Kapitan
Major R. (ps. Rubella) zaszczycał Powłóczyny swoją obecnością po raz pierwszy.
Ten pierwszy raz miał się różnić od innych pierwszych razów pod wieloma
względami, ale jedno było na swoim miejscu – zawód. Z miejsca spotkał go zawód
natury służbowej, zaś służba, choć chwalebna, to przecież płatna, stanowi
pewien sposób na życie – zawód.. Żaden z psów czatujących pod gospodą nie
obszczekał służbowego willysa, kot grzejący się w ostatnich podrygach
wrześniowego ciepła nie podniósł łba z parapetu plebanii, twarze nie wykwitły w
oknach. Oznaczało to silne wpływy obcej agentury, względnie bezwzględną
popołudniową obojętność mieszkańców wobec spraw tego świata. Z akt, które
otrzymał w komendzie wojewódzkiej wynikało, iż największe skupisko fermentu
stanowiła gospoda królująca przy niewielkim rynku. Komenda wojewódzka bardzo
rzadko się myliła, co skonstatowawszy, dzielny utrwalacz władzy państwowej
skierował swoje kroki ku rzeczonemu przybytkowi wąsko rozumianej konsumpcji.
Długa, szeroka i nisko sklepiona sala skąpana była w błękitnych kłębach
szportów, przez które tu i ówdzie przezierała ogorzała, ponura twarz. Tak nagłe
zetknięcie z terytorium wroga wprawiło kapitana majora w głębokie zamyślenie,
które było zapowiedzią długiej serii powłóczyńskich zamyśleń. Właśnie przez nie
kapitan major z czasem popadł w ciężką melancholię, zakończoną samobójstwem.
Kolej rzeczy typowa dla przyjezdnych. Tymczasem jednak godny przedstawiciel
bezpieki zasiadł w zamyśleniu przy barze i raz jeszcze omiótł wzrokiem salę. Bogiem,
a prawdą, omiatanie to było coś, co nie zaszkodziłoby gospodzie w Powłóczynach,
jednak nie znalazł się nikt, kto odważyłby się o tym wspomnieć głuchoniememu
ajentowi, a R. nie zamierzał zaczynać pracy w terenie od konfliktu z
miejscowymi zwyczajami.
Przy stole
pod oknem zasiadało sześciu lokalnych władyków. Na czas, o którym mowa,
przypadał złoty wiek ich panowania, zbiegający się w czasie z jesienią ich
życia. Jako podrostkowie, kręcili się przed gospodą, kiedy jeszcze należała do
starozakonnych, jako krzepcy mężczyźni wpadali do niej o świcie, budząc nowego
właściciela z niemieckiego nadania, który zawsze miał przerażenie w oczach, z
marsowymi czołami patrzyli na odbudowę miasteczka, węszyli nieufnie po nowych
budynkach kolekcjonując zmarszczki, aż zauważyli, nie trzyma ich tu nic i nikt
i przycupnęli w gospodzie pod oknem, widoczni tylko na jego tle. Liczono się z
ich zdaniem, ale nie pytano o nie. Górecki, toczony przez egzemę, był
specjalistą w zakresie oczyszczania politury, Ozierski, potomek kozaków, w
delirycznym uniesieniu snuł się półnago po okolicznych sadach i lasach, Misztal
miał rękę do koni i na pieńku z burmistrzem, Buras odzywał się z rzadka,
zżerany przez zazdrość, cierpiał na marskość wątroby, Radomyski, w cywilu
szewc, dla odmiany gadał i klął jak najęty. No i był jeszcze O. były ksiądz,
wciąż mieszkający kątem na plebanii, amator wody kolońskiej.
Cała szóstka
mierzyła teraz zblazowanymi spojrzeniami przybysza. Mierzenie nie trwało długo
– przybysz miał około stu siedemdziesięciu centymetrów. Widać ten wniosek
zadowolił starszyznę, która wróciła do kontemplowania baterii pozaczynanych
butelek różnych kształtów i objętości. Zaznaczyć trzeba, że butelki zajmowały
całą powierzchnię stołu, a stół mały nie był i nigdy nie zauważono, żeby
którakolwiek spadła na zakurzoną podłogę. Tak tylko mówię.
Dwie setki
wódki, które kosztem torsji wmusił w siebie kapitan major na nikim w knajpie
nie zrobiły wrażenia, za to jego samego zmusiły do wycofania się na z góry
upatrzone pozycje, po tym, jak zakrztusił się dymem zapalonego papierosa. Klnąc
pod nosem brak przeszkolenia w tym niewątpliwie wszędobylskim tutaj zakresie
opierał się o czyjś płot i planował. Trzeba zaznaczyć z całą stanowczością i w
zgodzie z prawdą historyczną, że brak doświadczenia nie wynikał bynajmniej z
braku starań kolegów w szkole oficerskiej. Jednakowoż ludzkie starania i dobre
chęci mają niewielką siłę przebicia w perspektywie transcendentnej interwencji,
która kazała R. – oficerowi in spe, zajmować się, bądź litościw mu grzesznemu,
poezją.
Poezja miała
w Powłóczynach zakrojone na szeroką skalę i grubymi nićmi szyte tradycje. Przed
wojną urzędował tu pewien euforycznie doceniany i trafnie zdiagnozowany kretyn,
znany z tego, że potrafił przez tydzień pić w wynajmowanym pokoju i nic nie napisać.
Nic w sensie ścisłym. Czy próbował? Z jakimi zmorami się ścierał w trakcie
długich, jasnych nocy? Nie próbował i z żadnymi. Noce upływały mu na
bałamuceniu gimnazjalistek, bo to głównie one stały za euforycznym docenieniem
na skalę powiatu.
Po wojnie
nie było gorzej. Wielki literat L. wraz z utrzymankiem pojawiali się
kilkakrotnie, zawsze ciągnąc za sobą zgorszone szepty i bezbrzeżną nudę, aż do
czasu wspólnego samobójstwa na bagnach za młynem. Tak przetartymi szlakami
przyszło poruszać się ćwierć poecie, ćwierć funkcjonariuszowi, świerć idiocie,
śmierć trupowi R. Słuszna więc niepewność trawiła jego serce i słusznie podły
napitek trawił jego trzewia kiedy wraz ze skromnym dobytkiem zajmował izbę nad
szkołą.
Gdyby nie,
wspomniana półgębkiem, poetyczna dzikość serca, wszystko potoczyłoby się zgoła
inaczej, sprawy nie przybrałyby równie niepokojącego obrotu, za to sklep
Śliwińskich zanotowałby obrót niższy. To ona kazała kapitanowi majorowi po
długiej i pod rozlicznymi względami, o których żętelmentom nie przystoi
dyskutować, owocnej wizycie u proboszcza udać się na równie wzniosłą, co
skacowaną przechadzkę. Przechadzka, a zwłaszcza przechadzka jako tako
postawionego funkcjonariusza publicznego, winna cechować się namysłem i
niespiesznością. Świadom tych wymogów, R. wbił wzrok w jaśniejący, choć jeszcze
granatowy horyzont i pozwolił nieść się nogom, niespiesznie, a z namysłem.
Odprowadzały go spojrzenia tych, którym nie było dane jeszcze zasnąć, albo już
spać. Mijał rynek, opłotki, chaszcze, salutowały mu wszystkie bociany, sosny
stawały na baczność, a bezpańskie psy opętańczo wyły hymny ku czci. Powiedzieć,
że w takich okolicznościach przyrody łatwo stracić skołataną ekscesami natury
takiej, a przynoszącej niesmak w ustach, głowę, to nic nie powiedzieć. Kiedy
rzeczywistość huczy zewsząd, wyznaczając między hukiem nabrzmiały i zwężający
się korytarz ciszy, trzeba zaufać nogom, nawet jeśli znaki na niebie i pod
ziemią każą sądzić inaczej. Zaufanie takie puszczone samopas zachowuje się jak
każde zaufanie – zawodzi samo przez się.
Właśnie
dlatego to, co najpierw wydawało się być jedynie delikatną rosą, zdradziecko
przepoczwarzyło się w głębokie, muliste bajoro. Stojąc w takim bajorze
człowiek, a nawet funkcjonariusz uświadamia sobie, że istnieje tylko jedno wyjście
(to za plecami) i dwa sposoby poradzenia sobie z sytuacją. Po pierwsze i
rozsądniejsze – można kląć na czym rzeczone bajoro stoi i odsądzać od czci i
wiary siły, które sprawiły, że się na takie bajoro trafiło. Po drugie i podobno
w lepszym guście – można z zachowaniem całego namysłu i niespieszności, nadal
stojąc po kolana w bajorze spróbować opisać migoczące wdzięki siurpryzy, która
się zdarzyła. Tak, wedle słów pewnego idioty, czynią poeci.
Tak też
uczynił R., powodowany nadzieją na miejsce w panteonie narkomanów, łachmytów, małostkowych
idiotów, czyli ogółem rzecz biorąc, a zdanie skracając, bądź wydłużając –
typowych przedstawicieli społeczeństwa, którzy z lenistwa parają się słowem
pisanym. Owoc pracy jego lędźwi miał urodzić się jakiś czas później, jako wnuk
świętej pamięci proboszcza Powłóczyn, a owoce jego poetycznej duszy miały
zostać bezlitośnie skrytykowane przez niejakiego Sobieraja w „Podlaskiej
Nowinie”, bo właśnie ta redakcja zasłużyła sobie na wyróżnienie w postaci prawa
do publikacji „Bajor Powłóczyńskich”. Jeszcze wiele lat później, w trakcie
kolejnych przesłuchań, redaktor Sobieraj nie wykazywał chęci poprawy i
twierdził, że „nie wiadomo o co chodziło w tej pisaninie”.
Historia zna
wiele niespełnionych postaci, które ambicja niewspółmierna albo do osobistych
ograniczeń, albo do ograniczeń epoki, przywiodła do czynów wielkich, a głupich,
a strasznych. Kapitan major R. nie miał być jedną z nich. Chociaż przez noc i
dzień i następną noc w całym miasteczku słychać było strzały i krzyki i suchy
trzask głodnego ognia, to źródła uparcie milczą na temat oszalałego z żalu
poety-bubeka, który sprawił, że jeszcze przez wiele lat nikt nie śmiał zbliżać
się do urokliwych na swój trupi sposób Powłóczyn, po czym popełnił coś w
rodzaju samobójstwa. Czyli zapił się na śmierć. Dopiero ja przybliżam wam tę
historię, pomny konsekwencji, a czynię to na łożu jeśli nie śmierci, to
boleści, więc konsekwencje bagatelizuję.
ENE DUE RIKE FAKE TORBA BORBA USME SMAKE
W
jasnozłotą, ciepłą noc
Mrugnij do
mnie, możesz?
Nie bój się
o mój sen, bo
Nie śpię o
tej porze.
Mrugnij do
mnie, chciałbym się
Móc tym
innym chwalić
Ale nie
dotykaj mnie
Wiesz, Twój
dotyk pali.
Tak jak pali
jego brak
Sama już
rozumiesz,
Czemu muszę
w noc tak trwać
I zasnąć nie
umiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz