Wróciłem. Trochę mi to zajęło, ale wróciłem. Skąd? Ano z takiego Osobistego Miejsca. Z Bieszczad. Tradycji musiało stać się zadość i pojechałem, cholera wie który raz w życiu. Razem z Talarem, Sołtysem i jakimiśtamtypaminiewiemjakieklasyjadą.
W poniedziałek z samego rana pognaliśmy niedoścignionym autokarem zatrzymując się tylko ileśtam niezbędnych razy na szluga i na żarcie w maku. Przy okazji dokonałem niezbędnego rekonesansu i już wiedziałem cotozatakietamtypy z nami jadą. Sama podróż jakoś specjalnie nie jest warta uwagi, chociaż w Sandomierzu wszyscy podjarali się nagrywanym w pobliżu rynku Ojcem Łukaszem, czy jakoś tak, a ja korzystając z okazji skoczyłem do sklepu. Po artykuły spożywcze. Wicie. Rozumicie. W czasie drogi większość autokaru miała okazję poczuć na własnej skórze, czym jest Talar i jak na mnie działa. Wicie... "posuń się, bo ci urwę łeb i wyrzucę przez okno. I jak będziesz jechał?", "poszło zerosiedem, butelka leci na parkiet!". Dojechaliśmy, zjedliśmy, zakwaterowaliśmy się (plecaki pod ścianę, kosmetyczka w kąt, głośniki na parapet, gotowe) i zaczęliśmy poznawać współlokatorów, niejakiego Huberta i Michała. Jeszcze ich za dobrze nie poznaliśmy, a tu zmorzył nas koło pierwszej sen. A warto było się wyspać, bowiem we...
...wtorek ruszyliśmy ostro w góry. Wyzwanie życia. Połonina Wetlińska. Spodziewałem się tego, co rok temu, czyli tempa dostosowanego do najwolniejszych. I się na szczęście przeliczyłem. Skakaliśmy z punktu w punkt jak trzeba, przewodnik był w porządku, mówił rzeczy znane, ale z sensem, zbiegał tak, jak zawsze chciałem zbiegać hamowany przez resztę. Ogon w najtrudniejszych odcinkach dociągał do nas po półgodzinnym opóźnieniu. Kadra chyba miała nadzieję, że zmęczenie weźmie górę i nikt nie będzie miał siły... eee... jeść czipsów wieczorem. No i też się przeliczyli, biedni nauczyciele. "Lewis, dawaj, ja jeszcze znalazłem *gul,gul,gul*... TO JEST WODA!", "- wezwę policję! -JOTPE!", "-piłeś! -nieprawda! - piłeś! - no dobra, jestem pijany"
Środa pod znakiem Drwala. Jestem Drwalem. Zawsze chciałem być Drwalem. Doczekałem się. Wykarczowaliśmy hektary lasu, rozpaliliśmy ognisko, niezdatni do bycia Drwalami obrali cebulę, wstawiliśmy zupę, poszliśmy się postrzelać w lesie ("i tak mnie nie trafisz, bo stoję pod górę!"), pojedynek na dziesięć kroków zaowocował postrzałem w brzuch, zjedliśmy, przekąpaliśmy się w rzece i dawaaj na kolację. Bilard, pingpong ("mogłaś powiedzieć, że umiesz grać!"), worek treningowy, ćwiczenie parteru i klepanie się po żebrach. Oraz nielegalna wyprawa do sklepu. Innymi słowy - całe życie na przypale!
Czwartek na cegielni, kuchnia, paintball ("-pierwsza strzeliłam! -co z tego? i tak nie żyjesz!"), nielegalna wyprawa na cepeen, obijanie się, wertepy ("ale ogar z tego kierowcy... po co dwie skrzynie biegów?") i takie tam różne. Znów przegrałem w pingponga, znów wygrałem w bilarda (stół fizyka ściągał wszystko na lewo), dałem w żebra, dostałem po żebrach, pograłem w karty, spędziłem ze trzy godziny na opowiadaniu i słuchaniu kawałów, padłem i wstałem w
piątek. Szybki pakunek, łazienka, śniadanie, pach i jedziemy. Huta szkład w Krośnie (ta familijna atmosfera i choreografia jak w musicalu, a nie w zakładzie, mnie rozwaliła), jakiś film o ruskich szpiegach głośno przez nas komentowany, makdonald, powrót, ot i cały wyjazd.
Czerwiec 2010 był lepszy, ale nie narzekam. Czy warto było pojechać, okaże się za czas jakiś, bo teraz jest raczej kiepsko. Dlatego też będę kończył notkę czysto pamiętnikarską. Ktoś chce czegoś posłuchać?
Dziś coś pozytywnego, na miarę mojego nastroju. Gnijcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz