Było nas w takim razie pięcioro, a mi trzęsły się ręce. Zresztą, bez fałszywej skromności - trzęsłem się cały, nad morzem było zimno, w szpitalu było duszno, w bibliotece było cicho, na koncercie było głośno, a później byłem pijany. Ale to przynajmniej byłem Ja, a nie my, my pojawiliśmy się gdzieś na południu Śródmieścia, gdzieś w nocy. Bardzo się ucieszyłem, kiedy na patelni ktoś równie roztrzęsiony paląc mojego ostatniego papierosa, prawił o kobietach. Mogłem wtedy dokonać eksterioryzacji chichoczącego alter ego, ale nie na długo, sami wiecie, jak krótko pali się ostatni papieros.
Momentami, w tych wszystkich różnych, szybkich miejscach trzeba mi było porozmawiać z moim kulawym, zakatarzonym diabłem w środku, a on zawsze, zawsze wodził mnie na pokuszenie. Stawaliśmy razem na dachu pociągu, na balkonowej przypalonej tu i ówdzie poręczy, na Powązkach, w metrze, a on brał mnie za rękę (co ciekawe, zawsze za prawą) i mówił mi: "skacz ścierwo, bo poodgryzam ręce!". Przyznam się, czemu nie, strach mnie oblatywał, kaprawe lico odrzucało podobieństwem do mojego, a ręce i cała reszta dalej się trzęsły. Myślałem, że zdechnie wypłukany wodami Bałtyku, wywiany wiatrem wpadającym przez otwarte okno wagonu, ogłuszony ciszą, albo muzyką. Nie wiem dlaczego tak myślałem, skoro z wariackim uporem wołałem, żeby wrócił, raz po raz otwierając plecak, szukając w portfelu drobnych, schodząc do sklepu na Mokotowskiej, błądząc dłonią po kieszeniach na cmentarzu.
Wołałem, on wracał i trwał, chichocząc moimi ustami, między jednym chichotem, a drugim konsekwentnie kusząc. Udawało mi się w każdej sytuacji wydukać strzelając oczami na boki, że może sobie odgryzać, kto by chciał odgryzać takie ręce, takie trzęsące się z nie-strachu ręce. I gryzł, bambaryła, ale wypluwał, bo nie mógł znieść braku strachu, choć pewnie bardziej mierziło go podłe piwo w żyłach. Diabły lubią stouta.
Łaziliśmy, póki mieliśmy gdzie, a że Warszawa jest duża, to godzina nie wybijała przez parę dni, aż wybiła. Wtedy zapragnąłem pomocy i uciekłem do największego (1,99 m) autorytetu w sprawie diabłów - ojca. Ojciec mnie nakarmił i stał z się z powrotem tatą. Zamieniliśmy się kurtkami, bo tak, a ja patrząc na swoje odbicie w szybie metra, stwierdziłem, że diabeł został w tamtej kurtce i
przejrzawszy mój podstęp goni mnie następnym składem. Pan mnie nie opuścił, bo kiedy ja tygodniami opracowywałem optymalną trasę na uniwersytet i z powrotem, diabeł spał, snem sprawiedliwego. Tylko dlatego pierwszy dopadłem do wrzecion Wrzeciona i zatrzasnąłem za sobą drzwi na jedyny spust jaki mi został po licznych spustoszeniach dokonanych w czasie długich nocy.
Wciąż jeszcze miotałem się w poszukiwaniu zapalniczki, kiedy zadrapał nieobcinanymi pazurami w judasza i syczał słowa tak bezbożne, że pusty śmiech mnie brał. Śmiech, nie chichot. Łapczywie wepchnąłem lód do ust i przełknąłem jak leci dwieście gramów. Bez skrzywienia. Diabeł zaś zaskowyczał i wycofał się przed domofon. Reszta była kwestią niesamowitej jasności umysłu.
Porwałem saperkę i wyskoczyłem przez okno, słysząc jak walą się ściany, przewracają butelki i jak łomocze kurz na regale. Szczęśliwym trafem nie połamałem zapałek Niesamowitego Cezarego przy upadku, tylko ręce. Krzywiąc się z bólu podpaliłem papierosa i z zawadiacką miną ruszyłem przez Bielany. Na grzbiecie miałem czarną skórę, pamiętającą czasy siedleckiej dochodzeniówki, słodkie gonitwy i strzelaniny.
W kwestii formalnej - dlaczego na cmentarzu włoskim byłem znowu pierwszy? W roku 1932 A. Nataszewicz w swojej publikacji "Anatomia Djabłów" dowiódł niezbicie, że ludzkie nogi są wytrzymalsze od kopyt. Diabeł zwichnął kopyto, ja nóg w oficerkach nie.
Znalazłem nam przytulną kwaterkę pod murem i wykopałem cieszący oko dół, uwzględniając gabaryty jednego i drugiego, bo umysł miałem jasny. A on dokuśtykał do mnie i uczepił się rękawa, ale władzy nad nim nie miał, bo to był rękaw skóry, a nie namiotokurtki. A ja mu powiedziałem - pij ze mną, albo skacz. Przepijesz, sam skoczę. Pił i byłby przepił, ale to był cmentarz WŁOSKI, a w cyrografie jak wół stoi - "póki nie napijesz się z adasiem kubusiem aniszewskim gałganem w Rzymie". Triumfalnie zawyłem "ten dół Rzym się nazywa!", po czym wepchnąłem skurczybyka, przysypałem, otarłem pot, dopiłem, przyklepałem i wcisnąłem peta w mokrą ziemię, albowiem powiedziano "a Djabłu ogarek!". I tam leży bies pogrzebany. Z pięciorga zostało nas dwóch, z nas dwóch zostałem sam. "Więc jeśli chcesz hodować diabła, w głębokim dole trzymaj go".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz