Z rzeczy powiedzianych i zasłyszanych
"-Wiesz, kiedy siadłem przed klawiaturą, jak co poniedziałek i choć ten już nie istniał, to nie wiedziałem, gdzie zabierze mnie myśl. Może dworek w lesie, może góry zimą, a może miasteczko na Podlasiu. Takie typowe dla mojej głowy miejsca, rozumiesz. Sam pewnie jesteś w posiadaniu wyobrażeń obszarów, w których myśli płynęłyby (bo przecież nie biegły) inaczej. Tam gdzie dojeżdża się rowerem po kocich łbach, spaceruje niespiesznie wśród stosów liści (lokaj w więzieniu za morderstwo), lub człapie ciężko po śniegu. Nie, nie moglibyśmy tam razem, sam wiesz, w szafce ze sklejki nalewka babci, w dębowym barku łysek, wśród śniegu surowe mięso reniferów. Jakże to tak, we dwóch? Ale nie martw się, któregoś to dnia, po zajęciach, na których mnie nie było, udamy się powolnym krokiem do szemranej knajpy w którejś lwowskiej bramie i przy wdzięcznym akompaniamencie porządnych schabowych z kapustą zaczniemy miarowo, bo jakżeby inaczej, wychylać kolejne stopki, a niebo nigdy nie pojaśnieje, choćby nie wiem jak się starali wszyscy domorośli poeci świata, tak przekonani o wartościach.
-Wiesz, ty zapadasz się coraz niżej w tym fotelu pośród morza zaniedbań i nie tworzysz nic, prócz kolejnych migających scen, może i wyrazistych, ale pustych, jak butelki pod biurkiem. I dobrze ci z tym, z tą świadomością, że ktokolwiek to przeczyta?
-Wiesz, momentami jeszcze pamiętam to, co piszesz. Te wszystkie błękity, tam u nas, dawno. Ale momentami to mam już trochę dość. Bo jak ty to sobie wyobrażasz, ja tu, na łóżku, one mnie dziabią, co noc kaleka we łbie, a ty sobie pozwalasz na takie to tu, to tam, bo śmiesznie? Może i słusznie. Leć już, masz dwie dychy na pociąg.
kap, kap, kap, kroplówka.
tup, tup, tup, po śniegu
gul, gul, gul, niedobre, zrób mi raczej szota, równie niedobry panie Leżanie.
-Wiesz, czasami sobie myślę, że gdybym się postarał, to pozbyłbym się nienawiści do ludzi, a gdybym wypił odpowiednio dużo, to zapomniałbym o tym, że wszyscy dookoła ją żywią i to takie nudne w swej nienaprawialności.
Powietrze gęste od krzyku, szeptu,
Oddechu głębokiego, od słów pełnych siły,
Choć z ust bez uśmiechu zrodzone.
A krew w kolorze bursztynu.
A ogień w kolorze bursztynu."
środa, 12 grudnia 2012
wtorek, 4 grudnia 2012
Faustian Echoes
Ta historia trąci banałem. I trupem trąci też. Było nas z
dziesięciu, jeszcze nie dziesięcioro, bo najstarszy miał jakieś 10 lat,
najmłodszy 5, toteż umysły pozostawały czyste, a czasy złote. Osiedle
postawione w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych dla zasłużonych w walce
z komunizmem, lub kratami pomostowymi i dla tych zamożniejszych stanowiło jeden
wielki plac zabaw. Obiady, na wspomnienie których teraz kurczy mi się żołądek były
jedynie przeszkodą w usmażeniu mózgu na amen, a między tym całym zamętem i wiecznoletnim
skwarem snuł się, czy może człapał K. Chuda, wydłużona postura czapli,
zaschnięta twarz, pachnące krochmalem ubrania i oczy nieustannie wbite w cel, którym czasem była poczta, czasem spożywczy, czasem nadjeżdżający autobus. Wśród
wąsatych samorządowców i pań domu dopiero rozsmakowujących się w wolnorynkowym
dobrobycie krążyły pogłoski o owdowieniu K. i jego czerwonej przeszłości. Czy
były prawdziwe? To wiedział chyba tylko Wasyl. Wasyl, tak miał się nazywać jego
wierny kundel. Półgłosem, w cieniu trzech jabłonek opowiadaliśmy sobie historie
o długich monologach K. skierowanych w stronę cichego psa, a czyniliśmy to z
powagą przyćmiewającą słońce. Z równie wielkim przejęciem syczeliśmy nieznane,
dorosłe słowo, śledząc K. w jego wędrówkach tak daleko, na ile pozwalały nam
ograniczenia rodziców. [Ubekk], dziecięco bezlitosne brzmienie sprawiało, że Wasyl kładł po sobie nadszarpane uszy, a K. zaciskał mocniej
sękate dłonie na płóciennej siatce i szedł szybciej, garbiąc się jeszcze
bardziej. W październiku, dorocznym czasie detektywów w czerwonych rękawiczkach i
gryzących szalikach, czasie 7 urodzin Konrada, nie wiedząc o tym, zakończyliśmy
naszą ostatnią sprawą. Przez trzy dni i trzy noce światło na trzecim piętrze
bloku numer 125 płonęło nieprzerwanie, w akompaniamencie ujadania psa. W nocy z
24 na 25 października K. powiesił się, w zamkniętym mieszkaniu. Zapewne mając
na uwadze dobro i apetyt Wasyla, powiesił się boso.
Obaj czekamy na jakikolwiek autobus w stronę metra. Ja
walcząc dusznościami i drżeniem dłoni, on spokojnie paląc podle pachnącego
papierosa. Nie wyróżnia się niczym od setek, tysięcy odbarwiających to
zabijające miasto podobnych mu jegomości w przybrudzonych kurtkach, z
kilkudniowym zarostem, którzy zawsze każą mi się zastanawiać nad ich
przeszłością. I nie zauważyłbym go, gdyby nie dwukołowy wózek, tak
charakterystyczny dla szlachty naszych czasów. Przymocowana do wózka płócienna
torba nie zawiera już butelek. Na jej szczycie uwiązany chwieje się pojemnik do
przewożenia zwierząt. W wózku kręci się z właściwą swojemu gatunkowi
niecierpliwością czarny kotek. Przypatruję się kotu, uśmiecham na widok
kolejnego słusznego łyka pociągniętego z niedbale umieszczonej w kieszeni
dresów flaszki, on uśmiecha się ze zrozumieniem na widok moich oczu, a może
uśmiecha się do myśli. Wysiada na Podbipięty. Nazajutrz znajdą go pięćset
metrów dalej, z resztką życia tlącą się dzięki dawkom spirytusu spokojnie
odmierzanym dla podtrzymania życiodajnego żaru. Kot zdechł. Do dziś nie
ustalono, czy dlatego, że klatka była zamknięta, czy z powodu abstynencji.
Po ucieczce z metra niecierpliwie bębnię palcami o ladę w
Żabce. Na Nocznickiego znam już rozkład kałuż, wiem gdzie i przy której
piosence mogę się rozpędzić. Z kaloryfera kapie, telefon milczy, audycja gra,
przełyk domaga się ulgi, fejsbuk zasypuje tonami gówna, talar mamrocze do
siebie grając w Sampa. Jutro pójdę na NOL, obiecałem Jankowi, muszę zapytać
Karolinę o zwolnienie lekarskie, pogadać z Czarkiem. Artur ma przyjechać. W
głowie huczy mi Twoje pytanie o to, czy wierzę. I odpowiada Twoje stwierdzenie –
„przez ciebie to wszystko jest smutniejsze, gburze.” Kamil Mrozkowiak kończy
audycję, ja kończę portera, telefon nie kończy milczenia. Kładę się z ratunkową
flaszką na wypadek koszmarów. Między mną, a Nią sadowi się Bonus RPK, moje
czarne kocię. Śni mi się, że oddaję krew, a może jest te kilka dni wcześniej i
naprawdę właśnie ją oddaję. Poduszeczka z pięćdziesięcioma mililitrami do badań
leży pod moim łokciem.
„-To moja krew jest taka ciepła?
-Tak ciepła jak pan, 36,6.”
Ale nagle z powrotem jest ciemno, z powrotem muszę wstać na
bezbożną 11:30, nie mogąc zostać z Tobą w łóżku. Tylko nadal jest mi zbyt ciepło, pod łokciem, policzkiem przy brzuchu, na udach. Albo Bonus przez godzinę
monstrualnie przytył, albo się zlałem. To ci wstyd. Tylko zapach żelaza każe
mniemać inaczej. Przez kilka sekund zimnego przerażenia uświadamiam sobie co
się dzieje i wyciągam drżącą, unurzaną w sobie dłoń, by „szalone, czerwone
słowa” wypisać na ścianie. Jutro talar obudzi się i znajdzie moją zimną
substancję, oraz mój przekaz dla świata, brzmiący – JAN PIOTR JAKUBOWSKI JEST
NAJLEPSZY Z NAS WSZYSTKICH.”
A wszystkim zatroskanym dedykuję niniejszy apel – jakiekolwiek
próby pracy twórczej dalej zwane NOTKĄ nie stanowią podstawy do wyrabiania
sobie opinii, sądów o stanie mojego zdrowia psychicznego, bądź jego wpływie na
najbliższe otoczenie. Szeroko pojętych rodziców, studentów psychologii,
adoratorów (na posiadanie adoratorek sobie nie pozwalam), księży,
współlokatorów, współstudentów, znajomych i Jana Jakubowskiego zapraszam na
prywatne spotkania, w trakcie których mogę wyjaśnić swoją pokrętną logikę
pojęcia „fikcja (tocidobre) literacka”.
poniedziałek, 29 października 2012
Bukowiec
Jezusie, uduszę się, jak mnie zaraz talar nie poklepie po plecach. Jak zdechnę w ten sposób, to się nawet nie zdążę roześmiać okrutnym ho ho ho. Krew razem z dymem napływa do płuc i nie muszę pytać, czy to już, wiem, że to już.
"I wydech! Ładnie. Tylko nie machaj tak szybko łapami, gdzie ci się spieszy?! No, nie udawaj, jakbyś się dusił, to byś nie poprawiał okularów. Teraz setka grzbietem."
Od Radomia do Rzeszowa siedzę sam, ja i dwie czające się w kieszeniach słuchawki. Jakże wężowo syczą! Lepij niźli zawieszenie Autosana, którym się wiozę. Gdzieś z przodu ktoś otworzył Tatrę (sądząc po szlachetnym zapachu) i robi mi się przykro na wspomnienie wspaniałych chwil (też był śnieg, pamiętasz?), kiedy to siorbiąc Ciechana (sic!) nieufnie patrzyłem na wściekle napakowaną chmielem butelkę od Pinty. Jeszcze etykiety byli stare. Jebut! Wybój wybił mi ze łba wspominanie i kazał wyciągnąć własne zapasy czerwonej wody. Pogrążam się w pracy twórczej, czyli napieprzam sudoku na telefonie i nie wadząc nikomu dłubię w nosie. Rzeszów zbliża się równie nieubłaganie co kolejne kichnięcie i sam nie wiem, które jest gorsze - moje, czy kierowcy? Albo usmarkam sobie pożyczoną od ojca skórę i mnie zabije, albo kłak w czerwonym nochalu kierowcy drgnie przed, którymś z zakrętów i wszyscy zginiemy.
"-Znowu nie wysuszyłeś włosów! Będziesz chory i rodzice będą mieli pretensje do mnie.
-Jak mi kupisz gorącą czekoladę, to nie będę chory.
-Kupiłabym, gdybym miała pieniądze. Sobie.
-Jesteś dorosła, dorośli mają pieniądze, kup mi, taaak się zmęczyłem pływaniem."
W Rzeszowie zaczynają się schody. Schody prowadzą do budy z zapiekankami. Ciężko stwierdzić, czy zapiekanki są podawane zimne, czy tak szybko stygną powodowane końcem października. Hardo walczę o słodką kukurydzę z zaciekle bezczelnym wiatrem, jednocześnie dowiadując się, że praca kijowa i płacą psie pieniądze, a po tych dwóch latach to by mogli więcej. Z zapałem potakuję głową (bo co mam robić?) i łykam kolejne kęsy. Zimno mi w brzuchu, cholera. Na herbatę już nie mam pieniędzy, zresztą kto by ufał herbacie.
"-Narozwalałeś tym jedzeniem po całej Poznańskiej! Poczekaj, jak babcia zobaczy dżem na obrusie to ci flaki wypruje.
-Nie wypruje, bo mnie lubi.
-Ja też cię lubię, a mogę zrobić tak! (jebudu!)
-Ałaaaaaaaa!"
Wieeelkie kłęby dymu. Pan Tadeusz zna się na rzeczy i chociaż nie chce powiedzieć jakiego tytoniu używa, to od samego wyglądu Jego fajki z pozłacanym cybuchem bije wieloletnie doświadczenie. Cieszę się, że razem czekamy na ten sam autobus do Sanoka, tym bardziej, że wygląda jak nieśmiertelny kapitan Price i mam ochotę zapytać go, jak to naprawdę było z tym nazistowskim okrętem. Mój papieros powolutku się dymi, Jego fajka z rozmachem się kopci, z dachu pekaesów kapie brudnawy śnieg. Milcząca obserwacja ludzi dookoła pomaga nam obydwu w walce z chłodem, więc obserwuję i w zamyśleniu zazdroszczę sumiastego wąsa.
"-Nie tutaj.
-A gdzie?
-Nie wiem, masz jakiś pomysł?
-Kilka."
Sam nie wiem, co bardziej telepie, zimno, nalewka, czy wertepy. Jedną ręką przytrzymuje nieliczny bagaż, drugą przytrzymuję siebie, bo kieruje mną przeświadczenie, że jeszcze kilka kilometrów wśród szarych lasów i wybiję pustym łbem dziurę w dachu pekaesu, wylecę przezeń i tyle mnie widzieli. A nalewka zostanie w czujnych objęciach Pana Tadeusza, bo poczęstował się bez zbędnych krępacji z wprawą człowieka starszego. Suniemy buńczucznie, co nam kałuże, dokąd student sunie, pyta towarzysz niedoli, bo ja to wie pan mieszkam w Sanoku i tam nie warto jechać, wie pan.
"-Wie pan, to się zdarza raz na jakiś czas, ale mogła mu się stać krzywda, w końcu to duża jarzeniówka.
- Po mnie to ma, szybciej dojrzewa na zewnątrz niż wewnątrz, porozmawiam z nim oczywiście."
Zatrzymujemy się w samym środku wieeelkiej, mokrej kałuży. W samym jej sercu, chciałoby się rzec, gdyby tylko dało się obronić tezę stwierdzającą obecność takiego organu u kałuż. Radośnie do niej wskakuję mocząc oficerki ojca "tylkomiichniepomocz". Odprowadzam Pana Tadeusza i Jego fajkę pod dom (brzydki, fajny dom) i konspiracyjnie dzieląc się z nim ostatnim łykiem ruszam równie żwawo, co chwiejnie by dowiedzieć się, że dziś to najdalej dojadę do Dolnych, bo późno już trochę, wie pan. Musi mi to wystarczyć, bo nie mam wielkiego wyboru. Burkliwy kierowca dowozi mnie tam już w nieco beskidzkim stylu co tylko wzmaga chwiejność. W Dolnych pusto jak cholera, nawet księgarnie zamknięte na głucho, co nie wróży szczególnych możliwości komunikacyjnych. Dopiero koło godziny 19, kiedy czarna rozpacz każe iść do baru (a do barów w Dolnych się nie chodzi) spotykam pana Leszka, zwanego Lesiem, który z niedowierzaniem zgadza się mnie zawieźć do Górnych za jedyne trzy dychy. Wietrzę podstęp, ale powonienie mi szwankuje, więc pewnie niesłusznie.
"Jakbyś skręcił do Czarnej, to pokazalibyśmy ci szkołę, w której się poznaliśmy, czekaj... ile? Pięć lat temu! Jaaa cię, stary, ten czas to leci."
Dwa lata temu było tu równie upiornie. Tamto dotkliwe wspomnienie zatarło się trochę pod wpływem tegorocznej, letniej wizyty, kiedy Ustrzyki jak zwykle udawały, że są miejscowością, a nie tylko miejscem. Nie słychać nic, oprócz strumienia, nie widać nic, oprócz wieży kościoła. I tam się muszę udać, jeśli tylko pamięć mnie nie myli (nie myli, tak se tylko powiedziałem). Szczyty dookoła dają o sobie znać tylko złowieszczym dudnieniem, skryte w czerni. I nie ma tu ani jednego anioła. Zresztą nigdy żadnego nie było, ta piosenka jest obrzydliwie groteskowa w porównaniu ze spuchniętymi, zsiniałymi Bieszczadami, które są gnijącym udziałem tubylców i tambylców każdego dnia. Odnajduję chyba jedno, jedyne światło wskazujące na lokalizację plebanii i z podpitą pewnością swego celu pukam.
"-Dobry, zastałem Księdza?
-Bry, zaraz będzie.
Mam czas obmieść wzrokiem kuchnię, w której zostałem ulokowany. Jest mała, drewniana i pachnąca dymem. Taką pamiętam, dobrze trafiłem.
-Niech będzie pochwalony, co pana sprowadza?
-Na wieki wieków. Noclegu szukam, a wiem, że Ksiądz cały rok ośrodek prowadzi.
-No nie bardzo, bo widzi pan, remonty mam i w pokojach i w domkach, ale coś wymyślimy, nie wygonię pana przecież..."
Wiem już, jak to się skończy. Umawiamy się na 25 polskich złotych za dwie noce i ląduję w tej samej piwnicznej klitce przy kotłowni, co dwa długie lata temu. Jako wyraz dobrej woli ofiarowane zostają mi dwie kanapki z dżemem i herbata. Rozmowa się nie klei i podśmiewam się w duchu, bo pamiętam, kiedy na moim miejscu siedział mój ojciec i miał ten sam problem z tym samym Księdzem. To musi być człowiek z żelazną psychiką, mieszkać tam cały rok i się nie powiesić, powiedział kiedyś z właściwym im wdziękiem któryś z zakapiorów i miał cholerną rację. Wyciągam się na zbitym z dwóch desek na krzyż (w końcu kościół tuż obok) łóżku i pozwalam Siczce trochę zszargać mi nerwy. Zasypiam rżąc jak idiota na myśl o całym realnym świecie, który na nieokreślony okres czasu przestał istnieć. Budzi mnie, a jakże, dym z kotłowni. Stary przyjaciel, pasztet podlaski sponsoruje śniadanie i wszystkie inne posiłki, a jedząc szykuję odpowiednio duży, odpowiednio zmodyfikowany termos.
"Pij, pij, ja nie muszę. Jakoś głupio w tym przewodniku pokazują, nigdy nie pamiętam, czy oni zawyżają, czy zaniżają czasy. No ale nic to, teraz i tak jest zima, to możemy równie dobrze to wywalić. Jak będziesz chciał zawrócić to powiedz."
Nie chcę zawracać. Wyglądam jak ostatni, albo lepiej, jak pierwszy bezdomny i przebijam w tym względzie nawet Artura (ostatnio była mowa o Arturze z polonu, teraz o Radomyskim), ale jest mi wygodnie i ciepło i nic innego nie powinno się liczyć. Śniegu nie ma, jest tradycyjne błoto. Po kolana, ale to się później zeskrobie. Chociaż oddech nie przyspiesza, co znaczy, że ja powinienem. Dookoła "umarłe drzewa proszą o litość", ale nie jest mi dane żyć na tyle długo, żeby im pomóc. Po drodze nie spotykam nikogo, a po drugiej godzinie w dole nie widać już nic. Mgła, psiamać. Rozorana dłoń sinieje i zastanawiam się, jak zabawnie byłoby ją całkiem stracić. Z nikim nie musiałbym się witać, piszę i tak lewą. No i prawicowych chłopców mógłbym jeszcze irytować.
"Tam jest Słowacja, tam Ukraina. A tu chyba warszawioki przyczłapały, więc łap jeszcze łyka wody i lecimy dalej, bo do następnego schroniska jeszcze kawał."
Na szczycie chce mi się spać. Może to przez termos. Wieje całkiem przyjemnie, więc opieram się o krzyż i gapię przed siebie, póki nie wydudnię całej ciepłej, piekącej zawartości. Cholera jasna, wchodziłem tu na kacu, ale jak zejść po pijaku? Zaczynam czuć się co najmniej ciut niepewnie. Przypominam sobie wszystkie poprzednie powroty, mieszają mi się lata, drzewa szyderczo wchodzą w drogę, a strumyki zapraszająco szemrzą gdzieś hen, na dole. Śmiało, pośliźnij się, skręć kark, poleżymy razem. Końcówkę drogi pokonuję z chwiejnym niesmakiem i w kompletnych ciemnościach. Pomyśleć, że cztery miesiące temu lazłem tą samą asfaltówką z gderającymi biochemami, a trzy lata wstecz tryumfalnie kroczyliśmy tędy z chinkiem i bodziem, tacy dumni z siebie, bo zbiegliśmy i się nie pozabijaliśmy.
"-No weź pokaż!
-Spieprzaj, to mój bieszczadzki kij, chcesz to sobie znajdź swój.
-No pokaż, przecież to tylko kawałek drewna!"
W pokoju suszę rynsztunek i wracam myślami do Zamiaru. Tak, powinno być odpowiednio późno. Ksiądz zmęczony walką z wszechogarniającą desperacją pewnie dawno śpi i niczego się nie domyśla. Powoli, uważając, by nie brzęknął o żadną z butelek, wyciągam dłuugi, kuchenny nóż. Patrzę na niego z zimną determinacją. Nie ma odwrotu, wiem to, kiedy zamykają się za mną drzwi. Skradam się przez długie, ciemne korytarze prosto do celu. Pięć minut później jest po wszystkim. Zanim ktokolwiek się zorientuje, ja będę daleko. A może nikt nigdy nie zauważy, że w nocy ktoś odkroił solidny kawał schabu schowanego w lodówce?
Trzy torebki, pięć tabletek, sto pięćdziesiąt mililitrów, pięć łyżek cukru, wszystko zalać wrzątkiem. Podróż będzie bezbolesna i bezmyślna, efekt podobno sygnowany nazwiskiem Samego Pana "Połonina" Wasilewskiego. W lutym przyjdzie mi tu wrócić, zobaczyć Terkę, zaliczyć Tołstę i Monastyr. A póki co, wydłubując spomiędzy zębów resztki schabu w skupieniu sączę zawartość termosu i czekam, aż coś zawiezie mój tyłek z powrotem do Warszawy. Powrót między ludzi, jak cudownie.
niedziela, 21 października 2012
Ziemiański
Farewell happy feels
Bywa, ba, całkiem często bywa, że ludzie tęsknią za
przeszłością. Niektórzy, choć zdarza się to już rzadziej, są w niej niejako
zakochani. Gdzieś pomiędzy zasyfioną do granic nieprzyzwoitości podłogą, a
sufitem, na który jeszcze nie odważyłem się spojrzeć spoczywa moje jestestwo.
Przypadek, chciałoby się rzec (niesłusznie), nieprzeciętny. Ktoś, kto żywi do
przeszłości emocje skrajne. To, co minęło, to, co moje mięso jak dotąd dało
radę znieść przepełnia mnie nostalgią. Ale mam też nienawistnie, serdecznie
dość uświadamiania sobie, że im dalej w las, tym gorzej. Półświadomość,
ćwierćodpowiedzialność, synonimy młodych, dobrych czasów. Tysiąc dwieście ileś zdjęć, a każde drwiąco
mówi to samo – spójrz, tu jeszcze mogłeś patrzeć na błękit, tu się jeszcze
starałeś, a tu te kilka osób jeszcze istniało w sposób nie przyprawiający o
katusze. Kiedy grałeś księdza, kiedy ziewałeś nad zalewem, kiedy w Bieszczadach
nie musiałeś spać, kiedy nie piłeś jeszcze. Jej, jak smutno, zdaje się mówić
Talar mlaszcząc, sapiąc, chrapiąc mi za plecami. Warszawa, kraina kontrastów.
Co ciekawsze, kontrastów mniej wyrazistych niż przyzwyczajeniowa spójność
Siedlec.
Where joy forever dwells
Krakowskie Przedmieście, piątkowe popołudnie, próbuję wylewać
słowa nie wlewając nic w gardło. Chaos dookoła powoli wydaje się być
opanowywalny, chaos drzemiący w dłoniach póki co niepozornie śpi, kojony
słodkim przeświadczeniem, że lepszych dni nie będzie już. Niebiosa słysząc cuś
podobnego burzą się i to jak się burzą!
Stalowoszaroczarnogranitowokobaltowosine chmury wiszą nad święta Anną i grożą
palcem. Ktoś się upił, by do domu mógł wrócić ktoś, a rozanielone pary
spacerują, jak gdyby nie wiedziały, że Czaro już przepowiedział koniec
wszystkich światów na dachu BUWu. Mógłbym wrócić do mieszkania (mieszkania, nie
domu, dom masz tu, niewdzięczny smarkaczu!), ale wiem, że jest tak przeraźliwie
puste i tak bezwzględnie ciche, że cała gama kolorów nocy siłą rzeczy
przeistoczy się w trupią siność, znowu i znów, póki gorycz na podniebieniu jest
przełykalna, jak na polskie normy przynajmniej. Siedzę więc i gapię się, na
poły bezmyślnie, bo ocenianie bliźnich jest tym mniej zabawne im bardziej traci
się na własnej ocenie. Najjaśniejszy punkt dnia to znów metro. I powiedzcie
sami, jak nie nazwać go trupio sinym, narażając się na kolejne oskarżenia o
powtórzenia?
Hail horrors, hail
„Zastanów się, czy masz coś do powiedzenia, jeśli tak, to
fabuła nie jest ci potrzebna”, rzecze Artur i tym samym zasypuje ognistym
gradem gród zwany Bastionem Ego. Katedry Literatury, wille, w których kiedyś
znów miała zaistnieć Poezja, pałace Opowiadań zdobione gzymsami epitetów i
innymipomieszanymipojęciamizzakresuarchitekturyipolonistykiktórychteraznieposzukambointernetsięskończył,
wszystko to wali się w pizdu przy akompaniamencie szyderczego śmiechu
Wykładowców. Oni wiedzą, tak dobrze wiedzą, że jedyne co mi pozostało po tej
błachej rozmowie przy piwie to banicja i wygnanie do Stodoły Zwanej Grafomanią.
Tym bardziej żałosne, im bardziej świadome. Trzeba było się nie odzywać.
The sun to me is dark
Powroty nie owocują w rozmyślania. Konstantacja banalna, ale
mimo syćko sprawiająca zawód. W pociągu śpię, albo czytam. Ewentualnie śnię o
czytaniu, bądź też czytam przez sen (Talar właśnie wybełkotał coś w odpowiedzi
w rzeczonym stanie, ale nie podejmę się przetłumaczenia). Po wyjściu z pociągu
KM 203 (a może 302? o, zwodnicza rzeczywistości!) oprócz pełnego pęcherza wita
nas nieco zbijający z tropu, kredowo jaskrawy, bezwstydnie duży napis na
chodniku. Napis głosi, iż „JEZUS”. Jednak stropiony warschauskimi problemami i
zdeprymowany bliskością Mesjasza w tak bezbożnym miejscu jak pekap wędrowiec
nie musi zastanawiać się, z której strony zieje czeluść odpowiedzi. Dlaczegóż?
Bo nieważne, czy pójdzie w prawo (prawilnie!), czy w lewo (połamiemy nogi!),
czy prosto (jak w mordę strzelił), spotka kolejny, charakteryzujący się
podobnymi cechami bazgroł. „DROGĄ”. Ozdobiony śladami stóp, które zawiodą nas
do (tak, zgadliście), kolejnego aktu chrześcijańskiego wandalizmu, brzmiącego
„PRAWDĄ”. Procedura leci dalej, a po niej następuje „ŻYCIEM”. A więc „Jezus
Drogą, Prawdą, Życiem”. Wśród petów, kukurydzy z zapiekanek i plam oleju.
Gdybym tylko był domorosłym reżyserem, stworzyłbym jakiś obrazoburczy fylm
składający się z takowych kadrów. Ale dola gr… (no nie!) grafff… (dlaczego?
:<) grafooManna (będę rzygał) zmusza do w miarę ozdobnego opisu sytuacji
mnie, a czytelników (hehehe) do wysnucia własnych wniosków. I dlatego mam(y)
gorzej. Ja i Wy, my i Ty.
And silent is the moon
Anatomia, a może jej podstawy, są, uogólnijmy, wszystkim
znane. Jest jednak fenomen, który wymaga wyjaśnienia. U mnie, nas, działa to
inaczej. Istnieje otwór gębowy, czasem wyfruwają z niego słowa, częściej
wylatuje ślina. Niekiedy zostanie on zapchany pożywieniem, częściej przepalony
żywą wodą. Co jest dalej? Głupie pytanie, przełyk, płuca, żołądek i koniec,
czyż nie? Otóż nie! Jeśli rozważamy drugą z możliwości, czyli zablokowanie
zdolności narracyjnych poprzez wlanie do ust Łyku Weny, to oważ Wena nie
wędruje tak jak chleb u Zjadaczy Chleba. Jej natura zasługuje na celebrację,
wymaga jej i takową otrzymuje. Z przełyku, Wena trafia do Pępowiny, którą
ja,my, jesteśmy połączeni z długopisem (piórem, jeśliście burżuje), czyli do
ręki. W tym momencie należy zauważyć, że oto jesteśmy świadkami rzeczy
niesłychanej! Dziedzina lubująca się w fizjologii, płynach ustrojowych i wszystkim,
co organiczne, przeistacza się w boski pierwiastek, eksterioryzację ego, coś
nieopisywalnego, a przecież dążącego do opisu. To właśnie czysta, etanolowa
chemia staje się pomnikami myśli – słowami,
każąc ręce, tej cierpliwej przyjaciółce kreślić (albo stukać) słowa, które
powstają tam, gdzie nie sięgnął nikt i nic, oprócz legendarnego DMT (niech do
Ciebie przyjdzie, nie pchaj się).
Do you reckon me a friend?
Pilch. Jerzy, by nie było wątpliwości (nauki Bybloteky nie
poszły na marne). Odwiedziłbym go. Może zwodniczo ułożony, a może po gówniarsku
prowokacyjnie skacowany. Po co? Może żeby czynić wyrzuty, może żeby przełożyć
nadzieje na czyj inny karb, a może powiedzieć „dzień dobry”. Odwiedziłbym go,
póki żyje Pan Skurczybyk, bo kolekcjonowanie ludzi, na których patrzyłem z
podziwem na różnych, tak samo starannie obłożonych straganami cmentarzach mi
zbrzydło. Od pierwszego razu. Dobrze, że Bonus RPK jest jeszcze młody.
Crystal ship
A propo, co słychać na Bielanach? Dzwony. Straszące na
śmierdź, kościelne dzwony. Niewidzialne, oprócz jednego, niepewnego w swej
realności, bo dawnego razu, ale tłukące po twarzy co noc dzwony. Na melodię
„Kiedy ranne wstają zorze”, codziennie o szóstej rano, zapraszam. Co grają
wcześniej nie chcę pamiętać, przebłyski wyświetlacza telefonu, cienie w
przedpokoju, cienie za oknem, cienie pod oczami. Za dużo tego, przyznajcie.
Znękana głowa szuka ukojenia gdzieś daleko, w szarości Pragi, nie da się, Praga
przytłacza, zachwyca, każe żałować wyboru między szarym a sinym. Na domiar dziwnego,
po powrocie wita mnie cygańska orkiestra dęta. Grają ładnie, bo się nie znam. I
co ja im dam, paragony z Lidla za piwo i pasztet podlaski? Patrzą na mnie z
wyrzutem, stoję i słucham, a nie rzucam, ja patrzę z wyrzutem ponad bloki,
jakże to tak Demiurgu, stoję, wpatruję się, a nie otrzymuję? Nie wiem dlaczego,
nie wiem po co Bielany oferują atrakcje. Nie raz, nie dwa, nie trzy-czte-ry
wracałem sprzy Agorze przystanku do dom, ale zawsze inną drogą. Mnożą się te
bloki, żeby każdy ulicznik miał swoje trzy do nawinięcia.
Gdyby pójść za zachód
Co by tam leżało? A to zależy dla kogo, prawda?
Yndywydualyzm pełnom gembom, w końcu studia i w ogóle. No to ja sobie życzę
zalany (ohoho) skończonym światłem lipcowego wieczoru kawałek działki, gdzie
leży przeżarte po trzykroć truchło mego byłego. Kota, warto dodać. Przywiązani
żeśmy do się byli, przyznać trza. I pewnie stąd dzika ochota, by do tej
Gehenny, adres Dorycka 6/114, wrzucić jeszcze jakiegoś przedstawiciela Kociego
Rodu. Coby raźniej było. I śmieszniej. Jak to brzmi – kot, który jeździł
koleją? „Jeździł”, czas przeszły, czyli już nie jeździ, czyli zdechł. Czas
wyprzedza mnie o kilka długości, zwłaszcza w tak niemierzalnym okresie, jak
najciemniejsza noc, tusz przed świtem (się sączy) [jak dym kolczasty].
Szedł przez pola, szedł z nałogiem,
Szedł i nucił, kpiąc wraz z Bogiem
Z wiosek co mijane gasną
Pluli razem, jeśli miasto
Gdzieś po drodze się trafiło,
Co tu kłamać, było miło
Człapać z lewej mając Boga,
Wino pić, gdy leżąc w stogach
Jęli drwić z nieba uroku.
W kieszeniach na każdym kroku
Pustkę czuli, no i cóż?
Gdy gdzieś wrogi błysnął nóż,
Bóg pilnował krwi jak wina
Wszakże obok siebie płyną
Wspomagając siną rękę
I skazują na udrękę
Bo marszutę trzeba spisać
W karczmie gwar, a u nich cisza.
On się modli wierszem męki
Bóg na ścianach liczy sęki
A o świcie ruszą dalej
Będąc przekonani stale
Że u kresu drogi stoi
Ktoś, kto Boga się nie boi.
Że spotkają gdzieś tam tego,
Co poleje i z pustego.
Tam zaś przyjdzie moment srogi
I rozejdą się ich drogi.
Kwili jabłoń nadpalona
Kto żywota tu dokona?
Bóg? Poeta? Nie wiem tego.
Przyjdzie spytać wam Nietzschego.
„Tknąć się nikomu nie dam
I dlatego,
Gdy trzeba będzie, sam odbiorę światu Witkacego.”
wtorek, 28 sierpnia 2012
You're not here.
Przed czytaniem zaleca się zażyć ulubione środki odurzające.
Za biurkiem zaczyna brakować miejsca dla łusek po ciemnych, smoliście alkoholowych nabojach weny, ale dalej karmię kartki pępowiną długopisu. Kiedy nie słyszę muzyki, jestem tak potwornie sam z własną głową, że ciężko jest mi wytrzymać, kiedy piszę słuchając Jej, setki milionów eksplodujących supernowych nie pozwalają pozostać wiernym spójnej fabule. Ale mimo wszystko jakoś to idzie, strona za stroną, gwóźdź za gwoździem, byle dalej na utkany leśnymi kapliczkami wschód. Mimo całej zgorzkniałej (w tym wieku, dobre sobie) mordy, to bardzo boli, kiedy każdą z tych stron, znów, kolejno palę w nadbużańskim ognisku w ostatnich, agonalnych podrygach wietrznego, sierpniowego dnia.
Nie trzymają się mnie książki, pomysły, ani pieniądze. Żadnej z tych rzeczy dłużej nie żałuję. Może to bezczelna młodość sprawia, że mnie na to stać.
I chyba tylko dlatego stać mnie na szwędanie się po onirycznie (moje ulubione słowo, pomijając tendencję do szastania przysłówkami) pustym i rozświetlonym tunelem pod pekapem.
W oczekiwaniu na ślepą zimę pękają mi kolejne naczynia krwionośne i spędzam coraz więcej i więcej czasu gapiąc się na zalaną juchą paszczękę, wypełniając łazienkę papierosowym dymem. Ale zaciągam się tylko pod wpływem. A co, stać mnie (powtórzenie). Będę dalej gapił się w księżyc nad blokowiskiem majacząc o wysmażeniu, wypoceniu czegoś, co stanowiłoby opium chociaż dla jednej osoby, jednego istnienia. To nie jest myśl, która powraca jak niespełniona fantazja, czy natrętnie brzęczy gdzieś w zakątku głowy jak nierozwiązane problemy. To nieregularnie, tępo nawiedzająca myśl natrętna, każąca zastanawiać się nad sensem istnienia takiego pojęcia jak zdrowie psychiczne. Co jest lepsze, zdrowe zmysły, czy spełnienie marzenia?
Nie wiem, czy stojąc na środku trzęsawiska między Zalewem a obwodnicą jestem tu i teraz, czy kilkanaście lat temu, tam, gdzie mój umysł najbardziej chciałby być, czy jest tuż po zmierzchu, kiedy butelki po piwie nie zdążyły utonąć, czy chwilę przed świtem, kiedy chłód najbardziej doskwiera sponiewieranym ciałom. Nie wiem, jak mam zdefiniować oblekające mnie mięso. Imieniem? Przymiotnikiem? Chwilowymi emocjami?
Jakie to zabawne, że za kilka godzin, siedząc za kierownicą będę najbardziej przyziemnym człowiekiem w tym mieście. Ba, nic mnie nie będzie bolało pod tą nieruchomą twarzą. Zupełnie jakbym budził się dopiero w nocy.
Etanol jest dobry na formę, co do treści gorzej, nie?
"Niby tak, jak jestem do tego przyzwyczajony, ale było zupełnie inaczej."
wtorek, 14 sierpnia 2012
Grand Imperial Solitude
Jest taki czas każdego lata, że w domu zaczyna śmierdzieć octem. Bo ogórki (niekiedy w wannie). Być może ów zapach jest katalizatorem nastroju, którego nie uda mi się opisać, być może gwóźdź tkwi w jakimś innym krzyżu. Trzeba jednak pogodzić się z tym, że ten czas nadchodzi i będzie katował zmysły i umysł. Bardziej, niż jakiekolwiek palone jesienią liście, sterylna zima, czy euforyczna wiosna. Koniec lata pachnie najmocniej. Czuć to w pierwszych chłodnych podmuchach osiedlowym zmierzchem. I w każdym bardziej ponurym od poprzedniego riffie. Wyjątkowo przechlapany okres dla ludzi cierpiących na chroniczne wspominanie i wstręt do przyszłości. Wyjątkowo głupio czuję się z tym, jak szybko upalna bezmyślność zmienia się w dystans wobec rzeczywistości. Tego roku wyjątkowo nie pomoże mi powrót do szkoły. Co więc? Pływać, pływać, pływać, a w przerwie spacerować nad coraz ciemniejszym zalewem, z coraz to inną butelką. (W tym miejscu mogę wreszcie, po ośmiu miesiącach, podziękować Arturowi, za uświadomienie mi różnicy między piwem, a "piwem". Za resztę mogę go tylko opierdzielić.)
Niewiele jest tu i teraz dobrego. Dobra jest Paulina, dobre będą studia, dobre były wszystkie przeszłe lata.
Niewiele jest tu i teraz dobrego. Dobra jest Paulina, dobre będą studia, dobre były wszystkie przeszłe lata.
Wyszła mi z boru - w złocie warkoczy
z twarzą indyjskiej Bogarodzicy
w błękitnych iskrach - w srebrnej przeźroczy
nadksiężycowej wieszczka świątnicy...
Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy
ach, - i zabrzęczał mi łańcuch mej ciemnicy.
z twarzą indyjskiej Bogarodzicy
w błękitnych iskrach - w srebrnej przeźroczy
nadksiężycowej wieszczka świątnicy...
Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy
ach, - i zabrzęczał mi łańcuch mej ciemnicy.
Jak wulkan krwawy w łonie Arymana,
jak Samum, gdy się wichrami rozuzda
tak we mnie otchłań - gwiazdami przetkana
leciała w państwo słoneczne Ormuzda.
jak Samum, gdy się wichrami rozuzda
tak we mnie otchłań - gwiazdami przetkana
leciała w państwo słoneczne Ormuzda.
Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy
ach, i zabrzęczał mi łańcuch mej ciemnicy.
Nie wzbraniał mi jej smok, żelazna wieża,
zdradny labirynt ni królewskie ramię
miłość zwycięży wszystko - wszystko złamie
ale nie miłość druga do pasterza.
ach, i zabrzęczał mi łańcuch mej ciemnicy.
Nie wzbraniał mi jej smok, żelazna wieża,
zdradny labirynt ni królewskie ramię
miłość zwycięży wszystko - wszystko złamie
ale nie miłość druga do pasterza.
Więc Śmierć przyzwałem - i śmierć odtąd żyje
i wszechświat cały grobowcem przywarła
-czuje mdły powiew-
-w oczeretach gnije-
z tęsknoty - u nóg mych - umarła.
Na pustej trzcinie rozpiąłem jej włos
nad śniącą rzeką schyliły się drzewa
wiatr cicho płacze - ptak mogilny śpiewa
to los mój - los!...
głębiny tajne pruć
milczenia głuche mącić
jako stracona łódź
od brzegu się odtrącić
mieć gwiazdy - gwiazdy rzucić
i tylko piosnkę nucić
to los mój - los!...
i wszechświat cały grobowcem przywarła
-czuje mdły powiew-
-w oczeretach gnije-
z tęsknoty - u nóg mych - umarła.
Na pustej trzcinie rozpiąłem jej włos
nad śniącą rzeką schyliły się drzewa
wiatr cicho płacze - ptak mogilny śpiewa
to los mój - los!...
głębiny tajne pruć
milczenia głuche mącić
jako stracona łódź
od brzegu się odtrącić
mieć gwiazdy - gwiazdy rzucić
i tylko piosnkę nucić
to los mój - los!...
Nie jest dobrze czuć zazdrość.
Nie zdążyłem na koncert.Opiłki. Opiłki, drobiny, metalowy kurz. Tego było najwięcej przez ostatni miesiąc w moim życiu. Między trupio sinym piekłem cynkowni, a EVG III spędzałem czas kontemplując iskry, smakując dymu, katując dłonie, charcząc i puszczając wodze wyobraźni. Nie da się być pewnym stabilności swojej psychiki, kiedy do łba przychodzi myśl, że rozświetlony o świcie strop hali produkcyjnej to jedna z piękniejszych rzeczy jakie się widziało w życiu.
Industrializacja osobowości, sadza pod paznokciami, nocny autobus. Siłą rzeczy się skonkretyzowałem. Nie da się być tak rozwlekłym żyjąc od 4:30 do 20:00. Aż dziw bierze, kiedy udało mi się przeczytać "Estetykę życia i piękno umierania". I nic nie zapamiętać. Ponadto czarne ślady, które zostawiłem we wszystkich powrotnych autobusach pozdrawiają wszystkich kanarów, którym zwiałem, albo którzy mają za słaby wzrok by dojrzeć datę na bilecie. Dobrze, że wezwanie do zapłaty zaległego mandatu nie przyszło, bo nie miałbym już na bułki. Industrialne żołądki trawią tylko konserwy. I to jest fajne. Na tyle, że momentami nie mam nawet ochoty zostać wykształciuchem. Można być równie, a prędzej mniej sponiewieranym będąc pracownikiem fizycznem.Tylko zetnę włosy, oddam dziewczynkom chorym na raka, pieprznę tatuaż na karku i jestem gotów na resztę życia.
Albo zwieję do Mierzwic. Jak zwykle na zbyt krótko. Chyba, że w końcu uda się zadzierzgnąć ciasny supeł z wiejską, nocną mgłą. A propo - muzyka dostarczona przez Kamila Mrozkowiaka (chwała mu).
Suicide is self expression.
środa, 27 czerwca 2012
Scumback
Nie było mnie. Ale we wszechświecie panuje harmonia i jeśli pewnego elementu gdzieś nie ma, to jest gdzie indziej. Ja, wyrwawszy się z maturalno/szkolnej rutyny miałem i mam nadal wakacje. Bogate, choć bynajmniej nie ze względu na posiadane fundusze. Rzeczone wakacje są pewną wymówką, choć prawda jest taka, że miałem aż nadto czasu, żeby napisać to, czy owo, ale brakło mi motywacji i przeświadczenia o tym, że mam cokolwiek do powiedzenia. To, że podjąłem kolejną próbę wcale nie świadczy o możności w obydwu kwestach, ale to się okaże pod koniec.
Skąd próba? Z akumulacji materiału. Chyba chciałbym w jakiś sposób uporządkować i dać upust temu, co miało miejsce od momentu, w którym wyszedłem z ustnego angielskiego.
Najpierw dane było mi posmakować po raz kolejny uroku Krakowa i trudnej do przecenienia satysfakcji płynącej z samotnego doświadczania nowych miejsc, nowych ludzi, nowych smaków, w które to wrażenia byłem zaopatrywany przez wyjazd na Ukrainę. Potrzebowałem takiego wyjazdu, wyłączonego telefonu, wzmożonej percepcji, ciszy dudniącej między blokami Prypeci i tłumu na ulicach nocnego Kijowa. Po powrocie niezbyt długo cieszyłem się (?) domowymi pieleszami i sensacjami żołądkowymi,
bo w kilka dni później ruszyłem w Bieszczad z biotardami (przepraszam, to określenie mimowolnie ciśnie się na klawiaturę). I było ciekawie. Inaczej niż w Bieszczadach z rodziną, Bieszczadach z kumplami, Bieszczadach samotnych, czy Bieszczadach Siczki. Nic w tym dziwnego, ale spodziewałem się, że będzie gorzej. Bo jakkolwiek każdego z osobna darzę mniejszą, bądź większą sympatią, tak za całością klasy razem nie przepadam, co w kontraście z moimi Bieszczadami mogło zaowocować kiepściej. Powinienem teraz trzeci raz powiedzieć to samo, tylko w inny sposób, żebyś Publiko miała pojęcie jak wyglądała moja prezentacja maturalna, którą robiłem w trakcie mówienia *dygresja off*.
Co do matury, to powraca pytanie ACOZE STUDIAMI LOL. Otóż na studiach się zobaczymy. I tyle. Poczyniając przelew za rekrutację rzuciłem okiem na stan konta co jak zwykle zaskutkowało dreszczem i wnioskiem, że pora ruszyć tyłek. Gdzie? A cóż to za pytanie? Oczywiście, że człowiek z moimi kwalifikacjami mógł wylądował tylko na szczycie, czyli w technicolorze. Przy pieprzonym stakerze różne rzeczy przychodzą do głowy, ale zawsze najbardziej na moim murzyńskim duchu podnosi mnie myśl o wodzie. Bo znów przyszedł ten moment, w którym piwno-papierosowy zaduch przyszło mi zamienić na jedną z najlepszych czynności w życiu. Pływanie. Znów trochę się oszukuję, bo to, co robię ma niewiele wspólnego z treningiem, który by mi się przydał, ale z drugiej strony na taki trening jest już za późno i w sumie to nie jest mi aż tak potrzebny, bo test sprawnościowy zaliczający mnie do szacownego grona przyszłych wodnych ratowników (wreszcie pozbędę się poniżającego przedimka "MŁODSZY") zdałem bez problemu. O ile brakiem problemów można określić walkę z powysiłkowymi torsjami. Wracając - w okolicach północy biorę ręcznik i człapię nad zalew. Człapię to dobre określenie przy mojej posturze. Po drodze myśli wiedząc co je czeka pchają się jedna przez drugą, ale pozwalam sobie na to z dobrotliwym uśmiechem, żeby po chwili ograniczyć kognicję do wszechogarniającego chłodu i szumu krwi w uszach. Nie wiem, w którą stronę płynę, nie wiem ile przepłynąłem, ale kiedy szum zmienia się w dudnienie oddalam śmierć osobniczą o dwa, trzy oddechy i od nowa. I to jest dobre. Tak jak dobre jest powiększenie grona osób, które mają u mnie ogromny margines wszystkiego. Przyjaciół, słowem. Dobry jest Samurai Champloo, w identyczny sposób w jaki w minione wakacje dobry był Cowboy Bebop. Itachi jest dobry, bo jest największym badassem z całej serii. Dobry jest K. ze swoim There's a devil waiting outside your door (wspomnienia, hm?). Dobre są wszystkie wartościowe piwa, których mogłem spróbować dzięki Arturowi, chociaż teraz jestem zdeprawowany i nie mogę pić sklepowych sików, jak prawdziwy snob. Dobre są trzy miesiące, które mogę spędzić z Pauliną. I dobre jest to, co mnie czeka, cokolwiek by to nie było. Dość stwierdzić, że przez minione sześć lat "świadomego" działania nie stało się nic, czego bym dziś naprawdę żałował. Cokolwiek nijako wyszło, nu nie? A to już nie mój problem -
Ech, czar zadów i żyta : napina pupy trud zbioru jarzyn! Na miody spada popyt - aparat w tarapaty popada, psy doi, manny z raju roi, bzdur typu pani-pan (a tyż i wóda-zraz) chce! A teraz od tyłu.
Pozdrowienia z Dublina
Wiernej kopii Lublina
Choć brak tu KUL-u, blina
Ze śmietaną lub lina
Z rzeki Wieprz. Zamiast Wieprza
Inna rzeka zapieprza,
Chlupocząc po irlandzku,
Rzekomo durch na glanc ku
Morzu - co dziwić może,
Bo jak to: rzeka w morze?!
Tych smalonych dub lina
Populację Dublina
Dławi urojeń pętlą
Aż zmysły ledwie się tlą.
Osoby o zdolnościach wersyfikiacyjnych odsyłam do SBeka*.
*Stanisław Barańczak. Głupio tłumaczyć.
Skąd próba? Z akumulacji materiału. Chyba chciałbym w jakiś sposób uporządkować i dać upust temu, co miało miejsce od momentu, w którym wyszedłem z ustnego angielskiego.
Najpierw dane było mi posmakować po raz kolejny uroku Krakowa i trudnej do przecenienia satysfakcji płynącej z samotnego doświadczania nowych miejsc, nowych ludzi, nowych smaków, w które to wrażenia byłem zaopatrywany przez wyjazd na Ukrainę. Potrzebowałem takiego wyjazdu, wyłączonego telefonu, wzmożonej percepcji, ciszy dudniącej między blokami Prypeci i tłumu na ulicach nocnego Kijowa. Po powrocie niezbyt długo cieszyłem się (?) domowymi pieleszami i sensacjami żołądkowymi,
bo w kilka dni później ruszyłem w Bieszczad z biotardami (przepraszam, to określenie mimowolnie ciśnie się na klawiaturę). I było ciekawie. Inaczej niż w Bieszczadach z rodziną, Bieszczadach z kumplami, Bieszczadach samotnych, czy Bieszczadach Siczki. Nic w tym dziwnego, ale spodziewałem się, że będzie gorzej. Bo jakkolwiek każdego z osobna darzę mniejszą, bądź większą sympatią, tak za całością klasy razem nie przepadam, co w kontraście z moimi Bieszczadami mogło zaowocować kiepściej. Powinienem teraz trzeci raz powiedzieć to samo, tylko w inny sposób, żebyś Publiko miała pojęcie jak wyglądała moja prezentacja maturalna, którą robiłem w trakcie mówienia *dygresja off*.
Co do matury, to powraca pytanie ACOZE STUDIAMI LOL. Otóż na studiach się zobaczymy. I tyle. Poczyniając przelew za rekrutację rzuciłem okiem na stan konta co jak zwykle zaskutkowało dreszczem i wnioskiem, że pora ruszyć tyłek. Gdzie? A cóż to za pytanie? Oczywiście, że człowiek z moimi kwalifikacjami mógł wylądował tylko na szczycie, czyli w technicolorze. Przy pieprzonym stakerze różne rzeczy przychodzą do głowy, ale zawsze najbardziej na moim murzyńskim duchu podnosi mnie myśl o wodzie. Bo znów przyszedł ten moment, w którym piwno-papierosowy zaduch przyszło mi zamienić na jedną z najlepszych czynności w życiu. Pływanie. Znów trochę się oszukuję, bo to, co robię ma niewiele wspólnego z treningiem, który by mi się przydał, ale z drugiej strony na taki trening jest już za późno i w sumie to nie jest mi aż tak potrzebny, bo test sprawnościowy zaliczający mnie do szacownego grona przyszłych wodnych ratowników (wreszcie pozbędę się poniżającego przedimka "MŁODSZY") zdałem bez problemu. O ile brakiem problemów można określić walkę z powysiłkowymi torsjami. Wracając - w okolicach północy biorę ręcznik i człapię nad zalew. Człapię to dobre określenie przy mojej posturze. Po drodze myśli wiedząc co je czeka pchają się jedna przez drugą, ale pozwalam sobie na to z dobrotliwym uśmiechem, żeby po chwili ograniczyć kognicję do wszechogarniającego chłodu i szumu krwi w uszach. Nie wiem, w którą stronę płynę, nie wiem ile przepłynąłem, ale kiedy szum zmienia się w dudnienie oddalam śmierć osobniczą o dwa, trzy oddechy i od nowa. I to jest dobre. Tak jak dobre jest powiększenie grona osób, które mają u mnie ogromny margines wszystkiego. Przyjaciół, słowem. Dobry jest Samurai Champloo, w identyczny sposób w jaki w minione wakacje dobry był Cowboy Bebop. Itachi jest dobry, bo jest największym badassem z całej serii. Dobry jest K. ze swoim There's a devil waiting outside your door (wspomnienia, hm?). Dobre są wszystkie wartościowe piwa, których mogłem spróbować dzięki Arturowi, chociaż teraz jestem zdeprawowany i nie mogę pić sklepowych sików, jak prawdziwy snob. Dobre są trzy miesiące, które mogę spędzić z Pauliną. I dobre jest to, co mnie czeka, cokolwiek by to nie było. Dość stwierdzić, że przez minione sześć lat "świadomego" działania nie stało się nic, czego bym dziś naprawdę żałował. Cokolwiek nijako wyszło, nu nie? A to już nie mój problem -
Ech, czar zadów i żyta : napina pupy trud zbioru jarzyn! Na miody spada popyt - aparat w tarapaty popada, psy doi, manny z raju roi, bzdur typu pani-pan (a tyż i wóda-zraz) chce! A teraz od tyłu.
Pozdrowienia z Dublina
Wiernej kopii Lublina
Choć brak tu KUL-u, blina
Ze śmietaną lub lina
Z rzeki Wieprz. Zamiast Wieprza
Inna rzeka zapieprza,
Chlupocząc po irlandzku,
Rzekomo durch na glanc ku
Morzu - co dziwić może,
Bo jak to: rzeka w morze?!
Tych smalonych dub lina
Populację Dublina
Dławi urojeń pętlą
Aż zmysły ledwie się tlą.
Osoby o zdolnościach wersyfikiacyjnych odsyłam do SBeka*.
*Stanisław Barańczak. Głupio tłumaczyć.
poniedziałek, 12 marca 2012
Sugar never tasted so good
Cykl dobowy. Pomijając północne zaburzenia, wszędzie podobny. Dla uproszczenia przyjmijmy, że noc zaczyna się około godziny 21.
I co dalej? Dla potrzeb wycieczki, załóżmy, że wszyscy (tak, Ty osobiście, pt. Czytelniku) cierpimy tego jednego, bliżej nieokreślonego dnia na bezsenność. Obojętnie z jakich powodów. Może to tęsknota, może pełnia księżyca, może irracjonalny strach, kawa, ból zęba, cokolwiek, zostawiam każdemu pole do popisania się wyobraźnią.
Co w związku z bezsennością? Można posiedzieć na fejsbuku, można napisać książkę, posłuchać muzyki. Ale tego jednego, bliżej nieokreślonego dnia, zdecydujmy się na spacer. Nocny spacer.
Przedsięwzięcie tego kalibru, wymaga pewnych przygotowań. Palący powinni zaopatrzyć się w niezbędne, a najlepiej niezawodne, akcesoria, niepalący w coś na ząb, wszyscy w ciepłe ubrania, wygodne buty i słuchawki. Makijaż nie jest wymagany, bo i tak nic nie widać.
Ruszamy o północy. Jak kto woli, ze względu na symbolikę, dlatego, że dopiero wtedy dom zasypia, albo bez powodu. Uważamy, żeby nikogo nie obudzić, dlatego drzwi otwieramy płynnie i powoli, a buty i ewentualną kurtkę zakładamy dopiero po wyjściu (stealth w skarpetach jest skuteczniejszy o 50%).
Zaczerpnijmy porządny łyk chłodnego, nocnego powietrza i postawmy pierwszy
krok.
Najpierw niespiesznym, ciut chwiejnym krokiem przejdziemy się ocienioną drzewami ulicą Niepodległości. Bloki, trzepaki, śmietniki i garaże skąpane w świetle księżyca są o wiele ładniejsze i mają o wiele więcej do powiedzenia niż za dnia. O tej porze nie powinniśmy już nikogo spotkać, jednak pijanemu sąsiadowi należy się ukłonić, a na bezpańskiego psa zagwizdać.
Na skrzyżowaniu skręcamy w ulicę Garwolińską i sprawdzamy, czy nie przegapiliśmy telefonu od (jednak) obudzonych i spanikowanych domowników. Po drodze można zadrzeć głowę na dzwonnicę świętej Teresy i dać się ponieść nogom. Garwolińska przechodząca w Partyzantów ze względu na to, że jest prosta, jak w mordę strzelił, idealnie nadaje się na rozmyślanie. Temat rozmyślań pozostaje dowolny, jednak sugeruje się omijanie kwestii - matury, szkoły, ocen itp.
Po przejściu pod mostem garwolińskim znajdujemy się już niemal w centrum Siedlec, więc po ewentualnych zakupach w sklepie nocnym (15 minut czasu wolnego) wypada przyspieszyć.
Na szerokiej Wojska Polskiego możemy się pobujać, ponieważ nawet w ciągu dnia ciężko doświadczyć tam autochtonów, jednak przy przechodzeniu przez ulicę zaleca się ostrożność. Na leżących nie czekamy.
Po chwili powinniśmy dotrzeć do ulicy niejakiego Piłsudskiego (w wersji gimnazjalnej Piłsudzkiego). Moment wysiłku dla osób o słabszej kondycji i oto znaleźliśmy się na jednym z wielu punktów widokowych w Siedlcach - wiadukcie. Połowa wycieczki siada na barierce po lewej stronie i podziwia PKP, a druga połowa po prawej i podziwia tory na Warszawę. Moment na zapalenie i fatalistyczne wnioski.
Kontynuujemy ulicą Warszawską, która jak sama nazwa wskazuje prowadzi do Igań. Nie ma tu za wiele do oglądania, ale chodnik jest szeroki i osoby, które uprzednio odwiedziły nocny, mogą się teraz śmiało zataczać. Ulica Warszawska jest dobra do rozmów, bo ciągnie się cholera wie ile, więc pozwólcie, że w tym czasie opowiem wam o tym, jak to matura została w mojej głowie
spersonifikowana. Psychoza napięcia ruszyła, korytarze stały się węższe, nauczyciele bardziej nerwowi w obawie o wyniki sygnowane ich nazwiskiem. A ja spostrzegłszy, że trzymam ręce w kieszeniach ciut zbyt długo, doznałem przypływu desperackiej pewności siebie. To już nie egzamin. To wróg. Wróg, którego muszę zmiażdżyć, spopielić, upokorzyć bez krzty wysiłku, na złość wszystkim. Wredny twór w garniturze, bez twarzy, obwarowany setkami formalności i armią ludzi całkowicie oddanych idei Matury. Zło moich czasów.
Tadam! Nie wiadomo jak i kiedy dotarliśmy do ulicy Plażowej. Która za czasów mojej młodości (khe, khe, ma się te osiemnaściedziesiąt na karku), wcale nie była ulicą, tylko szeroką, piaskową ścieżką, z której co lato unosiły się tumany kurzu wzbijane przez setki kół i bosych stóp. Teraz jednak jest zimna, asfaltowa i pusta, co znakomicie komponuje się z wysokimi, nieodmiennie od początku mojego życia szumiącymi topolami (nie wiem, czy to na pewno topole, w podstawówce każdy kto znał się na drzewach był kujonem).
Po prawej, w Iganiah świeci Topaz, makdolan i Dwie Wieże, po lewej ciągnie się ulica Okrężna. My jednak zbiegniemy truchtem wprost w stronę Zalewu. Osoby towarzyskie siadają na kwadratowym molo, indywidualiści na prostym. Drugi papieros i kolejna chwila zadumy nad trzema niewyłowionymi dotąd topielcami.
Wstajemy, otrzepujemy tyłki z piachu i ruszamy w stronę ciemniejącego przed nami lasu. Quasi-lasu w sumie. Cieszymy się, że świeci księżyc, uważamy na doły wykopane przez Czupakabrę i pozwalamy wyobraźni nas postraszyć. Nogi bolą?
Jeśli robi bardzo, bardzo jasno, to znaczy, że idziemy w dobrą stronę, bo to Orlik przy pg4 bije nam po oczach swym niezmierzonym blaskiem, tak charakterystycznym dla rzeczy nowych i drogich (no dobra, to tylko reflektory). Przed nami jeszcze tylko wspinanie się na Wyżynę Siedlecką, na której - jak wiadomo tubylcom - w stosunku do Zalewu znajduje się Romanówka. Garaże z blachy falistej, tłuczone szkło pod nogami, ciemne bramy i słodkawy zapach na klatkach schodowych. Witam u siebie.
Przystańmy pod którymś z wielu sklepów, dokończmy rozwleczoną rozmowę, nałogowcy mogą jeszcze zapalić. Jeśli ktoś czuje potrzebę, może przysiąść na schodach (osiedla obfitują w schody) i nikt się nie obrazi, jeśli wstając, zapomni o swojej butelce. Spacer dobiega końca, czuć piasek pod powiekami, ciężkość w stopach, niesmak w ustach (było tyle palić?). Można się już pożegnać, każdy powoli, a przecież pospiesznie polezie w swoją stronę.
Do następnego razu, nastawcie budziki, za cztery godziny pobudka.
I co dalej? Dla potrzeb wycieczki, załóżmy, że wszyscy (tak, Ty osobiście, pt. Czytelniku) cierpimy tego jednego, bliżej nieokreślonego dnia na bezsenność. Obojętnie z jakich powodów. Może to tęsknota, może pełnia księżyca, może irracjonalny strach, kawa, ból zęba, cokolwiek, zostawiam każdemu pole do popisania się wyobraźnią.
Co w związku z bezsennością? Można posiedzieć na fejsbuku, można napisać książkę, posłuchać muzyki. Ale tego jednego, bliżej nieokreślonego dnia, zdecydujmy się na spacer. Nocny spacer.
Przedsięwzięcie tego kalibru, wymaga pewnych przygotowań. Palący powinni zaopatrzyć się w niezbędne, a najlepiej niezawodne, akcesoria, niepalący w coś na ząb, wszyscy w ciepłe ubrania, wygodne buty i słuchawki. Makijaż nie jest wymagany, bo i tak nic nie widać.
Ruszamy o północy. Jak kto woli, ze względu na symbolikę, dlatego, że dopiero wtedy dom zasypia, albo bez powodu. Uważamy, żeby nikogo nie obudzić, dlatego drzwi otwieramy płynnie i powoli, a buty i ewentualną kurtkę zakładamy dopiero po wyjściu (stealth w skarpetach jest skuteczniejszy o 50%).
Zaczerpnijmy porządny łyk chłodnego, nocnego powietrza i postawmy pierwszy
krok.
Najpierw niespiesznym, ciut chwiejnym krokiem przejdziemy się ocienioną drzewami ulicą Niepodległości. Bloki, trzepaki, śmietniki i garaże skąpane w świetle księżyca są o wiele ładniejsze i mają o wiele więcej do powiedzenia niż za dnia. O tej porze nie powinniśmy już nikogo spotkać, jednak pijanemu sąsiadowi należy się ukłonić, a na bezpańskiego psa zagwizdać.
Na skrzyżowaniu skręcamy w ulicę Garwolińską i sprawdzamy, czy nie przegapiliśmy telefonu od (jednak) obudzonych i spanikowanych domowników. Po drodze można zadrzeć głowę na dzwonnicę świętej Teresy i dać się ponieść nogom. Garwolińska przechodząca w Partyzantów ze względu na to, że jest prosta, jak w mordę strzelił, idealnie nadaje się na rozmyślanie. Temat rozmyślań pozostaje dowolny, jednak sugeruje się omijanie kwestii - matury, szkoły, ocen itp.
Po przejściu pod mostem garwolińskim znajdujemy się już niemal w centrum Siedlec, więc po ewentualnych zakupach w sklepie nocnym (15 minut czasu wolnego) wypada przyspieszyć.
Na szerokiej Wojska Polskiego możemy się pobujać, ponieważ nawet w ciągu dnia ciężko doświadczyć tam autochtonów, jednak przy przechodzeniu przez ulicę zaleca się ostrożność. Na leżących nie czekamy.
Po chwili powinniśmy dotrzeć do ulicy niejakiego Piłsudskiego (w wersji gimnazjalnej Piłsudzkiego). Moment wysiłku dla osób o słabszej kondycji i oto znaleźliśmy się na jednym z wielu punktów widokowych w Siedlcach - wiadukcie. Połowa wycieczki siada na barierce po lewej stronie i podziwia PKP, a druga połowa po prawej i podziwia tory na Warszawę. Moment na zapalenie i fatalistyczne wnioski.
Kontynuujemy ulicą Warszawską, która jak sama nazwa wskazuje prowadzi do Igań. Nie ma tu za wiele do oglądania, ale chodnik jest szeroki i osoby, które uprzednio odwiedziły nocny, mogą się teraz śmiało zataczać. Ulica Warszawska jest dobra do rozmów, bo ciągnie się cholera wie ile, więc pozwólcie, że w tym czasie opowiem wam o tym, jak to matura została w mojej głowie
spersonifikowana. Psychoza napięcia ruszyła, korytarze stały się węższe, nauczyciele bardziej nerwowi w obawie o wyniki sygnowane ich nazwiskiem. A ja spostrzegłszy, że trzymam ręce w kieszeniach ciut zbyt długo, doznałem przypływu desperackiej pewności siebie. To już nie egzamin. To wróg. Wróg, którego muszę zmiażdżyć, spopielić, upokorzyć bez krzty wysiłku, na złość wszystkim. Wredny twór w garniturze, bez twarzy, obwarowany setkami formalności i armią ludzi całkowicie oddanych idei Matury. Zło moich czasów.
Tadam! Nie wiadomo jak i kiedy dotarliśmy do ulicy Plażowej. Która za czasów mojej młodości (khe, khe, ma się te osiemnaściedziesiąt na karku), wcale nie była ulicą, tylko szeroką, piaskową ścieżką, z której co lato unosiły się tumany kurzu wzbijane przez setki kół i bosych stóp. Teraz jednak jest zimna, asfaltowa i pusta, co znakomicie komponuje się z wysokimi, nieodmiennie od początku mojego życia szumiącymi topolami (nie wiem, czy to na pewno topole, w podstawówce każdy kto znał się na drzewach był kujonem).
Po prawej, w Iganiah świeci Topaz, makdolan i Dwie Wieże, po lewej ciągnie się ulica Okrężna. My jednak zbiegniemy truchtem wprost w stronę Zalewu. Osoby towarzyskie siadają na kwadratowym molo, indywidualiści na prostym. Drugi papieros i kolejna chwila zadumy nad trzema niewyłowionymi dotąd topielcami.
Wstajemy, otrzepujemy tyłki z piachu i ruszamy w stronę ciemniejącego przed nami lasu. Quasi-lasu w sumie. Cieszymy się, że świeci księżyc, uważamy na doły wykopane przez Czupakabrę i pozwalamy wyobraźni nas postraszyć. Nogi bolą?
Jeśli robi bardzo, bardzo jasno, to znaczy, że idziemy w dobrą stronę, bo to Orlik przy pg4 bije nam po oczach swym niezmierzonym blaskiem, tak charakterystycznym dla rzeczy nowych i drogich (no dobra, to tylko reflektory). Przed nami jeszcze tylko wspinanie się na Wyżynę Siedlecką, na której - jak wiadomo tubylcom - w stosunku do Zalewu znajduje się Romanówka. Garaże z blachy falistej, tłuczone szkło pod nogami, ciemne bramy i słodkawy zapach na klatkach schodowych. Witam u siebie.
Przystańmy pod którymś z wielu sklepów, dokończmy rozwleczoną rozmowę, nałogowcy mogą jeszcze zapalić. Jeśli ktoś czuje potrzebę, może przysiąść na schodach (osiedla obfitują w schody) i nikt się nie obrazi, jeśli wstając, zapomni o swojej butelce. Spacer dobiega końca, czuć piasek pod powiekami, ciężkość w stopach, niesmak w ustach (było tyle palić?). Można się już pożegnać, każdy powoli, a przecież pospiesznie polezie w swoją stronę.
Do następnego razu, nastawcie budziki, za cztery godziny pobudka.
środa, 29 lutego 2012
Ladies and Gentleman...
UWAGA, WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO OSÓB, BĄDŹ ZDARZEŃ JEST ZAMIERZONE, WYWIAD JEST AUTENTYCZNY.
Sławek Dyszel wiedział, że to będzie ciężki dzień, kiedy tylko otworzył oczy. To dziś miało się odbyć posiedzenie ludzi zajmujących się aferą siedlecką. Media huczały od przypuszczeń, a detektyw Drutkowski zapowiedział opublikowanie materiałów, które zmienią oblicze sprawy. Sławek jako redaktor najbardziej szmatławego tabloidu w mazowieckiem, musiał wiedzieć, co będzie się działo na tym posiedzeniu i o jakie materiały chodzi, a jeszcze lepiej - być tam, za zamkniętymi dla postronnych i prasy drzwiami. Plan gry miał ułożony w głowie od dawna, ale i tak na myśl o tym, co go czeka, gwałtownie zapragnął wrócić do łóżka. Niestety, musiał wziąć się do roboty, jeśli chciał uzupełnić zapas pasztetu podlaskiego i tatr w lodówce.
Z maturą poszło o dziwo gładko. I liceum ogólnokształcące zgodziło się wydać zaległy (źle punkty policzyli, sprzedawczyki z CKE) dokument, za jedyne 50 złotych dla sekretarki i 100 dla dyrektora (na koszt redakcji). Z dostaniem się w szeregi stróżów prawa również nie było problemów. Wymagane 200 godzin patrolu dopisał sobie w książeczce służbowej zaraz po wyjściu z gmachu komendy głównej. Dział kadr pracuje na dwie zmiany, więc nikt się nie połapał. Kolejne awanse kosztowały go: ćwiartkę bimbru, pusty indeks z lat (no dobra, z roku) studiów, 30 złotych na wachę, żuka pełnego części zamiennych do pralek i 40 rolek papieru toaletowego. Około godziny 15 komenda stołeczna zyskała nowego komendanta - Sławomira Dyszla. Podpięcie pendrajwa z bazarku (10,50 zł) i zajęcie miejsca w sali konferencyjnej były już tylko formalnością. Naczelny się ucieszy...
________________________________________________________________________________
Detektyw Drutkowski wiedział, że to będzie ciężki dzień, kiedy tylko otworzył oczy. To dziś miał po raz kolejny skąpać swe imię w glorii i chwale, a nie bardzo wiedział jak. Potrzebował natychmiastowo jakiegoś szczególnie szokującego materiału. Opinia publiczna zaczynała być niespokojna i wyrażała swoje genialne wnioski poprzez spontaniczne spamowanie kwejka i fejsbuka. Wszyscy chcieli koniecznie wiedzieć, co się stało z charyzmatycznym wokalistą oszałamiającego, nadzwyczajnego bla,bla,bla zespołu 0,5 gratis.
Że też ten gnojek musiał zniknąć akurat w dniu wydania swojej pierwszej płyty... Stolica Apostolska wystosowała ostrą notę do rządu RP, a Antoni Przecierewicz wprost oskarżył braci Tuska i Putina. Hmmm, co by tu spreparować... To musi być coś charakterystycznego dla debiutujących muzyków.
Po chwili wnętrze podwarszawskiej kawalerki wypełnił demoniczny śmiech.
_______________________________________________________________________________
adam aniszewski wiedział, że to będzie ciężki dzień od kiedy został skuty przez goryli w kamizelkach z napisem "PATROL DRUTKOWSKI". Piwnica w której go zamknęli też nie napawała optymizmem. Ale trzeba się liczyć z takimi przyjemnościami, kiedy pomaga się sławnemu kumplowi w ucieczce ze świata szołbiznesu. Zachichotał w duchu. Nikomu nie powie, że Sawicki jest w Żelkowie. Rym. Dobry znak, wena go nie opuszcza. Napisze im ten pieprzony "ostatni wywiad z pierwszym rockowym głosem Rzeczypospolitej" I nawet palnie jakiś głupi tytuł na początek. Na przykład...
_________________________________________________________________________________
MOJE ŻYCIE Z MIRKIEM DYLEM.
Nie, źle. Jeszcze raz.
WYWIAD Z BARTKIEM SAWICKIM
-Na dobry początek - określ swoją osobę iloma tam kcesz określeniami
-nie przesadzajmy, jesteśmy w trakcie nagrywania pierwszej płyty, sława i dziwki dopiero na nas czekają. A tak na poważnie to zmieniło się tyle, że od czasu do czasu to ja stoję na scenie i zapewniam ludziom rozrywkę
-Czyżby? Niejaka Pani Kowieska twierdzi, że od kiedy zapuściłeś włosy w różnych miejscach i związałeś się z "tymi szatanami" Twoja frekwencja znacząco spadła? Nie martwisz się o swoją przyszłość? Jak ją planujesz?
- Rozmawiałeś z Panią Kowieską? Mi mówiła tylko że chce dostać płytę z autografami. Co do przyszłości to najpierw matura, z którą w tym roku nie wiążę większych nadziei. W mojej głowie tylko wokal. Nie potrafię albo nie chcę skupić się na kilku sprawach na raz. Mam świadomość że trzeba mieć wyjście awaryjne. Polityka muzyczna w Polsce jest taka a nie inna. W następnym roku obiecuję poprawę, maturę rozwalę w 15 minut, zobaczysz.
-Wydajesz się twardo stąpać po ziemi.... Ja jednak dotarłem do jednej z Twoich fanek, która twierdzi, że w głębi jesteś bardzo wrażliwym chłopcem, który lubi karmić ptaki i tęsknie spoglądać na zachodzące słońce... Jaka jest prawda o Bartoszu Sawickim? Kto, oprócz zespołu zajmuje najwięcej miejsca w Twoim serduszku?
-Z tym karmieniem ptaków to przesadziłeś, ale wyjść wieczorem z psem, słuchać ich zalotów, czemu nie?
Nie znam wielu osób, które nie lubią widoku zachodzącego słońca, więc nie jestem zbyt oryginalny. Nie chcę tu zdradzać moich tajemnic, ale kilkoma nawykami byłbym w stanie nawet Ciebie zadziwić. A w serduszku jest moja siostra, mam nadzieję że będzie miała lepiej niż ja. Czasem ktoś wchodzi, za chwilę jednak wybiega nie zamykając drzwi, robi się przeciąg i dostaję po ryju drzwiami.
-Hm. Pominę więc drażliwy temat (*weź to wykasuj*) i przejdę do "zaplecza" zespołu. Jak wyglądają próby? Kto oprócz Mirosława Dyla cieszy się największym autorytetem? Czyj głos jest decydujący? Często się kłócicie?
-Mirek ma być perkusistą i zajmuje się wyłącznie napierdalaniem na garach. Ostatnio Daray prosił go o radę w sprawie najlepszej konfiguracji na następny koncert Dimmu Burger. Momentami bardzo pomocny jest tata Maćka, który swoimi opiniami wnosi świeży podmuch do zespołu. Kompozycyjnie królują gitarzyści (Maciek & Oktawian z domu Kopryjaniuk), głównie od nich zależy kształt piosenki. Kłótnie oczywiście się zdarzają, ale mamy wspólny cel i zawsze potrafimy znaleźć rozwiązanie. Ewentualnie stosujemy metodę "kto pierwszy odpuści" co ciągnie się godzinami.
-Po ile będzie płyta? Czypińdzisiąt?
-Przede wszystkim musimy znaleźć wydawcę (*WYDAWCY PISZCIE KOMCIE*), kwota to rzecz drugorzędna.
-Czy nie prześladują Cię demony przeszłości? Co z sinalfa (nie umiem tego znaczka na klawiaturze)
-Czekałem na to pytanie. Zdziwię Cię, ale sinalfa wspominam bardzo pozytywnie, wiele się tam nauczyłem i zaliczyłem debiut na scenie (CKiS wy szmaty). Obyłem się z mikrofonem i takie tam.
-Wielu fanów pyta o swoją mekkę, czyli sławetny Grabianów. Co się tam wyrabia i czy plotki nekrofilskich orgiach są prawdziwe?
-W ostatnim tygodniu w Grabionowie nastąpiło przemeblowanie i duże sprzątanie (na szczęście byłem wtedy... gdzie indziej). Imprezy się zdarzają, ale skoro może nas czytać prokuratura, nie skomentuję wątku nekrofilii. Aczkolwiek dociekliwi na dachu mogli zauważyć ślady rysia obklejonego taśmą izolacyjną (Grabianów leży w puszczy sekulskiej - przypis mój). Największą popularnością w naszej siedzibie cieszą się piłkarzyki, w które nie chwaląc sięnapierdalamy gramy z Maćkiem jak pojebani głupi, podniecając się co trzecim pięknym golem. Nawet ludzie z Camelota nie chcą z nami grać, bo dostają po tyłkach. Dla amatorów rekreacji mamy również saunę. I staw. Z rybami. I ognisko. I drewut-
- Wystarczy, spokojnie. Czy nie czujesz się wykorzystywany przez resztę członków ze względu na fakt posiadania prawa jazdy?
- Czasem, ale za zwyczaj coś na wachę rzucają ( tu duży plus dla Ewy)
- Czy to prawda, że niejednokrotnie wchodziłeś w konflikt z prawem i tylko liczni fani w szeregach Policji ratowali Cię przed dotkliwymi dla budżetu i imidżu zespołu konsekwencjami?
-Do wszystkiego dotrzesz, co? Tak, taka sytuacja miała miejsce, RAZ!
-Czy to prawda, że po całym zajściu Nieznany Funkcjonariusz poprosił Cię o autograf na brzuchu?
- Nie...niżej.
-Hm. To się wytnie. Opowiedz nam w takim razie o swoich autorytetach w dziedzinie wokalu, czy szeroko pojętej muzyki.
-Z rodzimych wykonawców, zawsze intrygował mnie Maciej Maleńczuk, chodzi mi o barwę głosu, kij z jego twórczością, oraz Piotr Pachulski . Oprócz tego, w dziedzinie czystego, spokojnego wokalu, może ze względu na sentyment, a może przez jego zdolność do przekazywania emocji i tekstu w czołówce moich ulubionych wokalistów plasuje się Mariusz Duda. Z podobnych względów wyróżniłbym też Maynarda Jamesa Keenana (*przerwa na telefon od Mirka*). Za opanowaną technikę falsetu cenię Declana De Barrę (Clann Zu). Ostatnio zacząłem eksperymentować ze screamo. Poszedłem po najmniejszej linii oporu i ćwiczę na kawałkach Asking Alexandria, gdzie śpiewa Danny Worsnop. Zawsze lubiłem też męski wokal Eluveitie (Chrigel Glanzmann). Jednak oni wszyscy to pachołkowie pana na szczycie mojej piramidy, Patryka Zwolińskiego (Blindead).
- Dużo tego, ale jesteś znany z monstrualnego profilu na last.fm.
-No (uhuhahu)
-Rozmownyś. Powiedz mi w takim razie, czy jest coś, co szczególnie Cię wpienia, irytuje, sprawia, że chciałbyś być złym człowiekiem?
-Jest od cholery takich rzeczy. Dziwię się ludziom, którzy nie mają pasji, zainteresowań i narzekają na nudę i monotonię w swoim życiu, pytają dlaczego ich marzenia się nie spełniają. Ja, żeby zostać wokalistą musiałem zapieprzać na plantacji bawełny, a i tak mi dużo brakuje. Wiesz, dużo rozmawiam z ludźmi i irytuje mnie, kiedy staram się pomóc i słucham o ich problemach, przez kilka dni chodzą szczęśliwi, dziękują mi, a za tydzień robią i mówią mi to samo. To temat rzeka, a ja zaraz mam angielski. Więc sprężaj się.
-Dobra, ostatnia kwestia. Czy chcesz coś komuś powiedzieć, kogoś pozdrowić (Jana Jakubowskiego), kogoś opieprzyć? Jedna taka szansa na sto, mój blog jest czytany przez tysiące osób.
-Po pierwsze - nie śmiej się z Janka. Przekazać? Nie jestem dla nikogo autorytetem i raczej nie wywrze to na nikim większej reakcji, ale jak tak ładnie prosisz. Rozwijajcie do kurwy nędzy swoją bibliotekę muzyczną, nie siedzcie w jednym gatunku muzycznym i błagam, wszystko tylko nie oldschoolowy thras. Po to jest multum zespołów żeby je sprawdzać. O, na koniec powiem jeszcze co mnie martwi. Jak to powiedział mój znajomy 'boję się, że nie przesłucham całej MUZYKI świata". Róbcie kupę co rano i nie palcie przed jedzeniem.
_________________________________________________________________________________
W sali konferencyjnej KGP w Warszawie zapadła cisza. A w chwilę później rozpętało się istne pandemonium. Danusia, Zosia, Kasia, Basia, Asia i parę innych kobiałek wdarło się do środka krzycząc "MÓJ CI ON", serwery fejsbuka padły z powodu przeciążenia postami w stylu "SAWCIO NA ZAWSZE W NASZYCH SERCACH, TUSK OPRAWCO, GDZIE JEST BARTEK?", komendant główny pobiegł do redakcji naczelnej Fucktu, adam aniszewski beknął po wypiciu maślanki w domu, a empik zaczął masowo wydawać papierową wersję wywiadu. Elektroniczna krążyła w internecie i zaliczyła pierwszy tysiąc pobrań w 5 minut od jej umieszczenia. Tymczasem....
w Żelkowie Bartek Sawicki siedział na ganku, patrzył na zachodzące słońce i podśpiewywał...
"To moooja kura! Jedenaście grząądeeek"
Sławek Dyszel wiedział, że to będzie ciężki dzień, kiedy tylko otworzył oczy. To dziś miało się odbyć posiedzenie ludzi zajmujących się aferą siedlecką. Media huczały od przypuszczeń, a detektyw Drutkowski zapowiedział opublikowanie materiałów, które zmienią oblicze sprawy. Sławek jako redaktor najbardziej szmatławego tabloidu w mazowieckiem, musiał wiedzieć, co będzie się działo na tym posiedzeniu i o jakie materiały chodzi, a jeszcze lepiej - być tam, za zamkniętymi dla postronnych i prasy drzwiami. Plan gry miał ułożony w głowie od dawna, ale i tak na myśl o tym, co go czeka, gwałtownie zapragnął wrócić do łóżka. Niestety, musiał wziąć się do roboty, jeśli chciał uzupełnić zapas pasztetu podlaskiego i tatr w lodówce.
Z maturą poszło o dziwo gładko. I liceum ogólnokształcące zgodziło się wydać zaległy (źle punkty policzyli, sprzedawczyki z CKE) dokument, za jedyne 50 złotych dla sekretarki i 100 dla dyrektora (na koszt redakcji). Z dostaniem się w szeregi stróżów prawa również nie było problemów. Wymagane 200 godzin patrolu dopisał sobie w książeczce służbowej zaraz po wyjściu z gmachu komendy głównej. Dział kadr pracuje na dwie zmiany, więc nikt się nie połapał. Kolejne awanse kosztowały go: ćwiartkę bimbru, pusty indeks z lat (no dobra, z roku) studiów, 30 złotych na wachę, żuka pełnego części zamiennych do pralek i 40 rolek papieru toaletowego. Około godziny 15 komenda stołeczna zyskała nowego komendanta - Sławomira Dyszla. Podpięcie pendrajwa z bazarku (10,50 zł) i zajęcie miejsca w sali konferencyjnej były już tylko formalnością. Naczelny się ucieszy...
________________________________________________________________________________
Detektyw Drutkowski wiedział, że to będzie ciężki dzień, kiedy tylko otworzył oczy. To dziś miał po raz kolejny skąpać swe imię w glorii i chwale, a nie bardzo wiedział jak. Potrzebował natychmiastowo jakiegoś szczególnie szokującego materiału. Opinia publiczna zaczynała być niespokojna i wyrażała swoje genialne wnioski poprzez spontaniczne spamowanie kwejka i fejsbuka. Wszyscy chcieli koniecznie wiedzieć, co się stało z charyzmatycznym wokalistą oszałamiającego, nadzwyczajnego bla,bla,bla zespołu 0,5 gratis.
Że też ten gnojek musiał zniknąć akurat w dniu wydania swojej pierwszej płyty... Stolica Apostolska wystosowała ostrą notę do rządu RP, a Antoni Przecierewicz wprost oskarżył braci Tuska i Putina. Hmmm, co by tu spreparować... To musi być coś charakterystycznego dla debiutujących muzyków.
Po chwili wnętrze podwarszawskiej kawalerki wypełnił demoniczny śmiech.
_______________________________________________________________________________
adam aniszewski wiedział, że to będzie ciężki dzień od kiedy został skuty przez goryli w kamizelkach z napisem "PATROL DRUTKOWSKI". Piwnica w której go zamknęli też nie napawała optymizmem. Ale trzeba się liczyć z takimi przyjemnościami, kiedy pomaga się sławnemu kumplowi w ucieczce ze świata szołbiznesu. Zachichotał w duchu. Nikomu nie powie, że Sawicki jest w Żelkowie. Rym. Dobry znak, wena go nie opuszcza. Napisze im ten pieprzony "ostatni wywiad z pierwszym rockowym głosem Rzeczypospolitej" I nawet palnie jakiś głupi tytuł na początek. Na przykład...
_________________________________________________________________________________
MOJE ŻYCIE Z MIRKIEM DYLEM.
Nie, źle. Jeszcze raz.
WYWIAD Z BARTKIEM SAWICKIM
-Na dobry początek - określ swoją osobę iloma tam kcesz określeniami
- -grubas
- -nieasertywny
- -mamzajebistygustmuzyczny, bo tak
- -lubię gimnazjalistki
- -Bartek dobra rada
- -Bartek błękitna taksówka
- Troluch
- niespełniony perkusista
-nie przesadzajmy, jesteśmy w trakcie nagrywania pierwszej płyty, sława i dziwki dopiero na nas czekają. A tak na poważnie to zmieniło się tyle, że od czasu do czasu to ja stoję na scenie i zapewniam ludziom rozrywkę
-Czyżby? Niejaka Pani Kowieska twierdzi, że od kiedy zapuściłeś włosy w różnych miejscach i związałeś się z "tymi szatanami" Twoja frekwencja znacząco spadła? Nie martwisz się o swoją przyszłość? Jak ją planujesz?
- Rozmawiałeś z Panią Kowieską? Mi mówiła tylko że chce dostać płytę z autografami. Co do przyszłości to najpierw matura, z którą w tym roku nie wiążę większych nadziei. W mojej głowie tylko wokal. Nie potrafię albo nie chcę skupić się na kilku sprawach na raz. Mam świadomość że trzeba mieć wyjście awaryjne. Polityka muzyczna w Polsce jest taka a nie inna. W następnym roku obiecuję poprawę, maturę rozwalę w 15 minut, zobaczysz.
-Wydajesz się twardo stąpać po ziemi.... Ja jednak dotarłem do jednej z Twoich fanek, która twierdzi, że w głębi jesteś bardzo wrażliwym chłopcem, który lubi karmić ptaki i tęsknie spoglądać na zachodzące słońce... Jaka jest prawda o Bartoszu Sawickim? Kto, oprócz zespołu zajmuje najwięcej miejsca w Twoim serduszku?
-Z tym karmieniem ptaków to przesadziłeś, ale wyjść wieczorem z psem, słuchać ich zalotów, czemu nie?
Nie znam wielu osób, które nie lubią widoku zachodzącego słońca, więc nie jestem zbyt oryginalny. Nie chcę tu zdradzać moich tajemnic, ale kilkoma nawykami byłbym w stanie nawet Ciebie zadziwić. A w serduszku jest moja siostra, mam nadzieję że będzie miała lepiej niż ja. Czasem ktoś wchodzi, za chwilę jednak wybiega nie zamykając drzwi, robi się przeciąg i dostaję po ryju drzwiami.
-Hm. Pominę więc drażliwy temat (*weź to wykasuj*) i przejdę do "zaplecza" zespołu. Jak wyglądają próby? Kto oprócz Mirosława Dyla cieszy się największym autorytetem? Czyj głos jest decydujący? Często się kłócicie?
-Mirek ma być perkusistą i zajmuje się wyłącznie napierdalaniem na garach. Ostatnio Daray prosił go o radę w sprawie najlepszej konfiguracji na następny koncert Dimmu Burger. Momentami bardzo pomocny jest tata Maćka, który swoimi opiniami wnosi świeży podmuch do zespołu. Kompozycyjnie królują gitarzyści (Maciek & Oktawian z domu Kopryjaniuk), głównie od nich zależy kształt piosenki. Kłótnie oczywiście się zdarzają, ale mamy wspólny cel i zawsze potrafimy znaleźć rozwiązanie. Ewentualnie stosujemy metodę "kto pierwszy odpuści" co ciągnie się godzinami.
-Po ile będzie płyta? Czypińdzisiąt?
-Przede wszystkim musimy znaleźć wydawcę (*WYDAWCY PISZCIE KOMCIE*), kwota to rzecz drugorzędna.
-Czy nie prześladują Cię demony przeszłości? Co z sinalfa (nie umiem tego znaczka na klawiaturze)
-Czekałem na to pytanie. Zdziwię Cię, ale sinalfa wspominam bardzo pozytywnie, wiele się tam nauczyłem i zaliczyłem debiut na scenie (CKiS wy szmaty). Obyłem się z mikrofonem i takie tam.
-Wielu fanów pyta o swoją mekkę, czyli sławetny Grabianów. Co się tam wyrabia i czy plotki nekrofilskich orgiach są prawdziwe?
-W ostatnim tygodniu w Grabionowie nastąpiło przemeblowanie i duże sprzątanie (na szczęście byłem wtedy... gdzie indziej). Imprezy się zdarzają, ale skoro może nas czytać prokuratura, nie skomentuję wątku nekrofilii. Aczkolwiek dociekliwi na dachu mogli zauważyć ślady rysia obklejonego taśmą izolacyjną (Grabianów leży w puszczy sekulskiej - przypis mój). Największą popularnością w naszej siedzibie cieszą się piłkarzyki, w które nie chwaląc się
- Wystarczy, spokojnie. Czy nie czujesz się wykorzystywany przez resztę członków ze względu na fakt posiadania prawa jazdy?
- Czasem, ale za zwyczaj coś na wachę rzucają ( tu duży plus dla Ewy)
- Czy to prawda, że niejednokrotnie wchodziłeś w konflikt z prawem i tylko liczni fani w szeregach Policji ratowali Cię przed dotkliwymi dla budżetu i imidżu zespołu konsekwencjami?
-Do wszystkiego dotrzesz, co? Tak, taka sytuacja miała miejsce, RAZ!
-Czy to prawda, że po całym zajściu Nieznany Funkcjonariusz poprosił Cię o autograf na brzuchu?
- Nie...niżej.
-Hm. To się wytnie. Opowiedz nam w takim razie o swoich autorytetach w dziedzinie wokalu, czy szeroko pojętej muzyki.
-Z rodzimych wykonawców, zawsze intrygował mnie Maciej Maleńczuk, chodzi mi o barwę głosu, kij z jego twórczością, oraz Piotr Pachulski . Oprócz tego, w dziedzinie czystego, spokojnego wokalu, może ze względu na sentyment, a może przez jego zdolność do przekazywania emocji i tekstu w czołówce moich ulubionych wokalistów plasuje się Mariusz Duda. Z podobnych względów wyróżniłbym też Maynarda Jamesa Keenana (*przerwa na telefon od Mirka*). Za opanowaną technikę falsetu cenię Declana De Barrę (Clann Zu). Ostatnio zacząłem eksperymentować ze screamo. Poszedłem po najmniejszej linii oporu i ćwiczę na kawałkach Asking Alexandria, gdzie śpiewa Danny Worsnop. Zawsze lubiłem też męski wokal Eluveitie (Chrigel Glanzmann). Jednak oni wszyscy to pachołkowie pana na szczycie mojej piramidy, Patryka Zwolińskiego (Blindead).
- Dużo tego, ale jesteś znany z monstrualnego profilu na last.fm.
-No (uhuhahu)
-Rozmownyś. Powiedz mi w takim razie, czy jest coś, co szczególnie Cię wpienia, irytuje, sprawia, że chciałbyś być złym człowiekiem?
-Jest od cholery takich rzeczy. Dziwię się ludziom, którzy nie mają pasji, zainteresowań i narzekają na nudę i monotonię w swoim życiu, pytają dlaczego ich marzenia się nie spełniają. Ja, żeby zostać wokalistą musiałem zapieprzać na plantacji bawełny, a i tak mi dużo brakuje. Wiesz, dużo rozmawiam z ludźmi i irytuje mnie, kiedy staram się pomóc i słucham o ich problemach, przez kilka dni chodzą szczęśliwi, dziękują mi, a za tydzień robią i mówią mi to samo. To temat rzeka, a ja zaraz mam angielski. Więc sprężaj się.
-Dobra, ostatnia kwestia. Czy chcesz coś komuś powiedzieć, kogoś pozdrowić (Jana Jakubowskiego), kogoś opieprzyć? Jedna taka szansa na sto, mój blog jest czytany przez tysiące osób.
-Po pierwsze - nie śmiej się z Janka. Przekazać? Nie jestem dla nikogo autorytetem i raczej nie wywrze to na nikim większej reakcji, ale jak tak ładnie prosisz. Rozwijajcie do kurwy nędzy swoją bibliotekę muzyczną, nie siedzcie w jednym gatunku muzycznym i błagam, wszystko tylko nie oldschoolowy thras. Po to jest multum zespołów żeby je sprawdzać. O, na koniec powiem jeszcze co mnie martwi. Jak to powiedział mój znajomy 'boję się, że nie przesłucham całej MUZYKI świata". Róbcie kupę co rano i nie palcie przed jedzeniem.
_________________________________________________________________________________
W sali konferencyjnej KGP w Warszawie zapadła cisza. A w chwilę później rozpętało się istne pandemonium. Danusia, Zosia, Kasia, Basia, Asia i parę innych kobiałek wdarło się do środka krzycząc "MÓJ CI ON", serwery fejsbuka padły z powodu przeciążenia postami w stylu "SAWCIO NA ZAWSZE W NASZYCH SERCACH, TUSK OPRAWCO, GDZIE JEST BARTEK?", komendant główny pobiegł do redakcji naczelnej Fucktu, adam aniszewski beknął po wypiciu maślanki w domu, a empik zaczął masowo wydawać papierową wersję wywiadu. Elektroniczna krążyła w internecie i zaliczyła pierwszy tysiąc pobrań w 5 minut od jej umieszczenia. Tymczasem....
w Żelkowie Bartek Sawicki siedział na ganku, patrzył na zachodzące słońce i podśpiewywał...
"To moooja kura! Jedenaście grząądeeek"
Subskrybuj:
Posty (Atom)