niedziela, 9 października 2011

Certain Victory Lotus Sutra

Niedziela. To zastanawiające, jak na początku większości notek informuję was uprzejmie jaki dziś dzień tygodnia. Skoro już to ustaliliśmy, wypadałoby się zastanowić, jaka jest niedziela? Ta niedziela i większość niedziel. Taki leniwy, wolny dzień boży powinien mieć cuś do siebie. Cuś charakterystycznego.

I ma. Jako, że Paulina w rozjazdach, snuję się z kąta w kąt. A kąty do dyspozycji mam niestety tylko cztery, więc łatwo o monotonię. Przed tą ostatnią zaś należy zwiewać, gdzie pieprz rośnie, albo nad zalew, bo jak dopadnie, to nie ma pomiłuj. Zeżre w całości. No i zwiałem. Z tej ucieczki zaś wynikły

niedzielne refleksje. W zasadzie, w kwasie i w sumie lubię ten dzień. Bardziej niż rozlazłą sobotę. Lubię iść i słuchać tych wszystkich kościelnych obcasów na chodniku. Patrzeć na poważne panie w spódnicach i marynarkach pachnące na parę metrów perfumami odpowiednimi do wieku. I na poważnych panów w garniturach, z wąsami pożółkłymi od papierosów, które palą na parkingu w oczekiwaniu na koniec ogłoszeń parafialnych. Lubię zapachy wszystkich polskich i mniej polskich obiadów, które mieszają się między szarymi, niskimi blokami. Bawią mnie "najmłodsi w rodzinie" w różnym wieku, którzy lecą do sklepu po śmietanę, bo zabrakło. A najbardziej lubię patrzeć na wujków odludków, którzy przy pierwszej lepszej okazji spieprzają z rodzinnego obiadu nad zalew "z psem" i łażą tam godzinami gapiąc się w pochmurne niebo.
Po tym wszystkim lubię wrócić do pustego mieszkania i pogadać chwilę z kotem. Nie lubię za to tłumu. Trzy osoby na tych iluśtam marnych metrach kwadratowych to za dużo.
Nie lubię też wspominać czasów, kiedy i ja jeździłem na rodzinne obiady. A obiady, cholera, lubiłem.

W czwartek będzie rok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz