Na młocinach
zostały gołąbki z października, kule Czarka Niezrównanego, które wiernie
towarzyszyły mi w cierpieniu i jakiś najbardziej unurzany w degrengoladzie
kawałek mnie, któremu najchętniej dałbym dziś po ryju. Całe moje – jego
szczęście, że tkwi w przybrudzonych ścianach Doryckiej, które więcej nie ogarną
mnie swoim napierającym z kuchni chaosem i pustką. Pustka to dobre środowisko
do powstawania chaosu, jak mawiał za tłustych lat mój kucharz. Dziś nie dość,
że nie mam kucharza, to momentami nie stać mnie na omastę do kaszy, nie
wspominając o ziemniakach. Względem tego, zrzekam się wszelkich dotyczących
mnie kandydatur, włącznie z tytułem Lokatora Roku, chciałbym, naprawdę, ale
dupa blada nie mam zdolności kredytowej.
Nie mam też,
jak się okazuje, prawa decydowania o sobie, przynajmniej nie w tej chwili.
Policmajster podarował pewną ilość czasu do namysłu mi i pewną (acz pewnie nie
ekwiwalent) wszystkim moim dwóm, trzem, czterdziestu czterem promilom.
Musztarda bije po oczach ze wszystkich stron i prawdopodobnie ma przyspieszyć
procesy, którym zostałem poddany i tym samym skrócić mój pobyt tutaj, który
wszak bije podatnikom po kieszeni. Pomieszczenie ma osiem kroków na cztery, nie
posiada okien, co rekompensuje dwoma pryczami do wyboru, stolikiem i przymocowanym
do ściany taboretem. Niestety, jak dotąd nie zaoferowano mi nic, co
zrekompensowałoby brak zegarka, telefonu, książki, czy kartki papieru. Zabrali
mi, psie krwie, nawet sznurówki, z obawy przed moją próbą samobójczą, jak
twierdzi Bodzio Przepotężny. To ci dopiero. W ścianie tkwi beznadziejnie
samotny guzik służący do przyzywania Sił Wyższych. Korzystam z tej jedynej
rozrywki jako mam i deklaruję chęć dokonania porannych ablucji w łazience. Ochlapuję
mordę pośmiardującą rdzą, wodą i leniwie gadam do pilnujących mnie Sił
Wyższych. Czuję bluesa.
Inni też go
czują. W naszej świadomości wydaje się być zakorzeniona ambicja dotycząca
naczochrywania się w środkach komunikacji publicznej. Prym wiodą pociągi. W
pociągu można siedzieć zgodnie z kierunkiem jazdy, lub wręcz przeciwnie, co w
dużej mierze definiuje styl naczochrywania się. Może nie? Znowuż będzie -
patrzcie, to ten aniszewski bredzi jak pieprznięty! A jakiż ja mogę być
pieprznięty, skoro moje usta milczą i mam prawo jazdy! Otóż jest tak – pan Dajmy
Na To Janusz jedzie zgodnie z kierunkiem jazdy, ja – przeciwnie. Jedziemy,
dobra. Pan Jak Mu Tam Waldek jest jeszcze jedną błogą nogą w przeszłości,
ściślej rzecz biorąc w dniu wczorajszym. Potrzebuje szybkiej reanimacji, jak
rany! Ja za to jadę świeży, jeszcze rozochocony po kawie z napoleonem. To
burżuazyjne połączenie, na które nie byłoby mnie w tym życiu stać, gdyby nie
Jaśnie Mecenat, pobudza ciało, duszę wystawia na pastwę melancholii, a umysł
stawia przed plutonem egzekucyjnym i zadaje mu pytania. Więc odwrotnie niż u
Przykładowego Choć Rzeczywistego Henryka. Jego szeroka, nalana twarz patrzy
wyzywająco, kiedy wielkie zjedzone łuszczycą łapy otwierają pierwszą puszkę
wydobytą z przepastnej żulówki, kryjącej, jak widzę, karton ruskich papierosów.
Dobra. Ja mu na to słuchawki sobie w uszy, Turgieniewa w jedno dłoń, żeby
podkreślić nieistniejący dystans, a w drugo porter, coby doprowadzić ego do
erekcji. I w słuchawkach bach! Łyk za łykiem. Co dalej? Otóż Podmiejski
Silnyjest Janusz po dwóch puszkach sapie, upuszcza telefon, sapie jeszcze
trochę i zaczyna tarzać się po dwóch, przysługujących mu z racji tuszy
siedzeniach. Po sposobie sapania poznaję, że ucieka w sen przed dupokarzającym
nieuchronnym, które a nuż przejdzie, jeśli nie będzie się patrzyło na
(stanowczo zbyt szybko) migoczącą za oknem zieleń przetykaną złotem. A co ja?
Ja przyklejam spocone czoło do szyby i tak trwam, zmarszczywszy czoło niby
tytan. Pan Wiesiek chwieje się i nieomal wypuszcza puszkę, którą ja jednak
przytrzymuję wzrokiem, albowiem zachodzi co do niej podejrzenie, że nie jest
jeszcze pusta. On chwieje się i nachyla konfidencjonalnie, choć chyba
nieświadomie w moją stronę. Przez chwilę wydaje mi się, że patrzę w lustro i z
tego przepełnionego zachwytem przerażenia nie mogę oderwać wzroku, ale z
którymś mocniejszym chrapnięciem on zwala się z powrotem na oparcie siedzenia i
parska, bo od początku wiedział, że nic z tego między nami nie będzie.
Tymczasem nadciąga, pojawia się konduktor i obrzuca nas dwóch badawczym
spojrzeniem, po czym odchodzi gdzieś dalej i tam trwa zamyślony. Jakże to tak?
To ja tu jak ten tytan, on sapie i turla się i potraktowano nas tak samo? Z
oburzenia też zasypiam i ślina w miarę trwania podróży cieknie mi w dół szyi,
powodowana jakimiś niecierpiącymi zwłoki względami. Budzimy się już zrównani,
tym razem obydwaj tytanicznym wysiłkiem woli, na właściwej stacji.
Jak zwykle
najbardziej na jestestwo działają mi dwa momenty. Po pierwsze nieśmiertelna
(notabene) formuła „Świętej Pamięci W. żegna…”, które każe wyobrażać sobie
poważną, choć już spokojniejszą twarz kiwającą z uznaniem głową przy niektórych
imionach, a przy innych mlaskającą ze zniecierpliwieniem. Twarz, która chce
mieć już spokój z ostatnim obowiązkiem. Po wtóre – anielski orszak niech twą
duszę przyjmie, tylko nie obraź się, jeśli usłyszysz jak twoje ciało przewraca
się trochę wte i wewte przy podnoszeniu trumny z katafalku. Bo to słychać,
chociaż żel na włosach trumnonoszów stara się zagłuszyć wszystko i lśnić
jaśniej niż witraże. Co z tego, że to momenty tendencyjne? Obiektywizm wlecze
się z tyłu pochodu ze smarkami do pasa i choć drze się jak może, to nikt nie
słyszy, bo organy grzmio. A ja się pocę w czarnej koszuli, już drugi raz w tym
tygodniu. Obym za trzecim mógł już patrzeć na wszystkich skąpany w pośmiertnej
glorii, która mnie przecież niechybnie czeka, no nie? Nie..? Ej, no we!
Byłbym może
i nawet zawiedziony tym, jak banalnie zostałem uratowany, gdyby nie to, że o
takim ratunku marzyłem, z lubością tarzając się po najgorszych zakamarkach własnej
głowy i siejąc ferment wszędzie, gdzie się pojawiłem. Niektórzy kręcili głową i
mówili – ab-so-lut-nie. I zgadzałem się z nimi, albowiem absolut nie zachwyca
jakością i do najtańszych nie należy, mniejsza, czy mówimy z perspektywy
Ministerstwa Wartości, czy Trunkowości. I w głowie swej spustoszonej
specyfikami natury takiej, a innej z zapamiętaniem dochodziłem do tego wniosku,
do którego wcześniej mi się zdarzało tędej, a owędej dojść. Że skoro wszyscy
ab-so-lut-nie, to ja tym-cie-kur-bardziej-wa. W taki, a inny sposób wylazłem
spod lodu, podduszony nie lada i za sprawą ludzi lepszych od siebie w byciu
ludźmi odetchłem wiosennym powietrzem, co czyni większość istot żywych ciut
lepszymi w byciu jako takim, niż sobie zimą wyobrażają, czego sobie i Państwu
życzę.
Uwagaż no ja
cię! Z bezczelnością właściwą ignorantom stwierdzam - powyższy fragment entwicklungsromanu to jeden wielki
PLAGIAT! Włącznie ze szmuctytułem. Kto widzi porżnięte inspiracje, temu może być teraz miło i koniec i
bomba, a kto nie, ten TRĄBA!
Pozdrawiam
Mecenat, Oby Żył Wiecznie i miał pieniążki na sponsorowanie abominacji natury takiej
jak wyżej.
Ne varietur.
Ne varietur.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz