czwartek, 30 lipca 2015

Hipnagogi

 Po wszystkim, co się stało, tylko wiekowy Parker jest w stanie. W stanie nie tyle ukołysać cokolwiek do świętego spokoju, co brocząc równie wiekowym tuszem pozwolić myślom zanurkować w kolejnym kronikarskim obowiązku.
Wszystko, a może prędzej Nic, zaczęło się takiego dnia, który pewnie pośród Zadaszonych Ścian mógł wydawać się nieznośnie upalnym. Pachnące Trawy mierzwił wtedy jednak najprzyjemniejszy wiatr, jaki możecie sobie wyobrazić. Właśnie po Trawach spacerowaliśmy tego dziwnego dnia. We troje. P., Harry the Pies i ja. Nie wiem, co takiego wyprawiałem poprzedniej nocy (nic najpewniej) ale byłem niemiłosiernie tradycyjnie wymięty. P. ubrana na poły elegancko, a idąca najzupełniej arystokratycznie i mgliście. Harry do bólu zamyślony, z Absurdalnie Dużym Źdźbłem trawy między zębami. Tak mniej więcej wyglądaliśmy z daleka. Jak się czuliśmy z bliska?
Emocje Harrego, jeśli już jakieś koniecznie musiały być, to nieodgadnione.  O to, co akurat spacerowało w głowie P., należałoby pytać sprytniejszych i odważniejszych ode mnie. Bo ja byłem rozchwiany. Słowem, wszystko tak jak zwykle, że prawie nas nie było.
-słuchajcie – odchrząknął pies w mniej zarośniętym momencie – chciałbym z wami o czymś pomruczeć
Wiele ułatwiło nam spojrzenie, które wtedy wymieniliśmy ja i P., było bowiem jednym ze spojrzeń, które wyrażało przyzwolenie na wzajemne odgadywanie. Może nie tyle nawet odgadywanie, co bezkolizyjne krążenie wokół naszych myśli i przyglądanie się. Coś, co wychodziło nam bez względu na okoliczności.

-chyba pora, żebym gdzieś dalej poszedł. Nie chodzi o was, rzecz też nie w Trawach. Pachną, pewnie. Ale zadzierzgnęło mi się wokół szyi wrażenie, że gdzieś indziej pachną jeszcze i jeszcze i jeszcze. Wiecie, o co mi chodzi? – urwał z sykiem gasnącej nadziei.
Oczywiście, że wiedziałem, tyle że ta wiedza wcale nie pomagała w doborze i artykulacji słów. No to milczałem. Podobnie, no przecież że zupełnie inaczej, milczała P. zacisnąwszy usta.
-aha, zabieram też samochód. Żebyście głupio nie pytali który – golfa.
Powiedzieć, że każdy wymruczany dźwięk wbijał mnie w głębiej w budyń beznamiętnego ogłupienia, to nic nie powiedzieć. Byłem o tyle, w sensie ścisłym ogłupiony, że aż się zatrzymałem, na samym szczycie jakiegoś przyjemnie niepanoszącego się pagórka. O tyle beznamiętnie, że pustka w mojej głowie wzbogaciła się o nieprzyjemną właściwość. Tak zaczęła huczeć strasznie. P. z kolei nadal towarzyskim, spacerowym krokiem szła dalej, chociaż dalej była przecież tylko łąka, łąka, łąka i napastliwy błękit.
 A Harry the Pies zawrócił. W stronę naszego domu. Absurdalnie Duże Źdźbło trawy kołysało się w rytm jego kroków, a nieopodal majaczyła absolutnie spokrewniona z wiatrakiem bryła naszej chałupy. Wysokiej jak ja, ciemnej jak Pies, ale przecież otwartej na światło jak P.. Tak się właśnie w najdziwniejsze sposoby uzupełnialiśmy. Ja dawałem przestrzeń, Harry wypełniał ją przytulnym mrokiem, a P. przetykała promieniami słońca przysiadającymi to na okruchach w kuchni, to na zakurzonych schodach, to pomiędzy uschniętymi kwiatami. Nie przeszkadzał nam, albo po prostu nie zwróciliśmy uwagi na fakt, że Pies choć wedle własnej rachuby – gówniarz – to był od nas kilka razy starszy. Że P. – śpiewająca więcej, niż jedząca, mówiła najmniej. Czy wreszcie że ja – najgłupszy – mówiłem najwięcej. Wszystko znajdowało dla siebie przeznaczenie w samym środku wypełnialnej, choć przecież niekoniecznie, pustki. Z mojej głupoty śmialiśmy się tak, że lód brzęczał w szklankach, śpiew P. zwabiał do nas dla odmiany deszcze, a rozwaga Harrego zapobiegała mniej lub bardziej odległym katastrofom. Teraz tego wszystkiego miało zabraknąć. Perspektywa wystarczająco przerażająca sama w sobie, a dodajcie do tego to, co zobaczyłem mrużąc oczy.
Otóż zrządzeniem losy, błąkający się długo, stanowczo zbyt długo między pagórkami, wykrotami i innymi takimi przestrzeniami wiatr wpadł przez którąś szczelinę do do niedawna naszej kuchni. Wpadając wzbił pozostały po wczorajszej kolacji (psie chrupki, piwo, szaszłyki – ale dobre były) popiół. Trzy jasnoszare płatki osiadły na biurku, podłodze i zegarze. Jeden już jutro zostanie zmieciony w cholerę. Drugi, przyczepiony do buta, przewędruje w cholerę. Trzeci będzie leżał nietknięty jeszcze w cholerę czasu. Co do mnie, to siedzę teraz i zerkając kolejno na każdy z nich próbuję dojść ładu. Ileż łatwiej byłoby, gdybym zamiast pisać i opróżniać spiżarnię, mógł na spokojnie pomyśleć. Bez obawy, że kolejne sny, obrazy i chwiejące się, a rzeczywiste majaki nie dadzą mi nic, oprócz bazgrania.
Na szczęście, po wszystkim, co się stało, Parker jest w stanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz