Dookoła mnie znów nastaje cisza. Tylko ktoś, kto zaprzyjaźnia się z ciszą po tylu godzinach, westchnięciach i nocach wysiłków jest w stanie docenić ją w całej, wprawdzie pustawej, ale zawsze - krasie. Część z Was pewnie dobrodusznie uznała, że cisza dookoła nastała wraz z wygaśnięciem hecy w mieszkaniu obok. Druga część, ta bardziej przebojowa, zapytana odparłaby, że cisza nastała wraz z zamknięciem mojej mordy. Jedni i drudzy są, jesteście. Dzie? W błędzie. Zawsze i wszędzie. Najpewniej budowniczowie tej dziwnej bryły po złej stronie miasta, w której w danem czasie przebywam musieli poświęcić i poświęcili więcej. Jak znam życie, to również ci, którzy coś, co wcześniej w danem czasie stało w miejscu obecnie mojej bryły, musieli rozpieprzyć - takowoż. To są jednak zgadywanki, a te nie przystoją (polecam sprawdzić, czy taka forma jest poprawna) ludziom głęboko przekonanym o swoim poświęceniu.
Głęboko przekonana o swoim poświęceniu jest nieświęta Teresa Przykładowa, które telepała się przed moje kaprawe oblicze, nieprawdaż, tyle a tyle kilometrów, tylko po to, żeby przekonać się, że książek z powodu kary wypożyczyć nie może. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, to współczucie i pogarda do pani Teresy buzują we mnie w równych proporcjach, ale tylko do godziny osiemnastej (dwudziestej w piątki). Tak konkretny przedział czasowy, powodowany jest tym, że nawet gdybym chciał mieć jakieś inne emocje na uwadze (a nie chcę), to i tak tuż po tym słynnym Wyjściu z Roboty dopada mnie, unieważniając wszystko po drodze, dojmujący i irracjonalny smutek. Taki, że nawet wcale niefajny, ale prawdziwie smutny smutek. Trawię go, tego smutka, przez całą drogę powrotną i ani chwili dłużej, ponieważ im bliżej mojej bryły, tym bardziej przypominam sobie o chybotliwie uzyskanej i nigdy nie zaklepanej na amen ciszy.
Co ty z to ciszo ci przeszkadza w spaniu co zwierzaku
Otóż już mówię!
Co uważniejsi z P.T Czytelników pamiętają, a może nawet wiedzą sami z siebie, że nocą nad Warszawą wyją upiory. Głośno, przeraźliwie. Ulgę pozwalającą o nich zapomnieć nieśli sąsiedzi. Ale po pewnym czasie również za ich sprawą zacząłem domagać się ulgi. Którą to otrzymawszy, musiałem wrócić myślą i słuchem do stolicznych upiorów. To tak w skrócie.
Ze względu na krew sączącą się z uszu i oczu i brudzącą wokół wszystko niemalże, problem stał się jednym z tych, co wymagają nagłych, gwałtownych rozwiązań. Po pewnym czasie spędzonym na poszukiwaniach, takie rozwiązanie stało się moim udziałem, ale dotąd nie wiem, czy suszyć z tego powodu zęby, czy żałować.
Z jednej strony trzeci, nieoczekiwany lokator mojej - a może pardon, naszej - bryły znakomicie odstraszał wszystkie górno- i dolnolotne zjawy i stwory. Nie dawał żadnemu monstrum czasu na podpełznięcie pod kryjące mnie, nas wysokie, szare i pokryte grzybem mury. Sprawdzał się ten nasz permanentny gość znakomicie, nie wykazując żadnych przejawów znużenia swoją rolą.
Z drugiej jednak strony, Harry, bo tak miał na imię, okazał się być wymagającym stróżem. Częsty i znaczny kontakt z pomiotami obłędu przyprawiał go widać o różne niezdrowe humory, które krążyły w żyłach i raz na czas jakiś opuszczały organizm jedyną nieszkodliwą drogą znaną weterynarii. Smród był w takich sytuacjach przepotężny. Zezwierzęcenie, które jest typowym objawem opętania udzielało się chyba naszemu obrońcy, bo człapał niemal wyłącznie na czterech łapach. Wyjątki stanowiły sytuacje, w których postanawiał ukraść coś ze stołu, biurka, szafki. Wtedy z niekłamaną dumą wspinał się i dopadał, kłapiąc szczękami, upatrzony z dołu cel. Aby zapobiec kompletnemu bankructwu zaczęliśmy przenosić kolejne produkty spożywcze, tworzywa sztuczne, ozdoby, przedmioty użytku codziennego i WOGLE SYĆKO coraz to wyżej ku górze, ku niebu, które podobno bywa nadal błękitne. W ten właśnie sposób od góry tłamsiły mnie, nas demony, a u dołu czyhał równie bezwzględny obrońca - może nawet bardzo, bardzo dawno temu anioł. Moja wspaniała dusza nie mając gdzie się podziać w targanym siłą o jednakim kierunku, lecz przeciwnych zwrotach (GIMNAZJUM DZIAŁA) ciele, postanowiła uciec w przód. Czyli wywalić mi bambaryło. Dlatego nie jestem już chudy. ALE GRUBY TEŻ JESZCZE NIE.
wtorek, 27 stycznia 2015
niedziela, 25 stycznia 2015
Taklamakan
Nocą w Warszawie wyją upiory. Niewprawne ucho nie wyłowi ich zgrzytliwego jęku z tego, co zwykło się uważać za "odgłosy miasta", a co tak naprawdę jest potwornym zwyrodnieniem zaszczepionym nam w mózgach w intencji spowszednienia i źle rozumianej ulgi. Wiele umazanych pomarańczową łuną nocy spędziłem bezsennie na nasłuchiwaniu. Dobrze rozumiana ulga przychodziła z każdym odgłosem wybijającym się z tego przyprawiającego o mdłości mezaliansu - monotonna dychawica i zjeżony wrzask. Serio, z prawdziwą ulgą pozwalałem swojej uwadze odwrócić się od tych wszystkich efekciarskich obłędów i skupić na hecach wyprawianych za ścianą.
Dokładny kształt mieszkania obok pozostaje mi nieznany po dziś dzień, mimo że któregoś mglistego ranka okazja, żeby podejrzeć scenę rzeczywiście przypełzła (we mgle zawsze się pełza). Niemniej po kilku nocach odrobinę orientowałem się co gdzie i jak. Jak nietoperz. Ogólnego schematu hecy też się nauczyłem, bo pojętny ze mnie chłopak.
Najpierw wszystko wygląda jak spotkanie towarzyskie. Siedzą sobie we czworo, czasem brzęknie butelka, czasem ktoś zechce wyraźniej zaakcentować swoje zdanie - można wtedy wyłapać poszczególne słowa.
Głos gospodarza jest najniższy i słychać go najlepiej. Ma ustalone, nie do zachwiania poglądy na życie, wie co należy robić, a czego nie, jest pewien swojej ścieżki.
Jego gość częściej słucha, niż mówi. Imponuje mu barytonowy znajomy, wyraźnie czuje różnicę między sobą, a nim i nawet jeśli z czymś się nie zgadza, to woli zarżeć i zachłysnąć się milknącym w odosobnieniu śmiechem, niż dopuścić do konfrontacji. Najwyraźniej miał okazję przekonać się, jak wyglądają takie konfrontacje i czym się kończą.
Trzecia z osób jest równocześnie drugim lokatorem. Głośno chichocze, czasem wznosi okrzyki mające być celebracją dobrej zabawy. Upija się najszybciej, jest odpowiedzialna za szczęk przewracanej zastawy i głuche huknięcia nieszczęsnych krzeseł. Całym tym hałasem próbuje chyba zagłuszyć swoją historię. Na początku tylko ją wymyślałem, ale im dalej w las, tym bardziej kolejne szczegóły, niewiele większe od okruchów szkła na podłodze potwierdzały całą monstrualność banału. Bez problemów i bez pudła zobaczyłem, jak poznaje go jeszcze w technikum i od razu wpada po uszy. Mniejsza z tym w co. Wszystkie Karyny zazdroszczą jej chłopaka starszego o pięć lat, z własnym samochodem, z mieszkaniem, ze znajomościami. Bez zbędnych ceregieli wprowadza się do rzeczonego mieszkania. W tygodniu robi w zasadzie co jej się podoba, byleby zawierało to zakupy. W weekendy jest czas na zabawę. On jest zmęczony robieniem interesów, musi się zrelaksować. Zaprasza kolegę. Żeby było jej raźniej - z koleżanką. Ona poniedziałkowe poranki rzyga jak kot. Chociaż nie do końca jak kot. Musi robić to cicho, bo on odsypia.
Jest jeszcze rzeczona i rzeczowa koleżanka. Typ krytyczny, pije mało, więc myśli, że jej wolno. Ma podobnie jak Gospodarz ustalony raz na zawsze światopogląd, ale się z nim aż tak nie afiszuje, bo woli wydymać pogardliwie usta. Do tego wychodzi najwcześniej.
Więc do Pewnego Momentu siedzą, gadają, palą cienkie mentolowe i piją. Co piją? Nie posunę się do stwierdzania czegokolwiek z absolutną pewnością, ale sądząc po odgłosach - jakieś lechy, jakieś absoluty. Natomiast od Pewnego Momentu już nie gadają, bo trzy zapętlone w czterdziestoośmiogodzinną nieskończoność - piosenki? kawałki? utwory? techniafki? - niestrudzenie, bo bez trudu przebijają się przez ściany, podłogi, sufity, słuchawki. Jest to etap do Kolejnego z Momentów bardzo kojący przez swoją pozorną bezustanność. Zawsze jednak coś go (przez zapomnienie nieoczekiwanie, a przez niespodziewanie dramatycznie) przerywa. Najczęściej głośniejszy od innych upadek, ciągnący za sobą inne, mniejsze, oraz nieartykułowany krzyk. Po krzyku nie trzeba już za bardzo niczego oddzielać Momentami bo heca zaczyna na łeb, na szyję trwać coraz bardziej, szybciej i - tu bez niespodzianek - głośniej.
Ona trzaska, przewraca, szamocze się i krzyczy, żeby ją zostawić i wypierdalać, choć nikt nie trzyma. On mówi do niej, racjonalnie, logicznie, z początku cicho, ale dajmy mu trochę czasu, dajmy mu się rozgrzać, nie uprzedzajmy faktów, nie duśmy rodzącego się powoli, konsekwentnie syku. Ona trwa cały czas wysoko, buja w górnych rejestrach, nie męczy się tym chyba wcale, on ją powoli dogania, dołącza, w końcu też się drze i ciągnie za sobą na dół, w ciszę. Ciszę, które nastaje regularnie, żeby zrobić miejsce na odgłosy zapasów. On sapie, ona stęka, butelki rozpaczliwie chcą zejść im z drogi, ale trasy ich splecionych kroków nie da się przewidzieć. Zahaczają o szafę, krzesło, lodówkę. W końcu udaje się jej uciec, co jest znaczone trzaśnięciem drzwi i klaskaniem bosych stóp na linoleum. Gdyby nie obowiązki gospodarza sam też wybiegłby od razu, ale te kilka piw i kilka kolejek to chyba dla niego nic, bo pamięta o zachowaniu twarzy. Z udawanym spokojem podnosi krzesła, przeprasza gości, ubiera się odpowiednio do pogody i dopiero rusza w pościg. Nie musi ścigać długo, bo do niej dopiero teraz dotarły wszystkie emocje, różnica temperatur wyciągnęła alkohol na sam wierzch, a schody na klatce zaczęły wydawać się bardzo gościnne. Korytarz ma nieco inną specyfikę akustyczną, ale mimo stłumienia i echa daje się rozróżnić wzajemne podchody jej szlochów i jego cierpliwych tłumaczeń.
Jeśli chodzi o to, co dzieje się w tym czasie za ścianą, to interpretacja wymaga nie lada słuchu i skupienia, ale trening czyni mistrza. Osobiście to mój ulubiony moment. Intymne On i Ona są zajęci gdzie indziej, na wersalce zostały niezręczne Kolega i Koleżanka. Jedno z nich z pali i dziubie w telefon, wszystko zaś z niesmakiem, drugie natomiast zaczyna się pocić i czyni zupełnie niepotrzebne starania w kierunku podtrzymania rozmowy. Zgadnijcie które kto co. Po dłuższej z natury chwili któreś decyduje się wykazać i zaczyna zbierać butelki, wietrzyć mieszkanie, zmywać.
Jak wiadomo Warszawa przoduje we wszystkim i lubi to okazywać, więc woda w warszawskich kranach osiąga niespotykaną nigdzie indziej temperaturę i ciśnienie. Dlatego też nie słychać już nic więcej, tylko szum nie zakręconej nigdy wody i zapętlony bas. Oczywiście tylko do czasu, do tego wieczora, tego momentu, kiedy ktoś zaniepokojony postanowi przerwać impas i sprawdzić co się dzieje, kiedy wejdzie tam policjant, sanitariusz, ksiądz po kolędzie. Każdy z nich zobaczy co innego i tylko ja widzę wszystkie scenariusze, ale szybko, zbyt szybko te wymyślone na jawie mieszają się z tymi, które przytargała w pysku spuszczona ze smyczy na czas snu wyobraźnia. Pewne jest tylko to, kto na pewno nie przeżył. Tak, tak, to akurat zgadliście - Ona.
Nie jest to zresztą aż tak ważne, liczy się efekt końcowy, który jest ni mniej, ni więcej taki, że po załatwieniu wszystkich formalności, po uprzątnięciu wszystkiego, co jest do uprzątnięcia i po zaplombowaniu drzwi, dookoła mnie znów nastaje cisza.
Dokładny kształt mieszkania obok pozostaje mi nieznany po dziś dzień, mimo że któregoś mglistego ranka okazja, żeby podejrzeć scenę rzeczywiście przypełzła (we mgle zawsze się pełza). Niemniej po kilku nocach odrobinę orientowałem się co gdzie i jak. Jak nietoperz. Ogólnego schematu hecy też się nauczyłem, bo pojętny ze mnie chłopak.
Najpierw wszystko wygląda jak spotkanie towarzyskie. Siedzą sobie we czworo, czasem brzęknie butelka, czasem ktoś zechce wyraźniej zaakcentować swoje zdanie - można wtedy wyłapać poszczególne słowa.
Głos gospodarza jest najniższy i słychać go najlepiej. Ma ustalone, nie do zachwiania poglądy na życie, wie co należy robić, a czego nie, jest pewien swojej ścieżki.
Jego gość częściej słucha, niż mówi. Imponuje mu barytonowy znajomy, wyraźnie czuje różnicę między sobą, a nim i nawet jeśli z czymś się nie zgadza, to woli zarżeć i zachłysnąć się milknącym w odosobnieniu śmiechem, niż dopuścić do konfrontacji. Najwyraźniej miał okazję przekonać się, jak wyglądają takie konfrontacje i czym się kończą.
Trzecia z osób jest równocześnie drugim lokatorem. Głośno chichocze, czasem wznosi okrzyki mające być celebracją dobrej zabawy. Upija się najszybciej, jest odpowiedzialna za szczęk przewracanej zastawy i głuche huknięcia nieszczęsnych krzeseł. Całym tym hałasem próbuje chyba zagłuszyć swoją historię. Na początku tylko ją wymyślałem, ale im dalej w las, tym bardziej kolejne szczegóły, niewiele większe od okruchów szkła na podłodze potwierdzały całą monstrualność banału. Bez problemów i bez pudła zobaczyłem, jak poznaje go jeszcze w technikum i od razu wpada po uszy. Mniejsza z tym w co. Wszystkie Karyny zazdroszczą jej chłopaka starszego o pięć lat, z własnym samochodem, z mieszkaniem, ze znajomościami. Bez zbędnych ceregieli wprowadza się do rzeczonego mieszkania. W tygodniu robi w zasadzie co jej się podoba, byleby zawierało to zakupy. W weekendy jest czas na zabawę. On jest zmęczony robieniem interesów, musi się zrelaksować. Zaprasza kolegę. Żeby było jej raźniej - z koleżanką. Ona poniedziałkowe poranki rzyga jak kot. Chociaż nie do końca jak kot. Musi robić to cicho, bo on odsypia.
Jest jeszcze rzeczona i rzeczowa koleżanka. Typ krytyczny, pije mało, więc myśli, że jej wolno. Ma podobnie jak Gospodarz ustalony raz na zawsze światopogląd, ale się z nim aż tak nie afiszuje, bo woli wydymać pogardliwie usta. Do tego wychodzi najwcześniej.
Więc do Pewnego Momentu siedzą, gadają, palą cienkie mentolowe i piją. Co piją? Nie posunę się do stwierdzania czegokolwiek z absolutną pewnością, ale sądząc po odgłosach - jakieś lechy, jakieś absoluty. Natomiast od Pewnego Momentu już nie gadają, bo trzy zapętlone w czterdziestoośmiogodzinną nieskończoność - piosenki? kawałki? utwory? techniafki? - niestrudzenie, bo bez trudu przebijają się przez ściany, podłogi, sufity, słuchawki. Jest to etap do Kolejnego z Momentów bardzo kojący przez swoją pozorną bezustanność. Zawsze jednak coś go (przez zapomnienie nieoczekiwanie, a przez niespodziewanie dramatycznie) przerywa. Najczęściej głośniejszy od innych upadek, ciągnący za sobą inne, mniejsze, oraz nieartykułowany krzyk. Po krzyku nie trzeba już za bardzo niczego oddzielać Momentami bo heca zaczyna na łeb, na szyję trwać coraz bardziej, szybciej i - tu bez niespodzianek - głośniej.
Ona trzaska, przewraca, szamocze się i krzyczy, żeby ją zostawić i wypierdalać, choć nikt nie trzyma. On mówi do niej, racjonalnie, logicznie, z początku cicho, ale dajmy mu trochę czasu, dajmy mu się rozgrzać, nie uprzedzajmy faktów, nie duśmy rodzącego się powoli, konsekwentnie syku. Ona trwa cały czas wysoko, buja w górnych rejestrach, nie męczy się tym chyba wcale, on ją powoli dogania, dołącza, w końcu też się drze i ciągnie za sobą na dół, w ciszę. Ciszę, które nastaje regularnie, żeby zrobić miejsce na odgłosy zapasów. On sapie, ona stęka, butelki rozpaczliwie chcą zejść im z drogi, ale trasy ich splecionych kroków nie da się przewidzieć. Zahaczają o szafę, krzesło, lodówkę. W końcu udaje się jej uciec, co jest znaczone trzaśnięciem drzwi i klaskaniem bosych stóp na linoleum. Gdyby nie obowiązki gospodarza sam też wybiegłby od razu, ale te kilka piw i kilka kolejek to chyba dla niego nic, bo pamięta o zachowaniu twarzy. Z udawanym spokojem podnosi krzesła, przeprasza gości, ubiera się odpowiednio do pogody i dopiero rusza w pościg. Nie musi ścigać długo, bo do niej dopiero teraz dotarły wszystkie emocje, różnica temperatur wyciągnęła alkohol na sam wierzch, a schody na klatce zaczęły wydawać się bardzo gościnne. Korytarz ma nieco inną specyfikę akustyczną, ale mimo stłumienia i echa daje się rozróżnić wzajemne podchody jej szlochów i jego cierpliwych tłumaczeń.
Jeśli chodzi o to, co dzieje się w tym czasie za ścianą, to interpretacja wymaga nie lada słuchu i skupienia, ale trening czyni mistrza. Osobiście to mój ulubiony moment. Intymne On i Ona są zajęci gdzie indziej, na wersalce zostały niezręczne Kolega i Koleżanka. Jedno z nich z pali i dziubie w telefon, wszystko zaś z niesmakiem, drugie natomiast zaczyna się pocić i czyni zupełnie niepotrzebne starania w kierunku podtrzymania rozmowy. Zgadnijcie które kto co. Po dłuższej z natury chwili któreś decyduje się wykazać i zaczyna zbierać butelki, wietrzyć mieszkanie, zmywać.
Jak wiadomo Warszawa przoduje we wszystkim i lubi to okazywać, więc woda w warszawskich kranach osiąga niespotykaną nigdzie indziej temperaturę i ciśnienie. Dlatego też nie słychać już nic więcej, tylko szum nie zakręconej nigdy wody i zapętlony bas. Oczywiście tylko do czasu, do tego wieczora, tego momentu, kiedy ktoś zaniepokojony postanowi przerwać impas i sprawdzić co się dzieje, kiedy wejdzie tam policjant, sanitariusz, ksiądz po kolędzie. Każdy z nich zobaczy co innego i tylko ja widzę wszystkie scenariusze, ale szybko, zbyt szybko te wymyślone na jawie mieszają się z tymi, które przytargała w pysku spuszczona ze smyczy na czas snu wyobraźnia. Pewne jest tylko to, kto na pewno nie przeżył. Tak, tak, to akurat zgadliście - Ona.
Nie jest to zresztą aż tak ważne, liczy się efekt końcowy, który jest ni mniej, ni więcej taki, że po załatwieniu wszystkich formalności, po uprzątnięciu wszystkiego, co jest do uprzątnięcia i po zaplombowaniu drzwi, dookoła mnie znów nastaje cisza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)