Wiosenne, marcowe słońce jest ponad siły, prawda? Dławi,
przyprawia o lęk przestrzeni, przenika aż po wątrobę. Naiwni jednak ci, którzy
sądzą, że tylko na Ciebie, na mnie, na nas działa ten fenomen. Nieprzebrane
mrowie rzeczy, zjawisk i miejsc wykluwa się dopiero wiosną. Weźmy pierwszą z
rzędu, najbliższą mi regułę, która tnie to miasto na pół – KM 203. Czy w
listopadzie można tam doświadczyć takich rzeczy, które teraz legną się jedna na
drugiej? Otóż nie. Począwszy od samej stacji, gdzie młoty, koparki,
pomarańczowe hełmy sieją nieporządek i zniszczenie. Na pierwszy rzut oka nikogo
to nie rusza – pan żuje gumę, pani pali mentola, koleżanka wygładza spódniczkę.
Ale wszyscy, łącznie ze mną są przesiąknięci ogromem rozkładu, przerażeni
kruchością czegoś tak stałego jak peron, przemłóceni każdym pojedynczym
uderzeniem wiertła. To rozedrganie (już nawet nic nie mówcie, to moje ulubione
słowo) nas nie opuszcza, chichocząc wbiega truchtem za nami do wagonów. Dziesiątki
pokoleń chciały obnażyć tajemnicę, która kryje się w tańcu
światłocieni, rozszyfrować stukot torów i poczuć całe ciepło zasypiającego
współpasażera. Nie dało się. Aż przyszła taka wiosna i
wszystko leży jak na dłoni. Nie ma już żadnych hipotez, są tylko poglądy.
Równie puste, co niezachwiane. Dziś to właśnie poglądy ścierają się w
wirującym, zakurzonym powietrzu naszego pociągu.
Daleko za mną, gdzieś pod koniec przedziału siedzi Książę
Gapowiczów. Zupełnie trzeźwy, z uśmiechem uwodziciela pali papierosa pewien
swojej nietykalności i, co najlepsze, ma rację! Bardzo wiele rzeczy, które
myśli przyjmuję z aprobatą i parsknięciem, ale przychodzi też chwila, w której
srożę brwi i wyzywająco patrzę w jego stronę. Niedbałość to jedyna dziedzina,
której nie oddam, której jestem suwerenem, cesarzem i pankratorem (Pankracym).
Albo chciałbym być, co wychodzi na jedno.
Naprzeciw mnie, podtrzymywana przez dwóch, bo ja wiem - wnuków? zięciów? – sadowi się Królowa Wyzwań.
Od samego wejścia rozgląda się wyzywająco szukając niedowierzających twarzy.
Jak to? W takim wieku? W takim stanie, pociągiem? Na litość, dokąd? Widzimy się
nie pierwszy raz, więc się nie dziwię, ale widzimy się nie pierwszy raz, więc
Ona wie, jak mnie uszczypnąć żeby bolało i wyciąga Panią Domu. Lektura Pani
Domu pochłania ją, wciąga w inną rzeczywistość, gdzie roi się od pieczeni i
poruszających historii z życia wziętych. Nikt nigdy tak nie czytał jak Ona.
Sapie, jeden z wnukozięciów ociera jej ślinę, ja mimo ucieczki w Niedbałość
cierpię.
Z przodu, po prawej, w jakimś oczywiście niebanalnym miejscu
tkwi Księżna Pogarda. Powiedzieć, że zadbała o wszystko, to nic nie powiedzieć.
Mam wrażenie, że znaczna część jej promieniujących na otoczenie cech uformowała
się sama, bez udziału świadomości, kierowana jakimś wewnętrznym komisarzem do
spraw Pogardy. W uśmiechu ma tyle serdeczności, że prawie ja bym się nabrał.
Wycofany wygląd, notatki z Ważnych Spraw, delikatne przebarwienia cery. I chęć
wdeptania wszystkich podłogę, bo cokolwiek. Pewną odległość czasu temu bym ją
rozumiał, ale teraz starannie unikam kontaktu wzrokowego.
Nigdy nie może być jednak tak, że każde siedzenie to tron, a
każde spojrzenie to wyrok. Dlatego między nami wszystkimi kroczy Pan Konduktor,
kolejnymi skinieniami głowy na nowo ustalając porządek rzeczy i regulując
wszystkie kwestie formalnoprawne. Rzesze (ze dwadzieścia osób) wyciągają ku
niemu dłonie, prosząc – panie sprawdź nas. Tylko nie my. Kurz w powietrzu
iskrzy i narastają takie zapasy woli, takie przeginanie pały, aż cały skład
podskakuje na kręgosłupie jakiegoś nieszczęśnika. Dużo mocniej niż zazwyczaj w
takich razach. Książę Gapowiczów, który już, już miał mówić, że nie pamięta jak
nazywają się jego rodzice, podskakując przypala sobie raz za razem twarz
niedopałkiem, Królowa Wyzwań zachłystuje się małą mineralną zapobiegliwie
podaną jej przez któregoś z dwóch, celem zwilżenia gardła przed mająca nastąpić
tyradą szkalującą konduktorów. Księżna Pogarda kaleczy, raz za razem okropnie
tnie sobie dłonie arcyważnymi notatkami. Co ze mną, zapytacie? Ja siedziałem w
pozie na tyle obrzydliwie niedbałej, że za którymś podrygiem wagonu zwyczajnie
wyleciałem przez okno patrząc jak rozrywany zwielokrotnionym poczuciem
obowiązku konduktor naprawdę rozpada się na kawałki, a cały zachlapany jego
krwią przedział spada w taką otchłań, w której już nikt nigdy go nie znajdzie.
Że też są takie miejsca na Mazowszu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz