wtorek, 19 marca 2013

What else is left there.

Cały czas trzeba, z każdym słowem trzeba łamać schematy, być niebanalnym, kreatywnym, szubidubi. No więc toteż oto jestem. Dziś ciut inaczej, moi kochani - wypiłem przed napisaniem, a nie w trakcie. Ale o tym sza! W regulaminie stoi, iż nie wolno, iż jest to wykroczenie, że tak powiem, kardynalne i kategorycznie przekreślające jakiekolwiek rokowania. Zdarza się to tu, u nas, nie powiem, często, że ktoś nie da rady, poprosi, dostanie, wypije i opuści nas. "Świętej pamięci nieboszczyk Grzegorzewski używał o wiele lepszej wody kolońskiej. Po wypiciu jego perfum czułem się jak ptaszek!"
To dzieje się jakoś tak stopniowo, ale też nieustannie. Ściany i tak są białe, to dobry początek, niewiele trzeba zmieniać. Aneks kuchenny podobny tu i tam, bo i tu i tam, nikt, pacjent, czy lokator, nie nazwałby tego kuchnią, a fuj. Z łazienką trochę większy kłopot, bo chociaż brak przestrzeni jednaki wszędzie, to tutaj prysznic i cerata, a tam wanna i brudne ręczniki, ciężko się to zmieniało. Z samym spaniem za dużo użerania nie było. Tam sam byłem jak palec i tutaj też mojego kolegę już wypisali i rodzina go odebrała. Specjalnie szczęśliwi oni nie byli, nie. Moi pewnie też nie będą, kiedy okaże się, że to już koniec i że powrót trzeba i samochód specjalnie. Ale co mi tam, na razie karmią i mówią do mnie. Mówią podejrzanie dużo. Tam nikt tak do mnie nie mówił, a tu ciągle. Rano przychodzą, budzą na trochę, pytają o rzeczy podejrzanie banalne. Minęło dopiero parę dni, a traktują mnie podejrzanie łagodnie. Do sali telewizyjnej mi wolno wchodzić, czytać mogę co zechcę nawet i do późna, bo sypiam sam, a do tego przywykłem.
Jak się ma łagodną kategorię i wejdzie się na piąte piętro, jak się pójdzie na dach buwu, to stamtąd, można stamtąd, widać pobliską stację, zobaczyć Warszawę Stadion, i pociągi z niej odchodzące w dwóch tylko kierunkach, i różne pociągi, do Siedlec, do Gdańska, do Łukowa i innych rozmaitych miast Polski, których zabytki powinniśmy poznawać, do nas i od nas. Nas jest na oddziale trzydzieścioro. Pielęgniarek jest sześć. My mamy szczęście, u nas są pielęgniarki. Piętro niżej, gdzie każdy bez wyjątku ma niekłamaną przyjemność samotnego zasypiania, są tylko pielęgniarze. A pielęgniarze nie mają takiej wprawy w robieniu zastrzyków na dobry sen i to nawet może boleć! Tak mi mówił jeden z nich, żylasty i łysy, o przezwisku zbyt banalnym do zapamiętania, na papierosie. Zawsze tak być musi, że na papierosie dochodzi do spoufaleń, zwłaszcza w zamknięciu. A tu jest zamknięcie dla niektórych z nas, a żadne z nas go nie chce, tak nam mówi doktor Główny. Jest mi dobrze i o nic się nie martwcie, tylko mi przywieźcie nowe książki. Głupio też, że te puszki zostawiłem w mieszkaniu, strasznie głupio, ale tak bywa. Człowiek nie ucieknie, dogonią, znajdą, nakarmią.
Zanim tu trafiłem, byłem u siebie, w domu. W tym prawdziwym, nie w mieszkaniu. Zdrowiałem, i to jak zdrowiałem! Codziennie przychodził do mnie ktoś inny i wszystkich uprzejmie przyjmowałem i rozmawiałem z ludźmi o różnych rzeczach i sprawach, można zaryzykować stwierdzenie, że długo. Ale też pisałem. Pierwszego dnia napisałem dwa tysiące stron. Drugiego tylko sześćset i dwadzieścia siedem listów. Za to do końca tygodnia udało mi się piętnaście tysięcy razy wykaligrafować własne imię. Wtedy przyszły konowały i blada matka (marzec, wszyscy jeszcze bladzi) i pokręciły głową i jestem tu. A tam zostały puszki i co ja z nimi zrobię? Musicie mi wybaczyć, ale ja teraz nic nie mogę zrobić i do żadnych wielkich rzeczy nie jestem predysponowany i tylko chciałbym dalej jeść ciepłe rzeczy, zanim mnie stąd zabiorą, tacy jacyś niezadowoleni i dadzą mi w lewą rękę samodzielność, a w prawą omnipotencję.
Na stoliku leżały pomarańcze i proszę nie dyskutować. Chorzy zawsze dostają pomarańcze, takie są odwieczne koleje chorób. Leżały i rzucały przeogromny cień na ścianę, bo był już maj. Z tym cieniem zlał się inny cień, gdzieniegdzie nawet jeszcze ciemniejszy i taki strasznie pełen, że gdyby nie był cieniem, to by się uśmiechał, wiem to. I ten smukły cień pochylił się nad moim mokrym i zimnym czołem i mówi tak - "owszem, jesteś popierdolony. I to zdrowo. Ale tak pięknie". Ja się na to uśmiechnąłem, ale widać jakoś krzywo, bo on (on? ona? nie, raczej ona) zniknął.
"Byli tacy, co się rodzili. Byli tacy, co umierali. Byli także i tacy, którym to było mało".

3 komentarze:

  1. Stwierdzenie, że do buwu chodzą dziwni ludzie nabiera nowego znaczenia. Jeszcze inspirujący się Type O. Do czego to doszło...

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak, nie ma to jak pozimowa sublimacja mózgów.
    PS On też Cię pozdrawia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Coś dawno nie robił żadnej imprezy. Pewnie dlatego.

    OdpowiedzUsuń