wtorek, 4 grudnia 2012

Faustian Echoes


Ta historia trąci banałem. I trupem trąci też. Było nas z dziesięciu, jeszcze nie dziesięcioro, bo najstarszy miał jakieś 10 lat, najmłodszy 5, toteż umysły pozostawały czyste, a czasy złote. Osiedle postawione w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych dla zasłużonych w walce z komunizmem, lub kratami pomostowymi i dla tych zamożniejszych stanowiło jeden wielki plac zabaw. Obiady, na wspomnienie których teraz kurczy mi się żołądek były jedynie przeszkodą w usmażeniu mózgu na amen, a między tym całym zamętem i wiecznoletnim skwarem snuł się, czy może człapał K. Chuda, wydłużona postura czapli, zaschnięta twarz, pachnące krochmalem ubrania i oczy nieustannie wbite w cel, którym czasem była poczta, czasem spożywczy, czasem nadjeżdżający autobus. Wśród wąsatych samorządowców i pań domu dopiero rozsmakowujących się w wolnorynkowym dobrobycie krążyły pogłoski o owdowieniu K. i jego czerwonej przeszłości. Czy były prawdziwe? To wiedział chyba tylko Wasyl. Wasyl, tak miał się nazywać jego wierny kundel. Półgłosem, w cieniu trzech jabłonek opowiadaliśmy sobie historie o długich monologach K. skierowanych w stronę cichego psa, a czyniliśmy to z powagą przyćmiewającą słońce. Z równie wielkim przejęciem syczeliśmy nieznane, dorosłe słowo, śledząc K. w jego wędrówkach tak daleko, na ile pozwalały nam ograniczenia rodziców. [Ubekk], dziecięco bezlitosne brzmienie sprawiało, że Wasyl kładł po sobie nadszarpane uszy, a K. zaciskał mocniej sękate dłonie na płóciennej siatce i szedł szybciej, garbiąc się jeszcze bardziej. W październiku, dorocznym czasie detektywów w czerwonych rękawiczkach i gryzących szalikach, czasie 7 urodzin Konrada, nie wiedząc o tym, zakończyliśmy naszą ostatnią sprawą. Przez trzy dni i trzy noce światło na trzecim piętrze bloku numer 125 płonęło nieprzerwanie, w akompaniamencie ujadania psa. W nocy z 24 na 25 października K. powiesił się, w zamkniętym mieszkaniu. Zapewne mając na uwadze dobro i apetyt Wasyla, powiesił się boso.

Obaj czekamy na jakikolwiek autobus w stronę metra. Ja walcząc dusznościami i drżeniem dłoni, on spokojnie paląc podle pachnącego papierosa. Nie wyróżnia się niczym od setek, tysięcy odbarwiających to zabijające miasto podobnych mu jegomości w przybrudzonych kurtkach, z kilkudniowym zarostem, którzy zawsze każą mi się zastanawiać nad ich przeszłością. I nie zauważyłbym go, gdyby nie dwukołowy wózek, tak charakterystyczny dla szlachty naszych czasów. Przymocowana do wózka płócienna torba nie zawiera już butelek. Na jej szczycie uwiązany chwieje się pojemnik do przewożenia zwierząt. W wózku kręci się z właściwą swojemu gatunkowi niecierpliwością czarny kotek. Przypatruję się kotu, uśmiecham na widok kolejnego słusznego łyka pociągniętego z niedbale umieszczonej w kieszeni dresów flaszki, on uśmiecha się ze zrozumieniem na widok moich oczu, a może uśmiecha się do myśli. Wysiada na Podbipięty. Nazajutrz znajdą go pięćset metrów dalej, z resztką życia tlącą się dzięki dawkom spirytusu spokojnie odmierzanym dla podtrzymania życiodajnego żaru. Kot zdechł. Do dziś nie ustalono, czy dlatego, że klatka była zamknięta, czy z powodu abstynencji.

Po ucieczce z metra niecierpliwie bębnię palcami o ladę w Żabce. Na Nocznickiego znam już rozkład kałuż, wiem gdzie i przy której piosence mogę się rozpędzić. Z kaloryfera kapie, telefon milczy, audycja gra, przełyk domaga się ulgi, fejsbuk zasypuje tonami gówna, talar mamrocze do siebie grając w Sampa. Jutro pójdę na NOL, obiecałem Jankowi, muszę zapytać Karolinę o zwolnienie lekarskie, pogadać z Czarkiem. Artur ma przyjechać. W głowie huczy mi Twoje pytanie o to, czy wierzę. I odpowiada Twoje stwierdzenie – „przez ciebie to wszystko jest smutniejsze, gburze.” Kamil Mrozkowiak kończy audycję, ja kończę portera, telefon nie kończy milczenia. Kładę się z ratunkową flaszką na wypadek koszmarów. Między mną, a Nią sadowi się Bonus RPK, moje czarne kocię. Śni mi się, że oddaję krew, a może jest te kilka dni wcześniej i naprawdę właśnie ją oddaję. Poduszeczka z pięćdziesięcioma mililitrami do badań leży pod moim łokciem.
„-To moja krew jest taka ciepła?
-Tak ciepła jak pan, 36,6.”
Ale nagle z powrotem jest ciemno, z powrotem muszę wstać na bezbożną 11:30, nie mogąc zostać z Tobą w łóżku. Tylko nadal jest mi zbyt ciepło, pod łokciem, policzkiem przy brzuchu, na udach. Albo Bonus przez godzinę monstrualnie przytył, albo się zlałem. To ci wstyd. Tylko zapach żelaza każe mniemać inaczej. Przez kilka sekund zimnego przerażenia uświadamiam sobie co się dzieje i wyciągam drżącą, unurzaną w sobie dłoń, by „szalone, czerwone słowa” wypisać na ścianie. Jutro talar obudzi się i znajdzie moją zimną substancję, oraz mój przekaz dla świata, brzmiący – JAN PIOTR JAKUBOWSKI JEST NAJLEPSZY Z NAS WSZYSTKICH.”



A wszystkim zatroskanym dedykuję niniejszy apel – jakiekolwiek próby pracy twórczej dalej zwane NOTKĄ nie stanowią podstawy do wyrabiania sobie opinii, sądów o stanie mojego zdrowia psychicznego, bądź jego wpływie na najbliższe otoczenie. Szeroko pojętych rodziców, studentów psychologii, adoratorów (na posiadanie adoratorek sobie nie pozwalam), księży, współlokatorów, współstudentów, znajomych i Jana Jakubowskiego zapraszam na prywatne spotkania, w trakcie których mogę wyjaśnić swoją pokrętną logikę pojęcia „fikcja (tocidobre) literacka”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz