Wchodzi się tu całkiem prosto,
można by nawet rzec – przyjaźnie. Furtka pod nieobecność gospodarza zawsze jest
zamknięta na niepamiętną kłódkę, jednak równie niepamiętny klucz tkwi ukryty w
specjalnie wyciętym w tym celu miejscu. Oczywistym dla oczu, który przywykły do
tego miejsca i pojęły jego logikę, a zupełnie niezauważalnym dla chcących się
tam wedrzeć. Ci zawsze po prostu przeskakują niskie ogrodzenie, zresztą wiemy
coś o tym my, weterani działkowego zbieractwa.
Pierwsze
wrażenie, które rzeczywiście jest niezatarte w tym sensie, że za każdym razem
daje o sobie znać w ten sam sposób od nowa, polega mniej więcej na drzewach
zasłaniających las. Każdy element, obojętnie - żywy, martwy, czy coś pomiędzy,
jest rozbuchany, mieniący się i mnogi. A przy tym mocno niepoważny i
absurdalny, choć znajdujący się dokładnie w miejscu, w którym być powinien,
nawet musi. Bez względu na to, z czego co jest połatane i jak bardzo odstające
od pierwotnego przeznaczenia, niczego nie imają się tu wiatry, deszcze i upały.
Elementów takich na pierwszy rzut oka jest zaś około miljona, przy bliższej,
bardziej wnikliwej obserwacji – nieporównanie więcej. Już to wystarczy, żeby
oszołomić. Ale wcale nienachlanie. Całe to miejsce nie zostało stworzone do
oszałamiania. Przecież jego najwdzięczniejszą i przekonującą każdego cechą jest
to, że bez względu na to, która to wizyta, jak długo trwała i w jakich
okolicznościach, wszystko na tej niewielkiej przestrzenie pozostaje
niezobowiązujące. Nie obojętne, ale mimo całego swojego stłoczonego ogromu
umiarkowane. Bardzo hojny, skrajnie nieludzki gest jak na coś, czego los jest
przesądzony.
Jakie
jest drugie i kolejne wrażenie? Ciężko stwierdzić, ponieważ chronologia w tym
przypadku zawodzi, cienkim głosem. Można za to odczucia podzielić na te będące
udziałem gospodarza, dziejące się za jego sprawą i te, mimo niego, a za
serdeczną zgodą, czy przy pozornej niewiedzy. Pierwsze są z reguły bardziej
wartościowe i krzepiące, drugie sięgają głębiej, łatwiej wymykają się próbom
opisu. Cóż prostszego, niż zadawać pytania, które same cisną się na usta,
wiedząc że odpowiedź zawsze będzie sensowna i zaskakująca? Po co ostrze piły
wbite tak wysoko w drzewo? Skąd te porcelanowe ryby? Jak udało ci się zmontować
coś takiego? Jeden z ostatnich sposobów dziecięcego odkrywania świata, jakie mi
zostały. Nawet jeśli okupiony obowiązkowym zrywaniem czereśni w nieludzkich
pozycjach, przy użyciu nadludzkich sposobów. Z drugiej strony, cóż bardziej
druzgoczącego, niż pozwolić sobie przywoływać resztki wszystkich, którzy
kiedykolwiek tu gościli? Deszcz moczy trawnik, niebieski dach i blaszanego
koguta i bez takiego pozwolenia, jednocześnie nad tym wszystkim, na lustrzanej
działce rysując cieniste smugi. Jak zmrużysz oczy, to zobaczysz, że to jedyne
dowody na prawdziwość starych zdjęć. Tu kiedyś siedziała sąsiadka, tu leżał
pies, obok psa stał stolik, na stoliku piwo. Całe konstelacje. Nietrudno
zwątpić, skoro w tym miejscu się nie pije. Nigdy.
Nie
znaczy to bynajmniej, że mamy do czynienia z jakąś świętą enklawą. Żadnego
szlachetnego osamotnienia, żadnych przestrzeni. Z tyłu, z przodu, z każdej
strony gnieżdżą się miejsca zagospodarowane przez innych, w inny sposób. Trochę
jak na cmentarzu. Tym bardziej, że podobnie jak tam, bardzo rzadko można tu
dostrzec sąsiadów, nawet jeśli często ich słychać. Inny taki ostateczny
drobiazg łączący krainę krzewów z krainą zniczy, to ulga. Na cmentarzu ledwo
odczuwalna, choć natrętnie niezbywalna i drwiąca przez monopol martwych. Tutaj
lekka, bez względu na okoliczności nietrwała i wszędobylska. Nawet histeryczne
burze spotykają się tu z uprzejmym powątpiewaniem. Najpewniej w innym miejscu
nieprzejednana, chrumcząca i pękająca czerń wyzwoliłaby w Tobie jakieś
zajechane na amen myśli o własnej ulotności. W tym miejscu raczej zdajesz sobie
sprawę z wszechbraku znaczenia i witasz gromy kubkiem herbaty, boso i w o wiele
za dużym swetrze. Dlaczego? Bo dlaczego ojezu dobraweśsię nie? Spróbujcie
patrząc na wzdętego od ciepłych deszczy trupa wycedzić – ale okropnie w tym
wygląda, no beznadziejny gust. Żadna małpa nie jest na tyle mocna, stawiam
wszystkie swoje łapy przeciwko garści orzechów, czy jakoś tak. Czy taka ulga,
to jeszcze ulga, czy już ślepota? Żadna różnica, skoro nawet pod zasnutym na
śmierć na szaro niebem nieodparcie daj o sobie znać w tym miejscu błękit. Taki
błękit, że nie blaknie błękit nawet sto dni, sto kilometrów później. I
przychodzi z pomocą w najbardziej obrzydliwie dusznej, pomarańczowej godzinie
stolicznej, czy innej pułapki. Z pomocą z całą mocą. Czasem całościowo, jako
jedno, tępe na brzegach, ogólne wrażenie. Kiedy indziej błyskawicznie, ostro i
wnikliwie, jak to nieszczęsne ostrze piły zanurzone w wysokim świerku.
Nie ma
jednak niczego całkowitego bez przeciwwagi. Dlatego żeby przypadkiem nie
zanurzyć się i niezawzdychać za bardzo, nawet stąd słychać świszczące z
niepokojącą systematycznością pociągi. Dzięki nim świadomość tego, co na
zewnątrz nie ginie, ale jest spychana na obrzeża. W okolice torów. Mówię to
wszystko, ponieważ owszem krew, wymioty, rdza i obłęd i tak dalej, zgadza się, ale
musi być coś, co stawia do chwiejnego pionu. Coś, co nie jest bezmyślnie
energetyzujące, ale i uczące pokory wobec wszystkiego, co dzieje się
mimochodem, poza nami i pogardy do wszystkiego, co ma absolutną rację i jest
duże i głośne. I jest takie coś. Miejsce obłędnie bogate, a stonowane. Miejsce,
gdzie można przyjść z głupią miną i żując szczaw zgłębiać arkana sztuk równie
tajemnych, co bezużytecznych. Na przykład głaskania rzeczywistości, kiedy ta
kopie. Opalania się po pogrzebie i spadania z drzew przed rozprawą. Przy tym
wszystkim jest to przestrzeń od zawsze samowystarczalna. Pomidory rosną przez
cały rok, soki w zakurzonych butelkach same przepisują swoje daty ważności, nie
mówiąc już o niekończących się zapasach plastikowych sztućców, zapalniczek i
pozaczynanych w lepszych czasach paczek papierosów. Czy podkradałem? Pewnie,
ale tylko po to, żeby przydusić szarość małymi dawkami błękitu. Podobnej
terapii poddaję się zasmarowując kolejne strony z zapałem godnym równie dobrej
sprawy. Różnica i ryzyko polegają na tym, że piszę w nocy, więc mimo starań
czasem wdziera mi się do głowy wizja skrzypiących drzwi szklarni, wysokich
świerków, zraszacza, blaszanego koguta. I pozostałego miljona rzeczy tam się
znajdujących, a każda spowita doskonałym, błękitnym mrokiem. Najbardziej
przejmujący ze wszystkich obrazów miejsc, w których się bywa, a które w tym
momencie stoją opustoszałe, ciemne i pełne majak. Na tyle przejmujący, że
kończę zdanie, cicho zakładam starszą ode mnie bluzę mundurową i zamykając w
sposób przyjazny dla snu domowników drzwi – lezę tam. Taka to siła
oddziaływania. I dlatego właśnie mój Dziadek to Aphex Twin działkownictwa.
Widzimy się
?
?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz