środa, 12 października 2011

Dlaczego pukasz do okien?

Czwarta nad ranem. Nie ma rzewnego "może sen przyjdzie". Jest paroksyzm bólu. Organizm zastanawia się, co jest do cholery, a świadomość wchodząc do akcji odpowiada. I wtedy zaczyna boleć znowu, ale inaczej. Tępo i długotrwale. Nie przestanie jeszcze jakiś czas.
Szybko, zastanawiająco szybko jestem gotowy i ruszam. Tak mamo, mam autobus, nie mamo, nie zmoknę. Jest jeszcze noc. Wilgotno, wieje, ale temperatura znośna. Za ciepło, żeby otrzeźwieć, za zimno, żeby odpłynąć. Idę w tych cholernie ciężkich butach i znów czuję jesień. Jakoś tak oryginalnie. Jako ciężar w stopach. Wszystko gra, staram się nie myśleć o tym, dokąd i po co idę. Leci trzecia piosenka z kolei. Pamiętam tylko początek pierwszej. Gwiżdżę i nie słyszę swojego gwizdania, które tonie w szumie samochodów.
5:40 jestem na miejscu. Jest mi nieswojo. Nie wiem, co zrobić z rękami, więc giną w przepastnych kieszeniach zbyt wcześnie wyciągniętej zimowej kurtki.
Mrugam, i nagle jestem już przed kinem. Jesteśmy. Oboje. I są jeszcze jacyś ludzie. Mrugam drugi raz i wzrok chaotycznie zaczyna szukać za szybą autokaru tej sylwetki, o którą od zawsze mi chodzi.
Zaczyna świtać. Mży. Stoję pod latarnią, jeszcze pół mrugnięcia i na całym dużym, za dużym parkingu jestem sam. Zaczyna boleć bardziej. Brakuje mi papierosa.
Odbijam się od słupa, zataczam i człapię ulicami miasta. Coraz jaśniej. Gdzieś po drodze jest sms od Moniki.Nie mam gdzie iść, więc gwiżdżę. Ląduję u babci.
Kawy? Nie, dziękuję. Herbaty? Kanapki, czekolady, czekokolwiek? Nie. Ty małpiszonie, zawsze jesteś na nie. Robi się absurdalnie. To poproszę kawy. Kawę. Nie pomaga. Słodko w ustach.
Jestem w szkole i jest jak zwykle. Żadnych zmian, wyróżników. Może tylko bardziej dziko strzelam oczami, bo do mrugania czuję odrazę. Szukam jakiejś ulgi w kieszeni, bo znów mi nieswojo, chociaż nie piłem. Trafiam na jedną, samotną gumę do żucia. Będzie Ci raźniej, jak ją znajdziesz. Kiedy wkładam ją do ust, jestem już w paru kawałkach. Papierek pieczołowici złożony, jak sutanna po wszystkim. I tak go zgubię.
Jest jeszcze sporo mrugnięć przed cudzym monitorem (gapię się w niego, bo jestem osaczony), angielski i cichy cmentarz. Tam jest najspokojniej. Nie muszę mrugać, mogę bez obaw zamknąć oczy.
A później boli jeszcze trochę i jeszcze. Trawy niemiłosiernie pylą tej jesieni.
Docieram do domu, łeb, żołądek i tęsknota dalej są najistotniejszymi elementami mojego jestestwa. Chce mi się śmiać przed lustrem. Podobno gorączka. Kładę się. Boli. Wstaję. Nie mam najmniejszego pojęcia, jak to jest być na morfinie, ale w tej chwili rozumiem wszystkich morfinistów świata na czele z córką smutnego szatana, Przybyszewską. Piszę dziwną notkę, ale wrodzony rozsądek każe poczekać z jej publikacją. Dzień rozmywa się w pamięci, osiemnasta godzina na nogach. Po ostatnim, nieskładnym smsie brak kontaktu. Te przeklęte parę pikseli nie chce się pojawić. A jak już się pojawia, jest tylko gorzej. Teraz położę się i natychmiast usnę. Jutro gorączka minie i wszystko się uspokoi. Tak wymyśliłem, tak napisałem i tak być musi.
Amen.
                                                                                                                                                                      

Morał z tego prosty. Nie pisać w gorączce. Chociaż czas teraźniejszy dodaje uroku. Może trochę przesadziłem, a może nie. W każdym razie, takie ekscesy będę raczej ograniczał.

2 komentarze: