Niedziela. To zastanawiające, jak na początku większości notek informuję was uprzejmie jaki dziś dzień tygodnia. Skoro już to ustaliliśmy, wypadałoby się zastanowić, jaka jest niedziela? Ta niedziela i większość niedziel. Taki leniwy, wolny dzień boży powinien mieć cuś do siebie. Cuś charakterystycznego.
I ma. Jako, że Paulina w rozjazdach, snuję się z kąta w kąt. A kąty do dyspozycji mam niestety tylko cztery, więc łatwo o monotonię. Przed tą ostatnią zaś należy zwiewać, gdzie pieprz rośnie, albo nad zalew, bo jak dopadnie, to nie ma pomiłuj. Zeżre w całości. No i zwiałem. Z tej ucieczki zaś wynikły
niedzielne refleksje. W zasadzie, w kwasie i w sumie lubię ten dzień. Bardziej niż rozlazłą sobotę. Lubię iść i słuchać tych wszystkich kościelnych obcasów na chodniku. Patrzeć na poważne panie w spódnicach i marynarkach pachnące na parę metrów perfumami odpowiednimi do wieku. I na poważnych panów w garniturach, z wąsami pożółkłymi od papierosów, które palą na parkingu w oczekiwaniu na koniec ogłoszeń parafialnych. Lubię zapachy wszystkich polskich i mniej polskich obiadów, które mieszają się między szarymi, niskimi blokami. Bawią mnie "najmłodsi w rodzinie" w różnym wieku, którzy lecą do sklepu po śmietanę, bo zabrakło. A najbardziej lubię patrzeć na wujków odludków, którzy przy pierwszej lepszej okazji spieprzają z rodzinnego obiadu nad zalew "z psem" i łażą tam godzinami gapiąc się w pochmurne niebo.
Po tym wszystkim lubię wrócić do pustego mieszkania i pogadać chwilę z kotem. Nie lubię za to tłumu. Trzy osoby na tych iluśtam marnych metrach kwadratowych to za dużo.
Nie lubię też wspominać czasów, kiedy i ja jeździłem na rodzinne obiady. A obiady, cholera, lubiłem.
W czwartek będzie rok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz