki z października, kule Czarka Niezrównanego, które wiernie towarzyszyły mi w cierpieniu i jakiś najbardziej unurzany w degrengoladzie kawałek mnie, któremu najchętniej dałbym dziś po ryju. Całe moje – jego szczęście, że tkwi w przybrudzonych ścianach Doryckiej, które więcej nie ogarną mnie swoim napierającym z kuchni chaosem i pustką. Pustka to dobre środowisko do powstawania chaosu, jak mawiał za tłustych lat mój kucharz. Dziś nie dość, że nie mam kucharza, to momentami nie stać mnie na omastę do kaszy, nie wspominając o ziemniakach. Względem tego, zrzekam się wszelkich dotyczących mnie kandydatur, włącznie z tytułem Lokatora Roku, chciałbym, naprawdę, ale dupa blada nie mam zdolności kredytowej.
Nie mam też, jak się okazuje, prawa decydowania o sobie, przynajmniej nie w tej chwili. Policmajster podarował pewną ilość czasu do namysłu mi i pewną (acz pewnie nie ekwiwalent) wszystkim moim dwóm, trzem, czterdziestu czterem promilom. Musztarda bije po oczach ze wszystkich stron i prawdopodobnie ma przyspieszyć procesy, którym zostałem poddany i tym samym skrócić mój pobyt tutaj, który wszak bije podatnikom po kieszeni. Pomieszczenie ma osiem kroków na cztery, nie posiada okien, co rekompensuje dwoma pryczami do wyboru, stolikiem i przymocowanym do ściany taboretem. Niestety, jak dotąd nie zaoferowano mi nic, co zrekompensowałoby brak zegarka, telefonu, książki, czy kartki papieru. Zabrali mi, psie krwie, nawet sznurówki, z obawy przed moją próbą samobójczą, jak twierdzi Bodzio Przepotężny. To ci dopiero. W ścianie tkwi beznadziejnie samotny guzik służący do przyzywania Sił Wyższych. Korzystam z tej jedynej rozrywki jako mam i deklaruję chęć dokonania porannych ablucji w łazience. Ochlapuję mordę pośmiardującą rdzą, wodą i leniwie gadam do pilnujących mnie Sił Wyższych. Czuję bluesa.
Inni też go czują. W naszej świadomości wydaje się być zakorzeniona ambicja dotycząca naczochrywania się w środkach komunikacji publicznej. Prym wiodą pociągi. W pociągu można siedzieć zgodnie z kierunkiem jazdy, lub wręcz przeciwnie, co w dużej mierze definiuje styl naczochrywania się. Może nie? Znowuż będzie - patrzcie, to ten aniszewski bredzi jak pieprznięty! A jakiż ja mogę być pieprznięty, skoro moje usta milczą i mam prawo jazdy! Otóż jest tak – pan Dajmy Na To Janusz jedzie zgodnie z kierunkiem jazdy, ja – przeciwnie. Jedziemy, dobra. Pan Jak Mu Tam Waldek jest jeszcze jedną błogą nogą w przeszłości, ściślej rzecz biorąc w dniu wczorajszym. Potrzebuje szybkiej reanimacji, jak rany! Ja za to jadę świeży, jeszcze rozochocony po kawie z napoleonem. To burżuazyjne połączenie, na które nie byłoby mnie w tym życiu stać, gdyby nie Jaśnie Mecenat, pobudza ciało, duszę wystawia na pastwę melancholii, a umysł stawia przed plutonem egzekucyjnym i zadaje mu pytania. Więc odwrotnie niż u Przykładowego Choć Rzeczywistego Henryka. Jego szeroka, nalana twarz patrzy wyzywająco, kiedy wielkie zjedzone łuszczycą łapy otwierają pierwszą puszkę wydobytą z przepastnej żulówki, kryjącej, jak widzę, karton ruskich papierosów. Dobra. Ja mu na to słuchawki sobie w uszy, Turgieniewa w jedno dłoń, żeby podkreślić nieistniejący dystans, a w drugo porter, coby doprowadzić ego do erekcji. I w słuchawkach bach! Łyk za łykiem. Co dalej? Otóż Podmiejski Silnyjest Janusz po dwóch puszkach sapie, upuszcza telefon, sapie jeszcze trochę i zaczyna tarzać się po dwóch, przysługujących mu z racji tuszy siedzeniach. Po sposobie sapania poznaję, że ucieka w sen przed dupokarzającym nieuchronnym, które a nuż przejdzie, jeśli nie będzie się patrzyło na (stanowczo zbyt szybko) migoczącą za oknem zieleń przetykaną złotem. A co ja? Ja przyklejam spocone czoło do szyby i tak trwam, zmarszczywszy czoło niby tytan. Pan Wiesiek chwieje się i nieomal wypuszcza puszkę, którą ja jednak przytrzymuję wzrokiem, albowiem zachodzi co do niej podejrzenie, że nie jest jeszcze pusta. On chwieje się i nachyla konfidencjonalnie, choć chyba nieświadomie w moją stronę. Przez chwilę wydaje mi się, że patrzę w lustro i z tego przepełnionego zachwytem przerażenia nie mogę oderwać wzroku, ale z którymś mocniejszym chrapnięciem on zwala się z powrotem na oparcie siedzenia i parska, bo od początku wiedział, że nic z tego między nami nie będzie. Tymczasem nadciąga, pojawia się konduktor i obrzuca nas dwóch badawczym spojrzeniem, po czym odchodzi gdzieś dalej i tam trwa zamyślony. Jakże to tak? To ja tu jak ten tytan, on sapie i turla się i potraktowano nas tak samo? Z oburzenia też zasypiam i ślina w miarę trwania podróży cieknie mi w dół szyi, powodowana jakimiś niecierpiącymi zwłoki względami. Budzimy się już zrównani, tym razem obydwaj tytanicznym wysiłkiem woli, na właściwej stacji.
Jak zwykle najbardziej na jestestwo działają mi dwa momenty. Po pierwsze nieśmiertelna (notabene) formuła „Świętej Pamięci W. żegna…”, które każe wyobrażać sobie poważną, choć już spokojniejszą twarz kiwającą z uznaniem głową przy niektórych imionach, a przy innych mlaskającą ze zniecierpliwieniem. Twarz, która chce mieć już spokój z ostatnim obowiązkiem. Po wtóre – anielski orszak niech twą duszę przyjmie, tylko nie obraź się, jeśli usłyszysz jak twoje ciało przewraca się trochę wte i wewte przy podnoszeniu trumny z katafalku. Bo to słychać, chociaż żel na włosach trumnonoszów stara się zagłuszyć wszystko i lśnić jaśniej niż witraże. Co z tego, że to momenty tendencyjne? Obiektywizm wlecze się z tyłu pochodu ze smarkami do pasa i choć drze się jak może, to nikt nie słyszy, bo organy grzmio. A ja się pocę w czarnej koszuli, już drugi raz w tym tygodniu. Obym za trzecim mógł już patrzeć na wszystkich skąpany w pośmiertnej glorii, która mnie przecież niechybnie czeka, no nie? Nie..? Ej, no we!
Byłbym może i nawet zawiedziony tym, jak banalnie zostałem uratowany, gdyby nie to, że o takim ratunku marzyłem, z lubością tarzając się po najgorszych zakamarkach własnej głowy i siejąc ferment wszędzie, gdzie się pojawiłem. Niektórzy kręcili głową i mówili – ab-so-lut-nie. I zgadzałem się z nimi, albowiem absolut nie zachwyca jakością i do najtańszych nie należy, mniejsza, czy mówimy z perspektywy Ministerstwa Wartości, czy Trunkowości. I w głowie swej spustoszonej specyfikami natury takiej, a innej z zapamiętaniem dochodziłem do tego wniosku, do którego wcześniej mi się zdarzało tędej, a owędej dojść. Że skoro wszyscy ab-so-lut-nie, to ja tym-cie-kur-bardziej-wa. W taki, a inny sposób wylazłem spod lodu, podduszony nie lada i za sprawą ludzi lepszych od siebie w byciu ludźmi odetchłem wiosennym powietrzem, co czyni większość istot żywych ciut lepszymi w byciu jako takim, niż sobie zimą wyobrażają, czego sobie i Państwu życzę.

Uwagaż no ja cię! Z bezczelnością właściwą ignorantom stwierdzam - powyższy fragment entwicklungsromanu to jeden wielki PLAGIAT! Włącznie ze szmuctytułem. Kto widzi porżnięte inspiracje, temu może być teraz miło i koniec i bomba, a kto nie, ten TRĄBA!
Pozdrawiam Mecenat, Oby Żył Wiecznie i miał pieniążki na sponsorowanie abominacji natury takiej jak wyżej.

Ne varietur.

sobota, 6 kwietnia 2013

Xero Tolerance

The Truth

Siedzicie wszyscy wy przede mną tutaj, w tej ciemnej auli. Zastanawiam się, o czym by wam nieprawdaż opowiedzieć i jednocześnie człapię, przechadzam się zgarbiony na długich, nierównych nogach. Dwa kroki w przód, jeden w prawo, dwa do tyłu. Jesteście bardzo wdzięcznymi słuchaczami, macie pomalowane buzie, nic wam nie przeszkadza, tłumnie siedzicie i patrzycie. A może jesteście po prostu tępi? Zniesmaczeni? A może was nie ma, bo znowu się pogubiłem w którymś ze zbyt długich snów? Którekolwiek z powyższych by to nie było, musicie mi wybaczyć przedłużającą się ciszę mąconą jedynie odgłosami dreptania. Musicie, bo nigdzie nie widzę drzwi, więc dopóki ta kwestia się nie rozwiąże, jesteśmy skazani na siebie, albo wy na mnie. Ja i tak zaraz zamknę oczy, bo jest mi wtedy trochę mniej niedobrze. Swoją drogą, to kolejna ciekawa sprawa, takie mdłości. Nie wypiłem jeszcze całego dzisiejszego dnia, więc to coś innego subtelnie chwyta mnie za kichy. Tym mocniej, im dłużej zastanawiam się o czym mam mówić. Ale jeszcze walczę z torsjami, myślę uparcie i wreszcie dochodzę. Do wniosku.Wniosek jest tak obrzydliwy i spada na mój łeb tak gwałtownie, że straszliwa jarzeniowa jasności rozlewa mi się pod czaszką, wszystko staje się logiczne i poukładane jak butelki na regale. No i mogę się wam wreszcie dokładnie przyjrzeć. A to przegina pałę goryczy, jeszcze jedna wielka plaga w mieście, uważaj. Z rozbrajającą nieporadnością padam na kolana i jesteście rozbrojeni, długopisy wypadają wam z dłoni, notatki z szelestem spadają na podłogę. Wasze rozbrojenie jest na tyle satysfakcjonujące, że na czworaka zerkam spode łba, uśmiecham się najkrzywiej jak umiem (czyli niezbyt krzywo) i wymiotuję.

God Love Fire Women Death

Przepraszam, może nie uchodzi kalać pamięci tych drugich. Wymiotowali niektórzy na Ostatniej Wieczerzy w Gołąbku, wymiotowałeś ze strachu budząc mnie o świcie i wymiotowałaś z wdziękiem po Ważnym Przyjęciu. Tak. Ale ja nie. Wszyscy wymiotowali, a ja rzygałem. Oczy potoczyły mi się gdzieś w głąb głowy, język uciekł w popłochu, policjanci wyszli, przyszły zimne poty, wszystko od jesieni do jesieni zawirowało dwa, trzy, setki razy, a ja się porzygałem. Rzygałem do ostatniego żołnierza, bezwarunkowo skapitulowałem i postanowiłem uparcie odmawiać kapitulacji. Poleciały na parkiet pioseneczki, rozmówki, spotkanka, rysuneczki, poleciał Django i popcorn z Kafefajki. I ani odrobinkę się nie wstydzę, przyszły bezwstydne czasy, erotyzm wisi w powietrzu, ociera się, rezonuje, iskrzy, a wszyscy mają kieszenie nasączone benzyną. Śmierdzi nią, tą benzyną okropnie, zwłaszcza, że nikt nie żałował sobie na Taką Okazję perfum. Dym też nie pomaga, ale o to akurat nie mam pretensji, bo sam palę rękopis, cztery papierosy i parę mostów jednocześnie, dymi się jak diabli. Żeby się przewietrzyć wychodzimy i leżymy na śniegu, nic nie widać, tylko niebo ciemne. Też jak diabli. Raz na jakiś czas się rozpraszasz, niebo zaczyna spadać nam na głowy, a ja muszę wdmuchiwać je z powrotem gdzieś tam wysoko. Spójrz na te liczne i piękne gwiazdy, mówię, a ty na to, że przecież żadnych gwiazd i że tylko smoła i smoła, jak w piekle. Okropecznie mnie irytuje takie kręcenie nosem na dziurę w całym, więc je sobie wyobraź, mówię, piękne i rozliczne, ba, cedzę! Gorący ten durszlak, proszę o stosowne kroki w celu.

 Jackhammerrape

Leżymy. Ty leżysz i sobie ze zmarszczonym nosem wyobrażasz, ja leżę i pokonuję drogę krzyżową, ku lepszemu, rzecze Artur Ziemniak, ku ekspiacji, podpowiada Doktur. A tak naprawdę to nie, gram sobie w sudoku i niech mnie Doktur pocałuje w nos, bo sam jest dobry klient i ja lekce sobie ważę jego słowa. Leżymy przez pięć dni i sześć nocy i ani razu nie wschodzi słońce, żeby zerknąć na nas, opuszczonych przez cug i ludzi. Do kusia z taką robotą, powiadam i kopiąc ze złością śnieg idę w siną dal, ty patrzysz ze zdziwieniem, zapominasz o gwiazdach, o kurzu na podłodze auli, o tym co się komu i kiedy nie śniło i niebo zmęczone kretyńskim wgapianiem się, wpada w gniew. Taki straszny, straszny gniew. Rozpędza się, łapie nas, gniecie, miażdży, spala, zatłukuje wyobrażonymi gwiazdami po ryjach na śmierć w konwulsjach i zwierzęcym krzyku. Koniec. Dziękuję za zrezygnowaną uwagę, przypuszczam, że bałagan na podłogach, biurkach, w zlewach nie będzie wam przeszkadzał, bo na co dzień wszyscy w nim brodzimy po kostki i nikt nic nie mówi.

"dziwnie się zachowywał. Te jego zdjęcia na fejsie". - ach, mądrale! Eremici, którzy osiągnęli taką bystrość Umysłu zwykli udawać się w miejsce odosobnienia i bez reszty oddawali się kompulsywnej masturbacji. Nie otwierając przy tym ust. Polecam.

"kto kogo będzie pocieszał" - ani Hitler nie pocieszał Stalina, ani ciut później Stalin Hitlera przy okazji Stalingradu.
I proszę działać konsekwentnie.

środa, 27 marca 2013

Pain (is irrelevant)

You are (not) alone
Po szesnastu tygodniach zostałem wypisany. Wypisany, nie wypisałem się, a zostałem. Strasznie jestem spragniony sukcesów, więc to policzę sobie za jeden. Sukces jak słoneczną, majową niedzielę trzeba święcić i ja poświęciłem. A po świętach co dalej, pytają wszyscy od nocnego po trzepak. Po świętach trzeba się dokądś udać, odpowiadam z niezmąconym spokojem, chociaż coś we mnie wyje z niepokoju. W czym rzecz, co się stało tego wtorkowego popołudnia, że wszystko dotąd spoczywające w malowniczym nieładzie przestało grać? Gdzieś ktoś nawalił, ktoś popełnił błąd i czwarty reaktor stanął w ogniu, przepalając podłogę, strop, pastelowe chmury i suche łąki. Popioły opadły wirując jak helisa i moim oczom (a stałem na palcach, więc widziałem sporo) ukazała się odpowiedź - OTÓŻ NIE MA GDZIE PÓJŚĆ. Nie ma już kogo odwiedzić, za co kupić, dokąd spierdalać. Są zardzewiałe kraty, cztery, gwoli ścisłości, i jest srogo, bo zaczyna się klaustrofobia. Nie da się zasnąć w przepoconej pościeli, nie ma jak się przekręcić na drugi bok, ani jak sięgnąć po telefon. Z przodu mają racjonalne argumenty, z lewej bagatelizują, z prawej się solidaryzują, z tyłu szepczą. Jedyna droga jako takiej, odbiedowej ucieczki prowadzi w dół, wraz z błogosławieństwem grawitacji. Świeci księżyc, cały czerwony, chory i zmęczony, psi wyją, gwiazdy bledną, a ja się duszę. Spadam i się duszę, litości, przecież to nie ma sensu! Przy spadaniu pęd powietrza wtłacza aż nadmiar tlenu do systemu. Chciałbym komuś o tem paradoksie opowiedzieć, słyszę przecież, że przy biurku koło łóżka ktoś stuka w klawisze i łka. Może gdybym opowiedział mu o takim śmiesznym braku logiki, to on, ten ktoś, by się uśmiechnął i nie waliłby tak w te klawisze, bo mi klawiaturę zepsuje. Może gdybym, ale się nie da, bo nie mogę się obudzić.
You can (not) advance
Nie mogę złapać oddechu, nie mogę się ruszyć. Mamo, ja tu ginę.
Chciałbyś. Jest piąta rano, "krzyczę, choć nie mogę krzyczeć, wypić już nie mogę też". Też byś chciał. Po pierwsze, mogę jeszcze wypić, po drugie nie krzyczę, a co najwyżej stękam. Piąta to ani różowa czwarta, ani twarda szósta. Piąta rano jest najgorsza i wtedy komputer tak strasznie rzęzi, że mi go szkoda, ale nie utrzymam długopisu w dłoni, więc musi mi jeszcze posłużyć. Musi, nie musi, relatywnie. Dlatego pokornie wycieram szóste i siódme zimne poty, otrzepuję gwiazdy z ramion i z czołem uniesionym na tyle wysoko, by wzrokiem ominąć lustro, ruszam na spacer. Rozedrgany spacer, i w tym momencie pragnąłbym powstrzymać jęki zniecierpliwienia, ponieważ otóż owszem! Był rozedrgany! I śniadanie, które zrobiłem przed wyjściem, a którego nie zjadłem, było rozedrgane i nóż, falujący z ręki do ręki był w płynny sposób rozedrgany i płonący za kościołem horyzont też. Takie horyzonty (5 kilometrów stąd) zdarzają się tylko o świcie i tylko za kościołami. No właśnie, kościołami. Tam nie pójdę, za późno i za wcześnie, zamknięte jeszcze. Dlatego trzeba pognać w kierunku "tak jakby nader swoiście wręcz" przeciwnym.
You can (not) redo
 Tam, gdzie jeszcze ciemno, chociaż trochę i tak na chwilę, chłodną, wilgotną chwilę. W lasach nad Bugiem, we mgle, w trzasku gałęzi i westchnieniu zachwytu, jakie może się wydobyć tylko na widok porośniętej mchem wueski, tkwiącej na polanie niczym menhir. Kiedy jest tak chłodno, to to wszystko ze mnie spada i jestem taki, jaki byłem. Tyle tylko, że byłem, a nie jestem. I za plecami słyszę narastający huk. Huk, hałas, harmider - rok 2001. Kaskadami, huraganowo, na razie to tylko brzęczenie za uchem, ale narasta i narośnie i dotrze nawet tutaj, gdzie mi udało się dotrzeć, po całej nocy przewracania się w łóżku i głuchego jęku. Zadrżą sosny, kurz wzleci z powrotem w górę, tafla wody się zmąci i usłyszycie. I zapytacie - ach, ach, cóż to za dźwięk? I odpowiem, z niezmąconym spokojem - to wszystko idzie się jebać.
"I'm the one who brought it down"
"I really don't go for that shit"

wtorek, 19 marca 2013

What else is left there.

Cały czas trzeba, z każdym słowem trzeba łamać schematy, być niebanalnym, kreatywnym, szubidubi. No więc toteż oto jestem. Dziś ciut inaczej, moi kochani - wypiłem przed napisaniem, a nie w trakcie. Ale o tym sza! W regulaminie stoi, iż nie wolno, iż jest to wykroczenie, że tak powiem, kardynalne i kategorycznie przekreślające jakiekolwiek rokowania. Zdarza się to tu, u nas, nie powiem, często, że ktoś nie da rady, poprosi, dostanie, wypije i opuści nas. "Świętej pamięci nieboszczyk Grzegorzewski używał o wiele lepszej wody kolońskiej. Po wypiciu jego perfum czułem się jak ptaszek!"
To dzieje się jakoś tak stopniowo, ale też nieustannie. Ściany i tak są białe, to dobry początek, niewiele trzeba zmieniać. Aneks kuchenny podobny tu i tam, bo i tu i tam, nikt, pacjent, czy lokator, nie nazwałby tego kuchnią, a fuj. Z łazienką trochę większy kłopot, bo chociaż brak przestrzeni jednaki wszędzie, to tutaj prysznic i cerata, a tam wanna i brudne ręczniki, ciężko się to zmieniało. Z samym spaniem za dużo użerania nie było. Tam sam byłem jak palec i tutaj też mojego kolegę już wypisali i rodzina go odebrała. Specjalnie szczęśliwi oni nie byli, nie. Moi pewnie też nie będą, kiedy okaże się, że to już koniec i że powrót trzeba i samochód specjalnie. Ale co mi tam, na razie karmią i mówią do mnie. Mówią podejrzanie dużo. Tam nikt tak do mnie nie mówił, a tu ciągle. Rano przychodzą, budzą na trochę, pytają o rzeczy podejrzanie banalne. Minęło dopiero parę dni, a traktują mnie podejrzanie łagodnie. Do sali telewizyjnej mi wolno wchodzić, czytać mogę co zechcę nawet i do późna, bo sypiam sam, a do tego przywykłem.
Jak się ma łagodną kategorię i wejdzie się na piąte piętro, jak się pójdzie na dach buwu, to stamtąd, można stamtąd, widać pobliską stację, zobaczyć Warszawę Stadion, i pociągi z niej odchodzące w dwóch tylko kierunkach, i różne pociągi, do Siedlec, do Gdańska, do Łukowa i innych rozmaitych miast Polski, których zabytki powinniśmy poznawać, do nas i od nas. Nas jest na oddziale trzydzieścioro. Pielęgniarek jest sześć. My mamy szczęście, u nas są pielęgniarki. Piętro niżej, gdzie każdy bez wyjątku ma niekłamaną przyjemność samotnego zasypiania, są tylko pielęgniarze. A pielęgniarze nie mają takiej wprawy w robieniu zastrzyków na dobry sen i to nawet może boleć! Tak mi mówił jeden z nich, żylasty i łysy, o przezwisku zbyt banalnym do zapamiętania, na papierosie. Zawsze tak być musi, że na papierosie dochodzi do spoufaleń, zwłaszcza w zamknięciu. A tu jest zamknięcie dla niektórych z nas, a żadne z nas go nie chce, tak nam mówi doktor Główny. Jest mi dobrze i o nic się nie martwcie, tylko mi przywieźcie nowe książki. Głupio też, że te puszki zostawiłem w mieszkaniu, strasznie głupio, ale tak bywa. Człowiek nie ucieknie, dogonią, znajdą, nakarmią.
Zanim tu trafiłem, byłem u siebie, w domu. W tym prawdziwym, nie w mieszkaniu. Zdrowiałem, i to jak zdrowiałem! Codziennie przychodził do mnie ktoś inny i wszystkich uprzejmie przyjmowałem i rozmawiałem z ludźmi o różnych rzeczach i sprawach, można zaryzykować stwierdzenie, że długo. Ale też pisałem. Pierwszego dnia napisałem dwa tysiące stron. Drugiego tylko sześćset i dwadzieścia siedem listów. Za to do końca tygodnia udało mi się piętnaście tysięcy razy wykaligrafować własne imię. Wtedy przyszły konowały i blada matka (marzec, wszyscy jeszcze bladzi) i pokręciły głową i jestem tu. A tam zostały puszki i co ja z nimi zrobię? Musicie mi wybaczyć, ale ja teraz nic nie mogę zrobić i do żadnych wielkich rzeczy nie jestem predysponowany i tylko chciałbym dalej jeść ciepłe rzeczy, zanim mnie stąd zabiorą, tacy jacyś niezadowoleni i dadzą mi w lewą rękę samodzielność, a w prawą omnipotencję.
Na stoliku leżały pomarańcze i proszę nie dyskutować. Chorzy zawsze dostają pomarańcze, takie są odwieczne koleje chorób. Leżały i rzucały przeogromny cień na ścianę, bo był już maj. Z tym cieniem zlał się inny cień, gdzieniegdzie nawet jeszcze ciemniejszy i taki strasznie pełen, że gdyby nie był cieniem, to by się uśmiechał, wiem to. I ten smukły cień pochylił się nad moim mokrym i zimnym czołem i mówi tak - "owszem, jesteś popierdolony. I to zdrowo. Ale tak pięknie". Ja się na to uśmiechnąłem, ale widać jakoś krzywo, bo on (on? ona? nie, raczej ona) zniknął.
"Byli tacy, co się rodzili. Byli tacy, co umierali. Byli także i tacy, którym to było mało".

poniedziałek, 4 marca 2013

Maniac Ground Zero Inner Conflict

Było nas w takim razie pięcioro, a mi trzęsły się ręce. Zresztą, bez fałszywej skromności - trzęsłem się cały, nad morzem było zimno, w szpitalu było duszno, w bibliotece było cicho, na koncercie było głośno, a później byłem pijany. Ale to przynajmniej byłem Ja, a nie my, my pojawiliśmy się gdzieś na południu Śródmieścia, gdzieś w nocy. Bardzo się ucieszyłem, kiedy na patelni ktoś równie roztrzęsiony paląc mojego ostatniego papierosa, prawił o kobietach. Mogłem wtedy dokonać eksterioryzacji chichoczącego alter ego, ale nie na długo, sami wiecie, jak krótko pali się ostatni papieros.
Momentami, w tych wszystkich różnych, szybkich miejscach trzeba mi było porozmawiać z moim kulawym, zakatarzonym diabłem w środku, a on zawsze, zawsze wodził mnie na pokuszenie. Stawaliśmy razem na dachu pociągu, na balkonowej przypalonej tu i ówdzie poręczy, na Powązkach, w metrze, a on brał mnie za rękę (co ciekawe, zawsze za prawą) i mówił mi: "skacz ścierwo, bo poodgryzam ręce!". Przyznam się, czemu nie, strach mnie oblatywał, kaprawe lico odrzucało podobieństwem do mojego, a ręce i cała reszta dalej się trzęsły. Myślałem, że zdechnie wypłukany wodami Bałtyku, wywiany wiatrem wpadającym przez otwarte okno wagonu, ogłuszony ciszą, albo muzyką. Nie wiem dlaczego tak myślałem, skoro z wariackim uporem wołałem, żeby wrócił, raz po raz otwierając plecak, szukając w portfelu drobnych, schodząc do sklepu na Mokotowskiej, błądząc dłonią po kieszeniach na cmentarzu.
Wołałem, on wracał i trwał, chichocząc moimi ustami, między jednym chichotem, a drugim konsekwentnie kusząc. Udawało mi się w każdej sytuacji wydukać strzelając oczami na boki, że może sobie odgryzać, kto by chciał odgryzać takie ręce, takie trzęsące się z nie-strachu ręce. I gryzł, bambaryła, ale wypluwał, bo nie mógł znieść braku strachu, choć pewnie bardziej mierziło go podłe piwo w żyłach. Diabły lubią stouta.
Łaziliśmy, póki mieliśmy gdzie, a że Warszawa jest duża, to godzina nie wybijała przez parę dni, aż wybiła. Wtedy zapragnąłem pomocy i uciekłem do największego (1,99 m) autorytetu w sprawie diabłów - ojca. Ojciec mnie nakarmił i stał z się z powrotem tatą. Zamieniliśmy się kurtkami, bo tak, a ja patrząc na swoje odbicie w szybie metra, stwierdziłem, że diabeł został w tamtej kurtce i
przejrzawszy mój podstęp goni mnie następnym składem. Pan mnie nie opuścił, bo kiedy ja tygodniami opracowywałem optymalną trasę na uniwersytet i z powrotem, diabeł spał, snem sprawiedliwego. Tylko dlatego pierwszy dopadłem do wrzecion Wrzeciona i zatrzasnąłem za sobą drzwi na jedyny spust jaki mi został po licznych spustoszeniach dokonanych w czasie długich nocy.
Wciąż jeszcze miotałem się w poszukiwaniu zapalniczki, kiedy zadrapał nieobcinanymi pazurami w judasza i syczał słowa tak bezbożne, że pusty śmiech mnie brał. Śmiech, nie chichot. Łapczywie wepchnąłem lód do ust i przełknąłem jak leci dwieście gramów. Bez skrzywienia. Diabeł zaś zaskowyczał i wycofał się przed domofon. Reszta była kwestią niesamowitej jasności umysłu.
Porwałem saperkę i wyskoczyłem przez okno, słysząc jak walą się ściany, przewracają butelki i jak łomocze kurz na regale. Szczęśliwym trafem nie połamałem zapałek Niesamowitego Cezarego przy upadku, tylko ręce. Krzywiąc się z bólu podpaliłem papierosa i z zawadiacką miną ruszyłem przez Bielany. Na grzbiecie miałem czarną skórę, pamiętającą czasy siedleckiej dochodzeniówki, słodkie gonitwy i strzelaniny.
W kwestii formalnej - dlaczego na cmentarzu włoskim byłem znowu pierwszy? W roku 1932 A. Nataszewicz w swojej publikacji "Anatomia Djabłów" dowiódł niezbicie, że ludzkie nogi są wytrzymalsze od kopyt. Diabeł zwichnął kopyto, ja nóg w oficerkach nie.
Znalazłem nam przytulną kwaterkę pod murem i wykopałem cieszący oko dół, uwzględniając gabaryty jednego i drugiego, bo umysł miałem jasny. A on dokuśtykał do mnie i uczepił się rękawa, ale władzy nad nim nie miał, bo to był rękaw skóry, a nie namiotokurtki. A ja mu powiedziałem - pij ze mną, albo skacz. Przepijesz, sam skoczę. Pił i byłby przepił, ale to był cmentarz WŁOSKI, a w cyrografie jak wół stoi - "póki nie napijesz się z adasiem kubusiem aniszewskim gałganem w Rzymie". Triumfalnie zawyłem "ten dół Rzym się nazywa!", po czym wepchnąłem skurczybyka, przysypałem, otarłem pot, dopiłem, przyklepałem i wcisnąłem peta w mokrą ziemię, albowiem powiedziano "a Djabłu ogarek!". I tam leży bies pogrzebany. Z pięciorga zostało nas dwóch, z nas dwóch zostałem sam. "Więc jeśli chcesz hodować diabła, w głębokim dole trzymaj go".

wtorek, 19 lutego 2013

Kafe Moskwa

Był zmierzch powrotów dnia poprzedniego i był poranek dnia następnego. Było przebudzenie, mdłe i dzielone przez próżnię, był zimny prysznic walczący o lepsze z zimną kawą. Była bezczelność, która przebrzmiewała i być może przebrzmiewa dotąd w martwym naskórku zostawionym w tramwaju, w autobusie, na cudzym zeszycie. A potem przekonany o braku świadomości powiedziałem sobie - co zrobisz? Dokąd i z kim pójdziesz? I poszedłem z Majstrem na piwo. I chóry w niebie wiedziały, że idę w dobrej wierze, pełen sympatii i niepozbawiony nadziei. "I  natychmiast wypiłem. A po wypiciu – widzieliście sami: bardzo długo się krzywiłem, walczyłem z mdłościami, przeklinałem i posyłałem wszystko do diabła. Może pięć, może siedem minut, a może całą wieczność miotałem się w czterech ścianach, trzymając się za gardło i upraszając mego Boga, by mnie nie krzywdził. A mój Bóg nie potrafił usłyszeć mych błagań do samego Mińska Mazowieckiego. Od Mrozów do Kotunia wypita szklaneczka przewalała się między gardłem i żołądkiem, to wzlatując ku górze, to padając w dól. Było w tym coś z Wezuwiusza, z Herkulanum i Pompei, z pierwszomajowej salwy honorowej, oddanej w stolicy mej ojczyzny. Ja zaś modliłem się i cierpiałem" Czarek Miłosierny zapchał mi gębę darmowym popkornem, wcisnął w usta ćmika i podpalił. Wstałem więc przepełniony poczuciem obowiązku i po nijakiej chwili wróciłem w dwiema szklankami, przez zęby mamrocząc tradycyjne "masz ze mną za dobrze". Janek wtedy spał już, snem sprawiedliwego. Paweł kiwał głową nic nie mówiąc, chyba, że do siebie w myślach - masz rację, Paweł! Mijały godziny, poduszki na podłodze pogrążały się w nieładzie, włosy takowoż, ludzie odchodzili i przychodzili, stacje mijały, ale dopiero w Sabince się ocknąłem, dopiero kiedy Paweł wstał i pozbawił nas swej niewzruszonej pogody alkoholowego ducha ogarnął nas mrok beznadziei. Zewsząd ogarnęła nas kiepskość, jak określiłem to kilka dni wcześniej w zadymionym, zadymionym do przesady samochodzie.Wtedy dźwignąłem wieżę strzelistą jak pastisz gotyku, a akty krążące w mojej głowie nie były bynajmniej strzeliste. Z każdym kolejnym krokiem czoło mi chmurniało, a przynajmniej takie mrzonki sprawiały mi ulgę. Pomyślałem zatem - co zrobisz? Dokąd pójdziesz? Nie odpowiedziałem sobie, ale i tak wiedziałem, że skończę na ośnieżonych peronach Warszawy Gdańskiej, choć przecież jechałem prosto do Siedlec, bez przesiadek, bez przerw na papierosa. Tylko na Warszawie Gdańskiej zrezygnowana policja nie zwraca uwagi gdy śpiewamy i gdy wspólnego, znalezionego papierosa rzucamy na tory. Papieros uparcie dymi się w puszce po kukurydzy, będę musiał zmarnować kilka kropel placebo, żeby zasnąć w tym pokoju. Za to kiedy już się obudzę, kiedy przystając raz na jakiś czas dotrę na strasznie pustą i brzydką ulicę Okrzei, kiedy przywitam się z ojcem i jedząc coś ciepłego spędzę z nim pół godziny, wtedy milczcie chóry, schnijcie łzy, dzwońcie kusiciele. "Wtedy coś się zdarzy, ty usiądziesz mi na twarzy, potem cię za pióra złapię, ty mnie podrapiesz". Godziny minęły, wieża chwiejna, już nawet nie strzelista podpierając się na wychudłych łapskach dźwignęła się w celu ostatecznego dotarcia do domu, przez Marymont, przez Grodziszcze Mazowieckie, przez nocny. W ostateczności niech będą smartfony, niech już nawet będzie BUW, ale czemu za oknem jest tak ciemno? Paweł by wiedział, Paweł pije gdzieś wódkę, a czyni to z niezmąconym uśmiechem i pogodą ducha, bo maj(gi)stra i tak zrobi.

"Kto tu jest za mną, kto tu stoi?"

czwartek, 14 lutego 2013

Ze spotkań

Pierwszy raz z erotykiem to nie może być przygoda, ani zabawa. To musi być spotkanie, długo planowane, odkładane kilka razy, nie daj boże przypadkowe. Spotkania zaczynają się od uśmiechu.

A gdy będę umierał to nie przyjdzie tu Czaro, zajmie go zabawa z gitaro.


Uśmiech rozciąga się od lewej do prawej, jak od prawej strony chodnika, odbiwszy się od ściany, do lewej. Czasem powoduje dołeczki w policzkach, w których można ukryć kolejno - w lewym dumę, w prawym strach. A czasem powoduje rozlanie się mordy po płaszczyźnie jej z zapasem przeznaczonej. Wtedy kulawo ogolony w ciemnościach podbródek opina się na wypłukanych do cna kościach i imituje grymas zadowolenia. Facecje wynikające dla otoczenia z facjaty. Facjata rozpływa się jeszcze bardziej w kretyńskiej manifestacji błogości, kiedy mogę prowadzić. Najlepiej przez pustynię, z działającym, niekradzionym radiem. Dopiero wtedy z niekłamaną przyjemnością zabieram kogoś stojącego na poboczu, ratując go przed śmiercią z pragnienia, tak jak mnie uratowano przed śmiercią głodową. Bo co jak co, mówcie co chcecie, ale pragnienie potrafię ugasić.

Janek przyjdzie z kwiatami (róże, tak między nami).


Prócz tego pragnienie z ogniem ma niewiele wspólnego. Jeśli już coś, to początek. Każdy, kto zapalał zapałkę, wie, jak rodzi się pragnienie, a każdy kto zdecydował się na prolongatę prenumeraty, wie, że w kwestii uporczywego trwania, pragnienie, przeradzające się w żądzę, podobnym jest do wody. Przytłacza jak ona, powoduje ociężałość i uporczywą konsekwencją tworzy maniakalną projekcję zaspokojenia. Pierwszy haust powietrza piecze, pierwszy dzień wiosny swędzi gdzieś z tyłu głowy, pierwszy łyk łaskocze, pierwszy dotyk pali. Biorąc pod uwagę wszystkie przytoczone wyżej argumenty, stwierdzam, iż to zaspokojenie jest jak ogień. Siadaj, trzy mniej.

Artur piwo przyniesie, wszyscy trzej to obwiesie.


"A w mojej głowie słońc milionami karuzela nocy lśni, na niej jesteśmy sami, ja i Ty."
Żartowałem, jak zwykle. I jak zwykle pomyliłem (specjalnie, hyhy) żart z kłamstwem. Nie mam nic wspólnego z zaspokojeniem. Gdybym miał, nie byłoby mnie tu, teraz i nie czekałbym wiosny jak snu. Chyba nawet dzwony z widmowego bielańskiego kościoła zamilkły w tym oczekiwaniu. Kiedy powietrze gęstnieje, ciężko się przez nie przebić do drugiej osoby, drugiej butelki, drugiego pokoju, drugiego semestru, drugiego skrzyżowania (tylko tutaj istnieją dwa skrzyżowania tych samych ulic). Do następnego (drugiego!) razu.

Będzie chłodny, jesienny wieczór. Przespaliśmy i wiosnę i lato, nie łudź się, to już postanowione. Przyjdziesz o piętnaście minut za wcześnie, takie znamię tęsknoty za przeszłością. Kontrabasista na fotelu będzie brzdękał, ty melancholijnie czekając zapalisz papierosa, ja skropię się wodą kolońską, wdzieję palto, kapelusz i ruszymy w poszukiwaniu pielęgnowanego obciążenia genetycznego. Papierośnice będą srebrne, zęby złote, a zaułki ciemne. W razie czego jest nas dwóch i tylko dwóch, bo Zły Tyrmanda umarł z przepicia tego samego lata co Gombrowicz i nikogo już nie uratuje przed eleganckim skurwysyństwem. A umierał przerażająco pięknie, z przestrogą, jak Jerofiejew. Czemu Warszawa Cybulskiego miałaby być gorsza od Moskwy Pietuszki?

Za pierwszym razem wystarczył ułamek sekundy, żeby przekrwione oczy spotkały brązowe oczy, modre oczy, błękitne oczy, piwne oczy, własne nawet. Za drugim potrzebowałem roku i siedmiu miesięcy, żeby znaleźć Szostakowicza, Mesjasza i inne zaginione, niewydarzone wprawki i dzieła ostateczne. Wszystkie poutykane w butelkach, popielniczkach, szufladach, cudzych i dlatego ufnych oczach. Moje oczy też są ufne, kiedy przelewam po trzykroć, po stokroć porter i przyglądam mu się. W taki sposób Demiurg przyglądał się swojemu dziełu i w taki sam sposób to dzieło go zawiodło, jeśli się nie mylę (jeśli się mylę, to popraw mnie Demiurgu, mniemam, że w internecie też jesteś omnipotentny). Wystarczy, że zaśpiewasz.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Green skies

Mam wysoko do chodnika, nierównowaga stąd wynika. Jak zwykli to określać ludzie w lepszych czasach - niestabilna żyrafa. Mam przetarte, workowate spodnie po ojcu, bo oddając swoje do prania przeliczyłem się, a siedlecka szafa pogardliwie prychnęła, powodowana zazdrością o Warszawę. Mam ogromny namiot robiący tymczasowo za kurtkę. Bywa, że można kogoś (oprócz mnie) w nim schować, przytulić i zasunąć. Teraz jednak niepokojąco łopocze na wietrze, tak niepokojąco, że podstęp wietrzę. W przepastnych kieszeniach kiedyś bywało mnóstwo rzeczy, szklanych, nieszklanych, różnie. Dzisiaj w lewej mam jabłko, nie bójmy się spojrzeć prawdzie w oczy, już trochę zeschnięte, a w prawej papierosy. Na kurtce mam plamy. Sięgając pamięcią to tu, to tam, dochodzę do wniosku, że plamy są po winie, po krwi, po smarze i po staremu, z przyzwoitości. Przyzwoita kurtka musi mieć pod koniec zimy plamy, które widać dopiero, gdy śnieg stopnieje i przestanie razić oczy. Mam buty, które dała ojczyzna, przydziałowe, ciężkie i ciepłe. Zawsze wydawało mi się, że mam też oczy, ale jak się patrzy w metrze na szybę na przeciwko, to tam, w tej szybie, w tym metrze nikt nie ma oczu. Cały rząd ludzi bez oczu siedzi i jedzie sobie, a mi to nawet nie robi już zbytniej różnicy. Przyjmijmy więc na potrzeby, iż oczu nie posiadam. Mam kartę egzaminacyjną, pustą jak butelka i śnieżnobiałą. Mam przed sobą bufet na pekapie, a jest godzina najbardziej bezbożna, czyli trzecia z kolei w ciągu tej doby. Dwa stoliki dalej z chirurgiczną precyzją sylwetka pochłania zapiekankę, zapada w sen na pół godziny, po czym budzona przez zmęczone, nocne upiory za ladą, zamawia następną zapiekankę i tak w kółko. Do godziny szóstej. O szóstej pociąg whuczy się na peron i minie mnie blada twarz maszynisty modlącego się chyba, żeby nie wykoleić składu na jakimś niedopałku.

Miałem pieniądze, ale rozdałem jakieś sześćset tysięcy przemiłym ludziom na patelni. Ba, specjalnie łaziłem do bankomatu, żeby mieć co wrzucić po drodze na śródmieście. Miałem coś zrobić, ale znów, cholera, nie jestem pewien co. Miałem piwo, ale nie da się oprzeć belgijskiej, a przecież amerykańskiej ipie, zwłaszcza o tak wdzięcznej nazwie jak Raging Bitch. Miałem gdzieś jechać, ale zatrzymałem się, żeby zabrać z górującej nad miastem ulicy Łukowskiej autostopowicza. Jak już go zabrałem, to głupio się rozmyślać, więc nadrobiłem trzydzieści siedem kilometrów drogi. Miałem wszelkie podstawy, żeby sądzić ludzie, którzy idą do szpitala, z niego wracają. Miałem wielką przyjemność dowiedzieć się, że jak dzwonię, to załącza się w telefonie Artura Włóczęga Theme. Miałem powody, żeby wierzyć rodzicom, a oni mieli od zarania dziejów powody, żeby nie wierzyć mi. Miałem zwyczaj regularnego chodzenia na basen ("-znasz brutalną stronę chinka? gdyby adam nie chodził na basen, byłby gruby jak świnia!") i regularnego chodzenia na regularne spacery po swoich włościach i w odwiedziny do horyzontu.

Ukradłem golfa. Kluczyki nawet nie brzęknęły lądując koło jabłka w kieszeni. Drzwi nawet za mną nie stuknęły, telefon nawet nie oponował, kiedy go wyłączałem. Nawet nie pomyślałem, że nie mam za co zatankować. I utknąłem, cholera by to, w bezczelnie szczerym polu. Chciałoby się napisać, że z rozwianym włosem, na tle granatowego nieba, ale gdzieżby tam. Powietrze ani myślało drgnąć, włosy obraziły się na mnie tydzień po tym, jak obraziłem się na szczotkę, niebo obraziło się na mnie od kiedy nie spaceruję wyłącznie z nim (nią, niebo to ona). Właśnie dlatego przyszło mi trwać na pekapie, w samochodzie z przygodnym podróżnym i obok samochodu z przedostatnim (świat znowu drwi z mojego dramatyzmu) papierosem. Jednocześnie.


"Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
 I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...
 Mówili o niej: "Łka, więc jest!" - I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat - i świat zadumał się w tej chwili...
 Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.
 Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!
 Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!
 Lecz cienie zmarłych - Boże mój! - nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas - i tylko młot inaczej dzwoni...
 I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.
 Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...
 I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!...
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!
 Lecz dzielne młoty - Boże mój - mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!
 Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.
 I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!
 Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było oprócz głosu!
 Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?
 Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.
 I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?"

wtorek, 29 stycznia 2013

Lilium

Do you recognize me?


Nie chciałbym znać prawdy o żadnym z was, do powieszenia się wystarczy mi prawda o sobie. Tak jak i staremu Musiałowi wystarczał kot i pianino. Niczego więcej w jego mieszkaniu nie było. Czasem gościłem tam ja, kawa i Dziadek. Musiał z Dziadkiem spędzali długie godziny na rozpierwiastkowywaniu świata, kiedy ja dziubałem na przemian czarne i białe klawisze pianina, by zabić gorycz napoju dla dorosłych. Nigdy nie przeszkadzało mi to, że ze sterylnie białego mieszkania wychodziliśmy sinym zmierzchem, ja i On. Blond łysina i nikotynowa broda, tak ziejąca dziwnym zapachem i autorytetem. Dziadek wiedział, jak obalić komunę, jak obalić flaszkę, jak zająć się tulipanami na działce i jak zmontować i polakierować stolik. Ja wiedziałem, że mimo wieczornych krzyków mu ufam, a gwiazdy nad siedleckim zalewem świeciły jaśniej niż należy, ufając, że nikt w tych niepozornie szczęśliwych czasach tego nie zauważy.

See? I'm real.


Stukam długopisem w kartkę irytując sąsiadów. Na chłopski rozum wszystko rozumiem, ale po raz kolejny z lędźwi odzywa się przerażająca i ekscytująca świadomość tego, że jest za późno, bo wstrzymałem oddech, bo za darmo i tak wisiałem ci piwo, bo to i tak prosty egzamin. Coś dziś jeszcze miałem zrobić. Coś zapisanego głęboko w zwojach znad morza martwego, w księdze wszechświatów nieomylną ręką Demiurga. Miałem odpowiedzieć na pytanie numer dwadzieścia trzy, ale długopis tak długo zwisa nad kartką, tylko raz na jakiś czas trącając ją od niechcenia, że najpewniej jest już dawno po siedemnastej i zamknęli mnie w tej sali, żebym pokutował za cały czas spędzony nie w komunikacji miejskiej, nie nad książkami, ale w łóżku. Sen, śpię dziewięćdziesiąt godzin tygodniowo i dziewięć godzin tygodniowo, w zależności od aury tej za niedostępnym, choć żaluzja nam się nie domyka, oknem i tej bijącej z biurka samego przez się, przy którym spędzamy życie,

But you never did.


Pracy z poetyki należą się spłodzone jakkolwiek cztery strony. Cztery, jak cztery są pory roku, cztery strony świata, cztery kąty pokoju, który uwięził mnie przy pomocy temperatury i bezbożnej pory. Bramy pozostawały otwarte jeszcze kilka chwil temu, kiedy Janek stwierdził, że pora na niego, jeszcze odźwierny zwany Nocnym nie kazał płacić sobie haraczu. Nocny na dziesiątakach to i haracz niemały, liczony w jednostkach wyobraźni, jakie by nie były. Najważniejsze, że wzrok uciekający w górę wcale nie natrafia na wnętrze czaszki, ale na rzeczone gwiazdy uparcie przypominające cały przesadny rozmach dawnego nieba. Przy przesadnym rozmachu bywa tak, że rozmachnięta ręka na coś boleśnie trafia, lub też beztrosko tnie purpurową, atramentową, albo sinoświtową przestrzeń, na cmentarzu, na osiedlu, w stolicy, albo wracając histerycznym galopem trzy kilometry i piętnaście lat wstecz, nad rzeczonym (TAK, TO SŁOWO DOMINUJE KAŻDĄ SŁABĄ W TYM MOJĄ DUSZĘ) zalewem.


You promised you would take me there again.


Dlaczego pytacie? O co wam chodzi, że zacytuję Czarka? Naprawdę, muszę spowiadać się z tak potwornie mało leśnych atrybutów jaźni? Tak, niech wam będzie. Posiadam zasady. Ba, pryncypialne zasady. Niezmienne, jak soczysta czerwień na sosnach okalających zachodni brzeg bajora na skraju miasta, sosnach, które będą zmuszone obserwować tragiczny koniec Projektu Dopełnienia Ludzkości. Chociaż może to tylko ja, mylący pory roku, miejsca Polski, zmierzchy i świty i towarzyszących im ludzi. Jeśli księżyc jest zbyt duży, nie możesz spojrzeć na drugą ci osobę, bo w środku skończy się wszystko i czerwone morze czerwonej wody pochłonie wszelką jaźń, by stopić ją w doskonałe Jedno. Może nie dziś, ale kiedyś, kiedy Trup ze złożonymi skrzydłami przekornie mrugnie i szepnie zachrypniętym głosem około godziny szesnastej, gdy dojdzie już do siebie, że nie ma się czego obawiać, bo to całe wielkie, czerwone morze, w które stopiła się ludzkość, to tylko wino. Wracając, mam zasady. Sztywne, rygorystyczne zasady, które pętają mój charakter i zakuwają (jak Wy bo ezgamin coś jutro o 10 trudne bylo kto pytaniaa ma) umysł w kajdany. Zasady brzmią - nie należy wymiotować w trakcie pisania.