wtorek, 14 sierpnia 2012

Grand Imperial Solitude

Jest taki czas każdego lata, że w domu zaczyna śmierdzieć octem. Bo ogórki (niekiedy w wannie). Być może ów zapach jest katalizatorem nastroju, którego nie uda mi się opisać, być może gwóźdź tkwi w jakimś innym krzyżu. Trzeba jednak pogodzić się z tym, że ten czas nadchodzi i będzie katował zmysły i umysł. Bardziej, niż jakiekolwiek palone jesienią liście, sterylna zima, czy euforyczna wiosna. Koniec lata pachnie najmocniej. Czuć to w pierwszych chłodnych podmuchach osiedlowym zmierzchem. I w każdym bardziej ponurym od poprzedniego riffie. Wyjątkowo przechlapany okres dla ludzi cierpiących na chroniczne wspominanie i wstręt do przyszłości. Wyjątkowo głupio czuję się z tym, jak szybko upalna bezmyślność zmienia się w dystans wobec rzeczywistości. Tego roku wyjątkowo nie pomoże mi powrót do szkoły. Co więc? Pływać, pływać, pływać, a w przerwie spacerować nad coraz ciemniejszym zalewem, z coraz to inną butelką. (W tym miejscu mogę wreszcie, po ośmiu miesiącach, podziękować Arturowi, za uświadomienie mi różnicy między piwem, a "piwem". Za resztę mogę go tylko opierdzielić.)
Niewiele jest tu i teraz dobrego. Dobra jest Paulina, dobre będą studia, dobre były wszystkie przeszłe lata.


Wyszła mi z boru - w złocie warkoczy
z twarzą indyjskiej Bogarodzicy
w błękitnych iskrach - w srebrnej przeźroczy
nadksiężycowej wieszczka świątnicy...
Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy
ach, - i zabrzęczał mi łańcuch mej ciemnicy. 
Jak wulkan krwawy w łonie Arymana,
jak Samum, gdy się wichrami rozuzda
tak we mnie otchłań - gwiazdami przetkana
leciała w państwo słoneczne Ormuzda. 
Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy
ach, i zabrzęczał mi łańcuch mej ciemnicy.
Nie wzbraniał mi jej smok, żelazna wieża,
zdradny labirynt ni królewskie ramię
miłość zwycięży wszystko - wszystko złamie
ale nie miłość druga do pasterza. 
Więc Śmierć przyzwałem - i śmierć odtąd żyje
i wszechświat cały grobowcem przywarła
-czuje mdły powiew-
-w oczeretach gnije-
z tęsknoty - u nóg mych - umarła.
Na pustej trzcinie rozpiąłem jej włos
nad śniącą rzeką schyliły się drzewa
wiatr cicho płacze - ptak mogilny śpiewa
to los mój - los!...
głębiny tajne pruć
milczenia głuche mącić
jako stracona łódź
od brzegu się odtrącić
mieć gwiazdy - gwiazdy rzucić
i tylko piosnkę nucić
to los mój - los!...

Nie jest dobrze czuć zazdrość.

Nie zdążyłem na koncert.Opiłki. Opiłki, drobiny, metalowy kurz. Tego było najwięcej przez ostatni miesiąc w moim życiu. Między trupio sinym piekłem cynkowni, a EVG III spędzałem czas kontemplując iskry, smakując dymu, katując dłonie, charcząc i puszczając wodze wyobraźni. Nie da się być pewnym stabilności swojej psychiki, kiedy do łba przychodzi myśl, że rozświetlony o świcie strop hali produkcyjnej to jedna z piękniejszych rzeczy jakie się widziało w życiu.
Industrializacja osobowości, sadza pod paznokciami, nocny autobus. Siłą rzeczy się skonkretyzowałem. Nie da się być tak rozwlekłym żyjąc od 4:30 do 20:00. Aż dziw bierze, kiedy udało mi się przeczytać "Estetykę życia i piękno umierania". I nic nie zapamiętać. Ponadto czarne ślady, które zostawiłem we wszystkich powrotnych autobusach pozdrawiają wszystkich kanarów, którym zwiałem, albo którzy mają za słaby wzrok by dojrzeć datę na bilecie. Dobrze, że wezwanie do zapłaty zaległego mandatu nie przyszło, bo nie miałbym już na bułki. Industrialne żołądki trawią tylko konserwy. I to jest fajne. Na tyle, że momentami nie mam nawet ochoty zostać wykształciuchem. Można być równie, a prędzej mniej sponiewieranym będąc pracownikiem fizycznem.Tylko zetnę włosy, oddam dziewczynkom chorym na raka, pieprznę tatuaż na karku i jestem gotów na resztę życia.

Albo zwieję do Mierzwic. Jak zwykle na zbyt krótko. Chyba, że w końcu uda się zadzierzgnąć ciasny supeł z wiejską, nocną mgłą. A propo - muzyka dostarczona przez Kamila Mrozkowiaka (chwała mu).

Suicide is self expression.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz