wtorek, 24 marca 2015

Tendon Teaser

Nieczęsto miałem w życiu okazję oglądać kolekcję przyszpilonych do zakurzonych gablot motyli, ale kiedy już się zdarzało, drapowany dreszczem dystans mieszał się we mnie z fascynacją. Nie podziwiałem jednak unieruchomionych skrzydeł, nie przyglądałem się z bliska odwłokom, nie szukałem wzrokiem czułków. O wiele bardziej zajmowały mnie próby wyobrażenia sobie jak czułby się taki przyszpilony do pilśniowej płyty owad, gdyby żył. Co ciekawe, możliwość przekonania się o tym na własnej skórze wcale mnie nie ucieszyła.
Sala, w której zostałem chwilowo uwięziony była niska, choć nadrabiała imponującą powierzchnią. Zresztą krańce pomieszczenia nie dawały uchwycić się wzrokiem, głównie z powodu oślepiającego słońca. Było go wszędzie pełno, wpadało przez wysokie, łukowato zwieńczone okna, a każdy promień zdawał się zatrzymywać na moich zmrużonych oczach. Siedziałem przy pustym stole nakrytym beżowym obrusem, identyczne stały stoły przede mną, za mną, po bokach, a zewsząd dobiegały przytłumione, urywane rozmowy. Tylko ja milczałem, co delikatnie, choć widocznie zaburzało kruchą równowagę panującą w tym towarzystwie. Pewnie nawet drobiny kurzu omijały przestrzeń dookoła mnie z daleka. Od pewnego czasu słyszałem pytania i od pewnego czasu zupełnie na nie nie odpowiadałem. Ciężko było się skupić w tym miejscu, którego wystrój oscylował między salą balową klasycystycznego dworku, a stołówką ośrodku wczasowego z głębokiego PRLu. Ciągle pamiętałem jednak, żeby nie zdejmować rąk ze stołu, ani przez chwilę nie pozwalać na rozstanie spotniałych dłoni i chropowatej tkaniny. Ludzie siedzący naprzeciwko mnie zdecydowanie tego nie lubili. Nie lubili też, kiedy nie odpowiadało się na ich pytania, ale na to nie mogłem dziś nic poradzić.
- czy zdaje pan sobie sprawę z powagi sytuacji?
- czy nadal twierdzi pan, że szóstego kwietnia nie wychodził z domu?
- czy jest pan świadom, że posiadamy wyciągi z pańskiego konta?
- gdzie przebywa w tym momencie Cezary Cybulski pseudonim Czacza?
Każde kolejne zdanie wbijało mi się w głowę jak kołek, z każdym kolejnym moja głowa była bardziej pusta, żadne odpowiedzi nie pojawiały się w miejsce huczącego w różnych zakamarkach bólu.
Mogłoby się zdawać, że po tylu latach człowiek nabierze jakiejś wprawy, że głos rozsądku będzie rósł w siłę, a nie odczołgiwał się do kąta. Zasady przecież brzmią dosyć prosto - jeśli nazajutrz masz być przesłuchiwany, to nie powinieneś pić. Natomiast jeśli nazajutrz masz być przesłuchiwany przez członków Głównej Izby Mazowieckiego Biura Uświadamiania Społecznego, to zdecydowanie nie powinieneś pić, a wypiwszy szukać ukojenia u Małego Jakuba. Wszakże wszyscy zainteresowani doskonale wiedzą, że każdy, kto takiego ukojenia łaknie, znajdzie je z nieubłaganą pewnością. I nie mówię tu o jakiejś krótkotrwałej uldze, po której przebudzenie jest równie nieuchronne, co okrutne. Żadna to ulga, jeśli człowiek budzi się i jest w gorszym stanie, niż był, a sen trwał raptem trzy godziny. Paradoksalnie, ulga, która stała się moim udziałem, była jeszcze gorsza. Obudziłem się w miarę wypoczęty, zjadłem spokojnie syte śniadanie, garnitur czekał uprasowany, ja pachniałem nienajgorzej. Nawet wsiadając do podstawionego samochodu swobodnie dryfowałem jeszcze po morzach błękitu. Dopiero na widok celu podróży jako tako się ocknąłem. Jako tako, czyli wiedziałem już, jak, gdzie i dlaczego, ale nadal nie wiedziałem co. Dokładniej - co mam im odpowiadać.
Więc nie odpowiadałem.
Ja nie odpowiadałem, oni nie przestawali pytać i tak nadeszło popołudnie, dzień czwarty. Mimo całej powagi i nieustępliwości instytucji, przed którą stałem, wciąż jednak obsługiwali ją ludzie, a ci muszą jeść. No i poszli jeść, punkt godzina piętnasta, dzień już przejrzał, pora na schabowego, ziemniaki i gotowaną marchewkę z groszkiem. Na deser kompot z papierosem. Słucham? Nie, nic innego nie ma, ani dziś, ani nigdy. W zasadzie pytanie o coś innego zakrawało w moim przypadku o hipokryzję, sam przecież od czterech dni spożywałem to samo, też punktualnie o piętnastej, żadnych niespodzianek. Była w tym jakaś homeostaza, ja między klombami katujący płuca, Andrzej, Henryk, Bożena i Janusz na stołówce, w ciszy, w zapamiętaniu, ledwie co czujący smak przez całą tę odpowiedzialność, ale wciąż na nowo czyniący z procesu miażdżenia, rozdrabiania i połykania, akt na wzór modlitwy. Najwidoczniej coś na wzór modlitwy wystarczy, żeby zadziałało, ewentualnie Macka Chaosu delikatnie, niezauważalnie chlasnęła po szerokości geograficznej, w której akurat się znajdowałem i nadała schabowym właściwości Ulgi. Nikt, kto poczuje Ulgę nie ma już ochoty dręczyć bliźnich niewygodnymi pytaniami, albowiem woli słuchać ironicznej muzyki i jeść chrupki do końca swoich dni, czyli przez jakieś następne trzy, cztery godziny. Tylko to mnie uratowało, chociaż może nie do końca. Bo czy można nazwać wybawieniem sytuację, w której słońce chyli się ku zachodowi, a dom leży o kilka horyzontów od jakiegoś głodnego, półtrzeźwego Stąd piechotą? I to bez słuchawek! Wlekąc się noga za nogą wzdłuż asfaltowej nitki zacząłem z nudów wymyślać, a po paru kilometrach poczułem, że Macka też się chyba nudzi, bo rejestruje i publikuje wszystko, co wymyśliłem. Jeśli i Wy się nudzicie, to posłuchajcie krótkiej, acz dramatycznej historii o tym, jak Skrajnie Niedorozwinięta Prawica przeprowadziła w naszym pięknym kraju rewolucję, jak opozycja została zepchnięta do podziemia, a nawet na ogródki działkowe, jak Duchowy Przywódca Cezary "Czacza" stwierdził, że ma to w dupie i pójdzie fazować na bagnach i co z tego wszystkiego wynikło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz