wtorek, 24 czerwca 2014

Ignorantio elenchi

Wszyscy zaangażowani w teatrzyk popadli w niemałą konsternację, kiedy dołączył do nich Orangutan. Ciężko stwierdzić, czy wiązali z nim jakieś osobiste, pokręcone nadzieje, łaknęli powiewu świeżości, czy po prostu cieszyli się na jego widok, jak to zwykle na widok orangutana. Nie wiadomo też, czy ktoś wręczył mu sznurki, czy sięgnął po nie sam, czy po prostu nagle zawiązały się z powodu przyczyn i okoliczności na jego palcach (paluchach). Fakt faktem – nagle dzierżył napięte i ginące w ciemnościach linki. Kogoś, kto obserwował kulisy by zaspokoić ciekawość – co też zrobi Orangutan – trzeba nazwać kimś naiwnym. Orangutan ma to do siebie, że zawsze pozostaje w zgodzie ze swoją naturą, jaka by nie była. A jest orangutania. Dlatego też pociągał za rzeczone sznurki, pociągał, coś poplątał, coś porwał, coś pogubił i wzruszywszy ramionami poszedł w swoją nieokreśloną stronę, wlokąc za sobą długie łapy, a wraz z nimi kłębki żyłek, nagle już nieginących w ciemnościach.
  __________________________________________________________________________________
To jest moje ciało. Granice tego, co mogę określić sobą. Tego, co udało mi się wydrzeć przestrzeni. Żałuję, że przestrzeń jest niema i nie pyta, po co uparcie formujemy się w jej karykatury. Żałuję też, że muszę odczuwać swoje granice, kiedy brodzę strasznie wymęczony goniąc Go po rumowisku. Za plecami mam Kałac Pultury i inne, bez wyjątku naznaczone miejsca. Przed sobą widzę uparcie oddalające się plecy Tego Typa. Po lewej i po prawej majaczą wielkie, wielkie, zasłaniające cały horyzont gierkowskie bloki. Nogi zaś grzęzną mi po kostki w stosie laptopów, butelek po piwie, smarfonuw, szminek, sukienek, popielniczek i nawet nie mam czasu spojrzeć czego jeszcze.
 Żyję trzy dni na zmianę, zawsze takie same, tak nie do zmącenia, że niby gdzieś chodzę, coś mówię, ale tak naprawdę śpię. Śpię spokojnie, bez koszmarów, bo wiem, że moje dni są nie do zmącenia. Tylko moje noce się od siebie różnią, diametralnie, nie do poznania, że niby się boję, ale tak naprawdę czekam na nie z niecierpliwością, bo wiem, że każda następna będzie mocniej od poprzedniej. Ciekawe jak długo tak się da? Pewnie po prostu w pewnym momencie eksplodują mi zapadnięte oczy. W zasadzie to po co mi one? W dzień i tak śpię, noc i tak jest czarna.
Ciemności. Nie ma większej różnicy, ale dla dobra narracji przyjmijmy, że pytasz mnie w ciemnym, zadymionym pokoju, a nie nad Wisłą. Pytasz – co mi możesz powiedzieć o przerażeniu?
Wbrew stwarzanym przeze mnie pozorom – niejedno. I opowiadam Ci o tym, jak tuż przed świtem staję na brzegu, rozbieram się i powoli, ale konsekwentnie wchodzę do wody. Głębiej, głębiej, głębiej. Po czym rzucam się w nią całym sobą i równie konsekwentnie nurkuję. Głębiej, głębiej, głębiej, aż do dna. Wyobraź sobie, mówię, że tak sunąc z twarzą tuż przy mulistym końcu, w lodowatych ciemnościach nagle słyszysz szept, prosto w zatkane tonią uszy. Właśnie to wiem o przerażeniu.
Wiem też, że przerażenie wcale nie musi być intensywnym uczuciem. Kiedy sunę po tych bez wyjątku naznaczonych ulicach, które jednocześnie są i nie są moje, kiedy mijam setki ludzi, nienawidzę setek ludzi, albo z setkami ludzi rozmawiam – wiesz co widzę? Nie wiedziałem tego przez tyle czasu, tak długo, póki Cię nie zobaczyłem. Oni wszyscy, kiedy się to porówna i spojrzy w perspektywie, są trupami. W większym, lub mniejszym stopniu, ale trupami. Byłem ślepy, bo też byłem martwy, taki z pustymi oczami. Nie eksplodowały. Mam je wydłubane.
Byłem martwy – ale co uprawnia mnie do używania czasu przeszłego? Chyba tylko świadomość, że jednak istniejesz naprawdę, fizycznie. Że odpisujesz, uśmiechasz się, albo krzywisz. Wreszcie, że razem bezskutecznie uciekamy raz, czy drugi przed świtem. Kilka ładnych litrów zastanawiałem się nad tym podobieństwem i wydaje mi się, że wiem. Najzwyczajniej w świecie oboje mamy wgląd w ten drugi świat. Czy nam się podoba, czy akurat rzygamy na myśl o nim. Tym bardziej rzygamy, że przez uchylone, uchylane, lub wyłamywane siłą drzwi sączy się jad. I ten jad też jest nasz wspólny, smakuje jak luty, jeden, czy drugi.
O przerażeniu wiem jeszcze jedną rzecz.

Nawet kiedy deszczowe chmury upośledzają pełnię księżyca, a mgła podnosi się zewsząd i nie próbuje udawać, że nie osacza, jestem spokojny. To nic, że opieram się o drzewo, a za moimi plecami i przed moimi oczami śmigają rdzawe cienie. Ktoś musi pić, ktoś musi kłamać, ktoś musi być rdzawym cieniem. To nic, że cały jestem mokry od wczorajszego, osiadłego na trawach deszczu. Napiszę więcej – to nic, że nie wiem, gdzie jestem. Prawdziwie przerażające są tylko dwie rzeczy. To, że od kilku godzin, z żadnej strony nie da się dosłyszeć żadnego pociągu, oraz to, że modlitwy nie są wysłuchiwane. Pora spać, za pan brat ze świerszczami.

3 komentarze:

  1. Auuuua. Kłuje.
    Cóż, przynajmniej napisałeś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Noż....jak kłuje, boli.
    Nie mogę Ciebie czytać.
    ZAKAZ

    OdpowiedzUsuń
  3. "Doskonale jebiesz w głowie. Korzystaj z tego."

    OdpowiedzUsuń