wtorek, 25 czerwca 2013

Legend of the arrival club



Kapitan Major R. (ps. Rubella) zaszczycał Powłóczyny swoją obecnością po raz pierwszy. Ten pierwszy raz miał się różnić od innych pierwszych razów pod wieloma względami, ale jedno było na swoim miejscu – zawód. Z miejsca spotkał go zawód natury służbowej, zaś służba, choć chwalebna, to przecież płatna, stanowi pewien sposób na życie – zawód.. Żaden z psów czatujących pod gospodą nie obszczekał służbowego willysa, kot grzejący się w ostatnich podrygach wrześniowego ciepła nie podniósł łba z parapetu plebanii, twarze nie wykwitły w oknach. Oznaczało to silne wpływy obcej agentury, względnie bezwzględną popołudniową obojętność mieszkańców wobec spraw tego świata. Z akt, które otrzymał w komendzie wojewódzkiej wynikało, iż największe skupisko fermentu stanowiła gospoda królująca przy niewielkim rynku. Komenda wojewódzka bardzo rzadko się myliła, co skonstatowawszy, dzielny utrwalacz władzy państwowej skierował swoje kroki ku rzeczonemu przybytkowi wąsko rozumianej konsumpcji. Długa, szeroka i nisko sklepiona sala skąpana była w błękitnych kłębach szportów, przez które tu i ówdzie przezierała ogorzała, ponura twarz. Tak nagłe zetknięcie z terytorium wroga wprawiło kapitana majora w głębokie zamyślenie, które było zapowiedzią długiej serii powłóczyńskich zamyśleń. Właśnie przez nie kapitan major z czasem popadł w ciężką melancholię, zakończoną samobójstwem. Kolej rzeczy typowa dla przyjezdnych. Tymczasem jednak godny przedstawiciel bezpieki zasiadł w zamyśleniu przy barze i raz jeszcze omiótł wzrokiem salę. Bogiem, a prawdą, omiatanie to było coś, co nie zaszkodziłoby gospodzie w Powłóczynach, jednak nie znalazł się nikt, kto odważyłby się o tym wspomnieć głuchoniememu ajentowi, a R. nie zamierzał zaczynać pracy w terenie od konfliktu z miejscowymi zwyczajami.
Przy stole pod oknem zasiadało sześciu lokalnych władyków. Na czas, o którym mowa, przypadał złoty wiek ich panowania, zbiegający się w czasie z jesienią ich życia. Jako podrostkowie, kręcili się przed gospodą, kiedy jeszcze należała do starozakonnych, jako krzepcy mężczyźni wpadali do niej o świcie, budząc nowego właściciela z niemieckiego nadania, który zawsze miał przerażenie w oczach, z marsowymi czołami patrzyli na odbudowę miasteczka, węszyli nieufnie po nowych budynkach kolekcjonując zmarszczki, aż zauważyli, nie trzyma ich tu nic i nikt i przycupnęli w gospodzie pod oknem, widoczni tylko na jego tle. Liczono się z ich zdaniem, ale nie pytano o nie. Górecki, toczony przez egzemę, był specjalistą w zakresie oczyszczania politury, Ozierski, potomek kozaków, w delirycznym uniesieniu snuł się półnago po okolicznych sadach i lasach, Misztal miał rękę do koni i na pieńku z burmistrzem, Buras odzywał się z rzadka, zżerany przez zazdrość, cierpiał na marskość wątroby, Radomyski, w cywilu szewc, dla odmiany gadał i klął jak najęty. No i był jeszcze O. były ksiądz, wciąż mieszkający kątem na plebanii, amator wody kolońskiej.
Cała szóstka mierzyła teraz zblazowanymi spojrzeniami przybysza. Mierzenie nie trwało długo – przybysz miał około stu siedemdziesięciu centymetrów. Widać ten wniosek zadowolił starszyznę, która wróciła do kontemplowania baterii pozaczynanych butelek różnych kształtów i objętości. Zaznaczyć trzeba, że butelki zajmowały całą powierzchnię stołu, a stół mały nie był i nigdy nie zauważono, żeby którakolwiek spadła na zakurzoną podłogę. Tak tylko mówię.
Dwie setki wódki, które kosztem torsji wmusił w siebie kapitan major na nikim w knajpie nie zrobiły wrażenia, za to jego samego zmusiły do wycofania się na z góry upatrzone pozycje, po tym, jak zakrztusił się dymem zapalonego papierosa. Klnąc pod nosem brak przeszkolenia w tym niewątpliwie wszędobylskim tutaj zakresie opierał się o czyjś płot i planował. Trzeba zaznaczyć z całą stanowczością i w zgodzie z prawdą historyczną, że brak doświadczenia nie wynikał bynajmniej z braku starań kolegów w szkole oficerskiej. Jednakowoż ludzkie starania i dobre chęci mają niewielką siłę przebicia w perspektywie transcendentnej interwencji, która kazała R. – oficerowi in spe, zajmować się, bądź litościw mu grzesznemu, poezją.

Poezja miała w Powłóczynach zakrojone na szeroką skalę i grubymi nićmi szyte tradycje. Przed wojną urzędował tu pewien euforycznie doceniany i trafnie zdiagnozowany kretyn, znany z tego, że potrafił przez tydzień pić w wynajmowanym pokoju i nic nie napisać. Nic w sensie ścisłym. Czy próbował? Z jakimi zmorami się ścierał w trakcie długich, jasnych nocy? Nie próbował i z żadnymi. Noce upływały mu na bałamuceniu gimnazjalistek, bo to głównie one stały za euforycznym docenieniem na skalę powiatu.
Po wojnie nie było gorzej. Wielki literat L. wraz z utrzymankiem pojawiali się kilkakrotnie, zawsze ciągnąc za sobą zgorszone szepty i bezbrzeżną nudę, aż do czasu wspólnego samobójstwa na bagnach za młynem. Tak przetartymi szlakami przyszło poruszać się ćwierć poecie, ćwierć funkcjonariuszowi, świerć idiocie, śmierć trupowi R. Słuszna więc niepewność trawiła jego serce i słusznie podły napitek trawił jego trzewia kiedy wraz ze skromnym dobytkiem zajmował izbę nad szkołą.
Gdyby nie, wspomniana półgębkiem, poetyczna dzikość serca, wszystko potoczyłoby się zgoła inaczej, sprawy nie przybrałyby równie niepokojącego obrotu, za to sklep Śliwińskich zanotowałby obrót niższy. To ona kazała kapitanowi majorowi po długiej i pod rozlicznymi względami, o których żętelmentom nie przystoi dyskutować, owocnej wizycie u proboszcza udać się na równie wzniosłą, co skacowaną przechadzkę. Przechadzka, a zwłaszcza przechadzka jako tako postawionego funkcjonariusza publicznego, winna cechować się namysłem i niespiesznością. Świadom tych wymogów, R. wbił wzrok w jaśniejący, choć jeszcze granatowy horyzont i pozwolił nieść się nogom, niespiesznie, a z namysłem. Odprowadzały go spojrzenia tych, którym nie było dane jeszcze zasnąć, albo już spać. Mijał rynek, opłotki, chaszcze, salutowały mu wszystkie bociany, sosny stawały na baczność, a bezpańskie psy opętańczo wyły hymny ku czci. Powiedzieć, że w takich okolicznościach przyrody łatwo stracić skołataną ekscesami natury takiej, a przynoszącej niesmak w ustach, głowę, to nic nie powiedzieć. Kiedy rzeczywistość huczy zewsząd, wyznaczając między hukiem nabrzmiały i zwężający się korytarz ciszy, trzeba zaufać nogom, nawet jeśli znaki na niebie i pod ziemią każą sądzić inaczej. Zaufanie takie puszczone samopas zachowuje się jak każde zaufanie – zawodzi samo przez się.
Właśnie dlatego to, co najpierw wydawało się być jedynie delikatną rosą, zdradziecko przepoczwarzyło się w głębokie, muliste bajoro. Stojąc w takim bajorze człowiek, a nawet funkcjonariusz uświadamia sobie, że istnieje tylko jedno wyjście (to za plecami) i dwa sposoby poradzenia sobie z sytuacją. Po pierwsze i rozsądniejsze – można kląć na czym rzeczone bajoro stoi i odsądzać od czci i wiary siły, które sprawiły, że się na takie bajoro trafiło. Po drugie i podobno w lepszym guście – można z zachowaniem całego namysłu i niespieszności, nadal stojąc po kolana w bajorze spróbować opisać migoczące wdzięki siurpryzy, która się zdarzyła. Tak, wedle słów pewnego idioty, czynią poeci.
Tak też uczynił R., powodowany nadzieją na miejsce w panteonie narkomanów, łachmytów, małostkowych idiotów, czyli ogółem rzecz biorąc, a zdanie skracając, bądź wydłużając – typowych przedstawicieli społeczeństwa, którzy z lenistwa parają się słowem pisanym. Owoc pracy jego lędźwi miał urodzić się jakiś czas później, jako wnuk świętej pamięci proboszcza Powłóczyn, a owoce jego poetycznej duszy miały zostać bezlitośnie skrytykowane przez niejakiego Sobieraja w „Podlaskiej Nowinie”, bo właśnie ta redakcja zasłużyła sobie na wyróżnienie w postaci prawa do publikacji „Bajor Powłóczyńskich”. Jeszcze wiele lat później, w trakcie kolejnych przesłuchań, redaktor Sobieraj nie wykazywał chęci poprawy i twierdził, że „nie wiadomo o co chodziło w tej pisaninie”.
Historia zna wiele niespełnionych postaci, które ambicja niewspółmierna albo do osobistych ograniczeń, albo do ograniczeń epoki, przywiodła do czynów wielkich, a głupich, a strasznych. Kapitan major R. nie miał być jedną z nich. Chociaż przez noc i dzień i następną noc w całym miasteczku słychać było strzały i krzyki i suchy trzask głodnego ognia, to źródła uparcie milczą na temat oszalałego z żalu poety-bubeka, który sprawił, że jeszcze przez wiele lat nikt nie śmiał zbliżać się do urokliwych na swój trupi sposób Powłóczyn, po czym popełnił coś w rodzaju samobójstwa. Czyli zapił się na śmierć. Dopiero ja przybliżam wam tę historię, pomny konsekwencji, a czynię to na łożu jeśli nie śmierci, to boleści, więc konsekwencje bagatelizuję.

ENE DUE RIKE FAKE TORBA BORBA USME SMAKE

W jasnozłotą, ciepłą noc
Mrugnij do mnie, możesz?
Nie bój się o mój sen, bo
Nie śpię o tej porze.
Mrugnij do mnie, chciałbym się
Móc tym innym chwalić
Ale nie dotykaj mnie
Wiesz, Twój dotyk pali.
Tak jak pali jego brak
Sama już rozumiesz,
Czemu muszę w noc tak trwać
I zasnąć nie umiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz