Mam wysoko do chodnika, nierównowaga stąd wynika. Jak zwykli to określać ludzie w lepszych czasach - niestabilna żyrafa. Mam przetarte, workowate spodnie po ojcu, bo oddając swoje do prania przeliczyłem się, a siedlecka szafa pogardliwie prychnęła, powodowana zazdrością o Warszawę. Mam ogromny namiot robiący tymczasowo za kurtkę. Bywa, że można kogoś (oprócz mnie) w nim schować, przytulić i zasunąć. Teraz jednak niepokojąco łopocze na wietrze, tak niepokojąco, że podstęp wietrzę. W przepastnych kieszeniach kiedyś bywało mnóstwo rzeczy, szklanych, nieszklanych, różnie. Dzisiaj w lewej mam jabłko, nie bójmy się spojrzeć prawdzie w oczy, już trochę zeschnięte, a w prawej papierosy. Na kurtce mam plamy. Sięgając pamięcią to tu, to tam, dochodzę do wniosku, że plamy są po winie, po krwi, po smarze i po staremu, z przyzwoitości. Przyzwoita kurtka musi mieć pod koniec zimy plamy, które widać dopiero, gdy śnieg stopnieje i przestanie razić oczy. Mam buty, które dała ojczyzna, przydziałowe, ciężkie i ciepłe. Zawsze wydawało mi się, że mam też oczy, ale jak się patrzy w metrze na szybę na przeciwko, to tam, w tej szybie, w tym metrze nikt nie ma oczu. Cały rząd ludzi bez oczu siedzi i jedzie sobie, a mi to nawet nie robi już zbytniej różnicy. Przyjmijmy więc na potrzeby, iż oczu nie posiadam. Mam kartę egzaminacyjną, pustą jak butelka i śnieżnobiałą. Mam przed sobą bufet na pekapie, a jest godzina najbardziej bezbożna, czyli trzecia z kolei w ciągu tej doby. Dwa stoliki dalej z chirurgiczną precyzją sylwetka pochłania zapiekankę, zapada w sen na pół godziny, po czym budzona przez zmęczone, nocne upiory za ladą, zamawia następną zapiekankę i tak w kółko. Do godziny szóstej. O szóstej pociąg whuczy się na peron i minie mnie blada twarz maszynisty modlącego się chyba, żeby nie wykoleić składu na jakimś niedopałku.
Miałem pieniądze, ale rozdałem jakieś sześćset tysięcy przemiłym ludziom na patelni. Ba, specjalnie łaziłem do bankomatu, żeby mieć co wrzucić po drodze na śródmieście. Miałem coś zrobić, ale znów, cholera, nie jestem pewien co. Miałem piwo, ale nie da się oprzeć belgijskiej, a przecież amerykańskiej ipie, zwłaszcza o tak wdzięcznej nazwie jak Raging Bitch. Miałem gdzieś jechać, ale zatrzymałem się, żeby zabrać z górującej nad miastem ulicy Łukowskiej autostopowicza. Jak już go zabrałem, to głupio się rozmyślać, więc nadrobiłem trzydzieści siedem kilometrów drogi. Miałem wszelkie podstawy, żeby sądzić ludzie, którzy idą do szpitala, z niego wracają. Miałem wielką przyjemność dowiedzieć się, że jak dzwonię, to załącza się w telefonie Artura Włóczęga Theme. Miałem powody, żeby wierzyć rodzicom, a oni mieli od zarania dziejów powody, żeby nie wierzyć mi. Miałem zwyczaj regularnego chodzenia na basen ("-znasz brutalną stronę chinka? gdyby adam nie chodził na basen, byłby gruby jak świnia!") i regularnego chodzenia na regularne spacery po swoich włościach i w odwiedziny do horyzontu.
Ukradłem golfa. Kluczyki nawet nie brzęknęły lądując koło jabłka w kieszeni. Drzwi nawet za mną nie stuknęły, telefon nawet nie oponował, kiedy go wyłączałem. Nawet nie pomyślałem, że nie mam za co zatankować. I utknąłem, cholera by to, w bezczelnie szczerym polu. Chciałoby się napisać, że z rozwianym włosem, na tle granatowego nieba, ale gdzieżby tam. Powietrze ani myślało drgnąć, włosy obraziły się na mnie tydzień po tym, jak obraziłem się na szczotkę, niebo obraziło się na mnie od kiedy nie spaceruję wyłącznie z nim (nią, niebo to ona). Właśnie dlatego przyszło mi trwać na pekapie, w samochodzie z przygodnym podróżnym i obok samochodu z przedostatnim (świat znowu drwi z mojego dramatyzmu) papierosem. Jednocześnie.
"Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...
Mówili o niej: "Łka, więc jest!" - I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat - i świat zadumał się w tej chwili...
Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?
"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.
Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!
Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!
Lecz cienie zmarłych - Boże mój! - nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas - i tylko młot inaczej dzwoni...
I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?
"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.
Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...
I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!...
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!
Lecz dzielne młoty - Boże mój - mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!
Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?
"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.
I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!
Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było oprócz głosu!
Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?
Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.
I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz