czwartek, 8 maja 2014

Terziele. Tottedood.

Here I go, going down, down, down
My mind is a blank
My head is spinning around and around
As I go deep into the funnel of love

Leżę na dachu i już wiem. To jak, dlaczego i na którym dachu się nie liczy. Liczy się na maturze, liczy się, że wreszcie wiem, co mnie uwiera i że wreszcie się tego pozbyłem. Pozbyłem się ego, pozbyłem się ciała, koniec końców remedium przyszło samo z siebie, choć za pośrednictwem. Wszyscy chętni moglibyśta ustawić się w zawijanej kolejce i konsekwentnie defasonować mi ryj, a i tak nie mogłoby się to równać z miażdżącą potęgą, z jaką spadł na mnie rozpalony błękit, zatrzymując się milimetry od ust. Wiatr ucichł, słońce ochłonęło, a dachówki poczęły nieśmiało uciekać mi spod pleców. Nie chcę się ruszać i wcale nie twierdzę, że byłbym w stanie.

Jak zwykle siedzisz z kolanami pod samą brodą, ni to daleko, ni blisko ode mnie. Z widocznym niesmakiem zaciągasz się papierosem i patrzysz z przechyloną na bok głową, jakby zaciekawiona, ale wiem, że Twój wzrok przebija mnie na wylot i patrzy na tego kogoś, kto zawsze i wszędzie stoi za mną.

Co teraz zamierzasz zrobić?
Nic. Co ja mógłbym zamierzać? Kiedy nagle znajdziesz się w zupełnych ciemnościach pozostaje jedynie poczekać, aż oczy się przyzwyczają.
Chyba, że właśnie oślepłeś.
Chyba że. 
Ale to właśnie w ciemnościach przychodzą do mnie różni ludzie, których podobno nie powinno być. Teraz widzę nawet ich twarze, znam imiona, wiem co mówią. Ale jeszcze nie odpowiadam, jeszcze nie. Na razie tylko patrzę wyzywająco, udaję pewnego siebie, przecież kiedyś rozwiążę te wszystkie supły, a jak nie, to je porozcinam, a jak nie, to obleję się benzyną i je spalę. Pozwalam im wszystkim krążyć dookoła, co bezczelniejsze zmory objadają mi lodówkę, ale niech tam. Siedzę w milczeniu, zupełnie innym, niż to, kiedy zadzwoniłaś do mnie osiem po północy. Minuta Twojego nagiego oddechu, minuta mojego nagiego oddechu, nic więcej i nic mniej, wdech i wydech. Szelest odkładanej słuchawki. O rany.

Nie pytaj mnie o wtedy, bo naprawdę niczego konkretnego nie wiem. Oprócz tego, że bardzo przyjemnie jest wyjść raz, drugi i trzeci na balkon, a potem rozpaść się wśród dymu, basu i chłodnego, rwącego się dotyku. Czy świeciło wtedy słońce, czy zapadł już ciepły zmierzch? Pewnie jedno, albo drugie. Czy w promieniu kilometra byli jacyś inni ludzie? Nie wydaje mi się, ale co się będę wymądrzał. Czy rozmawialiśmy? Najpewniej, ale co za różnica? Zdania są mocno podzielone, choć osobiście optuję za tezą, że owszem, można stracić w ciągu wieczoru połowę duszy i dalej chodzić, ziewać i dłubać w nosie, a nawet pić przez cztery następne dni, by przewietrzyć wspaniałą duszę miotającą się w parszywym ciele.

Jeśli zupełnym przypadkiem mojej duszy zdarza się spełniać jakąś rolę, to robi to z głęboką przyjemnością. Jestem widzem kapiącego przepychem przedstawienia, kiedy po zalanym majowym słońcem dworcu błądzi kolejny prześladujący mnie niewidomy. Obija się o ludzi, o ściany, depcząc niedopałki i po mistrzowsku maskując przerażenie w pustych oczach. Przynajmniej nie widzi przerażenia w moich. Jestem elementem krajobrazu, kiedy zataczam się na kraniec siódmego peronu Warszawy Wschodniej. Po mojej lewej sunie cień, a po prawej ślad, zaś wszyscy trzej jesteśmy jednako przygięci do ziemi. Tylko ktoś za mną idzie prosto. Ach, wy wszyscy kolekcjonerzy niedzielnych przeżyć, powinniście być tam ze mną, zejść schodami w dół prosto w śmierdzący szczynami Szeol, gdzie niektórzy uciekają przed wzrokiem normalnych ludzi, a skąd tylko najwytrwalsi dają radę pójść dalej, wzdłuż torów, na wschód. Nie było was, nigdy was nie ma, więc też nie powinno was dziwić, że ja nie dałem rady i nie poszedłem i zawróciłem. Co jest jeszcze trudniejsze.

Oczywiście mam świadomość, że dzieli nas przepaść, ale w ciągu tych długich tygodni udało nam się przerzucić przez nią kilka pomostów. Na przykład ten miły sposób na plucie w pysk – można nas obu było zamknąć w pokoju i nie spuszczać z oka, a my i tak łaziliśmy po ulicach i straszyliśmy porządnych ludzi. Wędrowaliśmy całymi godzinami i nawet zdarzało nam się spotkać i przywitać z uprzejmym zaskoczeniem. Obu nam nie można było za to ni cholery zaufać, nigdy. Obaj pierwszy raz od wieków modliliśmy się, cztery metry od siebie. Mi zdarzyło się modlić o ciszę, zupełnie bez skutku. On przez cztery dni i noce modlił się o śmierć, zupełnie bez przekonania. Niesłusznie, jak się okazuje.

Leże na dachu i nie wiem. Nie wiem ile czasu leżałem, ani co w trakcie robiłem. Nie wiem czy kupię jeszcze w tym roku miesięczny. Nie wiem czy przypadkiem nie widzisz mnie z okna samolotu, sama o tym nie wiedząc. Ale przede wszystkim, Chryste, nie wiem jak stąd zleźć!

FAQ (ALE PO FRANCUSKU POZWALAMY)
1. Nie.
2. Tak.
3. Zejdź mi z oczu.
4. Chyba tak, ale lepiej zadzwoń.
5. Nie w tym rzecz.
6. Tak, rzuciłem Artura, puszczał się z jakimś chudym antykiem nazwiskiem Rychtarski.


PS. Kiedyś pisałaś dużo lepiej. Nieładnie wyglądają te skomplikowane słowa i szokowanie, jakby na siłę, zupełnie jak u mnie.


PPSH. Propsy dla Bodzia za „A JA TO NIE WŁAŻE NA TWOJEGO BLOGA BO NIE WIEM O CHUJ CI TAM CHODZI”. Jeden szczery.