czwartek, 15 października 2015

Parish of Old Sun

Przetaczająca się po niebie rewolucja niezmordowanie wprawiała w ruch cienie kuchennych przedmiotów, przez co nawet na werandzie dawał się, mimo błogiego odrętwienia, odczuć pewien niepokój. Czyjaś nieodgadniona wola najpierw poustawiała w arytmetycznych rzędach krzewy, drzewa i dywany trawy, a później postanowiła je w przeszło półtoragodzinnym odstępie czasu przyrumienić łagodnie zachodzącym słońcem i poprześwietlać nitkami błyskawic. Całe to widowisko zrobiło identyczne wrażenie na krzewach, drzewach i dywanach, co na nas. Żadne? Bez przesady, co z nas słońce wypaliło, co wiatr wytargał – to nasze. Ewentualnie dokładnie przeciwnie, już nie nasze, poza nami i mimo nas, na dalszą zgubę hulające po bożym świecie. Koniec końców siedzieliśmy przecież pod tym przeraźliwie naburmuszonym, pękającym z hukiem granatowym wiadrem nieba. Trochę rozczochrani, trochę mokrzy, zaskoczeni nagłym, a przyjemnym przebudzeniem.
Na werandzie. Popalając gan
ek zaś, mając to gdzieś, zupełnie bez szacunku, rozbrzmiał niepewnymi krokami, a chwilę (na pewno tylko chwilę?) później cichym szczęknięciem klamki. Szybciej niż bym sobie tego życzył dobiegł mnie wracający z sieni głos Harrego
-patrz, Księżyc przyszedł
Rzeczywiście był to Księżyc w całej swej pulchnej i jaśniejącej samozadowoleniem postaci. Rzadko kto mógł pochwalić się spotkaniem z tą osobistością częstszym niż raz w miesiącu, z jakiegoś jednak powodu w noce takie jak ta, ruchliwe i naelektryzowane, pojawiał się u nas z radosną skwapliwością. Za każdym razem zachowywał pozory niezobowiązujących sąsiedzkich odwiedzin oraz wielkopański sposób bycia, co jawnie kłóciło się z rozbieganymi oczami oraz spotniałym, pociętym bruzdami i kraterami czołem. Niektórzy tłumaczyli taką rozbieżność wizerunkową odpowiedzialnym, eksponowanym stanowiskiem. Inni rzucali  aluzje o nałogach. Myśmy podejrzewali nasze podejrzenia o bycie uzasadnionymi. Księżyc zwyczajnie wpadał w paranoję. Wciąż powracające kwestie bycia obserwowanym, urządzeń do inwigilacji, satelitów i tym podobnych w połączeniu z nieludzko odległą emeryturą zrobiły swoje. Tej nocy było gorzej niż zwykle, rozmowa nie kleiła się, a wzrok każdego z nas uciekał ku głupkowato pustemu niebu. Dopiero tuż przed świtem niespodziewany gość ulotnił się, przemykając zarosiałym chyłkiem do domu.
Siedząc w opustoszałej i wymęczonej kuchni posmutnieliśmy, ja i Harry, na co z pewnością wydatnie wpłynął brak snu. Ale my już wtedy przecież nie z takich pierwszych lepszych. Kiedy debiut panoszących się promieni słońca ogrzały wodę w misce, ochlapaliśmy twarze i natchnieni porannym powietrzem postanowiliśmy pod miejscowym sklepem co następuje:
-do końca tygodnia należy permanentnie przywrócić zdrowy rozsądek Stw. Księżyca
-nie należy przy tym nadwyrężać cierpliwości  własnej i innych
-bez względu na efekt końcowy zachować pogodę ducha i przyległości

podpisano
Stwór A. oraz
Stw. Harry
świadek Stw. Perec Hirszbejn
jakaś data, Kleszczele

Każdy przyzna, że szanująca się, poważna inicjatywa zostaje przypieczętowana z momentem powstania oficjalnych (papierowych) dokumentów. Długo po wszystkim próbowaliśmy przy milczącej zgodzie zza oceanu odnaleźć rzeczony papierek, w celu dowiedzenia naszych zasług, ale nic z tego nie wyszło. Niemniej zaczęło się. Wszystko to, co nasi skostniali następcy nazwali później Sześcioma Żywiołowymi Dniami .

Po prawdzie to aż takie żywiołowe to one nie były, musiały się jednak takimi wydać ogółowi przez kontrast z tym, jakie były nasze dni wcześniej. Nie da się zaprzeczyć, długo pozwoliliśmy kleszczelskiej opinii publicznej myśleć, że już nigdy nie będzie inaczej, że my co niedzielę w nieładzie, że tylko mokre włosy, suchy popiół, brązowe szkło i czerwone oczy. Nie da się również zaprzeczyć, że sami nigdy do końca nie wykluczyliśmy takiej ewentualności. Jak wtedy, kiedy przyszedł organista z komendantem straży i zapytaniem, czy nie pomożemy w budowie ołtarza na Boże Ciało, tego przy Głównej Żyle, a my się zorientowaliśmy dopiero jak przyjechało zawezwane przez niego pogotowie. Nawet nie to, żeby wtedy jakieś prowokacyjne ekscesy, po prostuśmy w zamyśleniu trwali. Bezpłodnym, ale i bezstratnym, jak zawsze. W końcu co komu przeszkadza domek na drzewie, nawet jeśli nie jest na drzewie w sensie ścisłym? To nawet lepiej, trochę niżej, trochę dyskretniej, dalej od Księżyca i kruków.
Bo krucy to w naszej wsi zupełnie oddzielna bajka. Nikt nie pamięta, kiedy przywędrowali w te strony, choć, co ciekawe, wszyscy wiedzą, że przywędrowali razem z Cyganami, z którymi łączyły ich rozliczne szemrane interesy. Interesy kończące się najczęściej, jeśli wierzyć kronikom, przyjazdem Milicji poprzedzonym lotną ucieczką skrzydlatych bandytów i lawinowymi kłopotami dla pozostałych na miejscu Cyganów. W ogóle nie było świętości dla tych ptaszysk. Przelatywały ze świstem przez wieś w nocy, przewracały butelki z piwem, piły z chrzcielnic i chrzciły po swojemu na targu, nie bojąc się przy tym nikogo. Ludzie często zwracali się do Księżyca z prośbą o zaprowadzenie jakiegokolwiek porządku, argumentując niebem jako wspólnym mianownikiem, ale miesiąc zawsze niewyraźnie wymawiał się od obowiązku. Co bystrzejsi obserwatorzy wiedzieli, że to nie ze strachu. Po prostu Księżyc nie miał władzy nad krukami, tak jak krucy nie mogli sprzykrzyć się Księżycowi.  Co do nas, to ponure latadła były po prostu jedynymi (wliczając kościelnego Cyzla)  elementami krajobrazu mogącymi skierować naszą lotę w złe rejony. Za co, nie powiem, bywaliśmy im wdzięczni, jeśli ten kierunek był nam akurat po myśli. Tylko śledząc myślami kruki mogliśmy trafić do, nie przymierzając, Upadłego Londynu nad Bezsłonecznym Morzem. Po drodze są przecież przepaście i przestrzenie, które dają się pokonać tylko na skrzydłach, nawet jeśli tak upiornych jak krucze. Ile różnych wariantów Londynu trzeba umieć ominąć! A poukładanych w takie sekwencje, w których bezlitośnie przewijają się warianty czarnobiałe. Potrzeba sporych pokładów czujnej beztroski, żeby bezpiecznie pozwalać się porywać takim stworzeniom jak czarne labradory i czarne ptaki. Bo któregoś wieczoru może się okazać, że nawet takie pozory zwierząt jak ćmy zaczną całkiem śmiało sobie z nami poczynać. Każdy, kto zadał sobie trud by dowiedzieć się czegokolwiek o ćmach przyzna, że porwanie przez jedną z nich to wizja niosąca z sobą dyskomfort nie do przecenienia. Podobny dyskomfort, choć o wiele groźniejszy i łudzący pozornie identycznym opakowaniem, czekał w naszej wsi tych, którzy mieli okazję poznać pewnego przeciętnego poranka ponurego proboszcza pobliskiej parafii – Pepelmanna. Ten, dość szczególny przecież, przypadek z pewnością przewinie się jeszcze w mojej, naszej historii, ale na razie wystarczy powiedzieć, że ksiądz, wszędzie gdzie się pojawił, roztaczał przerażająco intensywny odór (bo przecież nie zapach) szpitala. Takiego najgorszego szpitala, w jakim zdarzyło wam się być.

poniedziałek, 7 września 2015

Lannerlush Plinky Plonk Golden Sands Experience



Wchodzi się tu całkiem prosto, można by nawet rzec – przyjaźnie. Furtka pod nieobecność gospodarza zawsze jest zamknięta na niepamiętną kłódkę, jednak równie niepamiętny klucz tkwi ukryty w specjalnie wyciętym w tym celu miejscu. Oczywistym dla oczu, który przywykły do tego miejsca i pojęły jego logikę, a zupełnie niezauważalnym dla chcących się tam wedrzeć. Ci zawsze po prostu przeskakują niskie ogrodzenie, zresztą wiemy coś o tym my, weterani działkowego zbieractwa.
                Pierwsze wrażenie, które rzeczywiście jest niezatarte w tym sensie, że za każdym razem daje o sobie znać w ten sam sposób od nowa, polega mniej więcej na drzewach zasłaniających las. Każdy element, obojętnie - żywy, martwy, czy coś pomiędzy, jest rozbuchany, mieniący się i mnogi. A przy tym mocno niepoważny i absurdalny, choć znajdujący się dokładnie w miejscu, w którym być powinien, nawet musi. Bez względu na to, z czego co jest połatane i jak bardzo odstające od pierwotnego przeznaczenia, niczego nie imają się tu wiatry, deszcze i upały. Elementów takich na pierwszy rzut oka jest zaś około miljona, przy bliższej, bardziej wnikliwej obserwacji – nieporównanie więcej. Już to wystarczy, żeby oszołomić. Ale wcale nienachlanie. Całe to miejsce nie zostało stworzone do oszałamiania. Przecież jego najwdzięczniejszą i przekonującą każdego cechą jest to, że bez względu na to, która to wizyta, jak długo trwała i w jakich okolicznościach, wszystko na tej niewielkiej przestrzenie pozostaje niezobowiązujące. Nie obojętne, ale mimo całego swojego stłoczonego ogromu umiarkowane. Bardzo hojny, skrajnie nieludzki gest jak na coś, czego los jest przesądzony.
                Jakie jest drugie i kolejne wrażenie? Ciężko stwierdzić, ponieważ chronologia w tym przypadku zawodzi, cienkim głosem. Można za to odczucia podzielić na te będące udziałem gospodarza, dziejące się za jego sprawą i te, mimo niego, a za serdeczną zgodą, czy przy pozornej niewiedzy. Pierwsze są z reguły bardziej wartościowe i krzepiące, drugie sięgają głębiej, łatwiej wymykają się próbom opisu. Cóż prostszego, niż zadawać pytania, które same cisną się na usta, wiedząc że odpowiedź zawsze będzie sensowna i zaskakująca? Po co ostrze piły wbite tak wysoko w drzewo? Skąd te porcelanowe ryby? Jak udało ci się zmontować coś takiego? Jeden z ostatnich sposobów dziecięcego odkrywania świata, jakie mi zostały. Nawet jeśli okupiony obowiązkowym zrywaniem czereśni w nieludzkich pozycjach, przy użyciu nadludzkich sposobów. Z drugiej strony, cóż bardziej druzgoczącego, niż pozwolić sobie przywoływać resztki wszystkich, którzy kiedykolwiek tu gościli? Deszcz moczy trawnik, niebieski dach i blaszanego koguta i bez takiego pozwolenia, jednocześnie nad tym wszystkim, na lustrzanej działce rysując cieniste smugi. Jak zmrużysz oczy, to zobaczysz, że to jedyne dowody na prawdziwość starych zdjęć. Tu kiedyś siedziała sąsiadka, tu leżał pies, obok psa stał stolik, na stoliku piwo. Całe konstelacje. Nietrudno zwątpić, skoro w tym miejscu się nie pije. Nigdy.
                Nie znaczy to bynajmniej, że mamy do czynienia z jakąś świętą enklawą. Żadnego szlachetnego osamotnienia, żadnych przestrzeni. Z tyłu, z przodu, z każdej strony gnieżdżą się miejsca zagospodarowane przez innych, w inny sposób. Trochę jak na cmentarzu. Tym bardziej, że podobnie jak tam, bardzo rzadko można tu dostrzec sąsiadów, nawet jeśli często ich słychać. Inny taki ostateczny drobiazg łączący krainę krzewów z krainą zniczy, to ulga. Na cmentarzu ledwo odczuwalna, choć natrętnie niezbywalna i drwiąca przez monopol martwych. Tutaj lekka, bez względu na okoliczności nietrwała i wszędobylska. Nawet histeryczne burze spotykają się tu z uprzejmym powątpiewaniem. Najpewniej w innym miejscu nieprzejednana, chrumcząca i pękająca czerń wyzwoliłaby w Tobie jakieś zajechane na amen myśli o własnej ulotności. W tym miejscu raczej zdajesz sobie sprawę z wszechbraku znaczenia i witasz gromy kubkiem herbaty, boso i w o wiele za dużym swetrze. Dlaczego? Bo dlaczego ojezu dobraweśsię nie? Spróbujcie patrząc na wzdętego od ciepłych deszczy trupa wycedzić – ale okropnie w tym wygląda, no beznadziejny gust. Żadna małpa nie jest na tyle mocna, stawiam wszystkie swoje łapy przeciwko garści orzechów, czy jakoś tak. Czy taka ulga, to jeszcze ulga, czy już ślepota? Żadna różnica, skoro nawet pod zasnutym na śmierć na szaro niebem nieodparcie daj o sobie znać w tym miejscu błękit. Taki błękit, że nie blaknie błękit nawet sto dni, sto kilometrów później. I przychodzi z pomocą w najbardziej obrzydliwie dusznej, pomarańczowej godzinie stolicznej, czy innej pułapki. Z pomocą z całą mocą. Czasem całościowo, jako jedno, tępe na brzegach, ogólne wrażenie. Kiedy indziej błyskawicznie, ostro i wnikliwie, jak to nieszczęsne ostrze piły zanurzone w wysokim świerku.
                Nie ma jednak niczego całkowitego bez przeciwwagi. Dlatego żeby przypadkiem nie zanurzyć się i niezawzdychać za bardzo, nawet stąd słychać świszczące z niepokojącą systematycznością pociągi. Dzięki nim świadomość tego, co na zewnątrz nie ginie, ale jest spychana na obrzeża. W okolice torów. Mówię to wszystko, ponieważ owszem krew, wymioty, rdza i obłęd i tak dalej, zgadza się, ale musi być coś, co stawia do chwiejnego pionu. Coś, co nie jest bezmyślnie energetyzujące, ale i uczące pokory wobec wszystkiego, co dzieje się mimochodem, poza nami i pogardy do wszystkiego, co ma absolutną rację i jest duże i głośne. I jest takie coś. Miejsce obłędnie bogate, a stonowane. Miejsce, gdzie można przyjść z głupią miną i żując szczaw zgłębiać arkana sztuk równie tajemnych, co bezużytecznych. Na przykład głaskania rzeczywistości, kiedy ta kopie. Opalania się po pogrzebie i spadania z drzew przed rozprawą. Przy tym wszystkim jest to przestrzeń od zawsze samowystarczalna. Pomidory rosną przez cały rok, soki w zakurzonych butelkach same przepisują swoje daty ważności, nie mówiąc już o niekończących się zapasach plastikowych sztućców, zapalniczek i pozaczynanych w lepszych czasach paczek papierosów. Czy podkradałem? Pewnie, ale tylko po to, żeby przydusić szarość małymi dawkami błękitu. Podobnej terapii poddaję się zasmarowując kolejne strony z zapałem godnym równie dobrej sprawy. Różnica i ryzyko polegają na tym, że piszę w nocy, więc mimo starań czasem wdziera mi się do głowy wizja skrzypiących drzwi szklarni, wysokich świerków, zraszacza, blaszanego koguta. I pozostałego miljona rzeczy tam się znajdujących, a każda spowita doskonałym, błękitnym mrokiem. Najbardziej przejmujący ze wszystkich obrazów miejsc, w których się bywa, a które w tym momencie stoją opustoszałe, ciemne i pełne majak. Na tyle przejmujący, że kończę zdanie, cicho zakładam starszą ode mnie bluzę mundurową i zamykając w sposób przyjazny dla snu domowników drzwi – lezę tam. Taka to siła oddziaływania. I dlatego właśnie mój Dziadek to Aphex Twin działkownictwa. Widzimy się
?

czwartek, 30 lipca 2015

Hipnagogi

 Po wszystkim, co się stało, tylko wiekowy Parker jest w stanie. W stanie nie tyle ukołysać cokolwiek do świętego spokoju, co brocząc równie wiekowym tuszem pozwolić myślom zanurkować w kolejnym kronikarskim obowiązku.
Wszystko, a może prędzej Nic, zaczęło się takiego dnia, który pewnie pośród Zadaszonych Ścian mógł wydawać się nieznośnie upalnym. Pachnące Trawy mierzwił wtedy jednak najprzyjemniejszy wiatr, jaki możecie sobie wyobrazić. Właśnie po Trawach spacerowaliśmy tego dziwnego dnia. We troje. P., Harry the Pies i ja. Nie wiem, co takiego wyprawiałem poprzedniej nocy (nic najpewniej) ale byłem niemiłosiernie tradycyjnie wymięty. P. ubrana na poły elegancko, a idąca najzupełniej arystokratycznie i mgliście. Harry do bólu zamyślony, z Absurdalnie Dużym Źdźbłem trawy między zębami. Tak mniej więcej wyglądaliśmy z daleka. Jak się czuliśmy z bliska?
Emocje Harrego, jeśli już jakieś koniecznie musiały być, to nieodgadnione.  O to, co akurat spacerowało w głowie P., należałoby pytać sprytniejszych i odważniejszych ode mnie. Bo ja byłem rozchwiany. Słowem, wszystko tak jak zwykle, że prawie nas nie było.
-słuchajcie – odchrząknął pies w mniej zarośniętym momencie – chciałbym z wami o czymś pomruczeć
Wiele ułatwiło nam spojrzenie, które wtedy wymieniliśmy ja i P., było bowiem jednym ze spojrzeń, które wyrażało przyzwolenie na wzajemne odgadywanie. Może nie tyle nawet odgadywanie, co bezkolizyjne krążenie wokół naszych myśli i przyglądanie się. Coś, co wychodziło nam bez względu na okoliczności.

-chyba pora, żebym gdzieś dalej poszedł. Nie chodzi o was, rzecz też nie w Trawach. Pachną, pewnie. Ale zadzierzgnęło mi się wokół szyi wrażenie, że gdzieś indziej pachną jeszcze i jeszcze i jeszcze. Wiecie, o co mi chodzi? – urwał z sykiem gasnącej nadziei.
Oczywiście, że wiedziałem, tyle że ta wiedza wcale nie pomagała w doborze i artykulacji słów. No to milczałem. Podobnie, no przecież że zupełnie inaczej, milczała P. zacisnąwszy usta.
-aha, zabieram też samochód. Żebyście głupio nie pytali który – golfa.
Powiedzieć, że każdy wymruczany dźwięk wbijał mnie w głębiej w budyń beznamiętnego ogłupienia, to nic nie powiedzieć. Byłem o tyle, w sensie ścisłym ogłupiony, że aż się zatrzymałem, na samym szczycie jakiegoś przyjemnie niepanoszącego się pagórka. O tyle beznamiętnie, że pustka w mojej głowie wzbogaciła się o nieprzyjemną właściwość. Tak zaczęła huczeć strasznie. P. z kolei nadal towarzyskim, spacerowym krokiem szła dalej, chociaż dalej była przecież tylko łąka, łąka, łąka i napastliwy błękit.
 A Harry the Pies zawrócił. W stronę naszego domu. Absurdalnie Duże Źdźbło trawy kołysało się w rytm jego kroków, a nieopodal majaczyła absolutnie spokrewniona z wiatrakiem bryła naszej chałupy. Wysokiej jak ja, ciemnej jak Pies, ale przecież otwartej na światło jak P.. Tak się właśnie w najdziwniejsze sposoby uzupełnialiśmy. Ja dawałem przestrzeń, Harry wypełniał ją przytulnym mrokiem, a P. przetykała promieniami słońca przysiadającymi to na okruchach w kuchni, to na zakurzonych schodach, to pomiędzy uschniętymi kwiatami. Nie przeszkadzał nam, albo po prostu nie zwróciliśmy uwagi na fakt, że Pies choć wedle własnej rachuby – gówniarz – to był od nas kilka razy starszy. Że P. – śpiewająca więcej, niż jedząca, mówiła najmniej. Czy wreszcie że ja – najgłupszy – mówiłem najwięcej. Wszystko znajdowało dla siebie przeznaczenie w samym środku wypełnialnej, choć przecież niekoniecznie, pustki. Z mojej głupoty śmialiśmy się tak, że lód brzęczał w szklankach, śpiew P. zwabiał do nas dla odmiany deszcze, a rozwaga Harrego zapobiegała mniej lub bardziej odległym katastrofom. Teraz tego wszystkiego miało zabraknąć. Perspektywa wystarczająco przerażająca sama w sobie, a dodajcie do tego to, co zobaczyłem mrużąc oczy.
Otóż zrządzeniem losy, błąkający się długo, stanowczo zbyt długo między pagórkami, wykrotami i innymi takimi przestrzeniami wiatr wpadł przez którąś szczelinę do do niedawna naszej kuchni. Wpadając wzbił pozostały po wczorajszej kolacji (psie chrupki, piwo, szaszłyki – ale dobre były) popiół. Trzy jasnoszare płatki osiadły na biurku, podłodze i zegarze. Jeden już jutro zostanie zmieciony w cholerę. Drugi, przyczepiony do buta, przewędruje w cholerę. Trzeci będzie leżał nietknięty jeszcze w cholerę czasu. Co do mnie, to siedzę teraz i zerkając kolejno na każdy z nich próbuję dojść ładu. Ileż łatwiej byłoby, gdybym zamiast pisać i opróżniać spiżarnię, mógł na spokojnie pomyśleć. Bez obawy, że kolejne sny, obrazy i chwiejące się, a rzeczywiste majaki nie dadzą mi nic, oprócz bazgrania.
Na szczęście, po wszystkim, co się stało, Parker jest w stanie.

wtorek, 24 marca 2015

Tendon Teaser

Nieczęsto miałem w życiu okazję oglądać kolekcję przyszpilonych do zakurzonych gablot motyli, ale kiedy już się zdarzało, drapowany dreszczem dystans mieszał się we mnie z fascynacją. Nie podziwiałem jednak unieruchomionych skrzydeł, nie przyglądałem się z bliska odwłokom, nie szukałem wzrokiem czułków. O wiele bardziej zajmowały mnie próby wyobrażenia sobie jak czułby się taki przyszpilony do pilśniowej płyty owad, gdyby żył. Co ciekawe, możliwość przekonania się o tym na własnej skórze wcale mnie nie ucieszyła.
Sala, w której zostałem chwilowo uwięziony była niska, choć nadrabiała imponującą powierzchnią. Zresztą krańce pomieszczenia nie dawały uchwycić się wzrokiem, głównie z powodu oślepiającego słońca. Było go wszędzie pełno, wpadało przez wysokie, łukowato zwieńczone okna, a każdy promień zdawał się zatrzymywać na moich zmrużonych oczach. Siedziałem przy pustym stole nakrytym beżowym obrusem, identyczne stały stoły przede mną, za mną, po bokach, a zewsząd dobiegały przytłumione, urywane rozmowy. Tylko ja milczałem, co delikatnie, choć widocznie zaburzało kruchą równowagę panującą w tym towarzystwie. Pewnie nawet drobiny kurzu omijały przestrzeń dookoła mnie z daleka. Od pewnego czasu słyszałem pytania i od pewnego czasu zupełnie na nie nie odpowiadałem. Ciężko było się skupić w tym miejscu, którego wystrój oscylował między salą balową klasycystycznego dworku, a stołówką ośrodku wczasowego z głębokiego PRLu. Ciągle pamiętałem jednak, żeby nie zdejmować rąk ze stołu, ani przez chwilę nie pozwalać na rozstanie spotniałych dłoni i chropowatej tkaniny. Ludzie siedzący naprzeciwko mnie zdecydowanie tego nie lubili. Nie lubili też, kiedy nie odpowiadało się na ich pytania, ale na to nie mogłem dziś nic poradzić.
- czy zdaje pan sobie sprawę z powagi sytuacji?
- czy nadal twierdzi pan, że szóstego kwietnia nie wychodził z domu?
- czy jest pan świadom, że posiadamy wyciągi z pańskiego konta?
- gdzie przebywa w tym momencie Cezary Cybulski pseudonim Czacza?
Każde kolejne zdanie wbijało mi się w głowę jak kołek, z każdym kolejnym moja głowa była bardziej pusta, żadne odpowiedzi nie pojawiały się w miejsce huczącego w różnych zakamarkach bólu.
Mogłoby się zdawać, że po tylu latach człowiek nabierze jakiejś wprawy, że głos rozsądku będzie rósł w siłę, a nie odczołgiwał się do kąta. Zasady przecież brzmią dosyć prosto - jeśli nazajutrz masz być przesłuchiwany, to nie powinieneś pić. Natomiast jeśli nazajutrz masz być przesłuchiwany przez członków Głównej Izby Mazowieckiego Biura Uświadamiania Społecznego, to zdecydowanie nie powinieneś pić, a wypiwszy szukać ukojenia u Małego Jakuba. Wszakże wszyscy zainteresowani doskonale wiedzą, że każdy, kto takiego ukojenia łaknie, znajdzie je z nieubłaganą pewnością. I nie mówię tu o jakiejś krótkotrwałej uldze, po której przebudzenie jest równie nieuchronne, co okrutne. Żadna to ulga, jeśli człowiek budzi się i jest w gorszym stanie, niż był, a sen trwał raptem trzy godziny. Paradoksalnie, ulga, która stała się moim udziałem, była jeszcze gorsza. Obudziłem się w miarę wypoczęty, zjadłem spokojnie syte śniadanie, garnitur czekał uprasowany, ja pachniałem nienajgorzej. Nawet wsiadając do podstawionego samochodu swobodnie dryfowałem jeszcze po morzach błękitu. Dopiero na widok celu podróży jako tako się ocknąłem. Jako tako, czyli wiedziałem już, jak, gdzie i dlaczego, ale nadal nie wiedziałem co. Dokładniej - co mam im odpowiadać.
Więc nie odpowiadałem.
Ja nie odpowiadałem, oni nie przestawali pytać i tak nadeszło popołudnie, dzień czwarty. Mimo całej powagi i nieustępliwości instytucji, przed którą stałem, wciąż jednak obsługiwali ją ludzie, a ci muszą jeść. No i poszli jeść, punkt godzina piętnasta, dzień już przejrzał, pora na schabowego, ziemniaki i gotowaną marchewkę z groszkiem. Na deser kompot z papierosem. Słucham? Nie, nic innego nie ma, ani dziś, ani nigdy. W zasadzie pytanie o coś innego zakrawało w moim przypadku o hipokryzję, sam przecież od czterech dni spożywałem to samo, też punktualnie o piętnastej, żadnych niespodzianek. Była w tym jakaś homeostaza, ja między klombami katujący płuca, Andrzej, Henryk, Bożena i Janusz na stołówce, w ciszy, w zapamiętaniu, ledwie co czujący smak przez całą tę odpowiedzialność, ale wciąż na nowo czyniący z procesu miażdżenia, rozdrabiania i połykania, akt na wzór modlitwy. Najwidoczniej coś na wzór modlitwy wystarczy, żeby zadziałało, ewentualnie Macka Chaosu delikatnie, niezauważalnie chlasnęła po szerokości geograficznej, w której akurat się znajdowałem i nadała schabowym właściwości Ulgi. Nikt, kto poczuje Ulgę nie ma już ochoty dręczyć bliźnich niewygodnymi pytaniami, albowiem woli słuchać ironicznej muzyki i jeść chrupki do końca swoich dni, czyli przez jakieś następne trzy, cztery godziny. Tylko to mnie uratowało, chociaż może nie do końca. Bo czy można nazwać wybawieniem sytuację, w której słońce chyli się ku zachodowi, a dom leży o kilka horyzontów od jakiegoś głodnego, półtrzeźwego Stąd piechotą? I to bez słuchawek! Wlekąc się noga za nogą wzdłuż asfaltowej nitki zacząłem z nudów wymyślać, a po paru kilometrach poczułem, że Macka też się chyba nudzi, bo rejestruje i publikuje wszystko, co wymyśliłem. Jeśli i Wy się nudzicie, to posłuchajcie krótkiej, acz dramatycznej historii o tym, jak Skrajnie Niedorozwinięta Prawica przeprowadziła w naszym pięknym kraju rewolucję, jak opozycja została zepchnięta do podziemia, a nawet na ogródki działkowe, jak Duchowy Przywódca Cezary "Czacza" stwierdził, że ma to w dupie i pójdzie fazować na bagnach i co z tego wszystkiego wynikło.

niedziela, 22 marca 2015

Claustrum

                                              "Baby... tonight you sleep at Kenny's house"

Rychłe niebezpieczeństwo, strwożona bieda i mdły cień czaiły się dookoła mnie od pewnego czasu, jak zwykle - jak zwykle, więc bez ekstrawaganckich objawów. Niepokoiło mnie tylko uczucie narastania. Na początku zmory migały tylko gdzieś w oddali, powodując umiarkowane dreszcze, później zaczęły przemykać między jednym a drugim kątem oka, wreszcie napadały mnie znienacków, chwytały za nochal i uciekały chichocząc z czeluści śmierdzących gardeł. Miarka przebrała się, kiedy w przeciągu trzech krótkich godzin szesnaście razy budziłem się przygważdżany do materaca i zupełnie sparaliżowany przez dziesiątki najpokraczniej wykrzywionych w swojej zwierzęcości twarzy. Jestem gorącym zwolennikiem snu długo i jedzenia dużo, dlatego też szparko wziąłem się za poszukiwanie drogi ucieczki. Moje horyzonty są zazwyczaj znacznie ograniczone przez zbitą stoliczną zabudowę, jednak tym razem udało mi się na kilka chwil wznieść ponad wyżyny. Nie było to wprawdzie specjalnie wysoko, ale w szybko zapadającym wiosennym zmierzchu dostrzegłem lśniącą złotawo-zielonym blaskiem nitkę prowadzącą na Wschód. Co tam, na Wschodzie się kryło - mogłem się tylko domyślać, ale jest to kierunek na tyle przeze mnie lubiany, że bez namysłu puściłem się w drogę tak szybko, jak pozwalały mi na to Koleje Mazowieckie. Czyli około 60 km/h. Jak powszechnie wiadomo, upiory mogą pędzić z maksymalną prędkością 66 km/h, jednak skutkuje to u nich niewiarygodnie szybkim rozwojem próchnicy i głęboką niechęcią do zjadania kogokolwiek. Tylko i wyłącznie dlatego udało mi się zostawić je, upiory te, daleko w tyle. Na tyle daleko, że kiedy wysiadałem na dworcu w Siedlczy, wieczorne powietrze zdawało się nawet wonieć delikatnie nadzieją. No i kebabem. I papierosami. W końcu to Siedlcza.

                                                            "Zalej świat, utop świat"

Można być przyzwyczajonym do niekończących się pasaży aptek, lombardów, sklepów z epapirosami, sklepów z tanią odzieżą i sklepów nocnych. Można ich nienawidzić, można im ulegać, ale tylko tutaj da się z łagodnym uśmiechem je akceptować ze względu na ulokowanie w tak sympatycznych, symptomatycznych, synkretycznych zakamarkach miasta. Do jednego z takich zakamarków zmierzałem i w jednym z tych zakamarków niemal mnie dopadło. Wszystko na raz. Wściekłe i zwielokrotnione przez pokonane kilometry. Kiedy ozdobione chwiejnymi strąkami śliny mordy były już tuż, tuż obok mojego papierosa, powietrze nagle stężało, zapach dymu i nadziei wzmógł się, a księżyc zaświecił mocniej. To na jego tle zobaczyłem coś monstrualnego, niewyobrażalnego, tak złowrogiego, że zachodnie furie nie umywają się, a rejterują w stronę stolicy z podkulonymi ogonami. Macka Chaosu prężyła się w całym swoim infernalnym majestacie, emanując podlaską dzikością i potęgą nieznaną w pneumatycznym szkielecie warszafki. Kiedy wreszcie opuściłem wzrok, na murze przede mną jaśniał już nabazgrany szprejem napis -

                                               "Lecz cieniom nagle zbrakło sił
                                                A cień się mrokom nie opiera"

A obok
SKUTERY I TRAWA

Nie sposób było dłużej opierać się znakom na niebie i ziemi, głupotą byłoby dłużej kusić los, dłuższe wstrzymywanie rozpuszczonych i rozdygotanych nóg zakrawałoby na okrucieństwo. Uskrzydlony błogosławieństwem własnej matki i szyderczo napędzany przekleństwami rzucanymi przez stoliczne strzygi, nie zwlekając popędziłem do jedynej takiej piwnicy w mieście. Motur wiszący na ścianie, kraty pomostowe, samochodowe siedzenia, łańcuchy i wszechobecna czerwień zdążyły mi spowszednieć, ale już od wejścia (biletowanego, profesjonalnie) uderzył mnie nowy element wystroju.
Było ich mniej więcej czterech. Mniej więcej, bo w tego typu towarzystwie często w grę wchodzą byty astralne, równoległe światy, schizofreśki i inne takie. Wszyscy z dumnie wpiętymi w czarne koszule przypinkami POST ROCK PYLY. Wszyscy chłodni i opanowani, a może tylko zamuleni? Wszakże stało przed nimi nie lada wyzwanie - tak rozpocząć wieczór, żeby wszyscy pozostali musieli się dużo mocniej napocić budząc podobne emocje. Był to mój pierwszy raz na żywo z ZACNĄ KAPELĄ XDDDDDDDD pod tytułem Obsuńrence (wersja dla fanek), ewentualnie Odsuńrence (wersja dla niefanek). Nie mam takiego porównania jak Wszędobylska Małpa Optymalności zwana również Arturem, ale i tak mogę już Wam, Szanownym Czytelnikom zaspoilerować:
JANUSZ I PSZYJACIELE ZAGRALI TEGO WIECZORU DRUGI NAJLEPSZY KONCERT.
Na taką, a nie obiektywną oceną rzeczonego wieczoru złożyło się wiele czynników, o niektórych nawet postaram się napisać.
                                                   "I'll take that D-train
                                                    Take it down
                                                    To the Brighton Beach"


Napisać, że nawet nie chodzi aż tak o muzykę, chociaż przecież z oczywistych względów też. Byłoby zbrodnią przeciwko Dobrym Rzeczom, a takie zbrodnie karane są naganą, gdybym pozwolił sobie zapomnieć o tak gadających gitarach. Bo to je tak - są tacy, którzy cośtam plumkają na gitarze. Są tacy, którzy potrafią na niej grać, i takich jest większość. Są grajkowie, których instrumenty sycą się procentami oraz dymem i do nich należy Czarek. No i są ludzie (?), w rękach których gitary zaczynają gadać, a gadając opowiadać historie. Osobiście poznałem dwóch takich - Maćka Jaszczura ZeroPół oraz Srogiego Janusza, o którym dziś mowa. Gdybym próbował oceniać któren ma w sobie więcej potencjału, a któren jest większym wirtuozem, to patriotyczna, czyli biało-czerwona maź pewnie za chwilę zdobiłaby mój monitor, a kto wie, czy jakieś inne wybuchy na mieście by się nie powyczyniały. Nie chciałbym tak i dlatego poprzestanę na stwierdzeniu, że gitara w Obssęwieńce jest najważniejsza. Niepodważalnie. Bas pędził na podobne złamanie karku i zatrzymywał się równie gwałtownie, dodając całości impetu, a jelitom bodźców, ale bas to bas - jak śpiewał brat mojego byłego wykładowcy: "to już nie to samo". Zarówno perkusja, jak i wokal wyraźnie cierpiały momentami to na dychawicę, to na brak fantazji, ale przez większość czasu dzielnie dotrzymywały kroku narracji opowieści i choćby za to należy im się ukłon. Jednak nie o tym miała być pisanina, a przynajmniej nie to sprawiło, że stojąc sobie grzecznie z piwem pod sceną i kiwając głową, powziąłem myśl o popełnieniu niniejszej.
                                                     
                                                       "I na chwil kilka miękko zamilknij
                                                       Niech ją zaleje
                                                       Niech go obleje"

Dużo bardziej uderzyła mnie, ale tak przyjemnie, bezpośrednia, szczera i przez wspomniane niedociągnięcia bardziej wiarygodna porządność. Taka zupełnie bezpretensjonalna, dająca odpór zupełnie znienawidzonej, a wielokrotnie zamaskowanej Biedzie. Mogę sobie zwyczajnie dopowiadać z nudów, ale poczułem też coś jakby ładną harmonię między celem, a staraniami do niego prowadzącymi. Każdy jeden (no dobra, prawie każdy) dźwięk brzmiał jak spełnienie pokątnej Desideraty uformowanej przez ciemne i głośne okoliczności, w niczym nie przypominające zatęchłego doświadczenia.
 Słyszałem gdzieś, że wiosna ma nieść nadzieję. To nieprawda, a już na pewno nie dla kogoś kto widzi jak te wszystkie trupie jady nabrzmiałe przez zimę, wybuchają pękami zielonych, oczywiście że zielonych, koniecznie zielonych, niemych stworów. Dużo więcej nadziei poczułem w wykonawcach "The power behind the throne" (swoją drogą piękny tytuł kawałka dla supportu), więcej nawet niż w nikłym zapachu na dworcu. Nadziei na co? Może na jakiś szumnie rozumiany sukces, a może tylko na przywrócenie starych, mocnych czasów, kiedy to nawet powietrze przed klubem pękało w szwach z powodu doskonale znających się tłumów.

                                                     "Niezwykła nieludzka
                                                       Nieprzyzwoitość"

Co do reszty wykonawców - Aghrthgrhthartgrthgthrth zagrał tak, jak grało się dwadzieścia lat temu. Może i fajnie, z przytupem (z przytupem to są wesela), ale na dłuższą metą - po co? Cover Behemotha, na który mało kto by się porwał, wyszedł im za to nie tyle dobrze, co bezboleśnie, a to już coś.
Na Minetaurze utrzymywałem pozycję pionową chyba tylko dzięki zwisającej opiekuńczo nad Pięcioma Sztukami Macce Chaosu. Szybko, dużo, głośno, mocno, kurwasz, jego, mać.
Natomiast dlaczego Traces to Nowhere tak mi się podobało i dlaczego tak przywodziło na myśl Detroit - nie wiem, nie opiszę, bo okoliczności, które to sprawiały i które uplasowały ten zespół na pierwszym miejscu wywietrzały bezpowrotnie.
Minął też paraliżujący ból w karku, który musiałem pokonać w drodze do Strefy Komfortu. Szkoda, że jej granice są tak wąskie. Nie, to wcale nie jest dobrze, ani motywująco. Żaden z trupów znalezionych ostatnio  nad Siedleckim Zalewem i w kanale wystawowym Parku Skaryszewskiego, nie był w strefie komfortu, kiedy umierał. I to nie znaczy, że założył startupa i poszedł pobiegać. Mnie z tego miejsca wygania świadomość, że mogłem znaleźć jednego i drugiego, byłem naprawdę o jedno machnięcie skrzydłami motyla od tego. Droga powrotna wiedzie przez ciasne mieszkanie na Grochowie, gdzie jest Ona i gdzie jest Harry the Psi Syn, aż po wspomnienie występu Bobsonkrence. Warto było tam być. Warto jest mieć gdzie mozolnie wracać. Czy warto mozolnie o tem pisać nie wiem, bo uwiera mnie świadomość, że trzech czwartych tu nie ma. Ale tak jest zawsze, wszędzie, że trzech czwartych nie ma. NO CHYBA, ŻE TO KONCERT ODWRÓĆSKRĘCE. TAM JE SZYSKO.


https://www.facebook.com/ObsolenceOfficial
https://www.facebook.com/tracestonowhere
https://www.facebook.com/Minetaurband
https://www.facebook.com/agarrthofficial


AHA, NIKT MI NIE ZAPŁACIŁ ZA TO.
SZKODA.
JAKBY KTOŚ CHCIAŁ MI ZAPŁACIĆ ZA PISANIE TO PROSZĘ DAĆ ZNAĆ.

wtorek, 27 stycznia 2015

Trauermarsche

Dookoła mnie znów nastaje cisza. Tylko ktoś, kto zaprzyjaźnia się z ciszą po tylu godzinach, westchnięciach i nocach wysiłków jest w stanie docenić ją w całej, wprawdzie pustawej, ale zawsze - krasie. Część z Was pewnie dobrodusznie uznała, że cisza dookoła nastała wraz z wygaśnięciem hecy w mieszkaniu obok. Druga część, ta bardziej przebojowa, zapytana odparłaby, że cisza nastała wraz z zamknięciem mojej mordy. Jedni i drudzy są, jesteście. Dzie? W błędzie. Zawsze i wszędzie. Najpewniej budowniczowie tej dziwnej bryły po złej stronie miasta, w której w danem czasie przebywam musieli poświęcić i poświęcili więcej. Jak znam życie, to również ci, którzy coś, co wcześniej w danem czasie stało w miejscu obecnie mojej bryły, musieli rozpieprzyć - takowoż. To są jednak zgadywanki, a te nie przystoją (polecam sprawdzić, czy taka forma jest poprawna) ludziom głęboko przekonanym o swoim poświęceniu.
Głęboko przekonana o swoim poświęceniu jest nieświęta Teresa Przykładowa, które telepała się przed moje kaprawe oblicze, nieprawdaż, tyle a tyle kilometrów, tylko po to, żeby przekonać się, że książek z powodu kary wypożyczyć nie może. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, to współczucie i pogarda do pani Teresy buzują we mnie w równych proporcjach, ale tylko do godziny osiemnastej (dwudziestej w piątki). Tak konkretny przedział czasowy, powodowany jest tym, że nawet gdybym chciał mieć jakieś inne emocje na uwadze (a nie chcę), to i tak tuż po tym słynnym Wyjściu z Roboty dopada mnie, unieważniając wszystko po drodze, dojmujący i irracjonalny smutek. Taki, że nawet wcale niefajny, ale prawdziwie smutny smutek. Trawię go, tego smutka, przez całą drogę powrotną i ani chwili dłużej, ponieważ im bliżej mojej bryły, tym bardziej przypominam sobie o chybotliwie uzyskanej i nigdy nie zaklepanej na amen ciszy.
Co ty z to ciszo ci przeszkadza w spaniu co zwierzaku
Otóż już mówię!
Co uważniejsi z P.T Czytelników pamiętają, a może nawet wiedzą sami z siebie, że nocą nad Warszawą wyją upiory. Głośno, przeraźliwie. Ulgę pozwalającą o nich zapomnieć nieśli sąsiedzi. Ale po pewnym czasie również za ich sprawą zacząłem domagać się ulgi. Którą to otrzymawszy, musiałem wrócić myślą i słuchem do stolicznych upiorów. To tak w skrócie.
Ze względu na krew sączącą się z uszu i oczu i brudzącą wokół wszystko niemalże, problem stał się jednym z tych, co wymagają nagłych, gwałtownych rozwiązań. Po pewnym czasie spędzonym na poszukiwaniach, takie rozwiązanie stało się moim udziałem, ale dotąd nie wiem, czy suszyć z tego powodu zęby, czy żałować.
Z jednej strony trzeci, nieoczekiwany lokator mojej - a może pardon, naszej - bryły znakomicie odstraszał wszystkie górno- i dolnolotne zjawy i stwory. Nie dawał żadnemu monstrum czasu na podpełznięcie pod kryjące mnie, nas wysokie, szare i pokryte grzybem mury. Sprawdzał się ten nasz permanentny gość znakomicie, nie wykazując żadnych przejawów znużenia swoją rolą.
Z drugiej jednak strony, Harry, bo tak miał na imię, okazał się być wymagającym stróżem. Częsty i znaczny kontakt z pomiotami obłędu przyprawiał go widać o różne niezdrowe humory, które krążyły w żyłach i raz na czas jakiś opuszczały organizm jedyną nieszkodliwą drogą znaną weterynarii. Smród był w takich sytuacjach przepotężny. Zezwierzęcenie, które jest typowym objawem opętania udzielało się chyba naszemu obrońcy, bo człapał niemal wyłącznie na czterech łapach. Wyjątki stanowiły sytuacje, w których postanawiał ukraść coś ze stołu, biurka, szafki. Wtedy z niekłamaną dumą wspinał się i dopadał, kłapiąc szczękami, upatrzony z dołu cel. Aby zapobiec kompletnemu bankructwu zaczęliśmy przenosić kolejne produkty spożywcze, tworzywa sztuczne, ozdoby, przedmioty użytku codziennego i WOGLE SYĆKO coraz to wyżej ku górze, ku niebu, które podobno bywa nadal błękitne. W ten właśnie sposób od góry tłamsiły mnie, nas demony, a u dołu czyhał równie bezwzględny obrońca - może nawet bardzo, bardzo dawno temu anioł. Moja wspaniała dusza nie mając gdzie się podziać w targanym siłą o jednakim kierunku, lecz przeciwnych zwrotach (GIMNAZJUM DZIAŁA) ciele, postanowiła uciec w przód. Czyli wywalić mi bambaryło. Dlatego nie jestem już chudy. ALE GRUBY TEŻ JESZCZE NIE.

niedziela, 25 stycznia 2015

Taklamakan

Nocą w Warszawie wyją upiory. Niewprawne ucho nie wyłowi ich zgrzytliwego jęku z tego, co zwykło się uważać za "odgłosy miasta", a co tak naprawdę jest potwornym zwyrodnieniem zaszczepionym nam w mózgach w intencji spowszednienia i źle rozumianej ulgi. Wiele umazanych pomarańczową łuną nocy spędziłem bezsennie na nasłuchiwaniu. Dobrze rozumiana ulga przychodziła z każdym odgłosem wybijającym się z tego przyprawiającego o mdłości mezaliansu - monotonna dychawica i zjeżony wrzask. Serio, z prawdziwą ulgą pozwalałem swojej uwadze odwrócić się od tych wszystkich efekciarskich obłędów i skupić na hecach wyprawianych za ścianą.

Dokładny kształt mieszkania obok pozostaje mi nieznany po dziś dzień, mimo że któregoś mglistego ranka okazja, żeby podejrzeć scenę rzeczywiście przypełzła (we mgle zawsze się pełza). Niemniej po kilku nocach odrobinę orientowałem się co gdzie i jak. Jak nietoperz. Ogólnego schematu hecy też się nauczyłem, bo pojętny ze mnie chłopak.
Najpierw wszystko wygląda jak spotkanie towarzyskie. Siedzą sobie we czworo, czasem brzęknie butelka, czasem ktoś zechce wyraźniej zaakcentować swoje zdanie - można wtedy wyłapać poszczególne słowa.
Głos gospodarza jest najniższy i słychać go najlepiej. Ma ustalone, nie do zachwiania poglądy na życie, wie co należy robić, a czego nie, jest pewien swojej ścieżki.
Jego gość częściej słucha, niż mówi. Imponuje mu barytonowy znajomy, wyraźnie czuje różnicę między sobą, a nim i nawet jeśli z czymś się nie zgadza, to woli zarżeć i zachłysnąć się milknącym w odosobnieniu śmiechem, niż dopuścić do konfrontacji. Najwyraźniej miał okazję przekonać się, jak wyglądają takie konfrontacje i czym się kończą.
Trzecia z osób jest równocześnie drugim lokatorem. Głośno chichocze, czasem wznosi okrzyki mające być celebracją dobrej zabawy. Upija się najszybciej, jest odpowiedzialna za szczęk przewracanej zastawy i głuche huknięcia nieszczęsnych krzeseł. Całym tym hałasem próbuje chyba zagłuszyć swoją historię. Na początku tylko ją wymyślałem, ale im dalej w las, tym bardziej kolejne szczegóły, niewiele większe od okruchów szkła na podłodze potwierdzały całą monstrualność banału. Bez problemów i bez pudła zobaczyłem, jak poznaje go jeszcze w technikum i od razu wpada po uszy. Mniejsza z tym w co. Wszystkie Karyny zazdroszczą jej chłopaka starszego o pięć lat, z własnym samochodem, z mieszkaniem, ze znajomościami. Bez zbędnych ceregieli wprowadza się do rzeczonego mieszkania. W tygodniu robi w zasadzie co jej się podoba, byleby zawierało to zakupy. W weekendy jest czas na zabawę. On jest zmęczony robieniem interesów, musi się zrelaksować. Zaprasza kolegę. Żeby było jej raźniej - z koleżanką. Ona poniedziałkowe poranki rzyga jak kot. Chociaż nie do końca jak kot. Musi robić to cicho, bo on odsypia.
Jest jeszcze rzeczona i rzeczowa koleżanka. Typ krytyczny, pije mało, więc myśli, że jej wolno. Ma podobnie jak Gospodarz ustalony raz na zawsze światopogląd, ale się z nim aż tak nie afiszuje, bo woli wydymać pogardliwie usta. Do tego wychodzi najwcześniej.
Więc do Pewnego Momentu siedzą, gadają, palą cienkie mentolowe i piją. Co piją? Nie posunę się do stwierdzania czegokolwiek z absolutną pewnością, ale sądząc po odgłosach - jakieś lechy, jakieś absoluty. Natomiast od Pewnego Momentu już nie gadają, bo trzy zapętlone w czterdziestoośmiogodzinną nieskończoność - piosenki? kawałki? utwory? techniafki? - niestrudzenie, bo bez trudu przebijają się przez ściany, podłogi, sufity, słuchawki. Jest to etap do Kolejnego z Momentów bardzo kojący przez swoją pozorną bezustanność. Zawsze jednak coś go (przez zapomnienie nieoczekiwanie, a przez niespodziewanie dramatycznie) przerywa. Najczęściej głośniejszy od innych upadek, ciągnący za sobą inne, mniejsze, oraz nieartykułowany krzyk. Po krzyku nie trzeba już za bardzo niczego oddzielać Momentami bo heca zaczyna na łeb, na szyję trwać coraz bardziej, szybciej i - tu bez niespodzianek - głośniej.
Ona trzaska, przewraca, szamocze się i krzyczy, żeby ją zostawić i wypierdalać, choć nikt nie trzyma. On mówi do niej, racjonalnie, logicznie, z początku cicho, ale dajmy mu trochę czasu, dajmy mu się rozgrzać, nie uprzedzajmy faktów, nie duśmy rodzącego się powoli, konsekwentnie syku. Ona trwa cały czas wysoko, buja w górnych rejestrach, nie męczy się tym chyba wcale, on ją powoli dogania, dołącza, w końcu też się drze i ciągnie za sobą na dół, w ciszę. Ciszę, które nastaje regularnie, żeby zrobić miejsce na odgłosy zapasów. On sapie, ona stęka, butelki rozpaczliwie chcą zejść im z drogi, ale trasy ich splecionych kroków nie da się przewidzieć. Zahaczają o szafę, krzesło, lodówkę. W końcu udaje się jej uciec, co jest znaczone trzaśnięciem drzwi i klaskaniem bosych stóp na linoleum. Gdyby nie obowiązki gospodarza sam też wybiegłby od razu, ale te kilka piw i kilka kolejek to chyba dla niego nic, bo pamięta o zachowaniu twarzy. Z udawanym spokojem podnosi krzesła, przeprasza gości, ubiera się odpowiednio do pogody i dopiero rusza w pościg. Nie musi ścigać długo, bo do niej dopiero teraz dotarły wszystkie emocje, różnica temperatur wyciągnęła alkohol na sam wierzch, a schody na klatce zaczęły wydawać się bardzo gościnne. Korytarz ma nieco inną specyfikę akustyczną, ale mimo stłumienia i echa daje się rozróżnić wzajemne podchody jej szlochów i jego cierpliwych tłumaczeń.
Jeśli chodzi o to, co dzieje się w tym czasie za ścianą, to interpretacja wymaga nie lada słuchu i skupienia, ale trening czyni mistrza. Osobiście to mój ulubiony moment. Intymne On i Ona są zajęci gdzie indziej, na wersalce zostały niezręczne Kolega i Koleżanka. Jedno z nich z pali i dziubie w telefon, wszystko zaś z niesmakiem, drugie natomiast zaczyna się pocić i czyni zupełnie niepotrzebne starania w kierunku podtrzymania rozmowy. Zgadnijcie które kto co. Po dłuższej z natury chwili któreś decyduje się wykazać i zaczyna zbierać butelki, wietrzyć mieszkanie, zmywać.
Jak wiadomo Warszawa przoduje we wszystkim i lubi to okazywać, więc woda w warszawskich kranach osiąga niespotykaną nigdzie indziej temperaturę i ciśnienie.  Dlatego też nie słychać już nic więcej, tylko szum nie zakręconej nigdy wody i zapętlony bas. Oczywiście tylko do czasu, do tego wieczora, tego momentu, kiedy ktoś zaniepokojony postanowi przerwać impas i sprawdzić co się dzieje, kiedy wejdzie tam policjant, sanitariusz, ksiądz po kolędzie. Każdy z nich zobaczy co innego i tylko ja widzę wszystkie scenariusze, ale szybko, zbyt szybko te wymyślone na jawie mieszają się z tymi, które przytargała w pysku spuszczona ze smyczy na czas snu wyobraźnia. Pewne jest tylko to, kto na pewno nie przeżył. Tak, tak, to akurat zgadliście - Ona.
Nie jest to zresztą aż tak ważne, liczy się efekt końcowy, który jest ni mniej, ni więcej taki, że po załatwieniu wszystkich formalności, po uprzątnięciu wszystkiego, co jest do uprzątnięcia i po zaplombowaniu drzwi, dookoła mnie znów nastaje cisza.