czwartek, 15 października 2015

Parish of Old Sun

Przetaczająca się po niebie rewolucja niezmordowanie wprawiała w ruch cienie kuchennych przedmiotów, przez co nawet na werandzie dawał się, mimo błogiego odrętwienia, odczuć pewien niepokój. Czyjaś nieodgadniona wola najpierw poustawiała w arytmetycznych rzędach krzewy, drzewa i dywany trawy, a później postanowiła je w przeszło półtoragodzinnym odstępie czasu przyrumienić łagodnie zachodzącym słońcem i poprześwietlać nitkami błyskawic. Całe to widowisko zrobiło identyczne wrażenie na krzewach, drzewach i dywanach, co na nas. Żadne? Bez przesady, co z nas słońce wypaliło, co wiatr wytargał – to nasze. Ewentualnie dokładnie przeciwnie, już nie nasze, poza nami i mimo nas, na dalszą zgubę hulające po bożym świecie. Koniec końców siedzieliśmy przecież pod tym przeraźliwie naburmuszonym, pękającym z hukiem granatowym wiadrem nieba. Trochę rozczochrani, trochę mokrzy, zaskoczeni nagłym, a przyjemnym przebudzeniem.
Na werandzie. Popalając gan
ek zaś, mając to gdzieś, zupełnie bez szacunku, rozbrzmiał niepewnymi krokami, a chwilę (na pewno tylko chwilę?) później cichym szczęknięciem klamki. Szybciej niż bym sobie tego życzył dobiegł mnie wracający z sieni głos Harrego
-patrz, Księżyc przyszedł
Rzeczywiście był to Księżyc w całej swej pulchnej i jaśniejącej samozadowoleniem postaci. Rzadko kto mógł pochwalić się spotkaniem z tą osobistością częstszym niż raz w miesiącu, z jakiegoś jednak powodu w noce takie jak ta, ruchliwe i naelektryzowane, pojawiał się u nas z radosną skwapliwością. Za każdym razem zachowywał pozory niezobowiązujących sąsiedzkich odwiedzin oraz wielkopański sposób bycia, co jawnie kłóciło się z rozbieganymi oczami oraz spotniałym, pociętym bruzdami i kraterami czołem. Niektórzy tłumaczyli taką rozbieżność wizerunkową odpowiedzialnym, eksponowanym stanowiskiem. Inni rzucali  aluzje o nałogach. Myśmy podejrzewali nasze podejrzenia o bycie uzasadnionymi. Księżyc zwyczajnie wpadał w paranoję. Wciąż powracające kwestie bycia obserwowanym, urządzeń do inwigilacji, satelitów i tym podobnych w połączeniu z nieludzko odległą emeryturą zrobiły swoje. Tej nocy było gorzej niż zwykle, rozmowa nie kleiła się, a wzrok każdego z nas uciekał ku głupkowato pustemu niebu. Dopiero tuż przed świtem niespodziewany gość ulotnił się, przemykając zarosiałym chyłkiem do domu.
Siedząc w opustoszałej i wymęczonej kuchni posmutnieliśmy, ja i Harry, na co z pewnością wydatnie wpłynął brak snu. Ale my już wtedy przecież nie z takich pierwszych lepszych. Kiedy debiut panoszących się promieni słońca ogrzały wodę w misce, ochlapaliśmy twarze i natchnieni porannym powietrzem postanowiliśmy pod miejscowym sklepem co następuje:
-do końca tygodnia należy permanentnie przywrócić zdrowy rozsądek Stw. Księżyca
-nie należy przy tym nadwyrężać cierpliwości  własnej i innych
-bez względu na efekt końcowy zachować pogodę ducha i przyległości

podpisano
Stwór A. oraz
Stw. Harry
świadek Stw. Perec Hirszbejn
jakaś data, Kleszczele

Każdy przyzna, że szanująca się, poważna inicjatywa zostaje przypieczętowana z momentem powstania oficjalnych (papierowych) dokumentów. Długo po wszystkim próbowaliśmy przy milczącej zgodzie zza oceanu odnaleźć rzeczony papierek, w celu dowiedzenia naszych zasług, ale nic z tego nie wyszło. Niemniej zaczęło się. Wszystko to, co nasi skostniali następcy nazwali później Sześcioma Żywiołowymi Dniami .

Po prawdzie to aż takie żywiołowe to one nie były, musiały się jednak takimi wydać ogółowi przez kontrast z tym, jakie były nasze dni wcześniej. Nie da się zaprzeczyć, długo pozwoliliśmy kleszczelskiej opinii publicznej myśleć, że już nigdy nie będzie inaczej, że my co niedzielę w nieładzie, że tylko mokre włosy, suchy popiół, brązowe szkło i czerwone oczy. Nie da się również zaprzeczyć, że sami nigdy do końca nie wykluczyliśmy takiej ewentualności. Jak wtedy, kiedy przyszedł organista z komendantem straży i zapytaniem, czy nie pomożemy w budowie ołtarza na Boże Ciało, tego przy Głównej Żyle, a my się zorientowaliśmy dopiero jak przyjechało zawezwane przez niego pogotowie. Nawet nie to, żeby wtedy jakieś prowokacyjne ekscesy, po prostuśmy w zamyśleniu trwali. Bezpłodnym, ale i bezstratnym, jak zawsze. W końcu co komu przeszkadza domek na drzewie, nawet jeśli nie jest na drzewie w sensie ścisłym? To nawet lepiej, trochę niżej, trochę dyskretniej, dalej od Księżyca i kruków.
Bo krucy to w naszej wsi zupełnie oddzielna bajka. Nikt nie pamięta, kiedy przywędrowali w te strony, choć, co ciekawe, wszyscy wiedzą, że przywędrowali razem z Cyganami, z którymi łączyły ich rozliczne szemrane interesy. Interesy kończące się najczęściej, jeśli wierzyć kronikom, przyjazdem Milicji poprzedzonym lotną ucieczką skrzydlatych bandytów i lawinowymi kłopotami dla pozostałych na miejscu Cyganów. W ogóle nie było świętości dla tych ptaszysk. Przelatywały ze świstem przez wieś w nocy, przewracały butelki z piwem, piły z chrzcielnic i chrzciły po swojemu na targu, nie bojąc się przy tym nikogo. Ludzie często zwracali się do Księżyca z prośbą o zaprowadzenie jakiegokolwiek porządku, argumentując niebem jako wspólnym mianownikiem, ale miesiąc zawsze niewyraźnie wymawiał się od obowiązku. Co bystrzejsi obserwatorzy wiedzieli, że to nie ze strachu. Po prostu Księżyc nie miał władzy nad krukami, tak jak krucy nie mogli sprzykrzyć się Księżycowi.  Co do nas, to ponure latadła były po prostu jedynymi (wliczając kościelnego Cyzla)  elementami krajobrazu mogącymi skierować naszą lotę w złe rejony. Za co, nie powiem, bywaliśmy im wdzięczni, jeśli ten kierunek był nam akurat po myśli. Tylko śledząc myślami kruki mogliśmy trafić do, nie przymierzając, Upadłego Londynu nad Bezsłonecznym Morzem. Po drodze są przecież przepaście i przestrzenie, które dają się pokonać tylko na skrzydłach, nawet jeśli tak upiornych jak krucze. Ile różnych wariantów Londynu trzeba umieć ominąć! A poukładanych w takie sekwencje, w których bezlitośnie przewijają się warianty czarnobiałe. Potrzeba sporych pokładów czujnej beztroski, żeby bezpiecznie pozwalać się porywać takim stworzeniom jak czarne labradory i czarne ptaki. Bo któregoś wieczoru może się okazać, że nawet takie pozory zwierząt jak ćmy zaczną całkiem śmiało sobie z nami poczynać. Każdy, kto zadał sobie trud by dowiedzieć się czegokolwiek o ćmach przyzna, że porwanie przez jedną z nich to wizja niosąca z sobą dyskomfort nie do przecenienia. Podobny dyskomfort, choć o wiele groźniejszy i łudzący pozornie identycznym opakowaniem, czekał w naszej wsi tych, którzy mieli okazję poznać pewnego przeciętnego poranka ponurego proboszcza pobliskiej parafii – Pepelmanna. Ten, dość szczególny przecież, przypadek z pewnością przewinie się jeszcze w mojej, naszej historii, ale na razie wystarczy powiedzieć, że ksiądz, wszędzie gdzie się pojawił, roztaczał przerażająco intensywny odór (bo przecież nie zapach) szpitala. Takiego najgorszego szpitala, w jakim zdarzyło wam się być.