Proszę o ciszę, wszystkie buzie na mnie. Raz, dwa, trzy - klask! - gasną światła. Klask, klask - otwiera się piwo i jest stoutem i Pan wie, że jest dobre. Klask, klask, klask - zapalają się kontrolki i droga na Sobieszyn zaczyna w przedświtowych mrokach nawijać się na koła. Klasklasklasklasklasklask - to ty przed komputerem, zboczeńcu. Ja szukam podniet w okropecznie wąskiej drodze, kiedy wiozę skostniałego po imprezie Gargulca do domu. Wszystko byłoby w porządku, jak na normy romanuwki. Warto zauważyć, że te normy dopuszczają szeregi, dziesiątki, setki kwiatów doniczkowych pokradzionych po różnych miejscach i ustawionych w innych śmiesznych miejscach, ku zdumieniu i uciesze gawiedzi, o ile gawiedź zechce rano wylec z domów. To, czy wylegnie, pozostaje jednak bez znaczenia, tak jak szeregi, dziesiątki, setki innych rzeczy. Jak już mówiłem - wszystko byłoby w porządku, gdyby nie. Gdyby nie to, że prowadziłem w garniturze i gdyby nie skrzypce jęczące w głowie od samego Łukowa, mimo wyłączonego radia. Czasami przypominały mi skrzypienie drzwi, kiedy ktoś drugi wyrzuca koty z pokoju, bo budzą. Kiedy indziej były jak skrzypienie konfesjonału, w którym ktoś niecierpliwie się wierci. Kto? Dlaczego? Pozostawiam to waszej wyobraźni. Momentami trzeszczały jak winda w szpitalu, ta duża, co łóżka nią mogą jeździć. Na jeszcze innych wirażach skrzypiały jak twój fotel przed komputerem, zboczeńcu. Jednak wciąż były to skrzypce i wciąż przebrzmiewał w nich zakurzony okultyzm, jak to w skrzypcach. Jeśli komuś się wydaje, że taki okultyzm sprzyja prowadzeniu, to niech ten ktoś uda się na długi spacer i mię nenenerwuje. Bo nie sprzyjają. Nie sprzyjają na tyle, że za Wojcieszkowem jakem wpadł na słup, tak wylądowałem parę ładnych metrów dalej przed samochodem. Nie mogę się zapinać, mój ojciec też nie może i jego ojciec nie mógł. Albowiem wszyscy trzej się w pasach dusimy. Na początku to nawet było w porządku, nieprzytomny leżałem i nic mi nie dolegało, wedle mojej najlepszej wiedzy. Ale jak się ocknąłem, to najpierw spróbowałem ruszyć głową, potem zwymiotowałem z bólu, a później umarłem.
Jakie furie mnie gnały, że zgarnąłem z podwórka psa, zdjąłem skarpety i z papierosem w krzywych zębach zacząłem iść po trasie? Najpewniej jakieś brzydkie. Jakie mary podgryzały moje bose stopy, że wygrzebałem, łamiąc paznokcie, kamień z rowu i cisnąłem nim w wiatę przystanku MPK, rozbijając szybę? Najpewniej jakieś pijane. Pech, chcąc nie chcąc, sprawił, że akurat jechała tamtędy Nasza Policja. Los z niesmakiem sprawił, że był to ten sam radiowóz, który wiózł mnie na dołek. Pustki we łbie kazały mi wiać, gdzie pieprz rośnie. Niestety, pieprz rósł akurat gdzieś po drugiej stronie ulicy, więc jadący z naprzeciwka opelek elegancko we mnie, notabene, przypieprzył. Wzniosłem się na wyżyny i konsekwentnie opadłem, tak często bywa w nocy. No i umarłem.
Urwałem się w środku mszy, bo przecież trzeba na pociąg, bo jechać trzeba, nieprawdaż wujku. Ale nie wsiadłem do KM 203 (tak, teraz, kiedy słońce świeci jak trzeba, wiem z całą pewnością, że to 203, a nie 302), albowiem nie miałem wtedy portfela, a co za tym idzie i biletu. Więc polazłem wzdłuż torów, bo co miałem zrobić? W stronę miasta polazłem, chwiejnie trochę, ale z przeświadczeniem, że będzie dobrze, bo teraz przecież nie umrę. NIESTETY, w pewnym momencie chaszcze po lewej stronie stały się nieprzekraczalne, niczym pewnie pewne granice i zostałem przez matkę naturę, która pewnie w innych okolicznościach użyczyłaby mi gościny w tych chaszczach, zmuszony do przejścia na prawą stronę torów. I w trakcie mojej wędrówki wsadziłem nogę w zwrotnicę. Zwrotnica akurat zadziałała, powodowana ręką dróżnika, czy kogotam i zostałem pozbawion mobilności, na rzecz pełnej refleksji, statycznej i niewygodnej jak chorera pozycji stojąco - kulejącej. Dłużyło mi się już, kiedy tak sterczałem, jak, nie przymierzając, pięść w nosie i zacząłem nawet pisać zabawnego smsa do Artura, ale nadjechał pociąg i umarłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz