wtorek, 29 stycznia 2013

Lilium

Do you recognize me?


Nie chciałbym znać prawdy o żadnym z was, do powieszenia się wystarczy mi prawda o sobie. Tak jak i staremu Musiałowi wystarczał kot i pianino. Niczego więcej w jego mieszkaniu nie było. Czasem gościłem tam ja, kawa i Dziadek. Musiał z Dziadkiem spędzali długie godziny na rozpierwiastkowywaniu świata, kiedy ja dziubałem na przemian czarne i białe klawisze pianina, by zabić gorycz napoju dla dorosłych. Nigdy nie przeszkadzało mi to, że ze sterylnie białego mieszkania wychodziliśmy sinym zmierzchem, ja i On. Blond łysina i nikotynowa broda, tak ziejąca dziwnym zapachem i autorytetem. Dziadek wiedział, jak obalić komunę, jak obalić flaszkę, jak zająć się tulipanami na działce i jak zmontować i polakierować stolik. Ja wiedziałem, że mimo wieczornych krzyków mu ufam, a gwiazdy nad siedleckim zalewem świeciły jaśniej niż należy, ufając, że nikt w tych niepozornie szczęśliwych czasach tego nie zauważy.

See? I'm real.


Stukam długopisem w kartkę irytując sąsiadów. Na chłopski rozum wszystko rozumiem, ale po raz kolejny z lędźwi odzywa się przerażająca i ekscytująca świadomość tego, że jest za późno, bo wstrzymałem oddech, bo za darmo i tak wisiałem ci piwo, bo to i tak prosty egzamin. Coś dziś jeszcze miałem zrobić. Coś zapisanego głęboko w zwojach znad morza martwego, w księdze wszechświatów nieomylną ręką Demiurga. Miałem odpowiedzieć na pytanie numer dwadzieścia trzy, ale długopis tak długo zwisa nad kartką, tylko raz na jakiś czas trącając ją od niechcenia, że najpewniej jest już dawno po siedemnastej i zamknęli mnie w tej sali, żebym pokutował za cały czas spędzony nie w komunikacji miejskiej, nie nad książkami, ale w łóżku. Sen, śpię dziewięćdziesiąt godzin tygodniowo i dziewięć godzin tygodniowo, w zależności od aury tej za niedostępnym, choć żaluzja nam się nie domyka, oknem i tej bijącej z biurka samego przez się, przy którym spędzamy życie,

But you never did.


Pracy z poetyki należą się spłodzone jakkolwiek cztery strony. Cztery, jak cztery są pory roku, cztery strony świata, cztery kąty pokoju, który uwięził mnie przy pomocy temperatury i bezbożnej pory. Bramy pozostawały otwarte jeszcze kilka chwil temu, kiedy Janek stwierdził, że pora na niego, jeszcze odźwierny zwany Nocnym nie kazał płacić sobie haraczu. Nocny na dziesiątakach to i haracz niemały, liczony w jednostkach wyobraźni, jakie by nie były. Najważniejsze, że wzrok uciekający w górę wcale nie natrafia na wnętrze czaszki, ale na rzeczone gwiazdy uparcie przypominające cały przesadny rozmach dawnego nieba. Przy przesadnym rozmachu bywa tak, że rozmachnięta ręka na coś boleśnie trafia, lub też beztrosko tnie purpurową, atramentową, albo sinoświtową przestrzeń, na cmentarzu, na osiedlu, w stolicy, albo wracając histerycznym galopem trzy kilometry i piętnaście lat wstecz, nad rzeczonym (TAK, TO SŁOWO DOMINUJE KAŻDĄ SŁABĄ W TYM MOJĄ DUSZĘ) zalewem.


You promised you would take me there again.


Dlaczego pytacie? O co wam chodzi, że zacytuję Czarka? Naprawdę, muszę spowiadać się z tak potwornie mało leśnych atrybutów jaźni? Tak, niech wam będzie. Posiadam zasady. Ba, pryncypialne zasady. Niezmienne, jak soczysta czerwień na sosnach okalających zachodni brzeg bajora na skraju miasta, sosnach, które będą zmuszone obserwować tragiczny koniec Projektu Dopełnienia Ludzkości. Chociaż może to tylko ja, mylący pory roku, miejsca Polski, zmierzchy i świty i towarzyszących im ludzi. Jeśli księżyc jest zbyt duży, nie możesz spojrzeć na drugą ci osobę, bo w środku skończy się wszystko i czerwone morze czerwonej wody pochłonie wszelką jaźń, by stopić ją w doskonałe Jedno. Może nie dziś, ale kiedyś, kiedy Trup ze złożonymi skrzydłami przekornie mrugnie i szepnie zachrypniętym głosem około godziny szesnastej, gdy dojdzie już do siebie, że nie ma się czego obawiać, bo to całe wielkie, czerwone morze, w które stopiła się ludzkość, to tylko wino. Wracając, mam zasady. Sztywne, rygorystyczne zasady, które pętają mój charakter i zakuwają (jak Wy bo ezgamin coś jutro o 10 trudne bylo kto pytaniaa ma) umysł w kajdany. Zasady brzmią - nie należy wymiotować w trakcie pisania.

wtorek, 22 stycznia 2013

Dziewczyna

Prawdziwa noc następuje zimą. Tylko wtedy jest cień szansy i odbity na śniegu błysk nadziei na to, że taka właśnie noc będzie stanem permanentnym, wyzwalającym dziką rozpacz i każącym instynktowi samozachowawczemu czym prędzej czmychnąć z metra. Nie mogło obyć się bez metra, żaden dzień nie może i ta mordercza tendencja sprawia, że ruchy, które nigdy nie były pewne, ani płynne, katastrofalnie tracą na tych cechach jeszcze bardziej, i to na rzecz rozedrganej mozaiki złożonej z setek dziesiątków tysięcy karykaturalnych, atawistycznych ruchów wyrażających wspólną myśl określającą ten nadbyt (od[rzucony]byt?) - ruchów, jakie wykonuje topielec niespiesznie poszukujący czegoś do zmiażdżenia w palcach i czegoś do wciągnięcia ustami.
 Takiego topielca należy potraktować z nieufnością, ponieważ jak powszechnie wiadomo, nikt nie chce umierać sam. Wykorzystując jego tendencję do wciągania rzeczy ustami, możemy nauczyć go palić. Janek nie pal. Jednak bardziej wskazane jest potraktowanie rozpaczliwca z metra, desperata z jeziora pięścią. I tak się stało, tak się musiało stać, jak zwykłem mawiać.
Kłamałem. Wcale nie zwykłem mawiać, choć chciałbym. Mijając z lewej naturalną potrzebą wokalizacji myśli poweźmijmy zdecydowane kroki krętą ścieżką w las, kończąca się stwierdzeniem "choć chciałbym. Chciałbym mieć swoje powiedzenie." Jedyne, co zostało zaobserwowane przez O.T.Oczenie to fraza (ponoć siedlecka) "O Tak O" pełniąca funkcję przysłówka. Nie wiem, czy to ja się nie staram, czy otoczenie.
Otoczenie ma to do siebie, że bezczelnie, szczelnie otacza i jest tak rzeczywiste, że łapią mdłości i trzymają, póki z ciągnącego się w nieskończoność, obcego osiedla nie ucieknie się w pułapkę przyrdzewiałych objęć wanny. Lewa ręka, ta od pisania, spoczywa na lewym brzegu, zaciśnięta kurczowo, zdaje się, że nagle zatęskniła za czymś rzeczywistym, nic co ludzkie nie jest jej obce, więc hipokryzja też nie. Prawa, z którą los często obchodził się mniej łaskawie zsuwa się pogodzona z rzeczonym losem, by bezdźwięcznie opaść w toń mętnej wody. I tu zaczynają się schody, a żeby było jeszcze mniej śmiesznie - schody w dół. Przez odpływ, w dziedzinę rdzy, którą czuć, a której nie widać. Umysł odmawia, nie mam błędnika, więc nie wiem, czy pełznę w górę, czy w dół. Natura nie znosi próżni, ani braku równowagi. Gdzie jest mrok, tam też, parę kroków dalej, musi być światło. Trzeba tylko mieć odwagę spojrzeć za siebie. "Bo dla tego, kto jej nie ma, a spojrzy, skutki mogą być opłakane." Zatrzymuję się w połowie obrotu i trwam w chwili spokoju, otoczony kapaniem. Może to tylko kaloryfer przy łóżku. Może opłakanym, albo choćby i tylko smutnie wspomnianym skutkiem będzie przegniły dywan?
Właśnie w pół drogi w ślepy punkt trafia smuga światła, za którą idę chwiejnym krokiem. Na końcu ścieżki jest świetlik, bo jakżeby inaczej, skoro pismo o świetle.

A przez świetlik
Odgłos kroków
Sączy w oczy
Coś dla wzroku

Mijaliśmy się przecież dziś na schodach. Ja wszystko rozumiem, wtedy było jeszcze jasno. Ja wiem, że noc, zwłaszcza prawdziwa noc, która następuje zimą pozwala na wiele. Na wiele, ale na zbyt wiele? Na zbyt dużo dla mnie? Na coś, czego nie może przełknąć moje przepalone metr dziewięćdziesiąt coś, zazwyczaj mówię trzy, z wrodzonej skromności. Dziedzina rdzy nie mieści się wcale gdzieś głęboko w kanalizacji, gdzie nie dociera warszawski chlor. O nie, nie wierzcie to. Jądro zardzewienia, zakurzenia, zastania rzeczywistości, huczącej pustki znajduje się dwa piętra nade mną. W mieszkaniu pana Miłosza, lat sześćdziesiąt, a może dwadzieścia, jakiż chory umysł może to wiedzieć. Pierwotny strach, nie strach przed ogniem, przed piorunem, pierwotny strach przed czymś, co doskonale znane tkwiło dotąd głęboko pod zaspą wspomnień tak nierealnych, że cudzych przyprawia mnie o paniczną rejteradę Stamtąd. Nic tak nie irytuje jak nieporozumienie, a jasne zasady czynią przyjaciół, więc proszę zrozumcie mnie dobrze. To nie tak, że w wydumany sposób tłumaczę braki w słownictwie, wyobraźni, czy lenistwo. Chciałbym móc, ale nie mogę i nie umiem opisać odrażającej w swoim zezwierzęceniu ucieczki. Ścieżką znaczoną przez coraz większą ustępliwość światła, klaustrofobicznymi tunelami wypełnionymi już nie kapaniem, a zaniepokojonym szumem, schodami w górę, gęstwiną mętnej wody. Lewa ręka, spolegliwa, o nic nie pyta, tylko wspiera się na śliskiej ceramice, prawa przerażona surową niesprawiedliwością idzie w jej ślady. Mokre ślady stóp znaczą brudną klatkę schodową, a potem brudny śnieg. Nieskończenie długo przedzieram się przez nieskończone osiedle, aż znajduję ukojenie w katatonicznie migotliwym świetle jarzeniówki. I z powrotem jestem w metrze, zimą.