Jest gorąco – stwierdzono jednogłośnie. Jednym głosem, ale o
różnym natężeniu. Zaduch – mówiły na cmentarzu. No, nieźle – leniwie
stwierdzano w biurach. Goronc, panie – przez papierosowe kłęby dolatywało z
Mostostalu. Jak gorąco? Jak chuj – mamrotali skacowani ratownicy. Najgorzej
jednak sarkano na Romanówce. Między starymi, a nowymi blokami snuły się grupki
w grupach wiekowych, wszyscy zbratani jedną dolegliwością. Konsekwentny, mdły,
organiczny, a przy tym nieludzki fetor z godnością rozpełzał się po całym
osiedlu już o dziewiątej i trwał w bezwietrznym, rozgrzanym powietrzu,
potęgowany przez nie aż do dwudziestej pierwszej. Różne autorytety podnosiły
różne tezy, które kolejno upadały pod ciężarem swojej własnej bezbłędności. To
wywożą gnój w Żelkowie i tak niesie. Nie, to śmietnik koło rzeźni. Nie, to
garbarnia. Nie, Zalew zakwita. Niechętnie prowadzone w skwarze rozmowy na takie
właśnie tematy toczyły się nawet w ścisłym centrum, pod dworcem, w barach,
kebabach i lumpeksach. Prawda była jednak zgoła inna, a niektórzy z nas się jej
domyślali, choć też niechętnie – goronc, panie.
Jak to zwykle bywa w takich historiach, a prawdę mówiąc, i w
życiu – wszystko jest dobrze, póki się nie spieprzy. Pracę w policji stracił
jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Żona umarła niedługo później. Pies sobie
poszedł. Sąsiedzi upominali się o długi. Wraczejąc coraz wyraźniej, dotelepał
jakoś aż do czasów, o których mowa. A mowa o czasach dziwnych i upalnych.
Recesja dawała się we znaki wszystkim, liczono się z groszem, ze słowem mniej.
Okołokoliczności jak raz, żeby prosperowały mety. I prosperowały, Jego też. Tym
bardziej, że prócz przetwarzania przemysłowych ilości wódki i papierosów,
chociaż raz na miesiąc wypadałoby zjeść (niektórzy studenci polonistyki
zapalczywie walczą z tą tezą). Traf, ślepe siły, zły chciał, że inny policjant
emeryt dorabiał jako cieć w prosektorium. I wszystko było dobrze, póki nie
zrobiło się gorąco i nie zaczęło śmierdzieć.
Śmierdziało niemiłosiernie, a my chcieliśmy to z siebie
zmyć, albo, według planu minimum, pójść przynajmniej na piwo. Ale tak
porządnie, jak rany! Jak na złość, po całej nocy zmagań ze stoutami, pszenicą,
lagerami, ajpami, po wizycie w czterech barach, pieniądze od ZHP Mokotów się
skończyli. I trafiliśmy z pochmurnemi czołami na dach. Na dachu poszły w ruch
zapałki, słuchawki, drobniaki wyciągane z morderczo zapomnianych miejsc i
odbyła się narada wyraźnie sugerująca porażkę, bo odbywająca się w pozycjach
leżących. Byłem zły, bo miałem już dość sugestywnej więzi łączącej nocne niebo
i podłe piwa. Jakby tego nie było dość, gwiazdy postanowiły spadać
przyprawiając naszą wiarę w stałość pewnych pojęć o chwiejność (niewykluczone,
że spadały przytłoczone podłością piw). Pod nami jeździły radiowozy i taksówki,
a nad nami wte i wewte śmigały bezczelne gwiazdy. Pora zaś była bezbożna, tak
jak nasz stan, kiedy senność bierze ciało we władanie, pozostawiając duszę na
pastwę bezbrzeżnych otchłani rozpaczy
„Lecz cienie nasze – Boże mój! – nie wypuściły flaszek z
dłoni
I tylko inny płynie czas – i tylko szkło inaczej dzwoni”
I zdarzyło się tak, że poszliśmy z dziewięcioma butelkami na
wymianę i dwunastoma złotymi do nocnego, a idąc rzucaliśmy wyzwanie radiowozom
i taksówkom, bo szliśmy nago. Tak, tak, to właśnie przez nas świt tego dnia
wstał dwie godziny później, długo walcząc z obrzydzeniem. Szczęśliwi i
złaknieni nowych wrażeń weszliśmy do wody, a w tamtej rzeczywistości nie
byłem ratownikiem i nie zabroniłem tego kategorycznie. Ślicznie było zanurzyć
się w mglistej wodzie i płynąć, płynąć, płynąć w mroku tuż przy dnie, myśląc o
tym, jak powinno się karać ludzi używających słowa „genialne”.
„Lecz cieniom nagle zbrakło sił, a cień się mrokom nie
opiera
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera”
Bardzo długo Rzeczy nie mogły dojść do porozumienia, czy
nasz przypadek to ich działka. Logika argumentowała, że postąpiliśmy dokładnie
wbrew niej i nam się nie należy. Literatura przepadła gdzieś szukając podobnego
casusu. Muzyka nie była nam wroga, zwłaszcza, że całą noc śpiewaliśmy (choć to
akurat mogło jej urągać). Dyskusję przerwała Statystyka, stwierdzeniem, że
najwięcej utonięć (nie utopień!) wynika ze wcześniejszego spożycia, więc śmierć
naszej czwórki to jednak Rzeczy, a nie Ziemniak. Miało minąć jeszcze dobre
kilka dni, zanim spuchnięte, cieknące i sine zwłoki zostały wyłowione.
"Lecz dzielne flaszki – Boże mój – mdłej nie poddały się
żałobie!
I same przez się siup do ust, pachniały treścią same w
sobie!”
Z lekkomyślnością właściwą naszemu wiekowi postanowiliśmy
nie przejmować się własną śmiercią i ruszyć w drogę powrotną do domu.
-Niczym błyskawica!
-Tak szybko?
-Nie. Zygzakiem.
Świt widząc, że okryliśmy już swój dezabil postanowił
nadrobić opóźnienie i gonił nas wściekle, rzucając na oślep jasnymi smugami
utkanymi z obowiązków. Zmykaliśmy raźno na boki, a tak naprawdę to nie, bośmy
ledwo szurali kopytami po zarzyganych chodnikach. Drogi nasze się jakoś
rozeszły, pogodziłem się już prawie ze wszystkim i usiadłem na przystanku.
Gdybyście wtedy przechodzili obok, rzucalibyście pełne niesmaku i domysłu
spojrzenia. A niesłusznie! Bo może ja, właśnie ja, czekam sobie tutaj na
pierwszy autobus? Tego wiedzieć nie możecie.
I w ogóle, pogódźcie się już z
myślą, że niczego nie możecie wiedzieć na pewno i idźcie dalej.
Toteż siedziałem, czekając na to, aż coś się stanie, zmieni,
zatrzęsie, i czekałem siedząc na
przystanku. Czy wiecie już, z doświadczenia, co się stało? Zgadza się. Nic.
„Nic – tylko płacz i żal i mrok i nieświadomość i zatrata
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma
świata?”
Gdybym był lepszy, silniejszy, wytrzymałbym do tej szóstej
rano, nie odpadł. Ale tak się nie stało i nie zamierzam się tłumaczyć. Faktem
pozostaje, że właśnie wtedy do mieszkania w bloku naprzeciwko mojego
Definitywnego Przystanku wparowała policja i aresztowała Go, zabezpieczając
kilka lodówek oraz to, co nie mieściło się w lodówkach, psuło w upale i
śmierdziało na całe osiedle. Dwa tygodnie później Jego córka się powiesiła, ale
zupełnie bez związku – straciła pracę w warzywniaku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz