Tym razem się uda, tym razem na pewno mój, pachnący jak maj
w mieście, sen, nie zechce mnie dusić, ja się dusić nie dam. Przebiję się
brawurowo, naprzód głowo przez zasieki szesnastu przepełnionych rozpaczą
budzików i wstanę wcześniej niż wszyscy. Nie wstałem.
Więc z samego rana, godzina trzynasta, najpierw huk syren na
wskroś przez zadymione powietrze, przez okna, przez łeb, w dół niżejniżej i
mdłości są na czas, pojawiają się równo z zamglonym obrazem sufitu. Właśnie na
suficie, gdzieś w gęstwinie pęknięć tkwi Ważne Przypomnienie. Biorę je do ręki,
do serca i przypominam sobie. Ktoś dzwonił, coś rozmawiałem, coś mam zrobić.
Jest czternasta zanim napuchły kształt uformuję w jakąś twarz. Pełni podziwu
powinni być chirurdzy plastyczni, makijażystki, rowerzyści, w ogóle wszyscy
powinni być do cholery przepełnieni podziwem widząc jak trzymam się kurczowo
zlewu i jak trzymam się kurczowo z dala od lustra, a jednocześnie jak moje
ruchy są pewne, wyćwiczone, przepełnione pewnością efektu końcowego – siebie. Może
i jestem spóźniony, bo tysiące ludzi zrobiło to kilka godzin wcześniej, ale
moje starania są bardziej rozpaczliwe, a ich skutek bardziej umykający
rozpaczy.
Samochód, gdzieś mam jechać, na razie nie wiem gdzie, ale w
drodze sobie przypomnę, mam czas. Gdzie bym się nie wybierał, i tak droga
prowadzi mniej więcej tak samo. Więc prowadzę na pamięć i klnę bez przekonania,
acz płynnie, chyba tylko po to, żeby nie wypaść z wprawy, wspólnej dla
wszystkich. Klnę z obawy, że któregoś dnia zapomnę nawet tego, a przecież od
małego każdy po swojemu wydreptuje sobie swoją plugawą ścieżkę, dobrze jest
wracać do radosnych i pięknych momentów dzieciństwa.
-Dlaczego tak powiedziałeś?
-Byłem zły.
-Wiesz co to znaczy?
-Chyba nie.
-No to słuchaj.
Stoję między półkami w sklepie i próbuję wydusić z siebie
parodię procesu decyzyjnego i przy okazji nie pozwolić, żeby rozwiązały mi się
z wysiłku buty, zsunęły ubrania, rozpłynęła twarz, popękały kości. To tera tak
– nie mam pieniędzy, jeśli kupię jakieś łatwe jedzenie i jakiegoś energetyka i
coś dobrego tak dla picu, to ile będę miał pieniędzy? Więcej? Chryste, to takie
śmieszne, że muszę się przewietrzyć i kroczę dookoła zalewu. Kroczę, mój wzrok
i mój kradziony papieros nie pozostawiają cienia wątpliwości, że pozostałe trzy
osoby, które da się zauważyć w granicach horyzontu są tu tylko i wyłącznie
dzięki mojej pańskiej uprzejmości, krokiem mierzę moje włości. Nagle w kieszeni
materializuje mi się ciężar telefonu, sam aparat był tam cały czas, ale dopiero
teraz mogę go poczuć i wyjąć. I dobrze, bo robi się ciemno, ludzie od psów
gdzieś zniknęli, psy zostały, całe sfory biegają gdzieś w zasięgu słuchu i
węszą za padliną. Muszę szybko gdzieś dotrzeć, bo sam padnę. Przez te wszystkie
skomplikowane widoki na niebie zapomniałem o mdłościach, a mdłości tego nie
lubią. Jeśli przypadkiem w swoim rozkapryszeniu uznają to za afront, to mogą
zacząć się panoszyć, jak katedra o świcie. To jest zupełne wariactwo jak dużo
jest katedry o świcie, praktycznie nic innego nie da się zauważyć, nawet przez teleskop.
Może nie mam racji? Może nie mam racji. Będę musiał się przekonać, tak, to jest
piękny priorytet, wart jakiegoś wysiłku, jakichś środków, trzeba będzie zacząć
coś przedsiębrać. Ale na razie szarówka, nieproszony wiatr w połach kurtki,
głód i niesmak. Żeby tylko w ustach. A tu bum, niesmak w oczach! I tak się
ukłonię, z sąsiadami trzeba żyć w zgodzie, mimo wszystko niechęć to nie
ulatniający się gaz. Na balkonie ustawiam teleskop, przewrotnie robię to
dobrze. Myśl, że wcale nie będę przez niego patrzył napawa mnie głęboką
satysfakcją, nie wiem, czy w dużym pokoju nikogo nie ma, czy ktoś śpi, ale to
nie robi większej różnicy. Zaczerpuję całkiem dużo magii do płuc i nie
wypuszczam jej już do jutra. Stoję za nim i patrzę jak stuka w klawisze. Ten dźwięk
pachnie jak miasto w maju, a zapach miasta w maju jest pełen obietnicy. A jest
styczeń. Dystans zdolny odstraszyć lepszych i stabilniejszych ode mnie.
Na szczęście nie ma żadnych zdolniejszych, adamszych ode
mnie w całem barze. Jak tu nie uśmiechnąć się do takich dwóch wspaniałych
łobuzów, kiedy klepią zawzięcie w piersiówkę, chciwym okiem łapiąc ostatnie
krople wpadające do szklanki z piwem, z rozmachem pac ręką w stół! Weto, jeśli
zostały nam dwa ostatnie papierosy, to postuluję grabież! Grabież dochodzi do
skutku, ja dochodzę do wniosku, że jak tu się nie uśmiechnąć do dwóch takich
urwisów, urwisy po łokcie w wymiocinach, chłopaki macie jakieś kiepy? No ja
wiem, ja wiem, ja wiem, że nie. A kiepy jakieś macie?
Ale choć lewe oko mętnieje mi i gaśnie na zawsze, choć obaj
gaśniemy gdzieś w bramie, to wcale nie oznacza Waszego tryumfu. Wcale nie macie
z automatu racji, z automatu krótkimi seriami, po bruku, po bruku ślizgają się
pierwsze promienie, pożal się boże, słońca. Wraz z tymi promieniami, w kałużach
wczorajszych, pełnych wstydu ślizgamy się my i promieniejemy. Raźno i z butą, i
z butów strzelamy po chodnikach, tupiemy, dudnimy, musicie nas przecież słyszeć!
Więc kiedy ty masz właściwie urodziny? Nie wiem, zadzwoń do mojej matki. Ona
też mówi, że nie wie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz