Cykl dobowy. Pomijając północne zaburzenia, wszędzie podobny. Dla uproszczenia przyjmijmy, że noc zaczyna się około godziny 21.
I co dalej? Dla potrzeb wycieczki, załóżmy, że wszyscy (tak, Ty osobiście, pt. Czytelniku) cierpimy tego jednego, bliżej nieokreślonego dnia na bezsenność. Obojętnie z jakich powodów. Może to tęsknota, może pełnia księżyca, może irracjonalny strach, kawa, ból zęba, cokolwiek, zostawiam każdemu pole do popisania się wyobraźnią.
Co w związku z bezsennością? Można posiedzieć na fejsbuku, można napisać książkę, posłuchać muzyki. Ale tego jednego, bliżej nieokreślonego dnia, zdecydujmy się na spacer. Nocny spacer.
Przedsięwzięcie tego kalibru, wymaga pewnych przygotowań. Palący powinni zaopatrzyć się w niezbędne, a najlepiej niezawodne, akcesoria, niepalący w coś na ząb, wszyscy w ciepłe ubrania, wygodne buty i słuchawki. Makijaż nie jest wymagany, bo i tak nic nie widać.
Ruszamy o północy. Jak kto woli, ze względu na symbolikę, dlatego, że dopiero wtedy dom zasypia, albo bez powodu. Uważamy, żeby nikogo nie obudzić, dlatego drzwi otwieramy płynnie i powoli, a buty i ewentualną kurtkę zakładamy dopiero po wyjściu (stealth w skarpetach jest skuteczniejszy o 50%).
Zaczerpnijmy porządny łyk chłodnego, nocnego powietrza i postawmy pierwszy
krok.
Najpierw niespiesznym, ciut chwiejnym krokiem przejdziemy się ocienioną drzewami ulicą Niepodległości. Bloki, trzepaki, śmietniki i garaże skąpane w świetle księżyca są o wiele ładniejsze i mają o wiele więcej do powiedzenia niż za dnia. O tej porze nie powinniśmy już nikogo spotkać, jednak pijanemu sąsiadowi należy się ukłonić, a na bezpańskiego psa zagwizdać.
Na skrzyżowaniu skręcamy w ulicę Garwolińską i sprawdzamy, czy nie przegapiliśmy telefonu od (jednak) obudzonych i spanikowanych domowników. Po drodze można zadrzeć głowę na dzwonnicę świętej Teresy i dać się ponieść nogom. Garwolińska przechodząca w Partyzantów ze względu na to, że jest prosta, jak w mordę strzelił, idealnie nadaje się na rozmyślanie. Temat rozmyślań pozostaje dowolny, jednak sugeruje się omijanie kwestii - matury, szkoły, ocen itp.
Po przejściu pod mostem garwolińskim znajdujemy się już niemal w centrum Siedlec, więc po ewentualnych zakupach w sklepie nocnym (15 minut czasu wolnego) wypada przyspieszyć.
Na szerokiej Wojska Polskiego możemy się pobujać, ponieważ nawet w ciągu dnia ciężko doświadczyć tam autochtonów, jednak przy przechodzeniu przez ulicę zaleca się ostrożność. Na leżących nie czekamy.
Po chwili powinniśmy dotrzeć do ulicy niejakiego Piłsudskiego (w wersji gimnazjalnej Piłsudzkiego). Moment wysiłku dla osób o słabszej kondycji i oto znaleźliśmy się na jednym z wielu punktów widokowych w Siedlcach - wiadukcie. Połowa wycieczki siada na barierce po lewej stronie i podziwia PKP, a druga połowa po prawej i podziwia tory na Warszawę. Moment na zapalenie i fatalistyczne wnioski.
Kontynuujemy ulicą Warszawską, która jak sama nazwa wskazuje prowadzi do Igań. Nie ma tu za wiele do oglądania, ale chodnik jest szeroki i osoby, które uprzednio odwiedziły nocny, mogą się teraz śmiało zataczać. Ulica Warszawska jest dobra do rozmów, bo ciągnie się cholera wie ile, więc pozwólcie, że w tym czasie opowiem wam o tym, jak to matura została w mojej głowie
spersonifikowana. Psychoza napięcia ruszyła, korytarze stały się węższe, nauczyciele bardziej nerwowi w obawie o wyniki sygnowane ich nazwiskiem. A ja spostrzegłszy, że trzymam ręce w kieszeniach ciut zbyt długo, doznałem przypływu desperackiej pewności siebie. To już nie egzamin. To wróg. Wróg, którego muszę zmiażdżyć, spopielić, upokorzyć bez krzty wysiłku, na złość wszystkim. Wredny twór w garniturze, bez twarzy, obwarowany setkami formalności i armią ludzi całkowicie oddanych idei Matury. Zło moich czasów.
Tadam! Nie wiadomo jak i kiedy dotarliśmy do ulicy Plażowej. Która za czasów mojej młodości (khe, khe, ma się te osiemnaściedziesiąt na karku), wcale nie była ulicą, tylko szeroką, piaskową ścieżką, z której co lato unosiły się tumany kurzu wzbijane przez setki kół i bosych stóp. Teraz jednak jest zimna, asfaltowa i pusta, co znakomicie komponuje się z wysokimi, nieodmiennie od początku mojego życia szumiącymi topolami (nie wiem, czy to na pewno topole, w podstawówce każdy kto znał się na drzewach był kujonem).
Po prawej, w Iganiah świeci Topaz, makdolan i Dwie Wieże, po lewej ciągnie się ulica Okrężna. My jednak zbiegniemy truchtem wprost w stronę Zalewu. Osoby towarzyskie siadają na kwadratowym molo, indywidualiści na prostym. Drugi papieros i kolejna chwila zadumy nad trzema niewyłowionymi dotąd topielcami.
Wstajemy, otrzepujemy tyłki z piachu i ruszamy w stronę ciemniejącego przed nami lasu. Quasi-lasu w sumie. Cieszymy się, że świeci księżyc, uważamy na doły wykopane przez Czupakabrę i pozwalamy wyobraźni nas postraszyć. Nogi bolą?
Jeśli robi bardzo, bardzo jasno, to znaczy, że idziemy w dobrą stronę, bo to Orlik przy pg4 bije nam po oczach swym niezmierzonym blaskiem, tak charakterystycznym dla rzeczy nowych i drogich (no dobra, to tylko reflektory). Przed nami jeszcze tylko wspinanie się na Wyżynę Siedlecką, na której - jak wiadomo tubylcom - w stosunku do Zalewu znajduje się Romanówka. Garaże z blachy falistej, tłuczone szkło pod nogami, ciemne bramy i słodkawy zapach na klatkach schodowych. Witam u siebie.
Przystańmy pod którymś z wielu sklepów, dokończmy rozwleczoną rozmowę, nałogowcy mogą jeszcze zapalić. Jeśli ktoś czuje potrzebę, może przysiąść na schodach (osiedla obfitują w schody) i nikt się nie obrazi, jeśli wstając, zapomni o swojej butelce. Spacer dobiega końca, czuć piasek pod powiekami, ciężkość w stopach, niesmak w ustach (było tyle palić?). Można się już pożegnać, każdy powoli, a przecież pospiesznie polezie w swoją stronę.
Do następnego razu, nastawcie budziki, za cztery godziny pobudka.
Jestem zaskoczona zmianą postrzegania matury. Pozytywnie. Najlepsza notka.
OdpowiedzUsuńbędąc sam na sam ze sobą tak potrzebne chociaż ogólnie niepożądane ciągle się wydaje że uśmiech ma znaczenie tylko wtedy gdy możemy się z nim podzielić jednak nie uważasz że surowej samotności nie wypełni człowiecze uczucie ?
OdpowiedzUsuń