W czasach tak przepełnionych chaosem jedynymi spoiwami chroniącymi firmament przed widowiskowym pęknięciem i zawaleniem się w lakoniczne, choć wyraziste pizdu, są sukcesy. Te najlepsze mają tylko jednego ojca (nie, nie mnie, spokojnie, nie będziesz dziadkiem), a w omawianym przypadku matkę, i to matkę niewątpliwą, przepełnioną swoim macierzyństwem po brzegi spojrzenia. Za każdym razem wychodząc dziękuję. Bo tak mnie wychowano, ale także dlatego, że zasianie mi w głowie przeświadczenia mówiącego, że mój pobyt tutaj jest jeszcze przez pewien czas uzasadniony (Gnadolf! Ty żyjesz!), to z pewnością spektakularny sukces z gatunku tych trzymających ostatnie czasy w ryzach.
Istnieją plusy wynikające z tej potwornej, nieznośnej i pewnie bolesnej kakofonii wybuchającej pod sklepieniem z byle powodu, a czasem bez powodu. Zaglądasz mi przez ramię i z łagodnym (z takimi jak ja trzeba łagodnie) zdziwieniem szeptem pytasz - jak to pewnie bolesnej? Rozpływam się, kiedy szepczesz, ale gdybyśmy mieli wyjaśniać wszystkie niejasności, spajać niespójności i prostować wszystkie karkołomne zawijasy, których się podejmuję, to równie dobrze moglibyśmy już dziś położyć się w wysokiej, wysokiej trawie, założyć ręce za głowy i gapiąc się na błękit pozwolić, by nasze kości, o radości, porosły mchem. Jeśli sobie życzysz, to proszę, nie krępuj się. Stwierdzę wtedy, po uprzednim wystudiowanym i świadczącym o niezmiernym darze przewidywania westchnięciu, - a więc to już. Prawa autorskie arter rademyśli.
Stwierdzę, ale mimo przemożnych chęci zostanę, ponieważ nie tak dawno temu zyskałem całe mnóstwo Rzeczy, których wcześniej mi brakowało, w tej liczbie również poczucie obowiązku. Dla odmiany ten obowiązek mam zamiar wypełnić, z wykorzystaniem wszystkich podarowanych mi, wrodzonych, ukradzionych, czy syntetycznych przymiotów ducha.
Wiedziałam. Tak myślałem. Tego się spodziewaliśmy. Słyszę, słyszę bez przerwy mnóstwo rzeczy, a pośród nich i takie szepty, bardzo różne od Twojego szeptu. Z tym zastrzeżeniem, że nie. Nie wiedziałaś, nie przeczuwałeś, nie twierdziliście. Owszem, czasem ktoś artykułował jakieś swoje pełzające obawy, ale zawsze z wrzaskliwą nadzieją, że będzie inaczej. Tylko ja, wyłącznie ja, ja jeden wiedziałem od początku, że nie będzie inaczej i nie powiedziałem i za to trzy dni w kozie siedziałem. Taka wiedza i taka upiorna lekkość godzenia się z tego typu wiedzą nie zostały mi dane ze względu na moją wyjątkowość, głównie dlatego, że coś takiego jak wyjątkowość nie istnieje. Nie zdobyłem ich konsekwentnym uporem, nie wygrałem, nie wyprosiłem. To po prostu taki ficzer bycia mną w ramach rekompensaty za wygląd.
Ale, ale! - chrypisz, co z tym twoim wielkim obowiązkiem, zadaniem do wypełnienia? Bezwarunkowo kapituluję wobec Twojego ochrypłego głosu, ale obłęd ma prawo do płynięcia (tak właśnie, płynięcia!) zupełnie niezależnie od Ducha Opowieści. Zrozum proszę to prawo, ponieważ w przeciwnym razie pozbawisz mnie determinacji niezbędnej do położenia się, gapienia, pozwolenia.
Poczucie obowiązku zostało mi dane na środku morza. Powoli wstawał świt, a światło miało tak rozległe pole do popisu, że bez żadnych przeszkód wyganiało wczorajsze zatęchłe demony. Trzeźwiałem i smakując ten proces (niesmaczny) przeczuwałem Twoją obecność tuż za horyzontem. Musiałaś drzemać w którejś pękniętej chmurze, zdradzało Cię drżenie powietrza, a teraz głupio pytasz. Trzeba było nie spać.
Cierpi ten na wpół zdechły, coraz ciszej piszczący na ulicy kot, czy nie cierpi? Czy cierpią kaleczone i zabijane przeze mnie dorsze, które leżą w moim pokoju całymi stosami, jak oślizgła hekatomba? Ta dziewczyna, u której widzę bladość rąk, piegi i lekko wywiniętą dolną wargę, a która u mnie, dookoła mnie i dookoła siebie nie widzi nic - cierpi? Pilch, czytający list ode mnie bez jednego drgnięcia twarzy? (za ten żart powinien mnie ktoś w mordę dać) Ty? Ja? Pan cierpi, pani cierpi, ja nie cierpię. No właśnie, nie cierpisz, przynajmniej nie teraz i właśnie to zubożenie paradoksalnie sprawia, że cię stać. - na cynizm, na gwałcenie na przemian formy i treści, na chaos, na uśmiech, wyrachowanie i szczerość. Skoro cierpią koty i skoro cierpią dorsze, to czemu miałaby nie zapłonąć pożoga? I zapłonie i spopieli wysoką, wysoką trawę i wypali do cna nasze kości i porastający je mech. Jedyny problem bierze się tradycyjnie z nieubłagalności. Nieubłagana kolej rzeczy sprawia, że żadna, nawet nieubłagana, pożoga nie wybucha sama z siebie. Rozpali ją pieszczotliwymi ruchami ktoś specjalnie po to wykolejony. Zrobi to nie z racji zyskanych przymiotów ducha i nie dla utrwalenia swojego imienia, ale z przekory i z przekonania, a będzie już wtedy kimś tak obrzydliwym, że nawet mocodawca odwróci się od niego. I zapłonie i podpali i spłoną.
Lama sabachthani?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz