Z rzeczy powiedzianych i zasłyszanych
"-Wiesz, kiedy siadłem przed klawiaturą, jak co poniedziałek i choć ten już nie istniał, to nie wiedziałem, gdzie zabierze mnie myśl. Może dworek w lesie, może góry zimą, a może miasteczko na Podlasiu. Takie typowe dla mojej głowy miejsca, rozumiesz. Sam pewnie jesteś w posiadaniu wyobrażeń obszarów, w których myśli płynęłyby (bo przecież nie biegły) inaczej. Tam gdzie dojeżdża się rowerem po kocich łbach, spaceruje niespiesznie wśród stosów liści (lokaj w więzieniu za morderstwo), lub człapie ciężko po śniegu. Nie, nie moglibyśmy tam razem, sam wiesz, w szafce ze sklejki nalewka babci, w dębowym barku łysek, wśród śniegu surowe mięso reniferów. Jakże to tak, we dwóch? Ale nie martw się, któregoś to dnia, po zajęciach, na których mnie nie było, udamy się powolnym krokiem do szemranej knajpy w którejś lwowskiej bramie i przy wdzięcznym akompaniamencie porządnych schabowych z kapustą zaczniemy miarowo, bo jakżeby inaczej, wychylać kolejne stopki, a niebo nigdy nie pojaśnieje, choćby nie wiem jak się starali wszyscy domorośli poeci świata, tak przekonani o wartościach.
-Wiesz, ty zapadasz się coraz niżej w tym fotelu pośród morza zaniedbań i nie tworzysz nic, prócz kolejnych migających scen, może i wyrazistych, ale pustych, jak butelki pod biurkiem. I dobrze ci z tym, z tą świadomością, że ktokolwiek to przeczyta?
-Wiesz, momentami jeszcze pamiętam to, co piszesz. Te wszystkie błękity, tam u nas, dawno. Ale momentami to mam już trochę dość. Bo jak ty to sobie wyobrażasz, ja tu, na łóżku, one mnie dziabią, co noc kaleka we łbie, a ty sobie pozwalasz na takie to tu, to tam, bo śmiesznie? Może i słusznie. Leć już, masz dwie dychy na pociąg.
kap, kap, kap, kroplówka.
tup, tup, tup, po śniegu
gul, gul, gul, niedobre, zrób mi raczej szota, równie niedobry panie Leżanie.
-Wiesz, czasami sobie myślę, że gdybym się postarał, to pozbyłbym się nienawiści do ludzi, a gdybym wypił odpowiednio dużo, to zapomniałbym o tym, że wszyscy dookoła ją żywią i to takie nudne w swej nienaprawialności.
Powietrze gęste od krzyku, szeptu,
Oddechu głębokiego, od słów pełnych siły,
Choć z ust bez uśmiechu zrodzone.
A krew w kolorze bursztynu.
A ogień w kolorze bursztynu."
środa, 12 grudnia 2012
wtorek, 4 grudnia 2012
Faustian Echoes
Ta historia trąci banałem. I trupem trąci też. Było nas z
dziesięciu, jeszcze nie dziesięcioro, bo najstarszy miał jakieś 10 lat,
najmłodszy 5, toteż umysły pozostawały czyste, a czasy złote. Osiedle
postawione w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych dla zasłużonych w walce
z komunizmem, lub kratami pomostowymi i dla tych zamożniejszych stanowiło jeden
wielki plac zabaw. Obiady, na wspomnienie których teraz kurczy mi się żołądek były
jedynie przeszkodą w usmażeniu mózgu na amen, a między tym całym zamętem i wiecznoletnim
skwarem snuł się, czy może człapał K. Chuda, wydłużona postura czapli,
zaschnięta twarz, pachnące krochmalem ubrania i oczy nieustannie wbite w cel, którym czasem była poczta, czasem spożywczy, czasem nadjeżdżający autobus. Wśród
wąsatych samorządowców i pań domu dopiero rozsmakowujących się w wolnorynkowym
dobrobycie krążyły pogłoski o owdowieniu K. i jego czerwonej przeszłości. Czy
były prawdziwe? To wiedział chyba tylko Wasyl. Wasyl, tak miał się nazywać jego
wierny kundel. Półgłosem, w cieniu trzech jabłonek opowiadaliśmy sobie historie
o długich monologach K. skierowanych w stronę cichego psa, a czyniliśmy to z
powagą przyćmiewającą słońce. Z równie wielkim przejęciem syczeliśmy nieznane,
dorosłe słowo, śledząc K. w jego wędrówkach tak daleko, na ile pozwalały nam
ograniczenia rodziców. [Ubekk], dziecięco bezlitosne brzmienie sprawiało, że Wasyl kładł po sobie nadszarpane uszy, a K. zaciskał mocniej
sękate dłonie na płóciennej siatce i szedł szybciej, garbiąc się jeszcze
bardziej. W październiku, dorocznym czasie detektywów w czerwonych rękawiczkach i
gryzących szalikach, czasie 7 urodzin Konrada, nie wiedząc o tym, zakończyliśmy
naszą ostatnią sprawą. Przez trzy dni i trzy noce światło na trzecim piętrze
bloku numer 125 płonęło nieprzerwanie, w akompaniamencie ujadania psa. W nocy z
24 na 25 października K. powiesił się, w zamkniętym mieszkaniu. Zapewne mając
na uwadze dobro i apetyt Wasyla, powiesił się boso.
Obaj czekamy na jakikolwiek autobus w stronę metra. Ja
walcząc dusznościami i drżeniem dłoni, on spokojnie paląc podle pachnącego
papierosa. Nie wyróżnia się niczym od setek, tysięcy odbarwiających to
zabijające miasto podobnych mu jegomości w przybrudzonych kurtkach, z
kilkudniowym zarostem, którzy zawsze każą mi się zastanawiać nad ich
przeszłością. I nie zauważyłbym go, gdyby nie dwukołowy wózek, tak
charakterystyczny dla szlachty naszych czasów. Przymocowana do wózka płócienna
torba nie zawiera już butelek. Na jej szczycie uwiązany chwieje się pojemnik do
przewożenia zwierząt. W wózku kręci się z właściwą swojemu gatunkowi
niecierpliwością czarny kotek. Przypatruję się kotu, uśmiecham na widok
kolejnego słusznego łyka pociągniętego z niedbale umieszczonej w kieszeni
dresów flaszki, on uśmiecha się ze zrozumieniem na widok moich oczu, a może
uśmiecha się do myśli. Wysiada na Podbipięty. Nazajutrz znajdą go pięćset
metrów dalej, z resztką życia tlącą się dzięki dawkom spirytusu spokojnie
odmierzanym dla podtrzymania życiodajnego żaru. Kot zdechł. Do dziś nie
ustalono, czy dlatego, że klatka była zamknięta, czy z powodu abstynencji.
Po ucieczce z metra niecierpliwie bębnię palcami o ladę w
Żabce. Na Nocznickiego znam już rozkład kałuż, wiem gdzie i przy której
piosence mogę się rozpędzić. Z kaloryfera kapie, telefon milczy, audycja gra,
przełyk domaga się ulgi, fejsbuk zasypuje tonami gówna, talar mamrocze do
siebie grając w Sampa. Jutro pójdę na NOL, obiecałem Jankowi, muszę zapytać
Karolinę o zwolnienie lekarskie, pogadać z Czarkiem. Artur ma przyjechać. W
głowie huczy mi Twoje pytanie o to, czy wierzę. I odpowiada Twoje stwierdzenie –
„przez ciebie to wszystko jest smutniejsze, gburze.” Kamil Mrozkowiak kończy
audycję, ja kończę portera, telefon nie kończy milczenia. Kładę się z ratunkową
flaszką na wypadek koszmarów. Między mną, a Nią sadowi się Bonus RPK, moje
czarne kocię. Śni mi się, że oddaję krew, a może jest te kilka dni wcześniej i
naprawdę właśnie ją oddaję. Poduszeczka z pięćdziesięcioma mililitrami do badań
leży pod moim łokciem.
„-To moja krew jest taka ciepła?
-Tak ciepła jak pan, 36,6.”
Ale nagle z powrotem jest ciemno, z powrotem muszę wstać na
bezbożną 11:30, nie mogąc zostać z Tobą w łóżku. Tylko nadal jest mi zbyt ciepło, pod łokciem, policzkiem przy brzuchu, na udach. Albo Bonus przez godzinę
monstrualnie przytył, albo się zlałem. To ci wstyd. Tylko zapach żelaza każe
mniemać inaczej. Przez kilka sekund zimnego przerażenia uświadamiam sobie co
się dzieje i wyciągam drżącą, unurzaną w sobie dłoń, by „szalone, czerwone
słowa” wypisać na ścianie. Jutro talar obudzi się i znajdzie moją zimną
substancję, oraz mój przekaz dla świata, brzmiący – JAN PIOTR JAKUBOWSKI JEST
NAJLEPSZY Z NAS WSZYSTKICH.”
A wszystkim zatroskanym dedykuję niniejszy apel – jakiekolwiek
próby pracy twórczej dalej zwane NOTKĄ nie stanowią podstawy do wyrabiania
sobie opinii, sądów o stanie mojego zdrowia psychicznego, bądź jego wpływie na
najbliższe otoczenie. Szeroko pojętych rodziców, studentów psychologii,
adoratorów (na posiadanie adoratorek sobie nie pozwalam), księży,
współlokatorów, współstudentów, znajomych i Jana Jakubowskiego zapraszam na
prywatne spotkania, w trakcie których mogę wyjaśnić swoją pokrętną logikę
pojęcia „fikcja (tocidobre) literacka”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)